sobota, 10 lutego 2018

Rycerze Sidonii #8 - Tsutomu Nihei

BEZ WYTCHNIENIA


Każdy kolejny tom „Rycerzy Sidonii” to dowód na to, że w prostocie tkwi siła. Historia, która na początku przypominała kopię „Neon Genesis Evangelion” szybko okazała się ciekawym, świeżym dziełem dla miłośników dobrej fantastyki. Dziełem, którego klimat urzeka, a akcja wciąga i intryguje. A całość, z każdym kolejnym tomem, robi się coraz ciekawsza.


Dochodzi do tragedii. Koloniści, którzy oddzielili się od Sidonii, wierząc, że mogą znaleźć spokój i szczęście gdzieś indziej nie żyją. Wszystko to przez kolosalny statek klasterowy, który zderzył się z księżycem, gdzie znajdowała ich placówka. Sidonia zaczyna mobilizację, potrzeba stu najnowocześniejszych gward, do tego rozważana jest produkcja kolejnych hybryd, a to może skutkować ograniczeniami w dostawach energii. Mieszańców niepokoi, kiedy Rada podjęła takie decyzje, nikt nie ma jednak pojęcia co wydarzyło się ostatnio na szczytach władzy…

Tymczasem piloci po pokonaniu Okaryny mają chwilę dla siebie. Tanikaze jednak nie może zachować spokoju. Zwyciężyli dzięki pomocy hybrydy Tsumugi, ta jednak jest w ciężkim stanie i dopiero zaczyna się regenerować. Jaki los czeka na nich wkrótce? Sidonia ma teraz już tylko jeden cel – dotrzeć w okolice planety dziewięć w układzie Lem i przeprowadzić stamtąd atak na statek klasterowy. Jedyna szansa na przeżycie dla jej mieszkańców to całkowite wyeliminowanie istnienia Pustelniaków, ale jak mają poradzić sobie z taką ich ilością, skoro nawet pojedynczy z nich stanowi problem?


Tsutomu Nihei potrafi robić mangi Science Fiction, jak chyba nikt inny. Nawet jeśli sięga do prostego, ogranego pomysłu, który zdawałoby się nie ma racji bytu, wyciąga z niego po prostu coś niesamowitego. „Rycerze Sidonii” to kolejny dowód na wielki talent tego autora. Talent, którego co prawda nie było widać w „Wolverine: Snikt!”, ale to już chyba wynikało z faktu, że mangaka nie czuł ani tematu, ani historii. I nie do końca odnalazł się w Marvelowskich realiach.


Wracając jednak do „Rycerzy Sidonii” to jest to manga naprawdę znakomita. Prosta, bo oto ludzkość przemierza kosmos na statku służącym im za dom i mierzy się z tajemniczymi Pustelniakami, morderczymi stworami, o których właściwie nic nie wiedzą. Nihei jednak postawił nie na budowanie wielopiętrowej fabuły i stawianie kolejnych pytań, choć tych także nie brakuje w serii, ale na klimat. Klaustrofobiczny klimat zamkniętego świata, który wygląda nico jak przeludnione slumsy. Duże zagęszczenie budynków, wąskie korytarze, niby i zdarzają się rozległe pomieszczenia, ale i one mają w sobie coś przytłaczającego. Do tego dochodzi mrok – nie w samej szacie graficznej, ale tkwiący jakby w całej opowieści.


A skoro o rysunkach mowa, są jak cała ta seria. Proste, ale klimatyczne i dokładne, kiedy tego trzeba. Sceny walk w kosmosie są odpowiednio epickie, doskonale też oddane zostały plenery samej Sidonii. Ogląda się to z przyjemnością, jeszcze przyjemniej czyta. Jeśli zatem lubicie dobrą fantastykę, a jeszcze nie znacie tej serii, powinniście to zmienić. Warto ją poznać. Ja ze swej strony niezmiennie polecam gorąco.



Mangę można kupić tu:






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza