poniedziałek, 12 listopada 2018

Umrzesz, kiedy umrzesz - Angus Watson

A KTO UMARŁ, TEN NIE ŻYJE


Tytuł tej książki, będący taką oczywistą oczywistością, że ocierającą się o pleonazm (z miejsca miałem skojarzenia z cytatem z „Psów”: „A kto umarł, ten nie żyje”), może sugerować, że na czytelnika nie czeka tu nic szczególnie dobrego. Bo skoro autor poszedł w takim kierunku, a nie sugeruje nam stworzenia dzieła satyrycznego, może to źle wróżyć. Ale spokojnie, najnowsze dzieło Angusa Watsona to zadziwiająco dobra lektura. Kawał świetnego, lekkiego i ciętego męskiego fantasy, które spodoba się miłośnikom prozy Andrzeja Ziemiańskiego i wszystkim tym, którzy lubią dobrą, lekką fantastykę z pazurem.


Witajcie w Harówce. To do tego miejsca, pięć pokoleń temu, przybył ze starego świata Olaf Odkrywca. Los chciał, że jego i towarzyszy dopadła tu zima, która zostawiła przybyszy bez jedzenia i możliwości ucieczki, skutych lodem i zasypanych śniegiem, jak okoliczne wody i ich własny sprzęt. Z pomocą przyszli im lokalni – Goachikowie – którzy zażądali w zamian by ci porzucili swoją mowę, zamiast niej posługując się ich własną, i nie zapuszczali się dalej, niż na dziesięć mil od miejsca, w którym przybili do tej ziemi. Tak właśnie narodziła się Harówka.

I to właśnie tutaj żyje on, Finnbogi, zwany Zbukiem. Wojownik, ale człek dość beztroski, któremu nie śpieszy się by zasiąść przy stole Odyna i odbierać należytą chwałę. Nie jest więc, jak reszta swego ludu, a w głowie ma właściwie jedno – przypodobać się Thyri Drzewonogiej, ale już wkrótce wszystko się zmienia. Gdy wioska zostaje zaatakowana, a jej mieszkańcy wymordowani, Finn, z grupką towarzyszy niekoniecznie złożonych z samych przyjaciół, wyrusza w podróż przez niebezpieczne ziemie, zmuszony zostać prawdziwym wojownikiem...


Listopad okazał się dla mnie szczęśliwym miesiącem, jeśli chodzi o dobrą fantasy. Z jednej strony w moje ręce trafili znakomici „Królowie Wyldu”, z drugiej ta właśnie powieść. Obie książki okazały się do siebie podobne: lekkie, ze sporą dozą humoru, ale i własnym charakterem, z tym, że dzieło Watsona jest tym zabawniejszym z nich. Czy to źle? Pewnie by tak było, gdyby autor nie miał nic więcej do zaoferowania, ale na szczęście ma. I to całkiem sporo.


A co konkretnie? Z jednej strony mamy tu klasyczną, ale udaną akcję, nieźle skrojonych bohaterów, ciekawy świat, sekrety, szybką akcję i dobre wyważenie elementów lekkich i ciężkich. Bywa więc krwawo, bywa ostro (także jeśli chodzi o wulgarne słownictwo) i brutalnie, ale czasem czytelnik wybucha śmiechem, ba, tu nawet niektóre nazwy brzmią tak niepoważnie, że aż trudno  nie uwierzyć. A jednak wszystko to dobrze do siebie pasuje. Do tego dochodzi lekki, ale na szczęście nie za lekki, styl, brak większych dłużyzn (chociaż lektura to słusznej grubości) i świetne, bardzo ładnie ilustrowane wydanie. Zsumujcie to wszystko, a dostaniecie coś, co spodoba się chyba każdemu miłośnikowi fantasy. Najbardziej jednak zadowoleni będą miłośnicy męskiej fantastyki w stylu „Achai”.


Ja ze swej strony polecam. Tak po prostu. Bo to (by trzymać się już klimatu „Psów”) dobra książka była jest.


A wydawnictwu Fabryka słów dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz