poniedziałek, 30 grudnia 2019

Yotsuba! #9 - Kiyohiko Azuma

W GOŚCI DO YOTSUBY


Są serie, o których chce się pisać tylko dobrze i są też serie, o których nic złego napisać się po prostu nie da. „Yotsuba!” należy do obu tych kategorii. Z jednej strony jej bohaterka i przygody, które przeżywa są tak sympatyczne, że nie ma po prostu opcji by chciało się cokolwiek w nich krytykować, z drugiej całość została tak doskonale wykonana, że nie ma się do czego – kolokwialnie mówiąc – przyczepić. Bo opowieść o małej szalonej dziewczynce to mangowa komedia niemal idealna i nieważne, jak wielkim ponurakiem nie byłby odbiorca, całość i tak będzie w stanie kupić jego serce.


Znacie Gaciomana? Pora na Gołodupomana! Ale o co chodzi, pytacie?
O to, co zawsze – szalone pojmowanie świata przez Yotusbę! Z tego tomu dowiecie się dlaczego niektórzy ludzie powinni przepraszać innych za… ich własne sny. Zobaczycie jak nasza bohaterka planuje swoje zajęcia na cały dzień, okryjcie co lub kto to Dziuretta, poznacie fakty na temat kawy czy doczekacie się wizyty gości!


Na wstępie (i to nie po raz pierwszy) napisałem, że seria „Yotsuba!” to komedia niemal idealna. Dlaczego nie idealna? Bo wciąż mam – i to całkiem uzasadnioną – nadzieję, że twórca jeszcze bardziej zdoła mnie zaskoczyć całością, więc określenie to zostawię sobie na przyszłość. Tak czy inaczej opowieść o naszej bohaterce, jest tak doskonała, że to nie tylko rewelacyjna komedia, ale przede wszystkim rewelacyjna seria komiksowa tak po prostu. Potwierdza to fakt, że całość doczekała się już kilkunastu tomów i wciąż jest wydawana, a jak wiadomo humorystyczne mangi niezwykle trudno mają utrzymać się na rynku, gdzie rządzą bitewniaki. W końcu niemal każda komedia musi albo przerodzić się w coś bardziej atrakcyjnego dla typowych czytelników, albo umrzeć.


Jak zatem „Yotsubie!” udało się to przetrwać na rynku tak długo? Można powiedzieć, że seria trafiła na swój czas, ale to przecież by nie wystarczyło na długo. Czytelnicy znudziliby się po najwyżej trzech tomach – pomyślcie czemu tak wiele serii kończy na takiej ilości tomików właśnie. Brakowało podobnych opowieści? Tu działa podobna zasada. O wszystkim przesądziło coś zdecydowanie bardziej oczywistego: rewelacyjne wykonanie i sam humor. Ten ostatni jest tu najwyższych lotów, różnorodny, od słownego, przez sytuacyjny, po rysunkowy, a dowcipy za każdym razem śmieszą. Tym bardziej, że całość oferuje dobrą rozrywkę zarówno dzieciom, jak i dorosłym.


Do tego seria została zilustrowana w naprawdę zachwycający sposób. Bohaterowie, uchwyceni prosto i ekspresyjnie, osadzeni  zostali w pełnym detali i doskonale oddanym świecie. W skrócie: rewelacyjnie narysowana, rewelacyjna pozycja dla odbiorców w każdym wieku. Poznajcie ją koniecznie, bo jest tego bardziej, niż warta.


Chcecie kupić tytuł? Znajdziecie go tutaj:






niedziela, 29 grudnia 2019

Dobranoc, Punpunie #2 - Inio Asano

KŁOPOTY PUNPUNA


Po rewelacyjnym pierwszym tomie „Dobranoc Punpunie”, na drugi wprost nie mogłem się doczekać. Inio Asano dostarczył mi bowiem tak szalonej jazdy bez trzymanki, miksując opowieść o dzieciakach i dorastaniu, z thrillerem z prawdziwego zdarzenia i realizmem magicznym, zahaczającym momentami o fantastykę, że nie mogłem oderwać się od tomu i tylko chciałem więcej i więcej… I więcej chcę po części drugiej, która okazała się równie rewelacyjna, co pierwsza, a zarazem dostarczyła mi jeszcze więcej brudu, za jaki tak bardzo ceni się prace Asano.


Głównym bohaterem tej serii jest Punpun, dziesięcioletniego chłopka, który sportretowany został jako ptakopodobne stworzenie. Punpun nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie należy do najbardziej inteligentnych dzieci i wszystko pojmuje na swój specyficzny sposób, z drugiej zaś w jego domu nie dzieje się najlepiej: matka coraz więcej pije, ojciec, który się nad nią znęcał jest nieobecny, a mieszkający z nimi wujek nie jest w stanie go zastąpić. Co gorsza, Aioko, dziewczyna, w której kocha się nasz bohater, znalazła sobie chłopaka. A to dopiero początek…


Przy okazji omawiania pierwszego tomu „Punpuna” pisałem, że seria przypomina mi nieco serial „Wilfred” i chociaż więcej oba tytuły dzieli, stwierdzenie to podtrzymuję. W końcu i tu, i tam mamy bohatera, który przedstawiony jest zupełnie inaczej, niż powinien (w „Wilfredzie” jest to pies grany przez aktora ubranego w strój psa, tu zwyczajny chłopak ukazany został jako ptak), jest brud, jest dużo potencjalnie komicznych sytuacji, które tylko podkreślają tragizm całości, są też pewne elementy potencjalnie nadprzyrodzone… Ale i tak to tylko jedna strona „Punpuna”.


A co jest tą drugą stroną? Przede wszystkim mocno życiowa opowieść o dorastaniu młodych bohaterów, ukazana przez pryzmat nierozgarniętej, a wręcz opóźnionej w rozwoju, tytułowej postaci, która staje się naszym przewodnikiem. Asano prezentuje nam losy dzieciaków bez złudzeń i delikatności. Całość jest wulgarna, brudna, pełna seksu, przemocy i trudów dnia codziennego, których rozpiętość tematyczna obejmuje zarówno pierwsze miłości, jak i znęcanie się nad rodziną. A wszystko to ukazane ze znakomitą psychologią postaci, doskonałym oddaniem najróżniejszych aspektów świata otaczającego bohaterów i dodaniem nuty czegoś ponad – choćby boskich mocy symbolizowanych przez cartoonowe UFO czy wklejoną twarz. Czym jednak są w rzeczywistości, to już każdy musi rozstrzygnąć sam.


Co ważne, szata graficzna zachwyca równie mocno, jak fabuła, jej poprowadzenie i wykonanie. Wszystko dlatego, że mroczne, na wskroś realistyczne ilustracje zostały dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Miasto i plenery zostały tu oddane z iście fotorealistyczną dokładnością, tak samo zresztą, jak bohaterowie. Ale pojawiają się też elementy wprowadzające swoisty dysonans – boskie manifestacje czy ukazanie Punpuna, który jest tak odmienny, że od reszty różni go zarówno stylistyka wykonania, jak i kreska, którą jest rysowany.


Wszystko to wieńczy doskonałe wydanie. Podwójnej grubości tom z dodatkową obwoluta i powiększony format robią wrażenie. Dlatego polecam całość gorąco. To świetna seria dla dojrzałych, ambitnych czytelników, po którą bezwzględnie warto jest sięgnąć.


Tytuł dostępny tutaj:






czwartek, 26 grudnia 2019

30 dni nocy, tom 1 - Steve Niles, Ben Templesmith

NOC WAMPIRÓW



Na fali wznowień wydawanych przed laty w naszym kraju komiksów, Egmont po raz kolejny sięga po kolejny tytuł publikowany niegdyś przez nieistniejącą już oficynę Mandragora. Tym razem, po takich opowieściach, jak „100 naboi” czy „Transmetropolitan” nadszedł czas na powrót kultowego cyklu może i mniej niż one ambitnego, ale i tak wartego uwagi. Mowa oczywiście o „30 dniach nocy”, pomysłowej opowieści o wampirach, która potrafi urzec klimatem. Jeśli lubicie komiksowe horrory, koniecznie powinniście ją poznać. I nie sugerujcie się poprawnymi / przeciętnymi filmami, jakie nakręcono na podstawie tej serii, bo naprawdę daleko im do pierwowzoru.


Witajcie w Barrow, miasteczku na północy Alaski. Jak to na miejsce znajdujące się na kole podbiegunowym przystało, mieszkańcy muszą się tu zmagać z trwającą miesiąc zimową nocą. Miesiąc mroku, choć nie brzmi najlepiej, nie wydaje się być jakaś tragedią, ale to tylko pozory. Gdy zapada noc, miasto nawiedzają wampiry. Jak jednak obronić się przed tymi istotami, których największym wrogiem jest świt? Przez trzydzieści dni może wydarzyć się wszystko to, co najgorsze. Do walki z krwiopijcami staje więc małżeństwo Ebben i Stella, ale czy mają jakakolwiek szansę doczekać wschodu słońca?


„30 dni nocy” Mandragora wydała w roku 2003, a rok później opublikowała sześcioczęściowy ciąg dalszy „Mroczne dni”. I chociaż zainteresowanie tematem musiało być spore, skoro wydawca wypuścił też na rynek komiksy z miniserii „Abra Makabra: Sprawa Cala McDonalda”, a w „Dobrym komiksie” mogliśmy poczytać „Silent Hill: Dying Inside #1” z rysunkami Templesmitha, nigdy nie doczekaliśmy się kolejnych części cyklu. Aż da teraz, kiedy to na rynku pojawia się pierwszy zbiorczy tom od Egmontu, w którym znaleźć możecie nie tylko wznowienie „30 dni nocy” i „Mrocznych dni”, ale też i miniserię „Powrót do Barrow”. To oczywiście nawet nie połowa tego cyklu (przed nami jeszcze „Bloodsucker Tales”, „Three Tales”, „Spreading the Disease”, „Eben and Stella”, „Red Snow”, „Beyond Barrow” i „30 Days 'Til Death”), ale skupmy się na tym, co dostajemy teraz.


A co dostajemy? Kawał świetnie pomyślanego, nastrojowego horroru, który znakomicie się czyta. Jest tu akcja, jest mrok, jest klimat – duszny, klaustrofobiczny, pełen niepewności i zimna, bywa krwawo, bywa brutalnie, ale zabawa jest znakomita. Co warto docenić to zarówno fakt, że całość jest autonomiczna i zamknięta, więc nie wymaga od czytelników konieczności sięgania po kolejne części, jak i to, że przypomina filmowe serie grozy z lat 70. i 80. XX wieku – każda następna miniseria to jeszcze jedna ostateczna odsłona opowieści, która nigdy się nie skończy. Każdy fan horrorów zna to i kocha. I nawet jeśli schemat pozostaje niezmienny, całość wciąż jest udana i intrygująca.


A co z szatą graficzną? Nie ma co ukrywać, ze kreska Bena Templesmitha jest tak specyficzna, że większość czytelników uzna, że nie potrafi on rysować. I trudno z tym nie zgodzić, bo wiele rzeczy przedstawia niczym dziecko uczące się tej sztuki. Rzecz w tym, że wszystkie niedociągnięcia nadrabia komputerowymi trikami, dzięki czemu jego prace są nastrojowe, mroczne i całkiem udane, a co ważniejsze pasujące do całości. Do tego wszystkiego dochodzi rewelacyjne wydanie, więc miłośnicy horrorów mogą cieszyć się naprawdę świetnym komiksem o wampirach na wielu polach. Dlatego polecam im poszukać wśród nowości „30 dni nocy”, bo to dobra pozycja, do której chce się wracać.






Perfect World #6 - Rie Aruga

„PERFECT” WORLD


Mam wrażenie, że ledwie co zacząłem czytać „Perfect World” a tu już proszę, szósty tomik trafił w moje ręce. I chociaż seria ta wyglądała i nadal wygląda niepozornie, to kawał znakomitej, wzruszającej rozrywki. Przewidywalnej? Jak każde shoujo, ale nie o zaskoczenia przecież chodzi, a o jakość wykonania i pewną nutę świeżości (w tym wypadku jest nią intensywne wnikniecie w życie i problemy osób niepełnosprawnych) i dokładnie to czeka na Was w tej serii.


Głównych bohaterów tej serii jest dwoje. Kawana ma dwadzieścia sześć lat i pracuje w Cranberry, firmie zajmującej się projektowanie wnętrz. Nie wszystko potoczyło się tak, jakby chciała, nie została artystką, ale przynajmniej wiedzie niezłe życie. Ayukawa, choć po wypadku który uszkodził mu kręgosłup  porusza się na wózku inwalidzkim, spełnia się, jako architekt. Oboje pokochali się, zostali parą i rozstali się, kiedy on postanowił nie być dla niej obciążeniem.

Teraz jednak spotykają się ponownie, kiedy Kawana wraca do Tokio by przekonać go, żeby wrócił do zajęcia się projektem dla Kaede i Keigo. Co z tego wyniknie? Jak przebiegnie ich spotkanie? I czy podobieństwo sytuacji ich klientów do ich własnej pomoże obojgu z ich problemami?


Patrząc na „Perfect World”, trudno nie odnieść wrażenia, że to manga jedynie nieźle narysowana – nie ma się co oszukiwać, choć szata graficzna pasuje do całości i ma swój urok, pozostaje mocno uproszczona nawet jak na standardy gatunku – niemniej nie w szacie graficznej, a w świetnym scenariuszu tkwi jej siła. Najważniejsze w całej opowieści pozostają jednak dwie rzeczy: drobiazgowe oddanie problemów osób niepełnosprawnej oraz rewelacyjna siła wzbudzanych przy okazji emocji. „Perfect World” bowiem to manga, która potrafi poruszyć. Bywa, że ściska za gardło, smuci… Rozbawia, cieszy? Nie, na to nie liczcie, choć są tu spokojniejsze czy weselsze momenty, ale za to jak znakomicie trąca struny w naszych sercach.


Oczywiście nie wyszłoby to tak doskonale, gdyby nie świetne uchwycenie wątków obyczajowych. Bohaterów się lubi albo nienawidzi, ale przede wszystkim są to postacie wieloznaczne, dzięki czemu nasze podejście do nich nie jest tak oczywiste. Do tego dochodzi sporo interesujących dylematów moralnych i świetnie nakreślone tło. Na dodatek, patrząc na całość z własnej perspektywy, znalazłem też kilka osobistych momentów, a takie chyba każdy ceni.


Dlatego polecam „Perfect World” Waszej uwadze. Jeśli lubicie dobre, obyczajowe historie z miłosną nutą w tle, koniecznie powinien ten tytuł poznać. Nie przypadkiem opowieść ta, która z założenia miała być jednotomówką, kupiła czytelników tak bardzo, że przerodziła się w regularną serię.


Tytuł dostępny tutaj:






Dororo i Hyakkimaru #1 - Osamu Tezuka, Satoshi Shiki

MANGOWY REMAKE


Coś się kończy, coś zaczyna. Właśnie pożegnaliśmy dwie świetne serie shounenowe, jakimi bez dwóch zdań były „Akame ga Kill!” i „Dimension W”, a już na ich miejsce wskoczyły kolejne nowości z tego gatunku: udany „Dr. Stone” i trzymająca podobny poziom seria „Dororo i Hyakkimaru”. Skamieniałymi ludźmi zajmowałem się niedawno, pora przyjrzeć się więc tej drugiej opowieści. Bo chociaż nie jest to manga do końca spełniona, na pewno warto poświęcić nieco czasu na jej poznanie.


Głównych bohaterów opowieści jest dwóch. Pierwszym z nich jest Hyakkimaru, ponury, potężny wojownik polujący na demony. Przemierza on kraj, nie zważając na nikogo, byle tylko wypełnić swój obowiązek. Zamiast rąk ma miecze, wydaje się nie znać strachu ani litości, ale…

Dororo to sierota, która każdego dnia próbuje zdobyć coś do jedzenia, by przetrwać w biedzie wojennej rzeczywistości świata u schyłku okresu Muromachi. Kradzież to jedyne, co mu pozostaje i tak pewnego dnia pakuje się w kłopoty. Kłopoty, z których chcąc nie chcąc wybawia go Hyakkimaru, który staje do walki z okolicznym demonem. Co wyniknie z tego brzemiennego w skutki spotkania tej niezwykłej dwójki?


Chociaż na okładce tej serii podano, że jej scenarzystą jest ojciec mangi, sam Osamu Tezuka, nie jest to do końca prawda. a raczej jest to prawda w takim samym stopniu, jak w przypadku wymienienia go jako scenarzysty „Pluto” Naokiego Urasawy. W obu przepadkach mamy bowiem do czynienia z remake’ami klasycznych dzieł Tezuki w nowej formie. „Dororo”, bo taki tytuł nosi pierwowzór, to opowieść stworzona w latach 60. XX wieku. Doczekała się nawet dwóch seriali anime, filmy fabularnego i sztuki teatralnej. Najnowszy serial właśnie gości na ekranach (nie w Polsce) i z tej okazji na rynku pojawiła się także manga „Dororo i Hyakkimaru”. I jakie jest to dzieło?


Cóż, na pewno nie jest tak udane, jak być mogło. Jak należy tworzyć remake’i prac Tezuki pokazał Urasawa w genialnym, poruszający fascynującym i przesyconym sentymentami „Pluto”. Satoshi Shiki, autor m.in. „Kamikaze” nie jest twórcą tego kalibru, co ojciec „20th Century Boys”, więc jego opowieść to czysty rozrywkowy shounen, ale i tak jest niezła, a co ważniejsze, naprawdę znakomicie zilustrowana. Kreska jest gęsta, klimat mroczny, akcja dynamiczna a postacie wyraziste.


Cała reszta to lekka opowieść akcji, gdzie dzieje się dużo, tekstu nie ma wiele, a choć całość jest przewidywalna, czyta się ją naprawdę przyjemnie, szybko i z ochotą na więcej. Bo to po prostu kawał niezłej, rozrywkowej opowieści dla miłośników fantasy. Nie wybitnej, ale mimo wszystko wartej poznania, choć mam nadzieje, że będzie nam też dane przeczytać kiedyś oryginał.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 23 grudnia 2019

Superman #1: Saga jedności. Ziemia widmo - Brian Michael Bendis, Ivan Reis

W STREFIE WIDMO


Supermanowy run Bendisa trwa. Po świetnym otwarciu przygód tej postaci w albumach „Człowiek ze Stali” i „Niewidzialna mafia”, gdzie zawiązane zostały nowe wątki, a granice wytyczone, nadszedł czas na ciąg dalszy w postaci pierwszego tomu serii „Superman” zatytułowanego „Saga jedności – Ziemia widmo”. I cóż można o nim rzec, jak nie to, że Bendis rozwija dotychczasowe motywy, rozbudowuje postacie i klimat, którym wraca do dawnych komiksów o Supermanie, jednocześnie otwierając przed nami nowy i zapowiadający się na rozległy rozdział jego losów. Rozdział ciekawy i zarysowujący intrygujące perspektywy na przyszłość.


Dla Supermana nastał trudny czas. Po tym, jak poznał szokującą prawdę o ostatnich dniach Kryptona i spotkał człowieka, który podawał się za jego ojca, wydawało się, że choć na chwilę zazna spokoju. Niestety najpierw jego żona i syn udali się w podróż przez wszechświat, potem pojawiła się istota, która chciała wytępić wszystkich Kryptonijczyków, którzy ocaleli, by wreszcie zmierzyć się z przeciwnikiem, który zwrócił przeciw niemu opinię publiczną. Teraz jednak czas na stawienie czoła kolejnym trudnościom. I to jakim! Kiedyś nasz bohater musiał odzyskać milion ludzi wchłoniętych do Strefy  Widmo, wymiaru który mieszkańcom Kryptona służył jako więzienie dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. Teraz trafia tam cała planeta, a Superman będzie musiał sobie jakoś poradzić z zastępami wrogów o niezwykłej sile. Jak jednak będzie w stanie tego dokonać w pojedynkę? I czy w ogóle może mu się to udać?


Bendis dał się poznać, jako jeden z najlepszych i zarazem najbardziej wpływowych scenarzystów w komiksowej branży. Przez lata jego dzieła przyniosły mu taką sławę i uznanie, że czego by się nie dotknął, staje się hitem. Co ważniejsze jednak, razem z popularnością w jego przypadku wiąże się wysoka jakość. Przełomowy „Ultimate Spider-Mana”, opowieści o „Daredevilu”, będące najlepszym, co seria miała do zaoferowania od czasu rewolucji, jaką wywołał w niej Frank Miller, świetne serie o X-Menach pisane w ramach Marvel Now itd. Chyba więc nie znalazł się fan Supermana, który nie cieszyłby się na perspektywę nowych przygód tej postaci w wykonaniu Bendisa właśnie. I chociaż twórca nie pokazał nam tu jeszcze poziomu, do jakiego nas przyzwyczaił, żaden z miłośników nie może czuć się zawiedziony.


Owszem, patrząc na całość nie można powiedzieć, że „Superman” Bendisa to dzieło genialne ani rewolucyjne, jak jego największe utwory. Po prostu mamy tu do czynienia z komiksem stricte rozrywkowym, ale jest to rozrywka na doskonałym poziomie. Lekka, ale niegłupia, szybka i przyjemna w odbiorze i świetnie zilustrowana. Szczegółowa i dopracowana kreska Reisa, który wcześniej ilustrował komiksy z Supermanem m.in. przy okazji miniserii „Człowiek ze Stali” czy albumu „Superman #3: Wielokrotność” wpada w oko i wygląda znakomicie. Poza tym cieszy też samo wydanie – znów dostajemy pogrubiony tom – i fakt, że cykl w tak przyjemny sposób wraca do dawnych opowieści o Supku, jednocześnie robiąc to w zupełnie inny sposób, niż komiksy Dana Jurgensa, bo na polu klimatu, a nie fabuły. Dlatego polecam całość z czystym sercem. Przygody Supermana to wciąż najlepsza regularna seria superhero od DC na naszym rynku i warto wypatrywać kolejnych tomów wśród nowości.







Paper Girls #6 - Brian K. Vaughan, Cliff Chiang

KONIEC ROZWOŻENIA GAZET


Wreszcie jest. Finał jednej z najlepszych serii, jakie w swojej karierze wydało Non Stop Comics trochę kazał na siebie czekać, ale jak zwykle było warto. Brian K. Vaughan, choć zaserwował nam opowieść stricte rozrywkową, stanął na wysokości zadania i stworzył jedną z najlepszych serii w swojej karierze. Aż szkoda, że to już koniec, ale z drugiej strony teraz można wrócić do początku i w końcu przeczytać całość od deski do deski. A warto, bo ze względu na dość szalone i skomplikowane podejście do całości, dopiero tak w pełni da się docenić to wprost rewelacyjne dzieło: rewelacyjne szczególnie dla miłośników fantastyki i klimatów kina lat 80. XX wieku.


Z roku 1988 do… Właśnie! Nasze bohaterki wciągnięte w wir temporalnych przygód, trafiały już do różnych przyszłości i przeszłości, a teraz budzą się każda w innych czasach. Erin trafia do XXI wieku, gdzie w halloweenową noc doświadcza dziwnych snów, mających dla niej ważne przesłanie. KJ ląduje w roku 1958. Mac trafia do roku pięciomiliardowego, gdzie Ziemię czeka zagłada i gdzie spotyka kobietę, która wynalazła podróże w czasie. A tymczasem Tiffany przebywa tysiąc lat w przyszłość. Co tam na nie czeka? Czy się jeszcze odnajdą? I czy zdołają pokonać przyszłość?


Każdy miłośnik popkultury ma zupełne prawo być sceptycznym zarówno wobec wszelkich prób powrotu do klimatów lat 80. XX wieku, jak i opowieściach o podróżach w czasie. Ale w tym wypadku twórcom udało się wszystko to doskonale wykorzystać i dać nam coś niesamowitego. Dowodem na to niech będą cztery nagrody Eisnera - najważniejsze wyróżnienie komiksowe – a także m.in. nominacje do Hugo Award  i Lincoln Award. Wyróżnieniom nie ma się co jednak dziwić, „Paper Girls” to świetna seria, znakomicie napisana, równie dobrze poprowadzona i bardzo nastrojowa. Brian K. Vaughn, nagradzany scenarzysta komiksowy i filmowy (seriale „Lost: Zagubieni”, „Pod kopułą”), stworzył opowieść, która łączy klimaty charakterystyczne dla prac Stephena Kinga traktujących o młodzieży z „Wojną światów” i wieloma innymi rzeczami, od „Strangers Things” zaczynając, na „Powrocie do przyszłości” skończywszy. Mogło wyjść z tego dzieło niestrawne, powtórka z rozrywki i co tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy, ale na szczęście „Papierówki”, „Gazeciarki” czy jak zechcecie spolszczyć ten tytuł, okazały się wprost rewelacyjnie.


Wielka w tym zasługa miłości autora. Ten komiks to piękny sentymentalny powrót do lat 80., kiedy kino było szalone i niczym nieskrępowane, a świat ponury, mroczny, ale i pełen blasku zarazem. Jednocześnie autor dorzuca tu wiele nowoczesności (poruszanie tematów takich, jak menstruacja, który pojawia się w jednym z zeszytów, po dziś dzień w komiksach amerykańskich jest pewnym tabu, ale w latach 80. stanowiło prawdziwy szok – poczytajcie o tym, jak Alana Moore’a krytykowano za jeden z numerów „Sagi o potworze z bagien”, w którym pojawiała się ta kwestia), a także bawi się schematami. Dzięki temu dostajemy naprawdę znakomitą serię rozrywkową dla nastolatków i dorosłych. Świetnie narysowaną, nastrojową, szaloną… Warto ją poznać i zanurzyć się w ten świat. Aż chciałoby się, żeby zawitała na wielkim i małym ekranie. Ale pewnie wtedy twórcy zepsuliby tak doskonały materiał.









Dr. Stone #1 - Riichiro Inagaki, Boichi

PRZYSZŁOŚĆ ZAPISANA W KAMIENIU


„Dr. Stone” to kolejny shounen osadzony w fantastycznym świecie, jakich na rynku wiele. I kolejna udana propozycja dla miłośników gatunku, bo seria stworzona przez Riichiro Inagakiego i autora udanego zbiorku „Hotel” Boichiego, to naprawdę sympatyczna i jakże świetnie narysowana opowieść, którą czyta się z dużą przyjemnością.


Z naszą planetą dzieje się coś złego. Coś uderza w glob, ludzie dostrzegają tajemnicze światło, które nagle ogarnia Ziemię i wszyscy zmieniają się w kamień! Niektórzy kamienieją na środku ulicy, inni mają mniej szczęścia i giną rozbici wraz z samolotami, którymi lecieli. Wszędzie dzieje się to samo i nie zostaje nikt, by rozwiązać zagadkę.

Mijają tysiące lat, świat się zmienia. Bez ludzkości nie jest już tym samym miejscem, ale to właśnie w tym zacofanym, pochłoniętym przez naturę świecie budzą się Taiju Oki i jego przyjaciel Senku. Od teraz będą musieli nauczyć się żyć w nowej, niezwykłej rzeczywistości, ale pozostaje pytanie, co jeszcze tu na nich czeka…


„Dr. Stone” to shounen, jak to shounen. Wyraziści bohaterowie, równie wyrazisty świat, akcja, fantastyka, piękne, seksowne dziewczyny, nieco łagodnej erotyki… Wiecie doskonale, jak to jest. Jeśli czytaliście choćby jedną mangę tego typu, to jakbyście czytali wszystkie, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Rzecz w tym, że takie opowieści zawsze się sprawdzają, tym bardziej jeśli – tak jak w tym wypadku – mamy tajemnicę, posuwającą akcję do przodu i udany, podnoszący poziom opowieści klimat.


Najlepsze w całości pozostają jednak i tak rysunki. Owszem, fabuła jest niezła i dobrze poprowadzona, nie nudzi, nie jest przeciągnięta i potrafi wciągnąć, ale to właśnie grafiki Boichiego kradną cale show. Z jednej strony mamy prosty, typowo wielkooki design, gdzie w dużej mierze rządzi niemalże karykaturalne podejście do prezentacji postaci – od mimiki ich twarzy, przez fryzury, po nawet same ciała i ich krągłości – z drugiej mnóstwo detali i realizmu, które budują klimat, jaki zapada w pamięć na  dłużej. I to się ceni.


Reasumując, na miłośników shounenów czeka kolejna, interesująca seria. Na razie tylko niezła, ale zapowiadająca się naprawdę ciekawie, więc nie wątpię, że w kolejnych tomach całość stanie się jeszcze lepsza. Polecam zatem, bo zabawa jest udana, a całość ma zadatki na naprawdę porywającą historie.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Extraordinary X-Men #4: Inhumans kontra X-Men - Jeff Lemire, Andrea Sorrentino, Victor Ibanez, Eric Koda

X-MEN NA WOJNIE


Miłośnicy marvelowskich mutantów chyba nie mają powodów do narzekań. Na gwiazdkę wydawcy zaserwowali im bowiem solidną dawkę opowieści o ich ulubieńcach, a najwięcej z nich przygotował Egmont, oferując nam dwa eventy i najważniejsze tie-iny do nich. Owe eventy to oczywiście „Śmierć X”, album zapełniający lukę między wydarzeniami z „Tajnych wojen”, a tymi z serii „Extraordinary X-Men” oraz „Inhumans kontra X-Men”, gdzie owe wątki znajdują wreszcie swój finał. Niniejszy komiks zaś to zbiór najważniejszych, bo pisanych przez scenarzystę owych wydarzeń pobocznych zeszytów, które rozwijają nieco „IkX”, a że jednocześnie trzymają poziom wspominanych powyżej tytułów, zabawa z całością jest po prostu znakomita.


Wybuch bomby terrigenowej sprawił, że w członkach Inhumans przebudziły się ukryte moce. Nikt nie wiedział jednak, że uwolniona wówczas mgła jest zabójcza dla X-Menów. Gdy mutanci muszą ukrywać się przed jej chmurami, coraz trudniej jest zachować kruchy rozejm zawarty z Inhumans. Wkrótce jednak dochodzi do sytuacji, że albo mutanci będą musieli opuścić planetę, albo zniszczyć święty dla drugiej strony terrigen. X-Men decydują się działać, ale ich wybory nie podobają się nie tylko drugiej stronie konfliktu, ale także i im samym. Jakie będą skutki wojny, która wkrótce wybuchnie? I jak to wpłynie na wszystkich?


Wszystko to, co w serii „Extraordinary X-Men” działo się od początku jej wydawania, zmierzało do tego właśnie momentu: wojny. Chociaż genezy wydarzeń należałoby szukać w „Nieskończoności”, gdzie doszło do wypuszczenia mgły terrigenowej, napięcie związane z zagrożeniem dla mutantów pojawiło się dopiero w serii pisanej przez Lemire’a i od tamtej pory narastało tak, jak narastały złość i bunt przeciw Inhumans. Teraz fabuła dotarła do punktu kulminacyjnego, a stąd nie ma już powrotu. I chociaż w tym tomie mamy jedynie komiksy poboczne (choć mocno związane z całością, w końcu pisał je ten sam scenarzysta), wszystko to widać wyraźnie.


Ważniejsze jednak jest to, że całość świetnie się czyta. Nie ma zbytnio sensu sięgać po ten album bez jednoczesnej lektury głównego tomu „Inhumans kontra X-Men” (rozejrzyjcie się więc za nim wśród nowości, tym bardziej, że po prostu wart jest poznania), ale nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z kawałkiem dobrego superhero. Konkretna akcja, szybkie, ale nie za szybkie tempo, klimat, spektakularne sceny, mnóstwo bohaterów zaludniających strony… Czyli wszystko to, czego oczekuje się od komiksów z X-Menami.


Wszystko to wieńczy oczywiście dobra szata graficzna i świetne wydanie. Jeśli lubicie przygody marvelowskich mutantów, powinniście poznać cały ten event ze wszystkimi wydanymi w naszym kraju dodatkami. Dobra rozrywka na poziomie zapewniona.







Kolejność czytania eventu i wydanych po polsku tie-inów:
·         Śmierć X
·         Inhumans kontra X-Men #0-1
·         Extraordinary X-Men #17 (z tomu „Extraordinary X-Men: Inhumans kontra X-Men”)
·         Inhumans kontra X-Men #2
·         Extraordinary X-Men #18 (z tomu „Extraordinary X-Men: Inhumans kontra X-Men”)
·         Inhumans kontra X-Men #3-5
·         Extraordinary X-Men #19 (z tomu „Extraordinary X-Men: Inhumans kontra X-Men”)
·         Inhumans kontra X-Men #6

niedziela, 22 grudnia 2019

Kulinarne pojedynki #19 - Tsukuda Yuuto, Saki Shun

KULINARNE CLIFFHANGERY


To już dziewiętnasty tomik „Kulinarnych pojedynków”, za nami już tyle starć i wydarzeń, tyle akcji i ciągnących się przez kilkanaście rozdziałów wątków, a ja mam wrażenie, że seria dopiero się rozkręca. I nie jest to wcale mylne wrażenie, bo cykl dopiero co zakończył się w Japonii na 36 tomie, a to pokazuje ile jeszcze zabawy nas czeka. A że jest to świetna zabawa, od której trudno jest się oderwać, żaden miłośnik shounenów nie będzie miał powodów do narzekań.


Souma pokazał na co go stać, pokonał przeciwnika, którego pokonać nie mógł i jednocześnie – między innymi oczywiście, bo poznał też kilka informacji o przeszłości swojego ojca – wywołał swoistą rewolucję. Teraz inni uczniowie idą w jego ślady i stają do walki z Centralą, na szali stawiając swoje marzenia. Czy mają szansę?

O tym już niedługo przekona się Kurokiba, który zaczyna walkę z należącym do Centrali Kusunokim. Tematem ich kulinarnego pojedynku staje się łosoś. Co obaj ugotują? Jaki będzie wynik tego starcia? I co jeszcze się wydarzy?


I znów twórcy to zrobili! Co takiego, pytacie? A znów zaserwowali nam tak świetny tom, że po przeczytaniu ostatniej strony czytelnik zadaje sobie pytanie: ej, a kiedy wydadzą dwudziesty? Świetna akcja, klimat, tempo, zaskoczenia, finałowy cliffhanger (czy jak wolicie: retardacja)… Wszystko jest takie, jakie być powinno. Czyli, jak zawsze, bo „Kulinarne pojedynki” od samego początku trzymają ten sam, znakomity poziom.


Jednocześnie na czytelników czeka tu mnóstwo humoru, napięcia, świetnych, zapadających w pamięć bohaterów, pojedynków na potrawy, przepisów na przygotowywane przez bohaterów dania i łagodnej erotyki. A jak dobrze wszystko to zostało wyważone. Jakie wciągające. I przy okazji… pełne uroku i słodyczy.


Znakomita szata graficzna sprawia, że wszystkie te poszczególne rzeczy wyglądają naprawdę znakomicie. Urocze, sympatyczne postacie, ponętne kształty, genialnie oddane dania i wszelkie ich najdrobniejsze szczegóły, równie znakomicie uchwycone kuchenne sprzęty i wiele innych, mniej lub bardziej zwyczajnych rzeczy. Wszystko to ogląda się tak samo przyjemnie, jak czyta, a przygody Soumy, nawet jeśli w danym tomie akurat nie ma go prawie wcale, wciągają i… Cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia – to przysłowie chyba najlepiej oddaje charakter całości. Ja dodawać nic więcej nie muszę, poza tym, że polecam gorąco i z niecierpliwością czekam na kolejny tom.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









czwartek, 19 grudnia 2019

Utsubora - Asumiko Nakamura

PUSTA PRZESTRZEŃ MELANCHOLII


Waneko z okazji dwudziestolecia swojej wydawniczej działalności zaserwowało nam niejedną świetną czy kultową mangę. Teraz nadszedł czas na kolejny tytuł, któremu warto poświęcić nieco uwagi. „Utsubora”, bo o nim mowa, to dość specyficzna historia dla dojrzałych czytelników, bardzo udana, klimatyczna, wciągająca i robiąca wrażenie samym imponującym zbiorczym wydaniem, które z miejsca przykuwa wzrok.


Wszystko zaczyna się od upadku. Młoda kobieta Aki Fujino ginie po tym, co równie dobrze może być aktem samobójstwa, co i zbrodnią. Po upadku z dużej wysokości na głowę, jej ciała nie da się rozpoznać, a okoliczności samej tragedii wydają się być równie intrygujące, co osoba denatki. Policja nie znajduje przy niej żadnych dokumentów, a jedynie telefon z dwoma tylko numerami w pamięci: znanego pisarza Mizorogiego i niejakiej Sakury Miki.

I tu na scenę wkracza Mizorogi właśnie, który zostaje wezwany przez policję do identyfikacji ciała. Na miejscu poznaje też Sakurę, kobietę, którą początkowo bierze za Aki, a która twierdzi, że jest jej siostrą bliźniaczką. Kim jednak jest w rzeczywistości? Co łączyło pisarza i zmarłą? Jak zginęła Aki? I co wyniknie ze spotkania Mizorogiego i Sakury?


Tytuł „Utsubora”, będący jednocześnie tytułem jednej z powieści Mizorogiego, to określenie złożone ze znaków, których znaczenie m.in. to „pusta przestrzeń”, „depresja”, „melancholia”, „urna”, „senność”, „to co skryte” i nazwy ryb kojarzonych z mrokiem i głębinami. I to doskonale określa to, co znajdziecie na stronach tej mangi. Bo „Utsubora” to melancholijna, depresyjna, czasem ponura i pełna tajemnic opowieść. Opowieść, oczywiście, dla dojrzałego czytelnika, bo nie brak w niej erotyki, może nie ostrej, ale na pewno wyrazistej.


I tu na myśl przychodzi jeszcze jedno określenie – określenie, które zresztą pada w samej historii odnośnie prozy głównego bohatera: namiętna. Wspomniana już erotyka nie jest bowiem ani mocna, ani wulgarna. To kobiecy komiks, dużo w nim delikatności i namiętności właśnie (także w warstwie graficznej, typowej dla kobiecych mang, łagodnej, kruchej, pozbawionej nadmiaru czerni). Uczuć, które są wyraziście zarysowane. I nieoczywistości widocznej na każdym kroku. Nie jest to thriller ani kryminał, choć trudno nie odnieść takiego wrażenia, a opowieść o ludzkich sekretach, jakie skrywa każdy z nas, co jeszcze bardziej przybliża ją do czytelnika. I chociaż akcja nie jest pospieszna, wydarzeń nie ma wiele, a całość zamiast atakować zmysły czytelnika, powoli do nich dociera, „Utsubora” wciąga i dostarcza udanej rozrywki na poziomie.


Czy jest to poziom, który zasługiwał na tak świetne wydanie? Tego nie jestem pewien. Nie jest to też klasyk, który należałoby tak wyszczególnić. Ale nie zmienia to faktu, że edytorsko rzecz robi wielkie wrażenie. Większe nawet, niż wydana podobnie „Ayako”. Gruby, bo ponad 400-stronicowy tom, twarda oprawa, materiałowy, tłoczony grzbiet, dobry, gruby papier, dodatkowa obwoluta, która oferuje nam drugą wersję okładki nadrukowaną na odwrocie… Pięknie to wygląda, wspaniale prezentuje się na półce, a że i cena jest dobra, warto sięgnąć po ten zbierający całą dwuczęściową opowieść tom. Tym bardziej, że – jak już Was chyba przekonałem – treść i wykonanie stoją na bardzo dobrym poziomie i nawet bez całej otoczki „Utsubora” godna jest polecenia i poznania.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Wigilia pełna duchów – J.H. Riddell, Andrew Haggard, G.B. Burgin, Elizabeth Gaskell, F. Marion Crawford, Arthur Conan Doyle, Edith Wharton, M. R. James, Emily Arnold, Isabella F. Romer

DUCHY ŚWIĄT


Wydawnictwo Zysk i S-ka powraca z kolejną świąteczną propozycją. Po udanym zbiorze klasycznych kryminałów „Cicha noc” i czwartym tomie „Opowieści wigilijnych” Charlesa Dickensa, pozostając w mrocznych, ale bożonarodzeniowych klimatach, wydawca serwuje nam „Wigilię pełną duchów”. Co to za dzieło? Kolejna antologia wiktoriańskich opowiadań – tym razem grozy – różnorodnych, ale połączonych wspólną tematyką. Gotowi na jeszcze jedną porcję mocnych, świątecznych wrażeń?


Wigilia, choinka, pierwsza gwiazdka, wieczerza, rodzinna atmosfera, padający śnieg… i coś czające się w mroku. W najkrótszy dzień roku, kiedy następuje przesilenie zimowe, a to, co niezwykłe może stać się możliwe, natknąć się na ducha wcale nie jest trudno. Pytanie jednak czy będzie to dusza dobra i pomocna dla nas, czy też taka, poszukująca zemsty? I co z takich spotkań może ostatecznie wyniknąć zarówno dla żywych, jak i zmarłych?


Jeżeli zastanawia Was, dlaczego po raz kolejny dostajemy zbiór opowiadań wiktoriańskich, a nie współczesnych, by poznać odpowiedź, musicie cofnąć się w czasie do polowy XIX wieku. A dokładniej do roku 1843, kiedy to pojawiła się „Opowieść wigilijna” Dickensa. To niepozorne, doskonale wszystkim znane dzieło, okazało się prawdziwym fenomenem i czytelnicy zapragnęli więcej podobnych historii: typowych ghost stories osadzonych w czasie Bożego Narodzenia. Pomagał w tym fakt, że w dobie wkraczania w nowe czasy, ludzie zwracali się ku przeszłości i niezwykłości. Wydawcy nie zamierzali próżnować i tak oto w okresie Świąt regularnie zaczęły pojawiać się takie właśnie historie pisane przez najróżniejszych autorów, co stało się coroczną tradycją.


I tak docieramy do naszych czasów, gdzie możemy cieszyć się wyborem tego typu tekstów z okresu ich największej popularności. Może nieco inaczej, niż wiktoriańscy odbiorcy, którzy poznawali je w blasku świec bądź płonącego w kominku ognia, co tworzyło niezapomnianą atmosferę, ale nadal to nastrojowa, czasem ciepła, czasem mroczna lektura, o jakiej szybko się nie zapomina. „Wigilia pełna duchów”, antologia, której trudno nie zestawić choćby z „The Valancourt Book of Victorian Christmas Ghost Stories”, zapewnia nam treściwą i różnorodną rozrywkę. Jedne teksty są lepsze, inne gorsze, niektóre się zestarzały, inne przetrwały próbę czasu…. Bywa, że mamy tu poważne historie, bywa że trafi się coś zabawnego. Zawsze jednak dostajemy coś dobrego. Dobrze napisanego (w większości przypadków), nastrojowego i mającego swój urok.


Ale co się dziwić, skoro za opowiadania odpowiadają takie legendy, jak „ojciec” Sherlocka Holmesa Arthur Conan Doyle, autorka biografii Charlotte Brontë, nagrodzona Pulitzerem i wielokrotnie nominowana do nagrody Nobla Edith Wharton czy uwielbiany przez H.P. Lovecrfta M. R. James. Ich prace składają się na różnorodny, imponujący tom, który warto poznać jeśli lubicie opowieści z dreszczykiem i świąteczny klimat. Dla miłośników klasycznych horrorów to idealna lektura na Boże Narodzenie. Polecam.


I dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.