środa, 20 lutego 2019

ReLIFE #9 - Sou Yayoi

ZAKOCHANI BEZ PAMIĘCI


Po tomie poświęconym na retrospekcje Hishiro, akcja „ReLIFE’a” wraca na właściwe tory. Główny wątek rusza więc do przodu i chociaż tym razem całość o dziwo okazuje się mniej porywająca, niż w ostatnich częściach, i tak dostarcza solidnej dawki emocjonujących przeżyć, humoru i sentymentalno-romantycznych uniesień. A wszystko to jak zwykle znakomicie zilustrowane i w pełnym kolorze (co w mangach zdarza się naprawdę rzadko).


Dwudziestoośmioletni Kaizaki nie radził sobie w życiu, dlatego zdecydował się wziąć udział w projekcie „ReLIFE”. Został odmłodzony i wysłany raz jeszcze do liceum. Nie sądził jednak, że nie jest jedynym uczniem, który przeszedł podobną, co on drogę. Hishiro też została licealistką w wyniku programu, też nie radziła sobie w życiu, ale dzięki znajomości z Kaizakim, nie tylko zaczęła otwierać się na ludzi, ale także odkryła prawdę o nim. Chłopak nie ma jednak pojęcia o tym fakcie ani o przeszłości dziewczyny. Wie jednak, że ta najwyraźniej czuje do niego coś więcej i boi się tego. Nie chce marnować jej życia, chce by miała dobre wspomnienia z tego czasu, a przecież po projekcie wspomnienia o jego członkach zostaną wymazane z umysłów całej reszty. Tymczasem Hishiro, która przestała być wiodącą uczennicą, by nieco się zrehabilitować, organizuje festiwal kultury. Opiekun programu nakłania Kaizakiego by zaangażował się w to razem z nią. Chłopak się wzbrania, ale najwyraźniej także opiekun kibicuje uczuciu, które zaczęło kwitnąć między nimi. A już na pewno robi to opiekunka Hishiro, która nie tylko chce ich połączyć, ale także znaleźć sposób by mimo zasad zapamiętali siebie także po zakończeniu projektu…


Cieszy mnie, że z dość prostej fantastyki, gdzie nie wszystkie motywy science fiction mnie przekonały, opowiadającej o szkolnym życiu, „ReLIFE” przeszło drogę prowadzącą do całkiem udanej opowieści o miłości. Miłości wyzwalającej tym większe emocje w czytelnikach, że być może skazanej na zapomnienie. Przynajmniej tak można było sądzić do tej pory – choć jak zwykle byłem pewien, że tak źle nie będzie – bo teraz pojawiło się światełko w tunelu. Mam nadzieję, że Yayoi nie skorzysta z tego wyjścia i zaserwuje nam np. finał w stylu „Zakochanego bez pamięci” czy „Ruby Sparks”, ale to, jak zwykle, czas pokaże.


Póki co jednak możemy cieszyć się miłosnymi zawirowaniami, ciekawymi wątkami obyczajowymi, całkiem nienajgorszą psychologią i humorem, którego nie brakuje na stronach. Ale i tak w przypadku tej mangi to szata graficzna zwraca największą uwagę czytelników. Nie jest to bowiem typowy, czarnobiały komiks, a w pełni kolorowa historia, która na myśl przywodzi mangi tworzone z kadrów mang. Komputerowy kolor wypada jednak całkiem nieźle, całość wpada w oko, a przy okazji warto docenić wydanie. Bo standardowej grubości tomik, mimo papieru kredowego i całej palety barw cenowo jest niewiele wyższy, niż czarno-białe publikacje.


Kto lubi szkolne życie, a chciałby przeczytać coś uchwyconego w poważniejszy sposób, ten „ReLIFE” powinien poznać. Seria miewa swoje wzloty i upadki, jej poziom bywa różny, ale jako ogół warta jest polecenia. Bo wciąga, bo emocjonuje i bo naprawdę potrafi dostarczyć skłaniającej do zastanowienia się rozrywki.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








1 komentarz: