poniedziałek, 14 stycznia 2019

Dawno, dawno temu... we śnie. Mroczna baśń - Liz Braswell

KOLEJNA DEKONSTRUKCJA BAŚNI


Baśnie to nie tylko wiecznie atrakcyjne i warte przekazywania kolejnym pokoleniom przypowieści z morałem, który od wieków pozostaje aktualny, ale przede wszystkim część naszej tradycji, kultury i popkultury. Jednocześnie to nieustająca inspiracja dla wciąż nowych twórców, którzy najchętniej dekonstruują je i odsłaniają przed nami ich drugie, nieznane dotąd oblicze. Tak zrobili m.in. autorzy serii komiksowych „Baśnie” i „Grimm Fairy Tales”, a także twórcy filmu (a co za tym idzie i autorzy związanych z nim książek) „Następcy”. Teraz Disney serwuje nam serię powieści, których autorka zastanawia się, co by było gdyby  takich klasycznych bajkach coś poszło inaczej, niż dotychczas. Na pierwszy ogień idzie alternatywna wersja dziejów Śpiącej Królewny. Co ma do zaoferowania czytelnikom znającym oryginał?


Zanim odpowiem na to pytanie, kilka słów o samej treści. Każdy z nas zna dzieje Śpiącej Królewny, którą mógł obudzić tylko pocałunek prawdziwej miłości. Tak się stało, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Pytanie jednak co by było, gdyby prawda o tym wyglądała jednak zupełnie inaczej? Właśnie w miejscu przed złożeniem owego brzemiennego w skutki pocałunku, zaczyna się niniejsza opowieść.

Królewicz pokonał złego smoka, w którego zmieniła się równie zła czarownica – a może to Diabolina była bestią zamienioną w czarownicę? kto to może teraz widzieć – i rusza do wybranki swego serca. Chciałby być z nią nawet, gdyby była zwykłą wieśniaczką, co tam dawne zasady, trzeba iść z duchem czasu. Na szczęście śpiąca niewiasta jest królewną z krwi i kości, co stanowi dodatkowy plus. Królewicz dociera do niej, pochyla się, całuje… i w tym momencie pada nieprzytomny tak, jak ona. Nie ma happy endu, nie ma radości, pytanie jednak czy w ogóle ich nie będzie? Teraz to księżniczka będzie musiała sama poradzić sobie z kłopotami. Uwięziona w świecie snu, gdzie władza Diaboliny jest silniejsza, niż ktokolwiek mógłby sądzić, Aurora w towarzystwie księcia i przyjaciół, staje do walki o własny los. Ale trudno rozstrzygnąć kto w tym miejscu jest przyjacielem, a kto wrogiem…


„Dawno, dawno temu… we śnie” nie jest może wybitną książką, ale to niezła lektura dla nieco starszych dzieci. Takich, które wyrosły już z typowych bajek dla najmłodszych, ale jeszcze nie dorosły do czytania fantasy z prawdziwego zdarzenia. Napis na okładce obiecuje mroczną baśń i to właśnie dostają czytelnicy, chociaż  owego mroku nie jest tutaj wiele. Mamy za to ciekawe spojrzenie na wydarzenia doskonale już znane. Książe pokonuje złego smoka, ale przecież nie sprawdził czy ten rzeczywiście umarł. Zresztą płomienie, jakie wypuszczał z pysk w trakcie walki nie zniknęły od tak i teraz lasy płoną. Ciekawie wypada też budowanie odwrotnego wizerunku postaci – król i królowa nie są dobrzy, źle rządzili krajem, bawili się, a teraz brakuje pieniędzy, a ich ziemie trawi zło i zniszczenie, podczas gdy Diabolina jest ostatnią ostoją dobra. A może to kolejny podstęp zła? Co tu jest prawdą, a co kłamstwem? To właśnie jest najlepsze w całej opowieści.


Gorzej wypada prosty styl, lekki i pełen krótkich zdań i akapitów. Z perspektywy dorosłego odbiorcy nie prezentuje się to szczególnie dobrze, ale dzieci na pewno nie odczują tego w ten sposób. Tym bardziej, jeśli są przyzwyczajone do współczesnej literatury. W skrócie rzecz ujmując: całość to niezła dekonstrukcja baśni, z jednoczesnym zachowaniem bajkowego charakteru, utrzymane w stylu „Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu”. Starsze dzieci będą zadowolone.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz