sobota, 1 września 2018

Cudowna broń - Philip K. Dick

PÓŁ ŻARTEM, PÓŁ SERIO


Z Philipem K. Dickiem rzecz ma się tak, że wystarczy zobaczyć jego nazwisko na okładce i już książkę można brać w ciemno. Bo autor „Blade Runnera” stanowi po prostu gwarant doskonałej rozrywki na najwyższym poziomie. I nie ma znaczenia czy dzieło należy do czołówki jego najsłynniejszych dokonań, czy też jest prawie nie znane, albo z jakiego okresu jego twórczości pochodzi. Bo czy Dick był młodym i niewyrobionym autorem, czy pisał już z wprawą i doświadczeniem, za każdym razem serwował swoim fanom niesamowite utwory. I nie inaczej jest z „Cudowną bronią”, nadzwyczaj jak na pisarza zabawną powieścią, której jednocześnie nie brak siły wizji i wymowy oraz uderzającej trafności.


Rok 2004. Lars Powderdry jest projektantem broni, co w świecie rozdartym przez wyścig zbrojeń toczący się pomiędzy blokiem zachodnim i chino-radzieckim oznacz niemalże bycie celebrytą. Dla Larsa ta praca to konieczność podążania za broniową modą i tworzenie konkretnej ilości wyglądającego na zabójczy, ale w rzeczywistości niegroźnego sprzętu. Co prawda takie podejście obu stron do tematu Zimnej Wojny jest jak najbardziej korzystne dla ogółu, jednak dla Larsa jego własne zajęcie wydaje się być pozbawionym sensu pozowaniem. Do czasu. Kiedy Ziemia staje się ofiarą inwazji, a ludzkość zacznie potrzebować prawdziwej militarnej siły, nasz bohater, na mocy porozumienia między Za-Blokiem i Oko-Wschodem, musi podjąć współpracę z koleżanką po fachu z drugiej strony konfliktu. Z tym, że słowo musi nie jest tu najlepszym określeniem, bo Lilo Topczewa okazuje się być kobietą atrakcyjną i pobudzającą w nim ciepłe uczucia. Niestety pozostaje przy tym zabójczo niebezpieczna…


Bohater o nazwisku brzmiącym niczym inspiracja dla Luke’a Skywalkera, absurdalny zawód jakby z filmów Barei, akcja stanowiąca satyrę na szpiegowsko-wojenno-fantastyczne dzieła i mix elementów literatury science fiction. „Cudowna broń”, powieść stworzona tuż przed takimi tytułami, jak „Blade Runner” czy uważany za opus magnum Dicka „Ubik”, stanowi dowód na to, jak różnorodnym był on autorem. W końcu mamy tu nie tylko biegłe poruszanie się w motywach gatunkowych (inwazja kosmiczna, niezwykłe gadżety, zaawansowane technologie, telepatia, teleportery, sztuczna inteligencja i wiele, wiele więcej) i „ulubionych” prywatnych lękach i paranojach, ale też i rzeczach dla pisarza zdawałoby się odległych. Jedną z nich jest satyra i potężna dawka humoru (kiedy bohaterowie nazywają się Powderdry czy pani Miękka trudno spodziewać się czegoś innego), drugą sensacyjno-szpiegowska nuta. Tu i tu jednak pokazuje, co potrafi i robi to w znakomitym stylu.


Oczywiście nie brakuje w „Cudownej broni” także powagi. To, jak zdecydowana większość twórczości Dicka (jeśli nie jej całość), książka mająca coś do powiedzenia, posiadająca swoją głębię, niosąca pewne przesłanie i zaangażowana społecznie. Mimo upływu ponad 50 lat, jakie minęły od jej powstania, nadal jest aktualna i przede wszystkim nadal robi duże wrażenie, zarówno jeśli chodzi o jej profetyczną stronę, jak i  fantastyczne wizje.


Owszem, nie jest to największe dzieło Dicka, ale i tak niniejsza powieść, którą śmiało można określić mianem teatralnie przestylizowanego komiksu (kto przeczyta całość zrozumie dlaczego użyłem takich właśnie określeń), absolutnie warta jest poznania. To po prostu bardzo dobra książka, bijąca na głowę zdecydowaną większość współczesnego science fiction, świetnie napisana i rewelacyjnie wydana. Polecam gorąco, jak zawsze, bo Dicka po prostu wypada znać nawet jeśli nie znosi się fantastyki.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz