sobota, 30 kwietnia 2016

Tusk-Kieł - Kevin Smith

PRAWDZIWA PÓŁNOC


Od podcastu do kinowego filmu otwierającego planowaną trylogię – taką drogę przebył pomysł na „Tusk – Kła”, drugi filmowy horror Kevina Smitha. „Czerwony stan”, pierwsza przygoda tego twórcy z tym gatunkiem był całkiem udanym filmem z naprawdę niezłymi elementami. „Kieł” potencjał miał i w pewnym stopniu go wykorzystał, niestety tylko w pewnym.


Wallace Bryton razem z przyjacielem prowadzi podcasty, prezentując i omawiając idiotyczne filmiki, jakich mnóstwo w sieci. Kolejne z takich nagrań, na którym niezbyt wprawiony w posługiwaniu się samurajskim mieczem chłopak odcina sobie nogę, zachęci Wallace’a do przeprowadzenia wywiadu z jego bohaterem. Kiedy jednak na miejscu okazuje się, że chłopak popełnił samobójstwo, rozgoryczony zmarnowaną szansą Wallce odwiedza bar. Gdy korzysta z toalety widzi ogłoszenie niejakiego Howarda Howe’a – człowieka, który ma do opowiedzenia wiele ciekawych historii. I rzeczywiście, kiedy zjawia się w jego posiadłości, staruszek raczy go m.in. opowieścią o katastrofie morskiej, którą przeżył i tym, jak życie uratował mu mors. Nie wie jeszcze jak bardzo opowieść ta wpłynie na jego życie. Wypita herbata pozbawia go przytomności, gdy ją wreszcie odzyskuje jest przykuty do wózka a jego noga została amputowana. Szalony Howard ma co do niego konkretny plan – chce serią obłąkanych operacji przerobić Wallace’a na podobieństwo morsa! Zaczyna się powolna przemiana fizjologii i psychiki chłopaka…


Chory to, czasami nawet bardzo, ale bardzo przy tym także nierówny film. Z założenia miał być komedią grozy w stylu Tima Burtona, ale niestety – poza samym wyglądem Wallace’a w trakcie przemiany, epizodu w wykonaniu Johnny’ego Deppa i plakatem reklamującym to dzieło – niemal w niczym przypomina filmów szalonego wizjonera. Jak to było w przypadku „Czerwonego stanu:, tak i tu bliżej Smithowi do obrazów Eliego Rotha czy Alexandre’a Aji.


Pierwsze dwie trzecie filmu ogląda się świetnie i z napięciem. Chory klimat udziela się widzowi, znakomite dialogi i niezły humor trafiają w sedno, przegadane po smithowemu sceny mają swój urok, ale potem wszystko zaczyna się psuć. Motywy Howarda nie przekonują, finał także nie ma większego sensu ani logicznego umotywowania w rzeczywistym przecież świecie. Są też jeszcze sceny z szukającym Wallace’a Guyem LaPointe’em. Depp zagrał go bezbłędnie, nie do poznania więc, jednak sekwencje z jego udziałem są bezsensownie śmieszne. Muzyka, wykonanie… Jakby ktoś w środek „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” wrzucił „Amelię”. Nie- rozumiem tego zabiegu i zrozumieć nie chcę, razi, mierzi, boli… Psuje cały klimat. A przecież mogło być naprawdę dobrze, bo i „Kieł” jest dobrze zagrany (Long, Osment czy znów świetny Michael Parks) i zdjęcia są niezłe, i wreszcie efekty, choć tanie, mają swój urok. Niestety…


Jest jednak nadzieja na przyszłość i kolejne części tego, co roboczo nazywa się trylogią Prawdziwej Północy, mogą rozwinąć należycie niektóre wątki i ocalić całość. Mam nadzieję, że zapowiadane „Yoga Hosers” i „Moose Jaws” naprawią to, co zepsute zostało w „Kle”. Samego „Kła” zaś mimo wszystko polecam – choćby za ten chory klimat i sceny z Wallace’em-Morsem.

piątek, 29 kwietnia 2016

Czerwony stan - Kevin Smith


CZERWONY STAN


Kilka lat temu Kevin Smith, kultowy reżyser i scenarzysta, którego wczesne filmy stały się manifestem pokolenia młodzieży lat 90, zmienił front. Zapowiedzią tego była nieudana „Dziewczyna z Jersey”, a potem jeszcze groszy obraz „Fujary na tropie”. Inteligentne, wulgarne komedie, jakie tworzył w latach 90 (z przebłyskami dawnej inwencji w postaci „Sprzedawców 2” i „Zack i Miri kręcą porno”) zastąpił miałkimi, idiotycznymi obrazami, jakich pełno trafia na rynek kina domowego. Ale rok 2011 przyniósł zupełną zmianę gatunku. Smith zaatakował widzów krwawym horrorem, jakiego nie powstydziliby się czołowi twórcy torture porn. A przy okazji zrobił to z satyrycznym zacięciem. Czy spełnionym?


Red State opowiada historię trzech nastolatków, którzy postanowili skorzystać z internetowego zaproszenia kobiety na seks grupowy. Travis, Jared i Billy Ray wsiadają w samochód, docierają na miejsce, kobieta oferuje im piwo na rozluźnienie i… Kiedy odzyskują przytomność są uwięzieni w kościele, gdzie swe kazanie wygłasza pastor Abin Cooper – szaleniec znany ze swej nienawiści do seksualności pod każdą postacią. Jego zgromadzenie, sekta właściwie, to hermetyczna grupa złożona z samych bliskich, którzy ślepo wierzą w jego nakazy. Ofiary zaś, kolejne jak się okazuje, to dla nich grzesznicy stojący niżej w hierarchii wartości, niż zwierzęta nawet. Ich przeznaczeniem jest śmierć. Egzekucja dokonana z zimną krwią, bez wyrzutów sumienia i refleksji, za to z fanatyczną żarliwością. Gdy trzej młodzi ludzie czekają na swoją kolej, policja wpada na ich trop dzięki temu, że w drodze na seksspotkanie uszkodzili pojazd funkcjonariusza. Gdy jeden z mundurowych ginie, do akcji wkracza oddział ATF pod dowództwem agenta specjalnego Keenana, który dostaje jasne wytyczne – sekta Coopera to terroryści i już oficjalnie napisano komunikat, że nikt nie przeżył ataku na ich siedzibę. Nie ważne, że są tam małe dzieci…


Całkiem nieźle wyszedł Smithowi ten film. Reżyser w jednym z wywiadów stwierdził, że chciał zrobić obraz w stylu Tarantino czy bracia Cohen, ale nie ma takiego talentu. I rzeczywiście, do klasy tych twórców Red State bardzo daleko, ale w ogólnym rozrachunku to całkiem niezłe połączenie thrillera i gore. Właściwie blisko temu do filmów Eliego Rotha, protegowanego Quentina Tarantino, ale z głębszą nieco treścią i anarchistycznym przesłaniem. Bo przedstawiciele rządu tu, off record oczywiście, to najgorszy przykład człowieka. Lepsi od Coopera? Wcale nie. Tylko bezkarni dzięki patriot act.


Film jest sprawny realizatorsko, nieźle zagrany (skradziony Tarantino Michael Perks w roli Coopera znakomity jak zwykle), mroczny, krwawy, ale też bez przesadnego epatowania efektami gore. Czasem ocierający się o sensację, czasem o czysty horror (sceny z trąbami zwiastującymi apokalipsę – swoją drogą alternatywne zakończenie przywidywało rzeczywiste zstąpienie Czterech Jeźdźców), na pewno wart poznania. Bo choć nie jest to kino odkrywcze, a jak na Kevina Smitha dość przeciętne, to już jako film gatunkowy przyjemne. Chociaż przyjemność to odrobinę masochistyczna, kiedy patrzy się na owiniętego w folię człowieka, przywiązanego do słupa, któremu strzela się w sam czubek głowy, patrząc jak zalewa się krwią.

środa, 27 kwietnia 2016

Taktotu - Jakub Dąbrowski


TAKTOŚWIETNAKSIĄŻKA


Drugi tom trylogii, która stanowi swoistą grę z czytelnikiem zabiera nas w iście oniryczną wyprawę. Thriller to? Horror? Bardziej jakby David Lynch napisał powieść zamiast kręcić film. A właściwie nowelę. Ale jak to było w przypadku jej poprzednika, „Surogata”, niepozorna wyglądem książka urzeka wnętrzem.


Wyobraź sobie, że pewnego dnia będziesz takim Jakubem Dąbrowskim i obudzisz się w jadącym pociągu. Powitają cię mdłości, ale też i pytania: bo właściwie co tu robisz? Dokąd zmierza skład? O co tu właściwie chodzi? Wyjdziesz wtedy na korytarz, spotkasz kumpla Michasia, zabawicie się w detektywów przeglądając zawartość własnych kieszeni, wypalicie skręta. Prawdziwa zabawa w detektywa zacznie się jednak wkrótce potem, kiedy poznany przypadkowo steward, po dołączeniu się do palenia, opowie Tobie, Wam, o fakcie zabicia jadącej pociągiem młodej aktorki, Roselli Fuertes. Gwiazdy polskiego kina, ba, prawdziwego narodowego skarbu. Jej ciało czeka na wyjaśnienie zagadki co się stało. We trzej podejmujecie się więc zadania rozwiązania go, ale do czego może Was to doprowadzić?


Ta książka napisana jest niemal tak, jak powyższe streszczenie. W „Surogacie” mieliśmy narrację w czasie teraźniejszym drugiej osoby liczby pojedynczej, tu czas zmienia się na przyszły, podmiotem natomiast jest trzecia osoba liczby pojedynczej. Początkowo taka zmiana stylu, kiedy jesteśmy przecież przyzwyczajeni do odmiennego formułowania treści może wprowadzić pewien zamęt – Stephen King skomentował to zresztą w swoim „Bastionie” lata temu – ale to tylko początek przygody z „Taktotu”. Strona, dwie, trzy… Potem zostaje już tylko przyjemność. I zagadki. Pytania. I wreszcie ten klimat, który przykuwa jak choroba.


A jaki to jest klimat? Kafkowski. W stylu Lyncha. Klimat snów, gdzie znajdujemy się nagle nie wiadomo skąd, w sytuacji, która powinna być absurdalnie nielogiczna, ale jednak nie myślimy nad tym, działamy. Bohaterowie robią podobnie. Owszem, myślą, ale są to myśli jakby nie do końca wynikające z wolnej woli. Oniryczne zasady przejmują ster na wszystkich polach, ale logiki nie brakuje. A całość fascynuje i tylko żal jest, że trzeba skończyć po 110 zaledwie stronach. Lepiej jednak kończyć wcześniej, a w wielkim stylu. Wiedzieć, kiedy przestać, nie zanudzać, a pobudzić apetyt. I tak robi autor tej noweli, a zarazem jej bohater. I bohater także wspominanego już „Surogata”, z którym ładnie się przenika, a który nie jest przecież konieczny do czytania „Taktotu”. I konieczny pewnie też nie będzie ostatni tom tego eksperymentu, tej gry, „Koncept numer 14”, ale czy po takich wrażeniach zechciałby ktoś to sobie odpuścić? Wątpię.


Dlatego polecam gorąco, naprawdę warto.


A portalowi Kostnica składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Lord Jim - Joseph Conrad


ZA HONOR


Oto jedna z najbardziej znanych i cenionych powieści naszego rodaka z urodzenia, wybitnego i znanego na całym świecie pisarza, Josepha Conrada. Powieść, która była ostatnią lekturą Józefa Piłsudskiego tuż przed śmiercią. Od jej premiery minęło już sto siedemnaście lat a jednak wciąż znajduje kolejne rzesze czytelników pragnących literatury z wyższej półki.


Jim wydaje się ułożonym młodym mężczyzną, z perspektywami na dobry rozwój kariery na morzu i marzeniami o pokazaniu swojej bohaterskie części natury. Jednak prawda o nim jest inna, prawdą, którą najchętniej ukryłby gdzieś głęboko przed wzrokiem innych. Prawda o strachu, który niesie ujmę jego honorowi. Kiedy pewnego dnia dochodzi do tragedii, Jim dostaje szansę wykazania się. Jego okręt ulega kolizji, że zatonie jest już pewne. Pasażerowie śpią. Szalup jest za mało, nie ma szans by wszyscy się uratowali. Szansa na pokazanie najlepszych cech przegrywa w obliczu zderzenia z pierwotnymi instynktami – Jim, zdjęty strachem, ucieka zostawiając wszystkich na pewną śmierć. Sytuacja okazuje się jednak zupełnie inna, niż mógł się spodziewać. Dosięga go proces przeciw załodze, pojawia się kolejna szansa, ale i przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Czy Jim w końcu osiągnie to, czego pragnie i stanie się taki, jak zawsze marzył, czy może życie zaoferuje mu coś jeszcze gorszego?


„Lord Jim” nie jest książką łatwą w odbiorze, a więc i nie czyta się jej szybko, ale jednak niesie ze sobą mnóstwo satysfakcji. To w końcu pisarstwo z wyższej półki, nie lekka popularna papka, którą pochłania się szybko, by równie szybko zapomnieć, odkładając na półkę bez chwili zadumy. W przypadku tego największego chyba dzieła Josepha Conrada kwestii motywujących do myślenia jest wiele. Autor nie tworzy w końcu fabuły dla fabuły, nie treść jest tu celem, a środkiem. Bohater skonstruowany z pełnią wad i słabości, ale z ideałami, bohater, którego chce się lubić i żałować, a zarazem chciałoby się znienawidzić i odrzucić, wplątany zostaje w sytuacje, w których postawić powinien się każdy z nas. Na rozdrożu wyborów, w obliczu skrajnych warunków, objawia się prawda tak o nim, jak i o nas samych. Bo choć treść odległa jest od nas o ponad sto lat, choć tyczy się życia Conrada, który znaczną część życia spędził na statkach, to poruszane w jej ramach tematy odnoszące się do natury ludzkiej nie tracą na aktualności. Cywilizacja poszła na przód, zmieniła się kultura, ale nie zmieniły się postawy i zachowania. I nie zmienią prędko. Analiza ich, roztrząsanie różnych możliwych wyjść, jest więc potrzebne i warte poznania, a „Lord Jim” znakomicie rozkłada na czynniki pierwsze ludzki strach, pierwotne lęki i honor.


Dlatego polecam sięgnąć po niego, jeśli jeszcze ktoś nie miał okazji poznać Jima i zadać sobie w trakcie lektury kilka pytań. Naprawdę warto.


A ja dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Mysi Domek: Sam i Julia w cyrku - Karina Schaapman


MY SIĘ W CYRKU SPOTYKAMY


Przesympatyczne myszki stworzone przez Karinę Schaapman powracają w trzecim tomie swoich przygód, oferując jak zawsze mnóstwo wspaniałej zabawy. I aż żal, że to już ostatni póki co tom wydany w naszym kraju, bo w towarzystwie tych zwierzęcych bohaterów chciałoby się zagościć na dużo dłuższy czas.


Tym razem spokojny Sam i jego ciekawa życia i nowości przyjaciółka Julia w trakcie zakupów natrafiają na informację o przybyciu do miasta cyrku. Zafascynowani tym wydarzeniem nie wiedzą jeszcze jak bardzo odmieni ono ich życia. Mama Julii złoży podanie o pracę w cyrku, jej zdolności do szycia bardzo się w nim przydadzą, ale oznacza to, że Julia będzie musiała wyruszyć z nią w trasę razem z artystami. Nauczy ją to życia i pracy. Tymczasem pozostawiony samotnie w Mysim Domku Sam także nie będzie miał czasu się nudzić – opieka nad dziećmi czy zabawa z nową znajomą staną się stałym zajęciem. Jednak oboje nie zapomną o sobie i w listach opisywać będą najważniejsze wydarzenia.


Jak widać wśród mieszkańców Mysiego Domku i wśród samych bohaterów zachodzą spore zmiany, ale wciąż niezmienne pozostaje jedno – wspaniała zabawa, jaką oferuje ta książeczka. I przecudowna oprawa graficzna, nad którą mogę się rozpływać godzinami, ale nie ma to większego sensu. Słowa nie oddadzą tego, co czuje się patrząc na zdjęcia autentycznego, zachwycającego ogromem włożonej weń pracy Mysiego Domku, to po prostu trzeba zobaczyć, a gdy już się spojrzy raz, nie potrafi się człowiek oderwać.


Treść w tych książeczkach, owszem, jest. Prosta, skierowana w sam raz dla dziecięcej grupy odbiorców, dla mnie osobiście także sentymentalna w pewien sposób. Ale treść to jednak pretekst czy może bardziej adekwatnie dodatek do zajmujących zdecydowanie większą część książki zdjęć. Te natomiast podziwiać można w pełnej okazałości dzięki temu, że książka wydana została w dużym formacie, a fotografie zajmują często całe strony, a nawet zdobią rozkładówkę znajdującą się wewnątrz. Drobiazgowość detali, jakie wykonała autorka budując domek zdumiewa i oszałamia. Czytelnik chętnie powraca więc do poszczególnych ilustracji chcąc dostrzec kolejne szczegóły i samemu odkryć w jaki sposób udało się je stworzyć. W efekcie zabawy z „Mysim Domkiem” jest o wiele więcej, niż sugeruje to ilość tekstu i czas potrzebny na jego przeczytanie.


Podsumowując, to doskonała książka dla młodych ciałem i duchem. Dla złaknionych przygód dzieci i sentymentalnych dorosłych. Polecam ją gorąco, jak gorąco polecam także dwa pozostałe tomy.


A wydawnictwu Media Rodzina składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - Jessica Knoll


ŚWIATOWA DZIEWCZYNA Z TAJEMNICAMI


Nie czytałem ani „Zaginionej dziewczyny” ani „Dziewczyny z pociągu”, o których wspomina się w kontekście tej powieści, ale nie mówię „nie” gatunkowi domestic noir – czy nazywając go z mniejszą polityczną poprawnością: chick noir. Liczy się w końcu nie szufladka, a jakość, a poza tym sam gatunek pokazujący słabe kobiety, które okazują się być prawdziwymi heroinami z mrocznymi stronami osobowości i wcale nie mniej czarną przeszłością, ma w sobie coś ciekawego. „Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie” przyciągnęła mnie do siebie pewnym szczegółem – nominacją do Nagrody im. Edgara Alana Poe. A jak spełniła pokładane w niej nadzieje?


Ani FaNelli jest ułożoną młodą kobietą, której życia wielu może zazdrościć. Zajmuje dobre stanowisko, pisząc dla prestiżowego magazynu artykuły o seksie, ma perspektywy na lepsza jeszcze pozycję, mieszka w dobrej dzielnicy, jej szafę wypełniają najlepsze markowe ubrania i dodatki, a już wkrótce stanie się żoną przystojnego Luke’a, który ma i odpowiedni status i idealną prezencję. Z pieczołowitością kontroluje każdy aspekt swojego życia, ale to jedynie pozory. Nie tyle Ani, ile wizerunek jaki wykreowała i jaki stara się utrzymać w oczach innych. Ale z czasem pojawiają się na nim rysy, rysy przeradzają się w pęknięcia. Są sytuacje, choćby we własnej głowie, kiedy daje odrobinę wolności swojej ciemniejszej stronie, jednak pewnego dnia zdarzy się coś, co okaże się punktem krytycznym. Zwykła propozycja udziału w filmie dokumentalnym mającym opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w jej szkole kilkanaście lat wcześniej, jak zapalnik wyrzuci przeszłość na powierzchnię, przypominając o okrucieństwie, ale też i głęboko skrywanej tajemnicy…


Do powieści zasiadałem pełen nadziei, ale kiedy wreszcie przystąpiłem do lektury pojawiły się obawy. Nie do końca tego oczekiwałem, nie do końca potrafiłem odnaleźć się w tej stylistyce i klimacie – jakbym wrzucony został w sam środek kobiecego magazynu; jakby ktoś próbował z „Seksu w wielkim mieście” zrobić thriller. Drogie ubrania, znane marki, blichtr bijący z każdej strony, jak neonowy blask, moda… Ale wkrótce potem wrażenie to zaczęło ustępować, wraz z pojawieniem się stających w opozycji do tego, skrywanych cech charakteru Ani. Zmienia się ton, wkracza powaga, bohaterka zaczyna intrygować, a świat nabiera realizmu. I mroku. A ja zacząłem czuć się dobrze w tym świecie i w towarzystwie tej nieszczególnie szczęśliwej najszczęśliwszej dziewczyny.


Cały ten zdobywający popularność gatunek zresztą, pod pewnymi względami przypomina mi slashery. Być może i odwraca on role płci i ich postrzeganie, ale to slasher o wiele wcześniej wprowadził tzw. final girl, która choć była słabą, niewinną i delikatną kobietą, jako jedyna (albo jedna z nielicznych) uchodziła z życiem i pokonywała mordercę (ewentualnie inną, podobna przeciwność). Debiutancka powieść Jessici Knoll trochę w ten schemat się wpasowuje, trochę też go łamie. Lekka, sprawna, czyta się szybko i przyjemnie. Nie brak tu też realizmu, bo sama Knoll pracowała w „Cosmopolitanie” i doskonale zna realia tego zawodu i tego typu pism. Nie brak też napięcia. I choć nie wiem, czy film, jaki na podstawie książki ekranizuje Reese Witherspoon obejrzę, to wiem natomiast, że warto było przeczytać „Najszczęśliwszą dziewczynę…”.


Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Opowieść Panny Młodej, tom 2 - Kaoru Mori


PANNA MŁODA ZAGROŻONA


Drugi tom historii małżeństwa dwudziestoletniej Amiry wydanej przez swoich bliskich za osiem lat młodszego Karluka trzyma znakomity poziom części pierwszej. Tym razem na dodatek zaczyna się więcej dziać, zagrożenie obojga staje bliższe i realniejsze, a w życiu bohaterów pojawiają się nowe osoby. Jak poradzi sobie niedoświadczone, ale bardzo przecież w swój związek zaangażowane młode małżeństwo w obliczu przeciwności losu?


Amira przy pracy poznaje Pariyę, dziewczynę, która ma problemy z wydaniem jej za mąż ze względu na dość osobliwy charakter – a może bardziej adekwatnie byłoby rzec „charakterek”. Ich spotkanie odmieni nieco Amirę i oda jej chęci do zmian, co może być bardzo pomocne, gdy nad nią i jej mężem zawisną czarne chmury w postaci jej bliskich. Zdawałoby się, że sytuacja została rozwiązana, a jednak nie. Rodzina Amiry upomina się o nią po raz kolejny, chcąc wydać za mąż za mężczyznę, którego wszystkie poprzednie żony bardzo szybko umarły. Karluk nie zamierza oddać małżonki, ale w walce z przybyszami nie jest na szczęście osamotniony. Czy to może skończyć się dobrze?


„Opowieść panny młodej” to manga, którą skonstruowano tak, by można było przestać czytać po dowolnym tomie, by zaczęta treść zamykała się w jego ramach, ale kto chciałbym przestać czytać tak wspaniałą historię? Amira, jej oddane, jej charakter i relacje z mężem urzekają i zachwycają. Trudno nie polubić tak jej, jak i jej męża. Trudno także nie zaangażować się w rozgorzały rodzinny konflikt i nie zacząć kibicować bohaterom i ich związkowi. Bo może i wiekiem niezbyt się dobrali, może czasy także nie są dobre ani spokojne, ale uczucia są ponad wszelkimi podziałami – nie ważne, ze czasem zachowanie Amiry w stosunku do jej dwunastoletniego męża wdaje się niemal matczyne.


Drugim tomie Koaru Mori większą wagę przyłożyła do historycznego tła i sytuacji politycznej Azji. Oczywiście wszystkie najlepsze elementy z jedynki – romans, akcja, humor itd. – zostały zachowane w odpowiednich proporcjach, ale całość zyskała szerszy kontekst. Podejście autorki do tematu, realizm tak w warstwie fabularnej, jak i graficznej i drobiazgowość po prostu imponują, a szczególnie widać to w rozdziale poświęconym haftowaniu. Kaoru udaje się rzecz trudna, bo przedstawienie pięknego, choć monotonnego zajęcia w sposób fascynujący i dynamiczny. I tak samo jest z całą mangą – prostą przecież, a jakże cudowną. Mangą przepięknie narysowaną i przepięknie także wydaną, w twardej oprawie, z dodatkową obwolutą. Nic tylko polecać. A polecam gorąco i całym sobą!


I dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Surogat - Witold Tauman

JÓZEF F.


Oto niepozorna książeczka, która ma w sobie moc. Nieduża formatem, niewielka objętością, a jednak treściwa. Pierwsza część tryptyku-eksperymentu literackiego podejmującego grę z czytelnikiem, intrygującego pytaniem o cel, ale także i czyjś jeszcze – naprawdę udaną treścią, która nie wypadanie szybko z pamięci.


Wyobraź sobie, że jesteś takim F., człowiekiem pozornie normalnym, pozornie nie na życiowym zakręcie. Może i masz nieco depresji, ale przecież to nic takiego, wokół są perspektywy, możesz mieć Stanowisko, możesz mieć Pozycję. Czujesz się dobrze, a przynajmniej nie czujesz się źle. I pewnego dnia budzi Cię przybycie z samego rana ekipy karetki pogotowia. Podobno jesteś chory, to Katar, ale nie katar. Oczywiście żyjesz w Państwie, masz swoje Prawa, bez zgody nikt nie może cię nigdzie zabrać, jednak pielęgniarze od tej pory wystają dzień i noc pod Twoim domem, aż w końcu własna ciotka namawia Cię byś jednak pojechał do szpitala. Sytuacja nie jest jednak taka, jak Ci się wydaje – nie czujesz choroby, ale lekarz stwierdza, że umrzesz. To, co Cię dopadło jest nieuleczalne, co więc zostaje Tobie? Szczególnie kiedy już nie możesz wierzyć nawet własnym zmysłom? Kiedy okazuje się, że nie jesteś człowiekiem, a królikiem ledwie?



Kafkowska – taka właśnie jest ta mini-powieść. W pozornie uporządkowane życie F., jak w życie Józefa K. wkracza dysonans w postaci przedstawicieli służb. Wyrwany z bezpiecznego kokonu staje bohater w obliczu czegoś, czego nie rozumie. Niby ma swoje prawa, a jednak rzeczywista sytuacja umyka przed nim. Ale jak u Kafki – i jak w filmach Lyncha – F. wydaje się archetypem bez wolnej woli, którym steruje nie on sam, a zaciskająca się pętla na jego szyi sytuacja. Odliczanie trwa, numeracja rozdziałów maleje, koniec się zbliża. Co jednak czeka u kresu drogi?


Niegdyś jeden z kafkowskich bohaterów zmienił się w insekta, tutaj F. przemienia się w ludzkiego Królika. Komiczne skojarzenie z serialem „Wilfred”, w którym tytułową postacią jest pies postrzegany przez głównego bohatera jako człowiek w stroju psa, ustępuje gdy zdajemy sobie sprawę, że bliżej jest F. nie do maskotki, a królika doświadczalnego. Laboratoryjnego zwierzątka.


„Witold Tauman” wrzuca nas w sam środek losów F. narracją zwracając się wprost do nas. Powieść napisana została w drugiej osobie liczby pojedynczej, co nie stanowi częstego przypadku w literaturze, językiem ciekawym i odpowiadającym treści. I choć ja osobiście jedną rzecz bym w niej zmienił – okładkę – nie ulega wątpliwości, że to znakomita lektura dla fanów niebanalnej, onirycznej fantastyki, która porusza i skłania do myślenia. Polecam gorąco.


I składam podziękowania portalowi Kostnica za udostępnienie jej do recenzji.

Opowieść Panny Młodej, tom 1 - Kaoru Mori


ZA MĄŻ WYDANA


Jakbyście się czuli, gdyby to nie miłość decydowała o Waszym ślubie, a nałożone odgórnie zasady? Społeczne konwenanse wiążące Was niezależnie od woli? W takiej właśnie sytuacji znaleźli się bohaterowie tej pięknej mangi, która zabiera nas w podróż nie tylko w przestrzeni, do odległej Azji, ale także i w czasie!


Wieku XIX. Amira Halgal ma dwadzieścia lat i ze względu na niemłody już jak na pannę wiek, wydana zostaje za pierwszego lepszego partnera, którym okazuje się dwunastoletni Karluk Eihon. Pogodna, nieco szalona dziewczyna z zasadami, wnosi powiew świeżości do rodu męża, fascynując swoją bezkompromisową osobą i talentem łowieckim, jakiego nikt w okolicy nie posiada. Małżeństwo także dobrze się rozwija, Amira i Karluk wbrew pozorom zdają się do siebie dobrze pasować, jednak los jak zwykle staje im na przeszkodzie. Gdy pojawi się nagląca potrzeba znalezienia nowej żony dla niejakiego Numajiego, ród postanawia odzyskać do tego celu nikogo innego, jak Amirę, bowiem z jej obecnego małżeństwa nie mają żadnych zysków. Do czego jednak będą zdolni się posunąć?  I jak zareaguje na to sama główna zainteresowana?


Ta manga jest taka, jak jej bohaterka – spokojna, dystyngowana niemal, ale przede wszystkim urocza i ujmująca. I po prostu piękna. Świetnie i zajmująco napisana, z bardzo udaną intrygą, interesującym tematem i należytą powagą (choć oczywiście typowego dla japońskich produkcji humoru także nie brakuje), wciąga, oferując zabawę a przy tym skłania także do przemyśleń. Bo już sam temat przewodni jest rzeczą, nad którą warto się pochylić, a przecież nie tylko on znajduje się w „Opowieściach panny młodej”.


Pięknie jest też pod względem graficznym. Ale mangowi twórcy już tak mają. Japonia ta kraj wielkich talentów graficznych potrafiących połączyć ze sobą największe nawet skrajności, Kaoru Mori także taki talent posiadła. Zafascynowana od młodych lat jedwabnym szlakiem, zabiera nas na azjatyckie dzikie ostępy w czasy, gdy dziewczynki zostawały żonami w wieku ok. 15 lat i robi to w znakomitym stylu.


Wydanie również jest w tym wypadku piękne i urocze. Standardowy dla pozycji Studia JG większy niż zazwyczaj format, zyskał w tym przypadku piękną oprawę. Dla mnie osobiście to pierwsza manga w twardej okładce, jaką miałem okazję trzymać w rękach i przyznam, że taka edycja robi wrażenie. Do tego obwoluta, świetny papier i przede wszystkim świetna zawartość.


Polecam gorąco, ja jestem urzeczony.


I dziękuję wydawnictwu Studio JG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Pustynny jeździec - David Hofmeyr


JEŹDZIEC PO APOKALIPSIE


Kiedy zasiadałem do czytania „Pustynnego jeźdźca” miałem obawy jaka będzie to lektura. Powtórka z „Mad Maxa” i schematów post apo czy bardziej hołd? Pomyłka czy może fajna zabawa? Na szczęście szybko okazało się, że to całkiem przyjemna powieść, gdzie nie brak szybkiej akcji, a fabuła to całkiem sprawnie skrojony materiał na bestseller dla starszej młodzieży.


Adam Stone, chłopak jakich wiele, żyje w pustynnym miasteczku Blackater. Nieprzystępne miejsce w nieprzystępnym świecie, gdzie ludzie nie cieszą się długim życiem, a jedyną prawdziwą rozrywką i szansą są mordercze wyścigi motocyklowe, jest wszystkim do czego chłopak chce uciec. Najlepiej z nią u boku, Sadie Blood, dziewczyną, którą kocha. Jednak jedyna droga ucieczki wiedzie w górę – do Obserwatorów, do Tych-co-Pozostali, a jedyną szansą na to jest wygranie morderczego wyścigu, który zapewni ku temu środki. Każdy chciałby tego dokonać, każdy sądzi, że jest niezwykły, że jest tym, któremu się uda, ale tak naprawdę wszyscy są tacy sami. Adam również, ale zamierza spróbować. Wierzy, że ma szansę, ale czy aby na pewno?


Stare westerny, „Gwiezdne Wojny”, „Mad Max” i powieści Kinga pisane pod pseudonimem Richard Bachman – to wszystko chłonął przez całe życie wywodzący się z RPA David Hofmeyr i temu wszystkiemu chciał także oddać hołd swoją debiutancką powieścią. A co za tym idzie, chciał także powtórzyć emocje i wrażenia, jakie towarzyszyły mu, kiedy oglądał i czytał wspomniane tu dzieła. Wybrał więc to, co sam lubił najbardziej, splótł to z własnym pomysłem i połączył w jedną całość. Zainteresowania literacko-filmowe akurat z nim podzielam, łatwo mi więc było się w tym wszystkim odnaleźć, ale zarazem także spoglądałem na jego dzieło bardziej krytycznym okiem. Na szczęście bawiłem się nim całkiem dobrze.


Poza wymienionymi powyżej dziełami, utwór Davida kojarzy się przede wszystkim z popularną od lat, dobrze sprzedającą się stylistyką, w jakiej utrzymane są tytuły pokroju „Igrzysk śmierci”. Styl jest więc lekki i łatwy, akcja dynamiczna, a klimat tworzy ciągłe zagrożenie dla bohaterów. Czy wyjdą z tego cali? Odpowiedź nie jest wcale tak oczywista, a autor z pewnością zaprezentuje nam dalsze losy stworzonych przez siebie postaci.


Lubicie taką stylistykę, sięgacie chętnie po takie? To literatura w sam raz dla Was.


A ja dziękuję wydawnictwu Ya! za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Lobo: Highway to Hell - Scott Ian, Sam Keith


AUTOZDRADA DO PIEKŁA


Lobo w piekle był już nie raz i to bardziej on przeszkadzał piekłu, niż piekło jemu. Właściwie to piekło miało go już tak dość, że dostał zakaz wstępu, zakaz umierania i najlepiej zakaz zbliżania się. Tego rasowi twórcy nie eksploatowali, nadszedł więc ktoś spoza komiksowego kręgu, Scott Ian z zespołu Anthrax, który postanowił wysłać Lobo w podróż w głąb ognia, rogów i kopyt.


To był miły początek dnia. Lobo siedział sobie przed telewizorem, oglądał „Losta”, kaca zapijał gorzałą, kiedy nagle, Jeb!, przez okno wleciało stadko jego kosmicznych delfinów, w tym jeden, zabity. Z nożem w delfinim ciele, z przybitą nim kartką od samego Lucyfera. Ale co? Ktoś śmiał zabić pupilka Lobo? Żywy czy nie, człowiek to czy demon, zasługuje na śmierć w największych męczarniach. Trzeba tylko pamiętać o jednym: żeby zabić go dopiero po przesłuchaniu, nie wcześniej. Chyba się uda, prawda? Lobo wsiada na swój motor i rusza do piekła, dostaje się na pokład płynącego Styksem Titanica i… Cóż, chcąc nie chcąc, a trudno rzec by nie chciał, zaczyna mordować kolejne rzesze postaci stojących mu na drodze przed celem i poznaniem prawdy dlaczego Lucyfer dopuścił się takiego czynu…


Komiks ten mocno czerpie z najlepszych opowieści i Lobo. Odwołuje się do nich, kontynuuje wątki czy przywraca postacie z takich dzieł, jak „Ostatni Czarnianin” czy „Lobo Powraca”, ale choć jest ciekawie i w pełni czarnego humoru, choć dialogi są udane a masakra należycie krwawa, czegoś zabrakło. Na pewno brak tu szczypty oryginalności i szaleństwa. Komiks jest ostry, jest wulgarny, ale zagubił kontrowersyjną satyrę. Muzyk metalowy u steru powinien udźwignąć całość, bo Lobo to w końcu od zawsze komiksowy odpowiednik ostrego rocka, umowny i bezkompromisowy, ale Scott nie ma wyczucia. Brak mu wprawy, narracja się rwie, wątki nie rozwijają w spójny sposób, a finał nawet trudno nazwać finałem. Otwarte zakończenie? Bardziej urwane bez pomysłu. A szkoda, bo potencjał był.


Graficznie jest fajnie, miło dla oka. Sam Keith wie jak rysować. Najczęściej mu się nie chce, ale nie chce w dobrym stylu, chociaż to nie Bisley niestety. Ale z Bizem łączy go co nieco, właściwie Keith to taki Bisley skrzyżowany z Benem Templesmithem. Specyficzny, niechlujny, stosujący różne techniki w jednym tylko kadrze. Mi osobiście bardzo pasuje, choć wiem, że przeciwników także mu nie zabraknie.


Podsumowując: to niezły Lobo, ale tylko niezły. Zmarnowany potencjał razi w ostatecznym rozrachunku, ale przeczytać i tak warto. Dla kilku choćby scen. Bo któż inny, jak nie Lobo sięga do „awaryjnego zatopienia” statku?

Avengers: Preludium nieskończoności - Jonathan Hickman, Nick Spencer, Mike Deodato Jr., Stefano Caselli, Marco Checchetto.


POCZĄTEK KOŃCA


Z Avengersami problem jest jeden – nadmierna liczba bohaterów zbyt często wprowadza chaos. I to właśnie czuć w tym albumie. Ale czuć w nim także coś innego. Kiedy sięgnąłem po „Preludium…”, kiedy przeczytałem opis z tyłu, poczuł się znów jakbym sięgał po stary dobry „Mega Marvel”. Treść brzmiąca niczym coś dla wtajemniczonych, straszliwy patos i ta sugestia, że nawet jeśli ktoś nie wie o co chodzi, czuje że obcuje z czymś wielkim. Czy jednak tak, jak większość „Mega Marveli” niesie ze sobą rozczarowanie?


Hyperiom i Kapitan Wszechświat, z pomocą Thora, Superior Spider-Mana, Hawkeye’a i Spider-Woman, zaczynają nauczać Dzieci Słońca. Wielki Ewolucjonista chce je jednak wykorzystać do własnych celów. To jednak incydent bez większego znaczenia, kiedy prawdziwe zagrożenie, być może największe jakiemu stawić musieli czoła Avengers w swojej historii, pojawia się na horyzoncie. Miejsca upadku Bomb Genezy zaczynają wykazywać dziwną aktywność, komunikat niepokojący: naprawa nieudana, awaria systemu, punkt pęknięcia multiwersum. Diagnoza? Świat nieuleczany. Dziwne sygnały wysyłane przez te miejsca przechwytuje Bruce Banner, nie rozumie co one jednak oznaczają. I dokąd docierają. Avengers muszą poradzić sobie z zagrożeniem dla cywili, ale też i przeciwnikiem, z którym nie mają najmniejszych szans. A to jedynie początek i najmniejsze ich zmartwienie…


Nie kupuję avengerowych serii, bo znam komiksy Hickamana i o ile radzi on sobie z dużymi crossoverami (choć podobnie jak u Slotta, jego pomysły balansują na granicy rewelacji i totalnego kiczu), to regularne serie wychodzą mu średnio. Ten album kupiłem, bo stanowi wstęp do największego rzekomo wydarzenia marvelowego tego roku w Polsce. Niestety, jak to z Hickmanem bywa, nie do końca mu się to udało.


W tym albumie jest i chaos i porcja pomysłów nietrafionych zupełnie. Nadmiar postaci drażni, a podejrzewam, że na tym się nie skończy, wielkiego zagrożenia też wcale nie czuć. Czuć za to patos, w jakim odnalazłby się dobrze Michael Bay, gdyby miał to zekranizować. Sam finał nabiera nieco kształtów, całość ma też pewien swój urok, ale jednak mam nadzieje, że sama „Nieskończoność”, która w naszym kraju ukaże się w październiku (swoją drogą wtedy wyjdą też dwa tomy Avengers związane z tą historią i trzeba będzie je kupić, ze względu na to, że tak naprawdę są w nich rozdziały wyrwane ze środka „Nieskończoności” – a wcześniej jeszcze wstęp do całości w postaci „Thanos powstaje”) będzie lepsza. Bo jeśli nie, szkoda będzie niemal 70 złotych na jej zakup.


Tak czy inaczej jednak „Preludium…” to komiks niezły, nie dla wszystkich, ale nie jest też do odradzenia wszystkim. Ot komiks jakich wiele i tyle.

sobota, 23 kwietnia 2016

All-New X-Men #2: Tu zostajemy - Brian Michael Bendis, Stuart Immonen, David Marquez

ZOSTALI NA DŁUŻEJ


Tą serię reklamowano jako komiks, od którego można zacząć czytać przygody X-Menów i jest w tym sporo racji. Twórcy nie wyeliminowali elementu zagubienia, każdy więc, kto nie czytał wszystkich poprzednich zeszytów z ostatnich kilkudziesięciu lat, nie do końca odnajdzie się w mnogości wątków i postaci, ale dzięki sprytowi scenarzysty All-New X-Men nie będzie w tym zagubieniu odosobniony. Bendis przeniósł bowiem starych X-Menów, młodzików ledwie, którzy raptem kilka dni wcześniej trafili do szkoły Xaviera. Wyrwani ze swojego czasu, by walczyć w przyszłości, nie odnajdują się w losach i zdarzeniach podobnie jak my, a co za tym idzie – razem z nimi dowiadujemy się wszystkiego.


W tym albumie nasi przeniesieni z przyszłości mutanci starają się zrozumieć sytuację w jakiej się znaleźli i nowy świat, który ich otacza. Odmienna rzeczywistość i odmienne cele wywołują rozłamy, bunty i nadużycia. Kitty Pride zaczyna ich szkolić, ale pojawiają się też kolejne postacie, które chcą ugrać coś na obecnej sytuacji. Raven chce nowego, bogatego życia, Scott, nadal po stronie złych, stara się przeciągnąć mutantów na swoją stronę. Ludobójstwo wisi w powietrzu. Ale czy na pewno? po czyjej stronie jest racja, kto jest tym dobrym i do czego doprowadzą decyzje poszczególnych członków i uczniów?


Nie byłem przekonany do końca do tej serii i początek też nie zwalił mnie z nóg, ale z każdą kolejną stroną coraz bardziej zacząłem doceniać to, co zrobił Bendis. Odwrócenie schematu „Days of Future Past”, który X-komiksy wyeksploatowały do cna było dobrym materiałem wyjściowym dla nowego początku. Dzięki tak prostemu zabiegowi nie musiał scenarzysta na nowo rozpoczynać losów mutantów, szykować wielkich przetasowań czy tworzyć fabuły skrojonej tylko pod nowych czytelników. Mógł sięgnąć do mnogości wątków, spleść je w treść zrozumiałą tylko dla fanów, a zarazem dzięki podróży w czasie zmusić bohaterów by wyjaśniali wszystko przybyszom z przeszłości. I prze okazji nie zanudzali, bo na nudę nie ma tu czasu. Akcji jest dużo, przy okazji nie jest to akcja głupia, a wyjaśnienia sporadyczne, acz adekwatne.


Graficznie też jest miło. Może kreska Marqueza w pierwszej części jest tylko poprawna, to już Immonen przekonał mnie do siebie w pełni i z radością oglądałem jego ilustracje w drugiej połowie albumu. Fajny kolor, fajne wydanie, dodatki w postaci galerii okładek, szkiców i ewolucji plansz…


Polecam! Tak starym, jak i nowym czytelnikom. I czekam na „Bitwę Atomu”, która wyjdzie w grudniu, łącząc losy X-Menów z różnych serii, w tym tej właśnie, w jednym, ciekawie zapowiadającym się crossoverze.

piątek, 22 kwietnia 2016

Radość kwiatów - Eleri Fowler


KWIAT KOLOROWANEK


Kolorowanki nie muszą być tylko do kolorowania. Ta moda podbijająca w ostatnim czasie serca czytelników i książkowe rynki przybiera najróżniejsze formy, co więc stoi na przeszkodzie by poza oferowaniem samej interaktywnej rozrywki, zapewniały także coś do poczytania? Jak się okazuje nic i to właśnie wykorzystała Eleri Fowler, której „Radość kwiatów” trafiła niedawno do polskich księgarń.


Co zawiera w sobie ta pozycja, jasno określa już sam tytuł. „Radość kwiatów” to roślinne, głównie kwiatowe, choć oczywiście nie tylko, wzory. Czego innego jednak można by się spodziewać po autorce, której nazwisko brzmi, jak anagram angielskiego „Flower” (Kwiat)? Delikatne łatki, listki, łodyżki – wszystko splecione ze sobą we wzory, zapraszają do ogrodu pełnego pięknych roślin ozdobnych czekającego tylko na swoje barwy i życie, jakiego nada mu ręka kolorysty-pasjonata. Tego zaś ogranicza już tylko jego własna wyobraźnia…


Kolorowanie tego typu pozycji to, wbrew temu, co mogą sądzić ich przeciwnicy albo po prostu czytelnicy nieprzekonani, naprawdę wciągająca i fascynująca zabawa. Zabawa przyjemna w samotności i w skupieniu, ale jeszcze lepsza, gdy zasiąść do niej we dwoje, z nutą szaleństwa i odmiennymi, acz uzupełniającymi się pomysłami i koncepcjami na wykonanie całości. Wystarczy tylko wziąć kredki, flamastry, mazaki, pastele czy farby w dłoń, usiąść i… dać się wciągnąć bez patrzenia na zegar.


A w trakcie zabawy twórczej każdy może przy okazji odrobinę poczytać i to poczytać nie byle co, bo cytaty z takich autorów, jak Szekspir, Dickinson, Brontë czy Emerson, a także francuskie i szwedzkie przysłowia. A co ciekawe, także je może pokolorować, wyciąć, oprawić… Po prostu dobrze się bawić.


Fani kolorowanek dostają więc wszystko to, czego oczkują z nutą wyższej także wartości. Efekt końcowy jest więc godny polecenie. Realizuje założenia gatunkowe i prezentuje się w przyjemny sposób. Lubicie kolorować? Sięgnijcie, bo warto.


A ja dziękuję wydawnictwu Harper Collins za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Królowie Dary - Ken Liu


KRÓLEWSKIE DARY


Na taką powieść fantasy czekałem już długi czas. Po całej masie wszelkich naśladownictw twórczości Tolkiena płynących zza granicy, wreszcie dostałem do rąk serię znakomitego autora, ze świetnym pomysłem i światem o porządnie skonstruowanej mechanice, która przykuwa uwagę od pierwszych stron i nie wypuszcza czytelnika ze swoich objęć do samego finału.


Jest ich dwóch, ale jeden mają cel. Mata Zyndu jest jednym z nielicznych ocalałych ze swego rodu, wymordowanych podstępnie przez obecnego cesarza, który wywrócił cały porządek królestwa, w jakim przyszło mu żyć. Całe życie ćwiczył pod okiem jedynego żyjącego krewnego, żeby stać się potężnym, zdyscyplinowanym mężczyzną, który zdoła dokonać zemsty. Kuni Garu jest jego zupełnym przeciwieństwem. Rozrywkowy, nie dbający o pieniądze, podrywacz, cwaniak i kombinator, praktycznie nie bywa widziany trzeźwym. Jego urok potrafi zwieść każdego, dając mu korzyści o jakich inni mogą marzyć. Ale ma w sobie wiele szlachetnych cech, tylko za wszelką cenę stara się być dobrym tak, by nikt nie powiedział o nim, że dobry jest. Losy Maty i Kuniego złączy ze sobą jedno pragnienie – wyzwolenia spod władzy cesarza ich królestwa, a potem także i wszystkich innych królestw wysp Dary. Tylko czy ich plany mają szansę powodzenia? I czy odmienne wizje przyszłości nie doprowadzą do jeszcze gorszych podziałów?


„Królowie Dary” to powieść jakże świeża pod każdym względem. Po pierwsze jest to absolutna nowość, która w oryginale swoją premierę miała w minionym roku, po drugie, choć dorobek Kena Liu jest wielki, to jego powieściowy debiut, a po trzecie, pomimo złożenia całości z doskonale znanych motywów, udało się autorowi stworzyć coś naprawdę ożywczego. Prawdziwie królewski dar dla fanów fantasy, że sparafrazuję tytuł. Bo to zdecydowanie jedna z najlepszych powieści z tego gatunku, jakie czytałem w ostatnich latach i doskonale trafiająca w mój gust. Czym konkretnie? Swoją przyziemnością, realizmem, prawdziwością. Tu nie ma epatowania magią, olbrzymiej gromady najprzeróżniejszych stworów, jest za to świat, jaki mógłby istnieć naprawdę, o nieco odmiennej ewolucji technologiczno-społecznej, jednak przeprowadzonej w ramach ściśle określonych praw i zasad. Najbliżej gatunkowo jest „Królom…” do heroic fantasy, , bo są i quest i fantastyczne krainy i barwnej galerii postaci władających bronią nie brak także, ale ciężko jest tak do końca zamknąć w jakiejkolwiek szufladce.


Gdybym miał jednak porównać tą powieść z jakąś inną historią fantasy, byłby to znany i ceniony (polski na dodatek) cykl o Meekhanie. Podobna konstrukcja i mechanika świata, podobna dbałość o prawdziwość przedstawionych wydarzeń, ale jednak też i coś zupełnie innego. Odmiennego.


To rzeczywiście fantastyka z najwyższej półki. Ale czy po nazwisku Kena Liu można było oczekiwać czegoś innego? Lista nagród i nominacji, jakie zdobył za swoje książki jest imponująca – Nebula, Hugo, Locus, World Fantasy Award – a to doskonałe potwierdzenie klasy tego autora. Autora, który pisze z należytą wagą, jaką gatunek nakłada na jego pióro, ale z lekkością, powagą a zarazem humorem, nowocześnie acz klasycznie. Po prostu znakomicie.


Dlatego polecam tą serię każdemu, komu gatunek fantasy nie jest obojętny.


A wydawnictwu SQN składam podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

środa, 20 kwietnia 2016

Pionek - Małgorzata Fugiel-Kuźmińska, Michał Kuźmiński

Sprawa Anki (i Sebastiana)


Rzeczywistość nie tylko często zaskakuje o wiele bardziej niż najwymyślniejsza fikcja, ale przede wszystkim stanowi najczęstszą inspirację dla utworów wszelakich. Stopień nasycenia nią jest różny, ale konia z rzędem temu, kto znajdzie utwór pozbawiony najmniejszej kotwicy zaczepionej w rzeczywistości. W przypadku „Pionka”, choć fabuła od początku do końca jest literacką fikcją, trudno nie zauważyć już na pierwszy rzut oka faktów za nią stojących. Faktów, które każą przypomnieć sobie słynną, acz kontrowersyjną sprawę Wampira z Zagłębia.


Całość mojej recenzji znajdziecie na Portalu Kryminalnym: http://www.portalkryminalny.pl/content/view/6945/35/

wtorek, 19 kwietnia 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #5 - Wolrdwide: Set in Stone - Christos Gage, Dan Slott, Giuseppe Camuncoli

JASNO USTALONE


To nawet mogłoby być dobre. Bo przeciw zmianom w Peterze nie mam nic, ale jeśli są to zmiany logiczne i dobre. Póki co mam wrażenie, że wcale nie obcuję z Parkerem, a to drażni. Może Slott pójdzie w ta stronę? Może pokaże, że Peter to nie Peter, ale skoro to już było, po co? Mogło by więc być dobrze, gdyby zmienić Petera w inny sposób, gdyby dodane gadżety dodać logiczne, a i pozbyć się idiotycznych wrogów, którzy żenują i masy wysilonych, jak chyba nigdy wcześniej wątków. Mogłoby być, ale oczywiście nie jest.


Peter po ocaleniu ciotki May i pozostałych wyciąga wnioski z porażki SHIELD i szykuje się do pokonania organizacji Zodiack. Los rzuca go do Londynu…


I wieje nudą. Dzieje się sporo, ale tak naprawdę czytelnika to w najmniejszym stopniu nie obchodzi. Nie ma się z kim utożsamić, brak mu też zaangażowania. Zabrakło także tego, co jeszcze dawało nadzieję – wątków z Dead No More. Została miałkość i marne bardzo zakończenie, które miało zaskoczyć, a znów nie wyszło.

Mysi domek: Sam i Julia w teatrze - Karina Schaapman


MYSI TEATR


Losy przeuroczych, szmacianych myszek, które zrodziły się w wyobraźni Kariny Shaapman to historie, które urzekają. I uzależniają. Wystarczy jeden rzut oka na przecudowne ilustracje, a czas przestaje mieć znaczenie – czytelnik przenosi się do świata, w którym się zatraca i wcale nie chce stamtąd wracać. Ba, chce tylko więcej i więcej i wciąż ma wrażenie, że niezależnie ile by otrzymał, byłoby mu za mało.


Sam i Julia to dwójka mysich przyjaciół, która doskonale uzupełnia się nawzajem. On, posiadacz dużej rodziny, jest cichy i spokojny, ona – mieszkająca tylko z mamą – nie znosi monotonii i chce poznawać cały otaczający ją świat. Dla nich każda codzienna sytuacja to przygoda, nawet znalezienie zwykłego kamyka nosi znamiona fantastycznej zabawy, jednam tym razem w ich życiu pojawi się naprawdę niezwykła sytuacja. Sam ma wystąpić w teatrze, Julia też tam będzie, na widowni, ale czy dla tych dwóch myszek to jakaś przeszkoda, by przeżyć coś zdumiewającego i fascynującego, a przy okazji nauczyć się czegoś przydatnego w życiu?


I znów poczułem się jak dziecko. Kiedy zasiadałem do lektury tego tomu przygód Sama i Julii, było już późne popołudnie, prawie wieczór, słońce za oknem zachodziło, ale w ten złoty sposób, jaki pamiętamy z dzieciństwa. Pora była więc w sam raz na wieczorynkę i właśnie ten magiczny klimat wieczorynki, na którą dzieckiem będąc nie mogłem się nigdy spóźnić, poczułem zagłębiając się w książeczce. Książeczce w warstwie tekstowej niewielkiej, prostej, ale uroczej, graficznie zaś absolutnie wspaniałej – co napisałem już wprawdzie powyżej, ale zamierzam podkreślać wciąż, bo jest tego warta.


Pani Shaapman stworzyła coś, co zdumiewa niezależnie od wieku. Zbudowała cały liczący ponad sto pokoi domek. Z prostych materiałów, z drobiazgowością i precyzją odtwarzając w miniaturowej perspektywie rzeczy, jakie znamy z naszej codzienności, udowodniła jak proste rzeczy potrafią być ujmujące. I jak potrafią zachwycać. Co zresztą w pełni wykorzystano w książkach o Myszkach oferując pełnoformatowe zdjęcia domku w różnych odsłonach, a dodatkowo w tomie tym dając zapraszającą do wejścia do teatru rozkładówkę.


Pięknie się na to patrzy, szczególnie, że należycie pięknie zostało to także wydane. Czyta się również miło, z sentymentem i nie bez dydaktycznej wymowy, szybko, lekko i z ochotą. I chce się więcej. I więcej.


Dlatego szczerze polecam ten tą i całą tą serię Waszej uwadze. A gdyby było Wam mało, wydawca oferuje także myszki-zabawki wiernie odtwarzające te, widoczne w książce. Uroczy to dodatek.


A ja dziękuję jeszcze wydawnictwu Media Rodzina za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Aleksandra - Osyp Nazaruk


ALEKSANDRA WIELKA


Takie bohaterki, jak Hürem, postać znana z bijącego rekordy popularności, choć zakończonego już w naszym kraju serialu „Wspaniałe stulecie”, szybko zdobywają serca odbiorców. Charakterystyczne, charakterne bym rzekł, wieloznaczne i niebanalne. Ale w Hürem kryje się jeszcze jedna istotna rzecz – jest autentyczną postacią historyczną. Kimś kto żył nie tylko na ekranie. I szansę na poznanie tej właśnie osoby daje powieść Osypa Nazaruka, „Aleksandra”.


Hürem. Rudowłosa sułtanka. Kobieta, która przeszła drogę od niewolnicy z haremu, do władczyni. Jej losy, jej charyzma i intrygi dworskie, w których brała udział (czy raczej, których siłą sprawczą była) wystarczyłyby do obdzielenia kilku bohaterek a zatem i kilku książek. A wydawała się być zwykłą dziewczyną z kresów Rzeczypospolitej, która porwana niemal sprzed ołtarza, zniewolona, wyrwana z rodzinnych stron w sam środek Imperium Osmańskiego, trafiła do haremu jej władcy, sułtana Sulejmana II Wspaniałego. Wiedziała jednak jak się o siebie zatroszczyć i potrafiła zdobyć się na niemal wszystko, by osiągnąć swój cel i rozkochać w sobie władcę, by zająć miejsce u jego boku.


Osyp przedstawia losy Hürem bez upiększeń i bez zbędnego odchodzenia o historycznego ujęcia tematu. Większość publikacji odnoszących się do serialu chce skorzystać z jego sławy, ale też i jakby się do niego dostosować. „Aleksandra” nie idzie tą droga, nie szuka dodatkowej otoczki, a literacko stara się rozwinąć prawdę. Przekuć suche fakty w rasową, historyczną powieść. I udaje jej się to, a przy okazji -spełnia się znany slogan – fakty ciekawsze są niż fikcja. I bardziej niż fikcja także przejmują, bo świadomość, iż przecież miały miejsce, dawno, bo dawno temu, ale jednak, towarzyszy nam przez cały czas.


„Aleksandra” nie jest baśnią z tysiąca i jednej nocy, ale coś baśniowego w sobie posiada. Barwną scenerię, historię opowiadającą losy zwykłej dziewczyny, która staje się królową, ale zarazem prawda wciąż wisi nad czytającym. Bo po zdobyciu tronu nie ma miejsca na „żyli długo i szczęśliwie”, a droga prowadząca na tron nie wiedzie przez usłany różami, piękny turecki dywan, po którym stąpa się miękko i przyjemnie. Ba, sama nawet królowa daleka jest od uroczych, delikatnych księżniczek, które zaludniają baśnie, bliżej jej już do złych władczyń na te polujących – tak baśń odarta zostaje ze złudzeń.


I dlatego właśnie warto po „Aleksandrę’ sięgnąć i zderzyć losy serialowej Hürem z jej pierwowzorem. A może po prostu poznać fascynującą kobietę, która mimo upływu niemal pięciuset lat, wciąż stanowi inspirację. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu MG za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Remedium - Suzanne Young


SPOSÓB NA ŚMIERĆ


Dwutomową opowieścią o świecie, w którym w obliczu plagi samobójstw młodym ludziom odebrano możliwość decydowania o swoim życiu, autorka o polskich korzeniach zabrała czytelników do dystopijnego świata będącego niczym więcej, jak złotą klatką. A raczej pozłacaną. Teraz, kiedy cała historia dobiegła już końca, nadszedł czas, żeby opowiedzieć o wydarzeniach poprzedzających „Program”.


Ich bohaterką jest siedemnastolatka, która znalazła dziwny sposób na życie i pomaganie obcym ludziom. Quinlan McKee nie jest bowiem, jak jej rówieśnicy – śmiało można ją nazwać empatką. Co to oznacza w praktyce? Kiedy jakiejś rodzinie umiera nastoletnia córka, Quinlan jest w stanie udawać ją przez pewien czas, przejmując styl bycia, ubiór i nawyki, aby pomóc krewnym przejść przez pierwsze dni żałoby i dać okazję na powiedzenie (i wysłuchanie słów), które inaczej nie miałby okazji paść nigdy w życiu. Jak długo można wytrzymać takie przybieranie życia innych ludzi bez konsekwencji dla własnej psychiki przyjdzie jej się wkrótce przekonać. Zdarzało jej się mylić własne wspomnienia z wyuczonymi, stara się więc nie angażować, jednak kolejne jej wcielenie przekracza tą ustaloną granicę, a ją i chłopaka zmarłej, którą udaje zaczyna łączyć uczucie. Pozostaje jeszcze jednak jedna kwestia – czy to, że jej obecny pierwowzór mógł umrzeć w wyniku epidemii samobójstw może mieć dla niej jakieś znaczenie, a co ważniejsze – konsekwencje?


Nie będę tego ukrywał – ten tom jest słabszy od znakomitej części pierwszej i udanej dwójki, nie mniej nadal jest to naprawdę dobra książka. Jej największą siłą a zarazem problemem jest główny temat, który aż prosił się o satyryczne ujęcie, które przydałoby mu odpowiedniej wagi. Autorka poszła w innym kierunku, w kierunku tego, co obserwowaliśmy w dotychczasowych tomach i nie jest to bynajmniej błąd – tego w końcu oczekiwali czytelnicy „Programu”. Wystarczy jednak przyzwyczaić się do wątku wiodącego i wraca wszystko to, na co się czekało. A więc dystopijna, depresyjna fabuła, która niesie nadzieję, ale także i w pewnym stopniu z nadziei odziera. Świat jest przemyślany, klimat malowany w szarych barwach należycie ciężki, a całość przyjemnie skomponowana z pozostałymi tomami serii.


Co warto nadmienić, jak na cykl dla przedziału wiekowego young adult, trylogia „Program…” jest zaskakująco dojrzałą lekturą, a pomimo całej powagi – lekką w czytaniu. Ten zerowy tom natomiast dobrze nadaje się tak na uzupełnienie udanej historii, jak i także na rozpoczęcie swojej przygody z powieściami Suzanne Young. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu Feeria za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Amazing Spider-Man Vol 4 #1.1 - Amazing Grace - Part One: A Wretch LikeMe - Simone Bianchi, Jose Molina

NIESAMOWITA CHWAŁA, CZ I: NIESZCZĘŚNIK, JAK I JA


Po raz kolejny okazuje się, że główne serie Marvela lepsze są na obrzeżach, niż we własnych ramach. Podobnie było z tym zeszytem, chociaż niestety, jak pokazał finał – nie do końca.


Są Święta, a więc musi dojść też do gwiazdkowego cudu! Spider-Man staje w jego obliczu kiedy niedawno pochwany Julio Manuel Rodriguez powraca do życia. Ponieważ nie można w tym przypadku mówić o błędzie lekarza, który zdiagnozował zgon, pozostaje pytanie, co takiego zaszło. Spider-Man decyduje się rozwiązać tą zagadkę…


Fajny pomysł, fajne wykonanie, niestety finał rozczarowuje. A szkoda, bo komiks – czy jest częścią Dead No More czy nie – miał potencjał. Peter dowcipny, ale w dobrym stylu, choć ubrany w nowy kostium znany z czwartego volume’u swoich przygód, zaciera niesmak, jaki wywołały te właśnie przygody. I nawet to, że zmieniono mu charakter, nie drażni, bo takiego Petera znamy i lubimy. To zaś, co w vol 4 pokazał Slott, odebrała charakter postaci i całą przyjemność. Udane są tutaj także dialogi i strona graficzna, o ile lepsza zresztą od tego, co widzimy w głównej serii. Poszczególne sceny natomiast przywołują wiele miłych wspomnień – choćby powstanie  Julio z grobu. I gdyby nie finał, byłoby naprawdę dobrze.


Jest jednak przeciętnie, choć mam nadzieję, że twórcy wybrną jakoś z zawiązanej głupio akcji. Dam serii drugą szansę, bo po świetnym początku na to właśnie zasługuje.

sobota, 16 kwietnia 2016

Przestępca z zasadami. Biografia subiektywna - Philippe Jaenada


ZŁAP GO, JEŚLI POTRAFISZ


Jeśli miałbym scharakteryzować te książkę w kilku prostych słowach, przywołałbym tytuł popularnego filmu „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Biografia Bruna Sulaka bowiem pod wieloma względami przypomina opowieść o także przecież autentycznym Franku Williamie Abagnale’u – przestępcy, którego czar i urok potrafiły uwieść niemal każdego.


Lata 80 dwudziestego wieku. Bruno Sulak to nazwisko budzące wiele emocji we Francji. Jego napady na sklepy jubilerskie, aresztowania i ucieczki z więzienia przykuwają uwagę ludności, zdobywając wielką sławę. Ba, zwykli ludzie są nawet skłonni mu kibicować. Cóż się jednak dziwić, młody, przystojny, bezczelnie uroczy, z charyzmą i wielkim darem zjednywania sobie sympatii, jak bohater filmowej komedii – albo powieści o Arsenie Lupinie – prowadził ze stróżami prawa szaloną grę. Kobiety traciły dla niego głowę, ale nawet ścigający go funkcjonariusze ulegali jego urokowi i ciętemu językowi. Jednak pod brawurowym, budzącym uśmiech na twarz życiem, kryły się problemy, nieprzespane noce i lęk przed kolejnymi obławami. Czy ta opowieść może mieć dobre zakończenie?


Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałem o Brunie Sulaku, ale jego biografia to powieść, która potrafi uwieść czytelnika w stopniu, w jakim urzekał sam Bruno. To wprawdzie relacja z jego życia i działalności, ale relacja napisana z awanturniczym niemal zacięciem. Dynamiczna, zabawna, poruszająca, przymiotników można by mnożyć, ale takie są zalety powieści opartych na faktach – mniejszy czytelnik odczuwa dystans, bardziej się angażuje. Bo nawet kiedy przypadki, z którymi ma do czynienia są bardziej zdumiewające niż fikcja – a tak często dzieje się w tym przypadku – wierzy w nie, bo w końcu miały miejsce.


A życie Sulaka potrafi zdumieć i zaskoczyć. Ale przede wszystkim wciągnąć w wir wydarzeń, jakie rozegrały się wcale nie tak dawno temu. Dla Polaków dodatkowy smaczek stanowić może fakt, że Sulak posiadał polskie korzenie – jego dziadek pochodził bowiem z Krakowa. Czy taka sława prawie że rodaka jest powodem do dumy to kwestia dość wątpliwa, chociaż z pewnością znajdą się tacy, którzy tak właśnie pomyślą, jednak jest to rzecz, o której warto pamiętać. W końcu bardziej niż przestępczymi skłonnościami Bruno zasłynął swoją nieposkromioną charyzmą, co wiele mówi także o nas samych. Wszystkich tych, którzy dali się uwieść (zwieść?) jego urokowi. Przede wszystkim jednak warto sięgnąć po „Przestępcę z zasadami” dlatego, że jest to po prostu znakomita, brawurowa książka, którą czyta się jednym tchem.


A ja dziękuję portalowi Kostnica za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

piątek, 15 kwietnia 2016

Rachel Rising #41 - Terry Moore


ZMARTWYCHWSTANIE RACHEL 41


Przedostatni zeszyt wrzuca bohaterów w decydującą fazę walki z Malusem. I powiem jedno – jak patrzę na to wszystko, wiedząc że powstaje serial na podstawie tego komiksu, nie mogę się doczekać by zobaczyć sekwencje takie, jak te na ekranie.


Rozmowę Rachel z Lilith przerywa pojawienie się w okolicy domu Ma Malai, a to oznacza tylko jedno. Obie kobiety pędzą na łąkę, wołając imię Zoe, by w końcu znaleźć „dziewczynkę” z poderżniętym gardłem. Na szczęście Zoe wciąż jeszcze żyje. Gdy Rachel zajmuje się nią, Lilith rusza rozliczyć się z Malusem.


Problem z tym komiksem jest jeden – Moore zmuszony spadkiem sprzedaży do szybkiego zakończenia rzeczywiście przyspiesza wszystko. Z tej przyczyny misterny plan pokonania wroga, snuty od dawna już, bierze w łeb. Finał – jeśli go nie rozwinie bardziej (czy jednak w jednym tylko zeszycie ma na to możliwość?) – będzie więc rozczarowaniem, chociaż na szczęście najważniejsze wątki (morderca Rachel) pozostają póki co bez naruszenia.


Abstrahując od -tego, klimat, akcja i rewelacyjne ilustracje sprawiają, ze trudno byłoby znaleźć argumenty, które kazałyby mi nie polecić tego zeszytu. Nadal warto i nadal z niecierpliwością czekam na finał.

Rachel Rising #40 - Terry Moore

ZMARTWYCHWSTANIE RACHEL 40


Ponieważ sprzedaż serii jakiś czas temu zaczęła spadać i tylko i wyłącznie dzięki reakcji fanów stan ten nie pogłębił się bardziej, Terry Moore postanowił zakończyć ją w szybkim czasie. Ryzyko, że po prostu przestanie wydawać „RR” już nie istnieje, historia zostanie zakończona. Kiedy? Na zeszycie 42, który swoją premierę będzie miał już w maju. Trochę szkoda, że to już, z drugiej jednak strony – czy miało sens ciągniecie tego jeszcze długi czas?


Rachel i Zoe odwiedzają dziwaczny ogród Lilith by omówić kwestię dziwnej kobiety, która poprzez trupa była w stanie widzieć naszą bohaterkę, a która przy okazji wygłosiła złowieszczą groźbę. Kontakt Zoe z jedną z roślin kończy się dla „dziewczynki” halucynacjami, których konsekwencji nie spodziewał się chyba nikt…


To, że Moore przyspiesza finał daje się odczuć, choć nie w stopniu, w którym mogłoby to przeszkadzać. Zeszyt 40 okazuje się jednak słabszy od dwóch poprzednich. 2/3 to niewiele wnoszący powrót do mniej przekonujących wątków, reszta natomiast stanowi klimatyczną woltę, która ratuje całość i wprowadza nutę smutku. Efekt całościowy jak zwykle nie schodzi poniżej pewnej jakości – a poprzeczka ustawiona została wysoko i chyba tylko 1 czy 2 zeszyty nie do końca do niej dosięgły. Czyta się to świetnie, genialnie na to patrzy – mimo nie do końca spełnionych cartoonowo-mangowych fragmentów z wizji Zoe.


Polecam.