czwartek, 21 maja 2015

R.I.P: The Best of 1984-2005 - Thomas Ott

PUNKOWA SOLÓWKA


Szwajcar Thomas Ott to zdecydowanie jeden z najbardziej utalentowanych grafików (hasło „rysownik” nie do końca odpowiada jego profesji) komiksowych w Europie. To także jeden z najbardziej nietypowych i oryginalnych autorów, który nigdy nie idzie na łatwiznę. Jego ilustracje bowiem to pieczołowicie wyskrobywane skalpelem w grubej warstwie czarnej farby kreski, które łączą się w mroczne, makabryczne wizje. Witajcie w chorym świecie T.OTTa!


„R.I.P.” to zbiór blisko dwudziestu krótkich historii z dwudziestu lat pracy twórczej autora. Makabra i czarny (najczarniejszy) humor, wylewają się z plansz, które po prostu porażają szczegółowością i klimatem. Ott całe historie zasadza na ilustracjach, uparcie odmawiając dodawania tekstów, ale braku dialogów czy komentarzy wcale się nie odczuwa. Morderstwa, samobójstwa, dziwaczne zdarzenia. Klown, Ku-Klux-Klan… Czy to kosmos czy ziemski motel, czy sprawcą zdarzeń jest walizka pieniędzy, czy też pojawienie się Anioła, każda z wizji Otta jest tak samo świetna i przekonująca. A co najważniejsze, wszystkie historie trzymają równy poziom, choć z pewnością dwie muszę tu wyróżnić, jako że urzekły mnie w szczególności.


Pierwsza z nich to „Załamanie” klimatem przypominająca znaną mangę „Gyo”. Oto astronauta wychodzi w przestrzeń kosmiczną naprawić poszycie kadłuba po uderzeniu meteorytu. I wtedy nagle widzi dryfującą w pustce… rybę! A to dopiero początek dziwnych zdarzeń.


Drugą opowieścią, która wgniotła mnie w fotel jest „Narzeczona królika”, która klimatem przypomina filmy Lyncha (swoją drogą Ott wymienia reżysera w inspiracjach). Jej bohaterkę, dziewczynkę, porywa z łóżka w środku nocy królik. Samochodem zabiera ją do swojego pełnego grozy, chorego świata. Komiks ten zresztą świetnie nadaje się na podsumowanie podróży jaką oferuje nam autor tym zbiorkiem. Zbiorkiem, o którym nie łatwo zapomnieć, a który podsumować można jako punkowy horror w hołdzie pulpowym dziełom. Ott, mocno związany z muzyką rockową, przeniósł coś z gitarowych riffów na strony albumu i choć wprawdzie jest to taka solówka bez tekstu, komu jednak potrzebne są zwrotki i refreny, kiedy urzeka samo instrumentarium?


Dlatego polecam ten przepięknie zaprezentowany i tak samo wydany album, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz