sobota, 31 października 2015

Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm... Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70. - Kamil Kościelski


THIS IS A GOOD DAY TO DIE


Jest późny wieczór, prawie już noc. Piętrowy dom jakich wiele przy typowej, amerykańskiej ulicy. Chodnikiem przechodzi jakaś para. Widzimy smutny posąg Maryi i… nagle przenosimy na iracką pustynię. Palące słońce, rozgrzane piaski a wśród tego wszystkiego wykopaliska archeologiczne. Odkopane ruiny, a w nich artefakty i niepokojąca podobizna jakiejś demonicznej istoty. Kolejne przeniesienie się, tym razem do Georgetown, nie daje należytego ukojenia. Wesoła dwunastoletnia dziewczynka i jej matka żyją sobie spokojnie, dopóki zło nie wkroczy do ich codzienności, opętując dziewczynkę właśnie i przemieniając powoli na swoje podobieństwo…


Tak w skrócie można przedstawić początek i ogólny zarys akcji legendarnego już „Egzorcysty”, dla wielu najlepszego horroru w historii kina, filmu, który stał się tematem wiodącym niniejszej publikacji. Choć jak obiecuje podtytuł „Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70. nie jedynym.


Od prób zdefiniowania gatunku, przez zmiany, jakie w nim zaszły na przełomie dwóch początkowych dekad drugiej połowy dwudziestego wieku, po omawianie konkretnych tytułów istotnych dla problematyki zagadnienia jakiego podjął się autor, wędrujemy przez najistotniejsze wątki tematu i poznajemy jego najważniejszych przedstawicieli. „Psychoza”, filmy Romero, „Dziecko Rosemary”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Treść, prezentacja, analiza.


Największą uwagę skupia autor oczywiście na omówieniu poszczególnych elementów, wpływów i interpretacji wspomnianego już „Egzorcysty”. Nie będę przytaczał jego wniosków czy podawała bliższych szczegółów – od tego jest w końcu sama książka, nie ja – powiem za to, że na 136 stronach zaledwie zdołał Kamil Kościelski dokonać naprawdę głębokiej i rzetelnej analizy, sięgając do rzeczy zarówno oczywistych, jak i tych, o których niewielu tylko by pomyślało. Styl autora to nie styl laika, to pióro znawcy tematu i człowieka, który postanowił złożyć własny hołd legendzie kina. I Stanleyowi Kubrickowi, choć ten prawie nie jest tu wspominany.


Efekt jest co tu dużo mówić – rewelacyjny. Pobudzający wyobraźnię i zachęcający by przypomnieć sobie po raz kolejny „Egzorcystę”, oglądając tym razem bardziej analitycznym okiem. Polecam więc i to gorąco, wydawnictwu Yohei zaś składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz