czwartek, 31 stycznia 2019

Kroniki marsjańskie / Człowiek ilustrowany / Złociste jabłka słońca - Ray Bradbury

FANTASTYCZNE MUSISZ-TO-MIEĆ


Są pisarze, którzy stworzyli jedno dzieło, z którego przede wszystkim są kojarzeni, i są też tacy, którzy mają w swym dorobku tyle prac, że nie sposób jest wybrać jednej, reprezentacyjnej. Ray Bradbury bez dwóch zdań należy do tej drugiej grupy. Bo kto z nas będzie w stanie rozstrzygnąć co jest ważniejsze: „451 stopni Fahrenheita”, „Jakiś potwór tu nadchodzi” czy „Kroniki marsjańskie”? A to oczywiście tylko kilka spośród wielu jakże istotnych jego dzieł. W końcu ten amerykański autor to prawdziwa legenda fantastyki – i to na dodatek takiej przyziemnej, przez co jeszcze intensywniej na nas oddziałującej. Teraz, wśród książkowych nowości, pojawiło się zbiorcze wydanie trzech najsłynniejszych antologii opowiadań Bradbury’ego, w których odbija się zarówno bogactwo jego wyobraźni, jak i niezwykła literacka wprawa, a to doskonała okazja by poznać, jego twórczość i uzupełnić swoją kolekcję.


Podbój Marsa. Rodzice martwiący się o zdrowie psychiczne dzieci. Kolonizacja. Tajemniczy kosmici. Cały wszechświat możliwości. Witajcie w nim. W nieograniczonym wszechświecie Bradbury’ego, gdzie zdarzyć może się wszystko.


Na wstępie pisałem o bogactwie wyobraźni Raya Bradbury’ego, sile jego wizji i, oczywiście, o pisarskie wprawie – przy czym należałoby dodać też solidną dawkę talentu, bo jedno bez drugiego nie może istnieć. Ale to, co trzeba wspomnieć, bo stanowi jeden z najistotniejszych aspektów jego pisarstwa, to fakt, że poszczególne tekstu nadają się dla czytelników zarówno w młodszym, jak i dojrzałym wieku. Każdy z nich oczywiście odbierze je na swój sposób, odczytując na zupełnie różnym poziomie, ale dla każdego będą one intrygującym, poruszającym wyobraźnię i umysł doświadczeniem. Owszem, czasem Bradbury miewa dziwne, nie do końca spełnione pomysły, ale zdecydowana ich większość jest w punkt trafiona. A to, co w jego tekstach najlepsze, to jakże ludzkie podejście do omawianych tematów – czyli to, co w fantastyce cenię najbardziej.


Właściwie wszystko, co tu znajdziecie, oparte jest na koncepcji swoistego drugiego dzieciństwa. A dokładniej ponownego odkrycia w sobie dziecięcej fascynacji tym, co nieznane, ożywionego dzięki szansie podboju zakątków dotąd pozostających poza ludzkim zasięgiem. We wszystko to wplata autor zwyczajne wydarzenia, ale dziejące się w odległych (przynajmniej z jego perspektywy) czasach, pamiętając o tym, że fantastyka ma być spektakularna, ale przede wszystkim powinna służyć niesieniu czegoś ponad. Dziecięcy zachwyt niezwykłościami jest tu na porządku dziennym, ale i taka zwykła, ludzka prawda też nie umyka Bradbury’emu. A wszystko to podlewa inspiracjami zaczerpniętymi z prac Edgara Rice’a Burroughsa i wczesnymi odkryciami astronomicznymi.


Co ciekawe, poszczególne opowiadania, które śmiało można czytać niezależnie od siebie, Bradbury splata tu w coś w rodzaju powieści. Związki między tekstami są luźne, czasem jedynie konkretne ramy spajają je w jedno, ale zarówno miłośnicy krótkich, jak i długich form będą z całości bardzo zadowoleni. To w końcu kawał dobrej fantastyki i przy okazji także kawał równie dobrej literatury, który miał duży wpływ na popkulturę (odniesienia do tych tekstów pojawiają się w najróżniejszych dziełach, od „Myszy ilustrowanej” – komiksu z Myszką Miki, przez muzykę – piosenka „The Rocket Man”, po kino i telewizję – choćby nawiązania w „Rodzinie Soprano”) i nadal świetnie się to czyta. Znakomicie przy tym wydany, robi duże wrażenie i ładnie prezentuje się na półce. Warto więc po niego sięgnąć – dla fanów science fiction to absolutne musisz-to-mieć.

wtorek, 29 stycznia 2019

Aniołowie zbrodni #3 - Makoto Sanada, Kudan Nazuka

ANIOŁOWIE NA KOLEJNYM POZIOMIE


Lekko, szybko, krwawo – tak właśnie dzieje się na stronach „Aniołów zbrodni”. Ta stworzona na podstawie gry komputerowej manga to taka właśnie niezobowiązująca rozrywka dla miłośników prostych tajemnic i akcji okraszonej czarnym humorem. Miłośnicy rozrywki utrzymanej w klimatach horrorowych zręcznościówek znajdą więc tu coś dla siebie i będą dobrze się bawili.


Akcja trzeciej części „Aniołów zbrodni” zaczyna się w momencie, kiedy bohaterowie wysiadają z windy na poziomie B3. Chcieliby co prawda, żeby po przejściu jednego poziomu nie trafiali na drugi, tylko w końcu dotarli do wyjścia, ale nie ma tak dobrze. Dlatego też nastoletnia Rachel, która marzy tylko o tym, by zostać zabitą, wraz z Zackiem, seryjnym mordercą, staje do walki z całą masą kolejnych sadystycznych pułapek i wymyślnych zagrożeń. Piętro to bowiem należy do szalonej strażniczki więziennej, Cathy, a ta nie będzie łatwą przeciwniczką. Gdy niebezpieczeństwo staje się coraz bardziej realne, a śmierć bliższa niż kiedykolwiek, wszystko staje się możliwe. Pytanie tylko, jak to wszystko wpłynie na relację między dwójką bohaterów?


Komiksy adaptujące czy też rozwijające uniwersa growe i filmowe rzadko są udane. A jednak stanowią dość istotny element mojej kolekcji. Nie wyobrażam sobie bowiem by na moich półkach zabrakło komiksów o np. Alienach, nawet jeśli niewiele wśród nich historii pokroju „Aliens: Labirynt”. A i nawet przy seriach „Tomb Raider” czy „Silent Hill” bawiłem się całkiem nieźle, mimo braku logiki i ewidentnych głupot. Jak na tym tle prezentują się „Aniołowie zbrodni”?


Całkiem nieźle. Jak na adaptację przystało, nie jest to wybitne dzieło, ale całość czyta się szybko i przyjemnie, a co najważniejsze ma klimat. Owszem, fabuła została skonstruowana, jak gra – a zatem bohaterowie wciąż przechodzą kolejne poziomy i mierzą się z kolejnymi bossami, w drodze ku zakończeniu, zbierając po drodze fragmenty dotyczące ich samych, ale jednocześnie ma to swój urok. Jeśli więc tylko nie spodziewacie się głębi, większych zaskoczeń ani oryginalności, będziecie się bawić całkiem dobrze.


Tym bardziej, że szata graficzna, mimo swej prostoty jest udana, a przy okazji przyjemnie mroczna. Ma też w sobie dużo dynamiki, której wymagała ta opowieść i nie odstrasza czytelnika na żadnym polu. Całość wieńczy dobre wydanie o powiększonym formacie i z dodatkową obwolutą. W skrócie: fani lekkich thrillerów w growej stylistyce będą zadowoleni.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 28 stycznia 2019

Garfield: Tłusty koci trójpak #2 - Jim Davis

GARFIELD ZNÓW IMPONUJE


Każdy właściciel kota wie, że „Garfield” to w równym stopniu komedia, co opowieść dokumentalna. I fakt ten między innymi jest jednym z elementów, które przesądziły o sukcesie dzieła Jima Daviesa. Sukcesie trwającym już ponad cztery dekady i wciąż niesłabnącym. Z okazji czterdziestych urodzin leniwego kota, wydawnictwo Egmont zdecydowało się w zeszłym roku rozpocząć wydawanie zbiorczych tomów jego przygód. Pierwszy tom, jak się można było spodziewać, okazał się wprost rewelacyjną propozycją dla czytelników w każdym wieku. Tak samo jest też z drugim, w którym autor jeszcze bardziej dopracowuje swój charakterystyczny styl i udowadnia, że ani przez chwilę nie cierpi na brak świetnych pomysłów.


O fabule, jak to w przypadku zbioru pasków, trudno jest właściwie powiedzieć coś konkretnego. Każdy epizod, nawet jeśli czasem te układają się w większą (głównie pod względem tematycznym, niż fabularnym) całość, to krótki, zamknięty skecz. To, co jednak trzeba wiedzieć, to to, że tytułowy Garfield to leniwy, gruby kot. Miłośnik lazani, wróg rodzynków w cieście i bestia, która nie przepuści żadnemu listonoszowi. Psa o imieniu Odie też zresztą czeka nieciekawy los. Podobnie, jak Johna Arbuckle’a, jago Pana/służącego (zależy kogo by o to spytać) towarzyszącego mu w jego dolach i niedolach…


Przy okazji omawiania pierwszego tomu „Garfielda”, skupiłem się na przybliżeniu faktów na temat jego powstania, genezy pomysłów na postacie i niektóre wątki i tym podobne sprawy, teraz więc pozwólcie, że powiem nieco na temat jego sławy. W końcu komiksy rzadko zdobywają rekord Guinnessa, prawda? A Garfield zdobył – jako seria pasków drukowana w największej liczbie gazet na świecie: łącznie jego przygody publikuje ok. 2600 pism i dzienników. Poza tym doczekał się dwóch filmów fabularnych, dwóch seriali animowanych, kilku produkcji telewizyjnych i trzech animacji komputerowych przeznaczonych na rynek wideo. Z jego przygodami powstało także kilka gier komputerowych, a nawet wystawianego na deskach musicalu. A to tylko między innymi.


Niewiele serii może pochwalić się czymś takim, prawda? A przecież „Garfield” mimo wszystko nie jest tworem oryginalnym, w końcu historia humorystycznych pasków gazetowych sięga początków samego komiksu i od zawsze łączyła czystą rozrywkę z zaangażowaną satyrą. Jako rzecz łatwo dostępna, były też z zasady przeznaczone właściwie dla czytelników w każdym wieku. A jednak przygody leniwego kota, jako jedna z nielicznych serii, tak bardzo zjednały sobie sympatię czytelników. Wszystko dzięki niesamowitej wnikliwości i specyficznemu humorowi Daviesa, który – co też nie należy do nowości – poprzez zwierzęta ukazuje nam prawdę o nas. Odbitą w krzywym zwierciadle, ale jakże trafną i dogłębnie sportretowaną.


Jednocześnie serwuje nam naprawdę znakomitą rozrywkę, która śmieszy i poprawia humor. Dzieci inaczej odbiorą obecne tu żarty, dorośli inaczej, każdy kto zechce tylko się bawić, dobrze będzie się bawił, ale na czytelników z ambicjami czeka tu refleksyjna chwila prawdy. A wszystko to znakomicie zilustrowane, w sposób prosty, kolorowy i wpadający w oko i absolutnie rewelacyjnie wydane. Kto kocha dobre komiksy, które wiedzą, że komedia nie powinna tylko i wyłącznie śmieszyć, powinien koniecznie sięgnąć po ten, jak i wszystkie pozostałe tomy. Tym bardziej, jeśli posiada kota.






Shinigami Doggy #3 - Kana Yamamoto

KONIEC DROGI PIESKA


I oto nadeszła chwila końca kolejnej miniserii mangowej od Waneko – „Shinigami Doggy”. Czy będzie mi żal pożegnać się z jej bohaterami? Nieszczególnie, bo opowieść ta, mocno kojarząca mi się z „Yami no matsuei”, do wielkich dzieł nie należała. Była jednak sympatyczną, lekką niezobowiązującą rozrywką i spędziłem z nią kilka miłych chwil. Dlatego nie żałuję czasu poświęconego na lekturę i cieszę się, że finał zachował ten sam poziom, co poprzednie części.


Zaczyna się ostatni akt opowieści. Licealista Ken po zgodnie został pieskiem boga śmierci, Shina, by wypełniając zadania odzyskać swoją egzystencję, ale przez to wszystko się pokomplikowało. Chłopak spotyka się z Shinem by dowiedzieć się za co ten jest ścigany, nieświadomy, że sam jest główną przyczyną tego stanu rzeczy. Chce bowiem doprowadzić do końca to, co zaczął, a jednocześnie nadal pomagać duszom. Tymczasem w pościg rusza nowa postać. Czym zakończą się szalone wydarzenia? I co jeszcze czeka na bohaterów zanim nastąpi wielki finał?


Wspomniany przeze mnie na wstępie cykl „Yami no matsuei” był mangą shoujo, „Shinigami Doggy”, choć traktuje właściwie o tym samym, bo o pracy Śmierci, jest opowieścią bardziej shounenową, mimo iż klasyfikowany jest najczęściej jako josei – czyli manga kobieca. Jakkolwiek by jednak nie traktować tej serii, jest to po prostu przygodowa komedia z solidną dawką fantastyki, opowiadająca o losach nastoletniego chłopaka, któremu zeszło się z tego świata. Jest więc zabawnie, trochę brak tutaj wzruszeń, a całość bywa dość leniwa nawet mimo szybkiego tempa, ale czyta się to wszystko nieźle, a czasem trafiają się bardziej udane momenty.


Ponieważ jest to jednak historia o śmierci, czasem zdarza się także coś klimatycznego czy nawet brutalnego. Ale i tak całość jest lekka i raczej sympatyczna. Proste postacie, proste wydarzenia… wszystko to zmierzało do oczywistego finału i wielkich zaskoczeń raczej tutaj nie uświadczycie. Ale jak już pisałem, nie żałuję przeczytania „Shinigami Doggy” i uważam, że finał wyszedł całkiem udany i utrzymał poziom do jakiego przyzwyczaiły nas poprzednie tomy.


Oczywiście o ile fabule można coś zarzucić – choćby poprowadzenie niektórych wątków czy pewną wtórność – o tyle szata graficzna jest naprawdę miła dla oka. Dość prosta, ale wyrazista, łącząca w sobie cechy charakterystyczne dla mang kobiecych, z tymi przeznaczonymi dla nastoletnich chłopców, jest przyjemna, a momentami także i nastrojowa. O wiele lepsza, niż można by sądzić po ilustracjach zdobiących okładki.


Kto lubi takie klimaty, śmiało może po „Shinigami Doggy” sięgnąć. Nie jest to żadna wybitna seria, ale jako niezobowiązująca rozrywkowa sprawdza się nieźle. Ot całkiem udany przerywnik między dłuższymi, bardziej wymagającymi opowieściami.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

PROMOCJA

JEDNA PROMOCJA TO ZA MAŁO


Lubicie czytać? Czytacie dużo? Chętnie korzystacie z promocji, ale jedna promocja to za mało? Księgarnia TaniaKsiążka doskonale to rozumie, dlatego tym razem przygotowała dla Was aż dwie oferty, z których będziecie mogli wybierać do woli.

Promocja książki do 9 zł mówi wszystko sama za siebie. A i same za siebie powiedzą niejedne tytuły w niej dostępne, bo kto nie ceni legendarnego Roku 1984 Orwella? Świetny jest też Czarny dom Stephena Kinga i Petera Strauba, serwujący nam połączenie Miasteczka Twin Peaks i Z archiwum X. Albo doskonały i jakże przerażający Wielki marsz.

Jeśli chodzi o drugą ofertę, czyli Zaczytaną zimę, to 5000 książek czeka na Was w cenach obniżonych nawet o połowę. W co wśród nich? Niezwykle popularny Remigiusz Mróz ze swoim Kontratypem, Zabójcze maszyny – udane SF, które niedawno doczekało się ekranizacji w wykonaniu Petera Jacksona czy dziesiąty tom Magicznego drzewa. A to, jak wiadomo jedynie fragment tego, co na Was czeka.


Ale Wy nie czekajcie i zajrzyjcie pod poniższe adresy. Gdy pogoda nie dopisuje, dobra lektura to rzecz niemal idealna. Tym bardziej taka tania i z dostawą do domu.


Starlight. Gwiezdny blask - Mark Millar, Goran Parlov

Z SENTYMENTU DO SUPERHERO I FANTASTYKI


Mark Millar to twórca, który najlepiej czuje się w dekonstruowaniu superbohaterskich mitów i zabaw komiksowymi schematami przeniesionymi na grunt prawdziwego życia. Jednocześnie jednak autor ten jest wielkim fanem fantastyki i co raz składa jej hołd swoimi dziełami, które nie są może już tak bardzo udane, jak projekty z pierwszej grupy, ale nadal warte są poznania. „Starlight” to miniseria znajdująca się na styku obu tych gatunków. Może nie tak wybitna, jak „Kick Ass”, „Jupiter’s Legacy” czy „Wanted”, ale lepsza, niż chociażby wariacja Millera na temat „Gwiezdnych wojen”, jaką była „Empress”.


Duke McQueen przed laty był superbohaterem, który – jak na przedstawiciela tego fachu przystało – ocalił wszechświat. Potem jednak wrócił do domu, odwiesił kostium, ustatkował się, znalazł żonę, spłodził dzieci. Teraz jest stary, małżonka nie żyje, pociechy wyfrunęły z domu. Co mu jeszcze zostało? Jedna, jedyna, być może ostatnia akcja, do której zostaje nieoczekiwanie wezwany. Czy w tym wieku i po latach monotonnego życia będzie w stanie sprostać zadaniu? I czy to ma w ogóle znaczenie, kiedy czeka go kolejna, wielka przygoda?


Mark Millar uwielbia sentymenty, dlatego jego komiksy to połączenie wewnętrznego dziecka z uwielbiającym brud – ale zawsze szukającym w nim nadziei – dorosłym. Na tym oparty był „Kick Ass”, bo który kochający opowieści obrazkowe dzieciak nie chciał być superbohaterem? Na tym autor zbudował też znakomity album „Marvel: 1985”, opowiadający o chłopaku, który odkrywa nagle, że bohaterowie z jego ulubionych zeszytów Marvela biegają w sąsiedztwie czy „American Jesus” – historia dziecka , które przekonuje się, że ma boskie moce, zamiast jednak uważać się za Mesjasza, czuje się niczym x-menowy mutant. Podobnie rzecz miała się z fantastyką. O „Empress” już wspomniałem, ale np. „Chrononauci” to nic innego, jak wariacja na temat „Powrotu do przyszłości”, z tęsknotą odtwarzająca niezliczone motywy z kina i literatury poświęconych podróżom w czasie.


I tak samo jest ze „Starlightem”, z tym, że na czytelników czeka tu połączenie motywów o herosie z kosmosu i superbohaterskiej emeryturze, która musi zostać przerwana by bohater ruszył w jeszcze jedną sentymentalną – i być może ostatnią – akcję. Pod tym względem historia ta przypomina także popularne w ostatnich kilkunastu latach filmy powracające do twardzieli kina akcji po latach. Tam też bohater po latach, choć wydaje się, że już skończył ze swoją karierą, podejmuje ostatni trud i pokazuje na co go stać. Millar doskonale wpasowuje się w ten schemat, rzucając nas w kosmiczną otchłań, podlewa to mangową nutą i szczyptą dziecięcej naiwności. Efekt finalny jest taki, że w ręce czytelników trafia komiks, który najbardziej przemówi do wiecznych chłopców, nawet tych, którzy tę część swojej natury ukrywają gdzieś głęboko. Jednocześnie scenarzysta nie zapomina o nieco wyższych wartościach i znakomitej jakości, nawet jeśli jest to tylko jedna z bardziej rozrywkowych pozycji w jego dorobku.


Do tego dochodzi całkiem udana szata graficzna. Rysunki są dość proste, z mocno cartoonowymi naleciałościami. Nieskomplikowany jest też sam kolor, ale jednocześnie wszystko to jest udane i miłe dla oka. Pod względem wykonania kojarzy się z „Invincible”, ale jednak jest lepsze. Miłośnicy Millara, „Invincible” i komiksowych opowieści superhero dziejących się w kosmosie będą ze „Starlight” zadowoleni. Śmiało mogą więc rozejrzeć się za tym tytułem wśród nowości wydawniczych, bo dostarczy im całkiem dobrej zabawy na poziomie.






niedziela, 27 stycznia 2019

Infekcja - Graham Masterton

DOBRE ZWIEŃCZENIE SERII


Długo przyszło mi czekać na „Infekcję”. Ok, może przesadzam, w końcu odkąd w moje ręce trafiła poprzednia część minęło ledwie pół roku, co w porównaniu z pięcioma latami, jakie musieli znieść fani, kiedy tom ten po raz pierwszy pojawił się w roku 2014 wydaje się drobiazgiem, ale przekładana data wydania wznowienia tylko coraz bardziej zaostrzała mój apetyt. Ale w końcu książka trafiła w moje ręce i… Właśnie. Poprzednia część stanowiła pewne rozczarowanie, zostawiając po sobie zapomniane wątki. Ta mogła więc albo ostatecznie pogrążyć cykl, albo uratować go dobrym zwieńczeniem. A jak jest w rzeczywistości? Lepiej, naprawdę dobrze, nawet jeśli nie wszystko jest tu takie, jakbym chciał, a sam finał powieści na kolana nie powala.


Do szpitala trafia plujący krwią mężczyzna, który wyje niczym konające zwierzę i powtarza: „Zabierzcie to ode mnie!”. Krwotok kończy się dla niego śmiercią, ale jak się wkrótce przekonują lekarze, nawet zgon nie jest w stanie zapewnić spokoju jego znękanemu ciału. Zbadaniem zwłok zajmuje się znana epidemiolożka, Anna Grey, dla której zrozumienie nowej, tajemniczej infekcji staje się sprawą osobistą, kiedy jej ukochany także pada jej ofiarą.

Tymczasem Harry Erskine kontynuuje swoją karierę wróżbity niewierzącego w moc kart. Ale karty się tym nie przejmują i pokazują mu katastrofę, która ma się niedługa wydarzyć. Nawiedzony przez trzy zakonnice, których najchętniej już by nie spotkał, zmuszony do ucieczki z Miami z powodu konfliktu z prawem, Harry po raz kolejny wkracza na ścieżkę walki z indiańskimi duchami. Misquamacus co prawda już mu nie zagraża, ale jego potomstwo jest równie potężne, żądne krwi i niebezpieczne, co on. Gdy drogi jego i Anny przetną się, oboje staną do walki ze złem, które już nie raz pokazało jakich może dokonać zniszczeń…


Seria o Manitu, jak każdy horror, nie ma w sobie zbyt wiele sensu. Bo gdyby Misquamacus i inni mu podobni rzeczywiście władali taką mocą, to czy daliby się zabić białemu człowiekowi i musieli mścić dopiero po latach, zamiast obronić się wtedy, gdy zło im się działo? Tak to już jednak z opowieściami grozy jest, nie ma co w nich szukać zbyt wiele sensu – nawet w tych najlepszych i najwybitniejszych – trzeba jednak oczekiwać od nich czegoś innego: napięcia i grozy. I to właśnie serwuje nam Masterton. Czasem tych elementów jest mniej, czasem więcej (w tym tomie na szczęście nie możemy narzekać na ich brak), ale zawsze w jego książkach jest to coś. Coś, czego nie da się uchwycić słowami. Bo nawet jeśli czasem rozwiązania akcji wołają o pomstę do nieba, Masterton, choć przecież posługuje się tymi samymi słowami co inni pisarze i jego styl też nie wyróżnia się niczym szczególnym autentycznie potrafi zaniepokoić.


Jednocześnie pisze w sposób lekki, szybki w odbiorze i bardzo przyjemny. Stylistycznie „Infekcja”, jak i pozostałe powieści autora, nie jest wymagająca, a jednocześnie nie jest pod tym względem płaska czy pusta. Wręcz przeciwnie. Ma w sobie literacką wartość, odpowiedni ciężar i przemawiające do wyobraźni opisy. Psychologia? Nie jest może zbyt głęboka, ale postacie są wyraziste (Harry z jego specyficznym humorem stanowi przeciwwagę dla poważnej, nazwanej chyba na cześć Henry’ego Graya – a może inspirowała ją bohaterka serialu „Chirurdzy” Meredith Grey, też zawdzięczająca mu swoje nazwisko? – Anny) i zapadają w pamięć. Poza tym ich kreacja pozostaje konsekwentna, a to też ważna rzecz.


I chociaż sam finał tego tomu w pewnym stopniu zawodzi, „Infekcja” to i tak kawał dobrego horroru, który spodoba się miłośnikom gatunku, i udane zwieńczenie serii. Bo to po prostu klimatyczna, brutalna książka i warto ją poznać. Tym bardziej, jeśli czytaliście poprzednie tomy „Manitu”.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Księga Vanitasa #5 - Jun Mochizuki

WAMPIRY KONTRA WILKOŁAK?


Tak, jak zapowiedziała autorka, tak też zrobiła i piąty tom „Księgi Vanitasa” jest komiksem nieco cieńszym, niż jego poprzednik. Paradoksalnie jednocześnie całość jest lepsza, bardziej dynamiczna, wciągająca i przy okazji spójna, niż ostatnio. Dzięki temu mangę pochłania się szybko i z przyjemnością, a przy okazji rodzą się nadzieję, że seria ta najlepsze momenty ma jeszcze przed sobą i czeka nas jeszcze wiele świetnej rozrywki.


Za panowania Ludwika XV we Francji, w okolicach Owernii i Gévaudan doszło do serii morderstw, które przypisano wilkowi. Kościół uznał jednak, że to sprawka wampira, wampiry jednak mają swoją wersję tej legendy, opowiadającą o pokrytym futrem stworze przypominającym wilka. Teraz wydaje się, że bestia z Gévaudan powróciła, dlatego Vanitas rusza zbadać tę sprawę i powiązania z wampirami. Jednocześnie do akcji ruszają kościelni wysłannicy. Nikt jednak nie spodziewa się, co czeka na nich na miejscu…


Jeżeli podobnie jak mnie, „Księga Vanitasa” na początku nie kupiła Was tak do końca, a potem czasem dawaliście się jej porwać, a czasem nie, teraz będziecie zadowoleni, że zdecydowaliście się doczytać serię do tego momentu. Szybsze tempo i większe ujednolicenie akcji sprawiły, że tomik pochłonąłem jednym tchem i z ochotą na więcej, a całość okazała się co najmniej równie dobra, co jakże udany tom drugi.


Oczywiście historia swej jakości nie zawdzięcza tylko i wyłącznie przyspieszeniu tempa i dodaniu akcji. Gdyby tak było, od samego początku trzymałaby się na takim poziomie – choć oczywiście elementy te zostały tu bardziej wyeksponowane i dopracowane. Równie ważny jest jednak świetny klimat, jaki autorka buduje na stronach tej części przygód swoich bohaterów. Połączenie mroku, zimowych scenerii i wrzucenie w to wszystko bestii, z którą mierzyć muszą się bohaterowie wypada znakomicie. A że akcja poprowadzona jest naprawdę dobrze, całość wciąga tak, jak wciągało opus magnum Mochizuki, „Pandora Hearts”.


A mogło się nie udać. Mogło być źle, bo przecież wampiry kontra wilkołak (?) to temat zgrany do cna. Koszmarnie wykorzystano go w „Zmierzchu”, a niezliczone dzieła przedstawiły różne warianty spotkań tych dwóch ras. Mochizuki nie znalazła niczego świeżego, ale jednocześnie udało jej się przekuć to w coś świetnego. Dużą w tym zasługa osadzenia opowieść w klimatach legend i historycznych przekazów, co doskonale pasuje do fantastyki spod szyldu alternate history.


A wszystko to jak zawsze znakomicie zilustrowane, utrzymane na stylu konwencji mangi shounen i shoujo. Jest więc i prostota, i przywiązanie do historycznych detali widocznych szczególnie w strojach czy wystroju wnętrz, a wreszcie bardzo klimatyczne użycie rastrów. Całość pozostawia po sobie bardzo dobre wrażenie i uczucie niedosytu. Ale to dobrze – i to bardzo. Dlatego polecam i czekam na więcej.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







czwartek, 24 stycznia 2019

Hilda i Ukryjcy - Stephen Davies, Luke Pearson

SYMPATYCZNA HILDA


Seria komiksów o przygodach Hildy powstała w 2010 roku. Zyskała sporą popularność, więc całkiem niedawno temu, bo w roku 2018, zainteresowali się nią twórcy filmowi i przenieśli na taśmę w formie serialu, zrobionego dla serwisu Netflix. Jak to w takich sytuacjach bywa, produkcję wsparto także dodatkami i tak oto w ręce czytelników – także w Polsce – trafia pierwszy tom książkowej serii opartej… na serialu właśnie. Jak wypada to dzieło? I czy warto po nie sięgnąć?


Poznajcie Hildę, niebieskowłosą dziewczynkę, która lubi rysować, ale jeszcze bardziej lubi przygody. Spisując je (i ilustrując), idzie przez swoje życie, jakie przyszło jej wieść w niezwykłym świecie, a w jej codziennych przeżyciach towarzyszy jej sympatyczny lisojeleń. Kiedy pewnego dnia dziewczynka trafia na zamienionego w kamień trolla, zaczyna się kolejna niezwykła przygoda. Uciekając przed niebezpieczeństwem, Hilda znajduje tajemnicze olbrzymie ślady. Co mogło je zostawić? Najwyraźniej nie istnieje nic aż tak wielkiego, więc trzeba zbadać całą sprawę. A to zaledwie początek!


A zatem czy warto sięgnąć po przygody Hildy w tej odsłonie? Chociaż przyznam, że wolałbym poznać komiksy, które stały się podstawą wszystkiego, to i tak lektura „Ukryjców” okazała się naprawdę sympatycznym przeżyciem. Nie jest to wybitna książka, jeśli chodzi o inspiracje, to jej twórca pełnymi garściami czerpał zarówno z legend skandynawskich, jak i klasyki od „Muminków” zaczynając, na „Hobbicie” skończywszy, niemniej ma to swój urok i czyta się całkiem przyjemnie. Przyjemniej nawet, niż po początkowych akapitach mogłem przypuszczać.


Największym minusem książki – przynajmniej z perspektywy dorosłego czytelnika – jest czasem zbyt prosty styl. Czasem, bo nie dominuje on w „Hildzie”, ale jednak Stephen Davies, który oparł się na pomysłach Luke’a Pearsona, czasem serwuje nam zdania tak krótkie i uproszczone, że aż chciałoby się mu zwrócić uwagę. Dzieciom to oczywiście nie będzie przeszkadzać, w to akurat nie wątpię, niemniej myślę, że niejeden dorosły także z ciekawości sięgnie po tę powieść – choćby by poczytać ją razem z maluchem (czy też poczytać mu do snu) – i warto ten fakt zauważyć.


Ale całość i tak jest bardzo sympatyczna i lekka w odbiorze. Nie razi powierzchownością, nie odstrasza słabym wykonaniem, za to oferuje szybka akcję, dużo przygód, tyle samo niezwykłości, sporo uroku, nieco humoru i szczyptę tajemnic, które posuwają fabułę do przodu. Nie ma tu co prawda niezwykłego klimatu „Muminków”, ale jest inny, złagodzony i stonowany, mniej wyrazisty, ale obecny – i pełen słodyczy.


I są też znakomite ilustracje, bodajże najlepsza rzecz z całej książki. Rysunki są nastrojowe, ujmujące w swej prostocie i wpadające w oko nawet jeśli nie biją po oczach kolorami. Ładne wydanie to urocza kropka nad „i”, a jako całość „Hilda” to po prosu sympatyczna lektura dla młodszych czytelników. Coś w sam raz na początek przygody ze światem fantastyki.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Gdy zapłaczą cykady #1: Księga uprowadzenia przez demony - Ryukishi07, Karin Suzuragi

KRZYK CYKAD


„Gdy zapłaczą cykady” to seria wyrosła na gruncie, który w jednych źródłach określa się mianem anime, w innych zaś gry komputerowej. Oba stwierdzenia są w tym przypadku w pewnym stopniu prawdziwe (o czym opowiem poniżej), ale ważniejsze jest tu coś innego. A mianowicie fakt, że jak na adaptację, to zadziwiająco udana manga, którą czyta się z emocjami, śmiechem i prawdziwą ciekawością. A że na dodatek każdy tom polskiej edycji składa się z dwóch oryginalnych, zabawa jest nie tylko przednia, ale i szybko się nie kończy.


Zanim jednak przejdę do szczegółów stojących za kulisami tej opowieści, kilka słów na temat jej treści. A zatem jest rok 58 Showa. Nastoletni Keiichi przeprowadza się do górskiej wioski Hinamizawy (inspirowanej Shirakawą), gdzie zaprzyjaźnia się z kilkoma dziewczynami. Miło spędza czas, bawią się, żartują, jedna nawet zdaje się czuć do niego coś więcej – i kto wie czy nie z wzajemnością – ale ich sielankę przerywa przypadkowe spotkanie fotografa-freelancera. To od niego chłopak słyszy o morderstwie, które miało miejsce w tej okolicy – morderstwie wciąż jakże zagadkowym. Keiichi postanawia przyjrzeć się sprawie z bliska i odkryć co właściwie dzieje się w tym niemalże odciętym od świata miejscu…


A zatem czego właściwie adaptacją jest seria „Gdy zapłaczą cykady”? Rzeczy bardzo specyficznej, a dokładniej klasyfikowanej jako dōjin soft sound novel (bądź też dōjin soft visual novel), co w skrócie oznacza specyficzny, występujący głównie w Japonii rodzaj gry komputerowej, ale będącej bardziej interaktywną lekturą, pomieszaną z animeowanymi wstawkami, niż typową grą. Produkcja ta doczekała się kilku kontynuacji, potem wersji mangowej, po niej pojawiły się light novele, dwa sezony anime, kilka OVA, powieści, kilka filmów a nawet serial. W skrócie: całkiem sporo rodzajów mediów udało się twórcom podbić swoim produktem. Co sprawiło, że opowieść ta tak dobrze się przyjęła?


Dokładnie ta sama rzecz, która sprawia, że ludzie wciąż chcą sięgać po thrillery i kryminały, nawet jeśli gatunek od wielu długich lat nie tyle zjada własny ogon, co się nim dławi. Twórcy oparli „Cykady” na interesującej zagadce zbrodni i miejskich tajemnic, którą rozwiązać musi na dodatek zwyczajny bohater – taki, z jakim każdy odbiorca, najlepiej nastoletni, może się identyfikować. Tym bardziej, że ten otoczony jest wianuszkiem ładnych, czasem też i obdarowanych przez naturę, dziewczyn.


Ale najważniejsza i tak zostaje sama zagadka, a ta jest udana i zarazem dzięki niej na stronach zbudowany zostaje dość ciekawy klimat. Sama akcja też jest interesująca, całość ma w sobie sporo uroku i jeszcze więcej humoru, a choć na początku nic na to nie wskazuje, z czasem przybywa też mroku. Widać to wyraźnie po szacie graficznej: rysunki są dość proste, pozbawione nadmiaru czerni, ale wraz z kolejnymi rozdziałami pojawia się w nich więcej elementów typowych dla thrillerów. Póki co nie ma tu jeszcze jakiejś brutalności i mocnych scen, ale mam nadzieję, a wręcz liczę na to, że jeszcze się pojawią.


Tak czy inaczej „Gdy zapłaczą cykady” to udana opowieść, którą czyta się z dużą przyjemnością. Dobrze przy tym wydana, w grubych tomach o powiększonym formacie, ładnie prezentuje się na półce. Tak więc miłośnikom zagadkowych opowieści polecam, nie zawiodą się.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






środa, 23 stycznia 2019

Studio tańca #2 - Béka (Bertrand Escaich i Caroline Roque), Crip

Z TAŃCEM PRZEZ ŻYCIE


Przy okazji recenzowania pierwszego tomu „Studia tańca” pisałem, że seria ta przypomina mi mocno inny europejski cykl komediowy, „Sisters” i zdanie to podtrzymuję. Czy wynika to z inspiracji owym dziełem? Powiedziałbym raczej, że taka już stylistyka współczesnych komiksów tego nurtu, ale to dobrze. Nie dość bowiem, że niemal zawsze sprawdza się tak samo znakomicie, to jeszcze w tym przypadku mamy do czynienia z solidnym kawałem dobrego komiksu, niegłupiego i skutecznie poprawiającego humor. I to na dodatek podanego w konkretnej ilości.


O czym całość traktuje, chyba nie trudno się domyślić, bo twórcy nie próbują nas wprowadzić tytułem w błąd – ani także nie ukrywają w nim nic więcej. W skrócie mamy tu przygody przyjaciółek uczących się tańca. Jak na prawdziwe studio przystało, uczniowie – bo trafiają się też nieliczni przedstawiciele płci brzydkiej – poznają najróżniejsze rodzaje tej sztuki, męczą się z egzaminami i treningami, a także wszystkim, co z tańczeniem się wiąże. I tak oto w tym tomie na bohaterki czeka wiele niezwykłych wyzwań, wśród których czeka na nie konkurs dla młodych talentów, staż w słynnej rosyjskiej szkole, a nawet udział w narodowym konkursie tańca w Paryżu! Jak widać, będzie się działo!


A to przecież jedynie fragment tego, co czeka na bohaterów i na Was także w tym tomie. Tomie zbierającym trzy oryginalne albumy serii, co jest świetnym rozwiązaniem. Owszem, typowy komiks europejski ma najczęściej format A4, w tym wypadku rzecz jest nieco mniejsza, jednak objętościowo publikacja jest trzy razy grubsza, niż standardowo i to przy atrakcyjnej cenie. Gdybyśmy kupowali te komiksy pojedynczo, musielibyśmy zapłacić blisko dwa razy tyle. Dlatego należy docenić takie rozwiązanie, tym bardziej, że na kolejne części nie musimy długo czekać, więc w sumie dostajemy w podobnym czasie dużo więcej dobrze wydanej lektury.


Ważniejsze jednak jest to, że mamy tu do czynienia z lekturą naprawdę udaną. Każdy album składa się z zabawnych, jednostronicowych historyjek, pełnych gagów, ale także i satyry oraz całkiem sporej dozy prawdziwości. Wszystko to czyta się szybko i z dużą przyjemnością. Czyli, jak zawsze w przypadku podobnych opowieści, jakże popularnych w Europie. „Studio tańca” to jedna z bardziej udanych rzeczy tego typu, może nie świeża, ale jakże sympatyczna. Nic dziwnego, że w rodzimej Francji sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy.


Jeśli więc szukacie dobrego komiksu dla czytelników niezależnie od wieku – oczywiście komiksu humorystycznych – zainteresujcie się „Studiem tańca”. To udana i ciekawa, świetnie narysowana opowieść nie tylko dla tych, którzy interesują się tańcem. Ja ze swej strony polecam i czekam na kolejne części.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Asteriks: Tajemnica magicznego wywaru - Olivier Gay, Fabrice Tarrin

NASTĘPCA PANORAMIKSA


Kiedy w zapowiedziach Egmontu na styczeń zobaczyłem nowy album z Asteriksem, naprawdę się ucieszyłem. Potem jednak przeczytałem, że to nie nowy komiks, a album oparty na filmie, coś na kształt „Dwunastu prac Asteriksa”, i mój entuzjazm osłabł. Nie, żeby wspomniany poprzednik był dziełem złym, wręcz przeciwnie. Rzecz w tym, że miałem nadzieję na opowieść graficzną, a nie ilustrowaną historię streszczającą scenariusz kinowego obrazu. Wyzbywając się jednak tego typu uprzedzeń muszę powiedzieć, że to kolejny dobry album i nawet jeśli nie dorównuje największym dokonaniom serii, to nadal świetna rozrywka dla dużych i małych i każdy fan dzielnych Galów powinien go poznać.


Co by było, gdyby wioska Galów została pozbawiona dostępu do magicznego wywaru, który zapewnia im niezwykłą siłę pozwalającą oprzeć się najazdom sił Rzymian? Tego chyba nikt z nich nie chce sobie wyobrażać. Kiedy więc Panoramiks, mag potrafiący warzyć specyfik, zostaje ranny po upadku z drzewa, zaczynają się poszukiwania osoby godnej przejąć jego sekret. Ale zło nie śpi i zamierza wykorzystać nadążającą się okazję…


Jaki „Asteriks” jest wie chyba każdy. Bo trudno by ktoś nie zetknął się z postacią tak kultową, tym bardziej, że filmy z jej przygodami zawsze były sporymi hitami – nieważne czy mowa o kolejnych animacjach, czy też adaptacjach fabularnych, wspartych całkiem niezłą obsadą zresztą. Warto tu także zauważyć, że komiksowe przygody dzielnych Galów jak dotąd sprzedały się w liczbie 370 milionów egzemplarzy. Czy to dużo, czy mało, najlepiej pokazują listy komiksowych bestsellerów. Np. przygody takiego Supermana sprzedały się łącznie w 600 milionach egzemplarza, z tym, że „Asteriksa” jest tylko 41 tomów, natomiast w przypadku Człowieka ze stali pod uwagę wzięto wszystkie serie, a to dało łącznie 14 tysięcy zeszytów. Robi wrażenie, prawda?


Ale nie ma się co dziwić. Seria traktująca o dzielnych Galach jest lekka, zabawna, wciągająca i przede wszystkim inteligentna. Jej niepowtarzalny humor będący wynikiem świetnych scenariuszy René Goscinnego, kupił serca milionów czytelników na całym świecie i w każdym wieku. Ale całości udało się utrzymać popularność nawet po śmierci artysty, choć, jak wiadomo, nie był to już ten sam poziom. Podobnie było z poziomem albumu „Dwanaście prac Asteriksa”, który powstał co prawda na podstawie filmowego scenariusza Goscinnego właśnie, ale jednak nie mógł konkurować z typowymi komiksami. I podobnie jest z „Tajemnicą magicznego wywaru”.


Nie myślcie jednak, że to słabe pozycje. Wręcz przeciwnie, obie są naprawdę udane, wręcz bardzo dobre i wyróżniają się jak najbardziej in plus na tle podobnych publikacji. Zresztą „Tajemnica magicznego wywaru” to naprawdę świetnie napisany, zabawny, o odpowiednim tempie i z bardzo ciekawą fabułą. Bo który fan „Asteriksa” nie zastanawiał się nad sekretem wywaru, który dawał siłę Galom? I cóż z tego, że całość oparta jest na jednym z wcześniejszych tomów, skoro twórcy podeszli do niej dość swobodnie. Czy tym razem dowiadujemy się wszystkiego? To już do odkrycia pozostawiam Wam, a warto jest to zrobić. Bo nawet jeśli ten „Asteriks” nie jest tak jasnym punktem, jak najlepsze tomy cyklu, to i tak robi duże wrażenie, czyta się go bardzo dobrze, a znakomite ilustracje, utrzymane w klimacie „Dwunastu prac” wpadają w oko o wiele bardziej, niż zwiastun filmu. Dlatego ze swej strony polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Herezja miłości #2 - Ena Moriyama

POTRZEBA BLISKOŚCI


Zapewne hasło „erotyczne opowieści miłosne dla kobiet” kojarzy się Wam z tragicznymi gniotami pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya” i innych literackich porażek tego typu. Dlatego też z tak wielkim trudem przychodzi mi nazywanie „Herezji miłości”. Jednakże z tym właśnie mamy tu do czynienia – romantycznym erotykiem, który jest jednak rzeczą naprawdę udaną. Nie śmieszącą swą infantylnością głupotką dla czytelniczek pozbawionych gustu i jakichkolwiek czytelniczych ambicji, a całkiem udaną, pełną emocji, choć prostą historią o uczuciach.


Gdy po śmierci rodziców, nie mogąca znieść codzienności, jaka ją spotkała, nastoletnia Yoshino zawarła pakt z demonem Belialem, nie wiedziała co z tego wyniknie. W zamian za spełnianie jej próśb, demon obcuje z jej duszą poprzez pocałunki i pieszczoty a wraz z osiągnięciem przez dziewczynę pełnoletności, coraz bardziej chce pozbawić ją cnoty. Z tym, że ich umowa na to nie pozwala, jeśli ta mu się nie odda sama, a Yoshino nie dość, że chce to zrobić z ukochanym, to dopiero po ślubie. Dlatego też Belial robi wszystko, byle zniszczyć uczucie, jakim obdarzył ją kolega – tym bardziej, że jako osoba związana paktem, dziewczyna nie ma szans na normalne życie, a co dopiero miłość. Pytanie tylko, co sam demon do niej czuje. Czasem jego zachowanie wydaje się wykraczać poza warunki umowy, a i Yoshino przyłapuje się na tym, że może czuć do demona coś więcej, zapominając czasami z jakim bytem ma do czynienia. Wkrótce w ich domu zjawiają się Szatan i Seere…


Jaki jest sposób na zrobienie dobrej opowieści erotycznej? Podstawa to nie robić historii erotycznej, a o erotyce – tak, jak np. Philip Roth czy John Irving. W ich powieściach mnóstwo jest seksu, jest on jedną z najważniejszych rzeczy, ale za każdym razem nie on jest celem, a metodą do powiedzenia czegoś więcej, zagłębienia ludzkiego umysłu i kondycji naszego świata. Identycznie jest też w powieściach Chucka Palahhniuka, który jednocześnie np. w „Pełni piękna” obśmiewa wszystkie stricte erotyczne książki, ich idiotyzm i poziom umysłowy i intelektualny odbiorcy, któremu podobają się dzieła pokroju „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Pytanie jednak czy można rozbić dobrą rzecz typowo erotyczno-romantyczną?


Tak, jeśli tej erotyki nie ma w nadmiarze, który przytłaczałby stronę emocjonalno-obyczajową. I akurat sceny namiętnych pieszczot nie dominują tu nad całą resztą, a wśród wątków pojawiających się na stronach „Herezji miłości” na szczególną uwagę zasługuje dramat zakochanego w głównej bohaterce chłopaka. Dręczenie go przez demona, jego popadanie w obłęd i ogarniająca go rozpacz nie tylko wypadają ciekawie, ale i przekonująco, dzięki czemu naprawdę angażują nasze emocje i potrafią przykuć uwagę.


Oczywiście na tym nie koniec, bo mamy tu fantastykę, nutę horroru, sporo humoru, a nawet urok. Bohaterowie, nawet jeśli nieszczególnie skomplikowani, są przekonujący i interesujący. Erotyka, tak ważna dla tej opowieści, też ma swoją siłę, jest jej sporo i została w pewnie sposób umotywowana. Do tego dochodzi znakomita szata graficzna, szczegółowa, realistyczna – także jeśli chodzi o nagość, choć szczegółów anatomicznych na poziomie hentaiów tutaj nie uświadczycie – i ma w sobie całkiem sporo mroku, który bardzo mi odpowiada.


W skrócie: miłośniczki ambitnych erotyków i dobrze umotywowanych psychologicznie obyczajowych mang o potrzebie miłości i bliskości, będą z „Herezji” zadowolone. Faceci też znajdą tu coś dla siebie, niemniej to właśnie kobiety będą bawiły się najlepiej. Im polecam z czystym sercem – warto sięgnąć po tę serię, a zapomnieć o takich porażkach, jak „Pięćdziesiąt twarzy Greya”.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.