czwartek, 15 lutego 2018

Dimension W #10 - Yuji Iwahara

OSTATNI ELEMENT


Jak ten czas szybko leci. Całkiem niedawno temu czytałem pierwszy tom „Dimension W”, niezły, choć jeszcze nie w pełni przekonujący mnie do całej serii, zaraz potem zachwycałem się połączeniem horroru i fantastyki w kolejnym śledztwie głównego bohatera, a teraz czytam już dziesiąty i wszystko wygląda na to, że historia powoli dobiega końca. Ale póki co bawię się znakomicie. Wydarzenia na Wyspie Wielkanocnej wreszcie się kończą, przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą, a na jaw wychodzą kolejne ciekawe fakty. Gotowi na dobrą zabawę?


Walka na Wyspie Wielkanocnej trwa. Seameyer zmaga się z Loserem, który chce się na nim zemścić za wykorzystanie ciała Sophii. Do pojedynku włącza się Lwai, mający pomóc temu drugiemu zwyciężyć. Loser zdobył co prawda pięć Numerów i sam także potrafi otworzyć teleporter, ale starcie nie idzie do końca po jego myśli. Wkrótce jego stan zaczyna się pogarszać, a obrażenia grożą śmiercią. Nie ma już szans na zwycięstwo, a to dopiero początek…

Tymczasem Kyouma, po tym, jak przypomniał sobie rzeczy z własnej przeszłości, chce wycofać się z walki. Nie podoba się to Mirze, która stara się go przekonać by tak łatwo się nie poddawał. Ma też mocne argumenty: tylko przypominając sobie resztę rzeczy z przeszłości, dowie się co zaszło w chwili, kiedy kryzys na Wielkanocnej Wyspie wszedł w kluczową fazę, a jego ukochana umarła w szpitalu. Wspomnienia te są jednak kluczowe także dla Seameyer, który chce za pomocą tej wiedzy odnaleźć Genesis. Sytuacja z każdą chwilą zaczyna się komplikować. Mira, narażając własne istnienie, wchodzi do głowy Kyoumy. Czas ucieka, niebezpieczeństwo narasta, a bohaterowie są coraz bliżsi wielkiego rozwiązania wszystkiego. Ale czy dla każdego z nich będzie to szczęśliwe zakończenie? I co takiego jeszcze przypomni sobie Kyouma?


„Dimension W” to naprawdę znakomita seria shōnen, pełna walk, tajemnic, ciągłych niebezpieczeństw i cudów świata przyszłości, który wcale nie jest tak kolorowy, jak można by oczekiwać. Zmieniła się technologia, ludzka natura nie. Naszym łącznikiem z tym, co dopiero nadejdzie jest główny bohater, staromodny człowiek unikający korzystania ze zdobyczy techniki, żyjący w zawieszeniu między tym, co było, a co jest. Bohater sympatyczny, choć jego charakter pozostawia wiele do życzenia – daleko mu jednak do sympatyczności jego towarzyszki, androida Miry.


Gdybym miał do czegoś porównywać tę serię, byłoby to skrzyżowanie „Naruto” (stroje, walki, narzędzia bojowe, a także podobna dynamika i szata graficzna) z „Chobitsem” (tu i tam mamy do czynienia z dziewczyną-robotem, która kryje w sobie tajemnice). Czyta się to szybko i z przyjemnością, elementy innych gatunków (choćby romansu czy horroru) urozmaicają i tak udaną lekturę, a szata graficzna jest przyjemna dla oka.


W skrócie to dobra seria nie tylko dla nastoletnich chłopców, którzy lubią walki i szybkie tempo. Ciekawa treść i przyjemny klimat sprawiają, że miłośnicy komiksów akcji spod szyldu Science Fiction będą z „Dimension W” zadowoleni. Ja ze swej strony polecam.



A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza