wtorek, 11 września 2018

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #5 - Kohei Horikoshi

CZYM BYŁBY SHOUNEN BEZ TURNIEJU WALK


Kolejny dobry tom dobrej mangi – tak w skrócie można podsumować najnowszą część „My Hero Academia”. Jeśli po lekturze pierwszego tankōbon miałem jakiekolwiek wątpliwości odnośnie tego tytułu, kolejne rozwiały je całkowicie i w chwili obecnej to jedna z najchętniej czytanych przeze mnie serii shounen. Kto więc lubi ten gatunek, koniecznie powinien zapoznać się z przygodami naszych dzielnych uczniów superbohaterskiego fachu i dać się porwać szybkiej akcji, ciągłym walkom i solidnej dawce humoru.


Czym byłaby manga shounen bez turnieju walk? Dlatego bohaterowie „My Hero Academia” zmagają się właśnie z pojedynkami turniejowymi. Tym razem do walki stają Uraraka i Bakugo. Ten drugi jest jednym z najpotężniejszych uczniów, ale ma swoje słabe strony. W bezpośrednim starciu jest niemal nie do pokonania, z tym że potrafi to osiągnąć dopiero, gdy dużo się rusza. Uraraka jest w stanie jednak posłać dowolną rzecz w powietrze, a tam chłopak nie będzie miał pola do manewru. Niestety, by to zrobić, będzie musiała pokonać jego refleks i zbliżyć się tak, by móc go dotknąć. Nie będzie to łatwe, a to przecież ledwie początek tego, co będzie się działo!


Jeżeli przed laty czytaliście lub oglądaliście „Dragon Balla”, „Naruto” i im podobne opowieści, ta seria jest dla Was. Coś, co spodoba się wieloletnim fanom shounenów, jak również zupełnie nowych czytelnikom chcącym komiksu akcji, pełnego walk, niebezpieczeństw i humoru. I nawet jeśli znacie to z niezliczonej ilości innych dzieł, „My Hero Academia” i tak się Wam spodoba.


Dlaczego? Bo to lekka, szybka w odbiorze i przede wszystkim wciągająca seria. Nie przełamuje shounenowych schematów, co do tego nie powinniście mieć złudzeń, ale czy ktoś naprawdę chce ich przełamywania, skoro sięga po dzieła tego gatunku? Właśnie. Liczy się dobre ich wykorzystywanie, a „My Hero Academia” jest takim właśnie dobrym wykorzystaniem. Autor zachowuje wszystko to, czego od takich mang wymagamy, wyciska z tego to, co najlepsze i miksuje w całkiem logiczną całość, sporo czerpiącą także z amerykańskich komiksów superbohaterskich.


W konsekwencji powstał z tego mix naprawdę smakowity i porywający. Dobrze przy tym narysowany, wpada w oko, serwując odpowiednią dawkę lekkiej cartoonowości i realizmu. To wciąż seria przede wszystkim przeznaczona dla młodzieży – a dokładniej nastoletnich chłopców – jednak każdy, kto wychował się na podobnych historiach (a ja zaliczam się do tej grupy), będzie bawił się znakomicie, niezależnie od wieku.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







1 komentarz:

  1. Dalsze tomy są jeszcze bardziej interesujące i zdecydowanie pełniejsze akcji, choć nie można odmówić uroku festiwalowi sportowemu U.A ;)

    OdpowiedzUsuń