sobota, 17 października 2015

Moje śliczne - Karin Slaughter


RZEŹNIA PANI KARIN


Rzadko czytam thrillery, a przynajmniej rzadko czytałem je w ostatnich latach. Powód? Nie potrafiłem znaleźć w nich niczego oryginalnego czy wartego uwagi. Wciąż jednak natrafiam na pozycje, które przekonują mnie, że gatunek ten wcale się nie skończył, a „Moje śliczne” zdecydowanie do nich należy.


Dwie kobiety, dwa różne zdawałoby się światy i zdarzenie, które staje się im wspólne. Claire wychodzi z aresztu i wraca do swojego męża. Lydia, kobieta po przejściach, żyje ze swoją córką, która już wkrótce ma opuścić dom, a którą od lat wychowywała w paranoicznej wręcz atmosferze. Obie są skłóconymi od dawna siostrami i obie też bardzo przejmują się głośnym medialnie zaginięciem dziewczyny. Cała sprawa jest im bardzo bliska – same bowiem straciły przed laty siostrę, po której zaginął wszelki ślad. Paradoksalnie przeszłość powraca do nich sama, kiedy maż Lydii zostaje zabity w wyniku napadu, a Lydia, szukając w jego komputerze materiałów, nad którymi pracował natrafia na film snuff. Film, na którym ktoś gwałci i morduje dziewczynę. Czemu jej mąż to oglądał? Jakie skrywał tajemnice? Co nieco wie o tym Claire, którą ten próbował zgwałcić. Spotkanie dwóch sióstr, mimo różnic i niesnasek, zapoczątkowuje prywatne śledztwo, przez które na jaw wychodzą przerażające tajemnice…


Gdyby spróbować krótko podsumować „Moje śliczne”, powiedziałbym, że to skrzyżowanie powieściowych „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” z bardzo udanym filmem sprzed lat „8 mm”. To pierwsze opowiadało o śledztwie w sprawie zaginięcia dziewczyny, to drugie o wdowie, która w rzeczach męża znalazła film snuff i wynajęła detektywa by zbadał jego autentyczność. Obie te treści spotykają się u Karin. Ja zaś z autorką o nazwisku, które po polsku brzmiałoby Rzeź, spotykam się po raz pierwszy, ale po spotkaniu tym doskonale rozumiem dlaczego jest tak cenioną pisarką dreszczowców. Bo z jednej strony to wszystko już było, z drugiej fabułę napisała tak sprawnie, lekko i przyjemnie, a przy tym z autentycznymi emocjami, że trudno było mi się od „Moich ślicznych” oderwać. Szczególnie przejmujące okazały się w tym wypadku fragmenty wspomnień ojca bohaterek i jego własne próby odkrycia co stało się z zaginioną córką. To w nich czuć największą bezsilność i powoli ginącą nadzieję. Próby rekonstrukcji ostatnich godzin sprzed zaginięcia, uparte nękanie policji, szukanie szczegółów i czegoś, czegokolwiek, czego by się można było chwycić. Przerażające, prawdziwe i wciągające – tyle mogę powiedzieć. Poza tym miłym aspektem, świadomym to czy przypadkowym, są horrorowe odwołania, jak choćby bohaterka nosząca nazwisko mordercy znanego z serii „Piątek 13-ego”.


Konkluzja? Oczywista. „Moje śliczne” to powieść bardzo dobra, naprawdę udana i przyjemna w lekturze, więc kto lubi ten gatunek, kto lubi emocje i mocne treści, powinien po nią sięgnąć. Polecam a wydawnictwu Harper Collins składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz