poniedziałek, 12 listopada 2018

Królowie Wyldu - Nicholas Eames

„NIEZNISZCZALNI” W WERSJI FANTASY


Kojarzycie trylogię filmową „Niezniszczalni”, w której to gwiazdy kina akcji, w tym takie legendy, jak Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger czy Bruce Willis, jednoczą siły w walce ze złem? Dokładnie to samo mamy tutaj tylko w realiach fantasy. Co prawda na stronach „Królów Wyldu” nie spotykają się postacie znane z literatury fantastycznej, ale mamy grupę podstarzałych najemników złożonych ze swoistych archetypów gatunkowych, którzy powracają by, być może po raz ostatni, stawić czoła złu. W skrócie: dzieje się dużo, mocno, z powagą, humorem i klimatem, które porwą miłośników różnych odmian tej literatury.


Nigdy byli wojownikami. A właściwie zabijakami – okrutnymi najemnikami, o których słyszał każdy, bo byli najlepsi w swoim fachu (przynajmniej w tej części Wyldu). Jak z każdym jednak, tak i z nimi, czas nie obszedł się łagodnie. Lat przybyło im na karku, podobnie jak kilogramów, wojaczkę zamienili na picie i jedzenie, a choć wciąż potrafią zaimponować i wyglądem, i siłą, dawna sprawność odeszła w zapomnienie. Siebie też już nie widują, bo każdego los pchnął gdzieś indziej. Ale ten sam los już wkrótce znów ich połączy.

Clay Cooper, dawny członek Sagi, jak siebie określali, wiedzie spokojne życie. Ma żonę, ma dziecko, ludzie wiedzą kim był, chcą słuchać opowieści z dawnych lat, jednakże on pogrzebał swoją przeszłość i nie ma zamiaru do niej wracać. Aż do dnia, kiedy na progu jego domu pojawia się Gabriel, dawny kolega po fachu, który prosi go o pomoc. Jego córka, Rose, została porwana i uwięziona na drugim końcu świata. I to na dodatek w miejscu obleganym przez najprawdziwsze potwory. By ją ocalić, Clay i Gabriel, będą musieli zebrać resztę członków Sagi i wyruszać do Wyldu na samobójczą misję. Czekają tam na nich całe zastępy najróżniejszych, śmiertelnie niebezpiecznych wrogów i bestii – tych w ludzkiej i nieludzkiej skórze – oraz, najprawdopodobniej, śmierć. Ale czego nie robi się dla przyjaciół, tym bardziej gdy dawna iskra gdzieś się tam jeszcze tli…


Rocky Balboa, John Rambo, John McClane, Brudny Harry i pary innych twardzieli spotyka się w krainie pełnej magicznych stworów, bierze miecze w łapy i rusza skopać parę tyłków – oto moje pierwsze wrażenie po lekturze tej powieści. Mamy tu bowiem do czynienia z, jak pisałem na wstępie, „Niezniszczalnymi” w wersji fantasy. Autor zbiera  ukochane przez siebie i wszystkich czytelników motywy gatunkowe, miksuje ze sobą w pełnej akcji, krwawych scen, humoru i lekkości opowieści i podlewa elementami, jakich nie powstydziłoby się kino ze wspomnianymi na wstępie postaciami. I mnie to całkowicie kupiło.


Bohaterowie nie są szczególnie psychologicznie pogłębieni, ale nie są też płaskimi, papierowymi zabijakami, jakich można by się spodziewać. Akcja nie ma w sobie wielkiej oryginalności, jednak nie o nią tu chodzi. W swej klasyczności jest tak udana, jak to tylko możliwe, czasem zabawna, czasem krwawa, pędzi do przodu dostarczając nam całkiem emocjonującej rozrywki. Wszystko to ma też swój klimat, a że czyta się  lekko, szybko i przyjemnie (ale jednocześnie z odpowiednią dozą gatunkowego ciężaru) pozostawia po sobie sporą dawkę niedosytu.


Wszystko to sprawia, że „Saga” mocno wyróżnia się wśród zalewu współczesnej, jakże nijakiej fantastyki. I chociaż jest to raczej męska lektura, każdy miłośnik dobrego fantasy będzie zadowolony z „Królów Wyldu”. Ja ze swej strony polecam i czekam na więcej.


A wydawnictwu Rebis dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz