sobota, 30 marca 2019

Fear Agent #1 - Rick Remender, Tony Moore, Jerome Opeña

FACECI W CZERNI LECĄ W KOSMOS


Rick Remender dotychczas dał nam się poznać, jako twórca raczej poważnych komiksów. Czy to w depresyjnej, mimo optymizmu, „Głębi”, czy w szalonym „Deadly Class”, czy nawet w stricte rozrywkowych „Uncanny Avengers” i „Axis” próżno było szukać jakiejś większej dawki humoru. „Fear Agent” jest inny. To lekka komedia science fiction o typowym twardzielu, który śmiało odnalazłby się w kinie akcji lat 80. i 90. Miłośnicy szalonych acz spektakularnych popisów wyobraźni w stylu „Facetów w czerni” i kosmicznych klimatów podanych, kolokwialnie mówiąc, z jajem i pazurem, będą z tej serii bardzo zadowoleni.


Heath Huston kiedyś był jednym z Agentów Strachu, twardzieli broniących Ziemi przed kosmicznymi zagrożeniami. Teraz z całej ekipy został tylko on, ale daleko mu do dawnej świetności, tak samo, jak i do trzeźwości. Pije więc, eksterminuje kolejnych kosmitów, zmaga się z problemami, aż pewnego dnia odkrywa, że obcy, jak przed laty, znów zagrażają jego planecie. Musi więc odstawić kieliszek i wrócić do akcji, ale czy będzie miał jakąkolwiek szansę w starciu z przeważającymi siłami wroga?


Czego w tej serii nie ma! Ok, nie ma oryginalności, ale akurat w tym wypadku wcale jej nie potrzeba. Jest natomiast wszystko to, czego możecie oczekiwać po komedii SF będącej połączeniem Kina Nowej Przygody z komiksami superhero. Zaczynając od bohatera, który jest niczym to skrzyżowanie Jamesa Bonda, Johna McClane’a, agenta J i Hana Solo (między innymi oczywiście), przez całe bogactwo najróżniejszych, najczęściej zabawnych niezwykłych stworzeń, po wydarzenia i konkretne sceny pełnymi garściami czerpane ze skarbnicy gatunku. Inspiracje można by wymieniać długo, ale każdy najlepiej niech sam zagłębi się w lekturę.


A jest w co, bo nie trzeba oryginalności, by dzieło było udane. Remender bawi się tym, co wchłonął przez lata, jako odbiorca fantastyki i komiksu, łączy, miksuje, ale robi to z wyczuciem i smakiem. Całość jest zabawna, humor przypomina mi ten ze wspomnianych już nie raz „Facetów w czerni”, ale bywa też krwawo, spektakularnie, niebezpiecznie i widowiskowo. Lekkość i umowność całości sprawiają, że komiks dosłownie połyka się na raz, choć pierwszy album z serii jest słusznej grubości – w końcu składa się na niego dziesięć zeszytów uzupełnionych o szkice.


A co z szatą graficzną? Okładka może tego nie zwiastuje (to w sumie jedyne, co w całości bym zmienił), ale rzecz jest narysowana naprawdę dobrze. Tony Moore, tak, ten od „Żywych trupów” i „Deadpoola”, z pomocą Jerome’a Opeñi, z którym Remender pracował nad „Wolverine’em” czy „Punisherem” oferują nam lekkość stylu, łączącego realizm z cartoonowymi naleciałości. Ma to swój urok i jest po prostu miłe dla oka. Przede wszystkim jednak dobrze oddaje wszystkie aspekty „Fear Agent”.


Trzeba dodawać coś więcej? Kto lubi humorystyczne SF (ale dostatecznie poważne, by serwowało też emocje), nie zawiedzie się. Ja jestem zadowolony i mam ochotę na więcej.

piątek, 29 marca 2019

Royal City #2: Sonic Youth - Jeff Lemire

MIASTECZKO ROYAL CITY: OGNIU KROCZ ZA MNĄ


Jeff Lemire właściwie w każdej komiksowej konwencji czuje się dobrze, bo czegokolwiek się nie dotknie, znakomicie mu wychodzi. Najlepiej jednak radzi sobie w typowych opowieściach obyczajowych, przełamanych nutą czegoś dziwnego. I dokładnie tym jest „Royal City”, zaskakująco udana seria, potrafiąca wzruszyć i dostarczyć solidnej dawki emocji, nawet jeśli całość toczy się niespiesznym leniwym wręcz rytmem.


Rodzinne sekrety i dawne grzechy – nadszedł czas, by wszystko wyszło na jaw. Akcja opowieści przenosi nas do roku 1993, a dokładniej ostatniego tygodnia życia Tommy’ego. Co się stało z chłopakiem? Jak wyglądały okoliczności jego śmierci? I co Tommy robił w tych ostatnich dniach swojego życia?


„Royal City” pod pewnymi względami śmiało można porównać do „Miasteczka Twin Peaks”. Jeśli więc pierwszy tom traktować, jako sam serial, tom drugi to taki odpowiednik filmu „Twin Peaks: Ogniu krocz za mną”. Jednak fakt, że mamy tu do czynienia z czymś na kształt prequelu, który jednocześnie ma odpowiedzieć nam na pytania, nie zmienia niczego. Opowieść jest równie życiowa, nostalgiczna, smutna i poruszająca, jak to, co czytaliśmy do tej pory. Aura tajemniczości nadal unosi się nad wszystkim, ale jednocześnie tym razem dochodzi też jedna istotna rzecz: wiemy czym opowieść się skończy i to poczucie nieuchronnie zbliżającej się śmierci dodaje całości jeszcze większej mocy.


Najbardziej jednak zachwyca zwyczajność całej opowieści. Jej prostota, sentymenty i realia nastoletniego życia tak bliskie pokoleniu współczesnych trzydziesto-, czterdziestolatków, że czytelnicy z tego przedziału wiekowego na pewno odnajdą tu wiele rzeczy dla siebie znajomych i kto wie czy nie będę identyfikować się z bohaterami. Tym bardziej, że ci skrojeni zostali w znakomity sposób. To bowiem osoby z krwi i kości, różnorodne, przekonujące, złożone, mające swoje dobre i złe cechy. Po prostu ludzie – tacy, jakich spotykamy i jakimi sami jesteśmy. Można ich kochać, można nienawidzić, ale nie da się przejść obojętnie obok nich. Tak samo, jak i obok wydarzeń, które stają się ich udziałem.


Szata graficzna całości może jest dość specyficzna, może nie każdemu wpadnie w oko, ale dla mnie doskonale pasuje do treści. Lepiej nawet, niż w przypadku „Łasucha”, innego rewelacyjnego komiksu zilustrowanego przez Lemire’a. Kreska jest brudna, czasem przypomina szkice, sporo w niej niechlujności, ale jednocześnie w połączeniu z oszczędnym, pastelowym kolorem, buduje znakomity klimat. Wszystko to, uzupełnione o tradycyjnie świetne wydanie, daje naprawdę znakomity komiks. Rzecz dla czytelników z ambicjami i wymaganiami, która może kupić także serca niejednego przeciwnika opowieści graficznych. Polecam zatem bardzo gorąco.

czwartek, 28 marca 2019

Tokyo Ghoul:re #10 - Sui Ishida

NOWY POZIOM RELACJI CZŁOWIEK-GHUL


Po przepełnionych akcją i walkami poprzednich tomach „Tokyo Ghoula:re”, nadszedł czas na część spokojniejszą i bardziej sentymentalną. Zasiadając do lektury tego tomu, od razu przypominałem sobie, jak jakiś czas temu (nie minęło go tak wiele, ale mało też nie – przynajmniej jeśli odmierzać jego upływ ilościami przeczytanych stron) zasiadałem do lektury pierwszej serii „TG”. I chociaż to przede wszystkim shounen, więc czytelnicy oczekują starć, trupów i krwi (w końcu to także) horror, właśnie ten leniwy, wspominkowy ton sprawia, że dziesiąty tomik jest najlepszym z dotychczasowych z „re”.


Nadszedł czas na nowy etap w relacjach ludzi i ghuli. Od Najazdu na Cochleę minął miesiąc. Sasaki, jako główny sprawca wszystkiego, wciąż jest poszukiwany, a jednak na głowie ma ważniejsze rzeczy. Przypomniał sobie o ty, kim był kiedyś, wspomnienia z bycia Kenem Kanekim powróciły, a on sam wraca do kawiarni spotkać się z ghulami ze swojej przeszłości. To jednak tylko początek. Teraz, będąc ghulim królem, Ken chce założyć własną organizację i wprowadzić relacje z ludźmi na zupełnie nowy poziom. Co jednak z tego wszystkiego wyniknie?


W tym tomie główny bohater zasiada nad kubkiem kawy, w znajomym miejscu, w towarzystwie przyjaciół z dawnych dni i zaczyna wspominać, dlaczego więc i ja nie miałbym wspomnieć tego i owego? Więc wspominam: jak siedziałem z jednym tomikiem, nie pamiętam już którym, ale przepełnionym akcją, na dowrze. Wczesny wieczór, koniec lata, jeszcze ciepło, ale już chłodno… Jak ta atmosfera doskonale pasowała do „Tokyo Ghoula”. I jak bardzo przypomniały mi się tamte chwile po lekturze kilku początkowych stron tomiku.


Ale wróćmy do tematu. Ta część, jak już pisałem, jest powolniejsza, wręcz leniwa. Bohaterowie sporo rozmawiają, sporo planują i myślą, ale jednocześnie wiele z tego wynika i zapowiada konkretne zmiany. Oczywiście Sui Ishida pamięta, jaką opowieść tworzy, więc mamy tu też walki, lejącą się krew, mrok oraz… sporo humoru, specyficznego, ciężkawego, ale jednak. Dzięki czemu czytelnicy mogą znaleźć chwilę wytchnienia i trochę się zrelaksować.


A wszystko to tradycyjnie świetnie zilustrowane. Kreska jest realistyczna i szczegółowa, mocno posiłkowana zdjęciami, które tylko potęgują realizm. Owszem, czasami bywa też niechlujna i prosta, ale zawsze ma w sobie urok. Tak, jak i cała ta seria. Może nie zawsze trzyma jednakowy poziom, ale zawsze jest na tyle udana, by chciało się sięgać po kolejne tomy. Jak zwykle więc polecam, szczególnie miłośnikom horrorów.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Nomen Omen #1: Całkowite zaćmienie serca - Jacopo Camagni, Marco B. Bucci

PRZEROST FORMY NAD TREŚCIĄ


Nie każdy dobry pomysł da się przekuć w dobrą opowieść i „Nomen omen” jest tego dobrym przykładem. Sama idea bohaterki daltonistki brzmiała intrygująco, a przekartkowanie komiksu, który zilustrowany został w pozornie czarnobiały sposób pozytywnie nastroiło mnie do całości. Niestety lektura albumu nie wypadała już tak dobrze. Fabularnie bowiem to dzieło bardzo mocno przeciętne, wpasowujące się w stylistykę niezliczonej fantastyki młodzieżowej pokroju „Zmierzchu” (podtytuł „Całkowite zaćmienie serca” mówi wszystko) i jemu podobnych historii. Czyta się to szybko, ale niezbędne w tym wypadku lekkość i umowność, zastąpiła śmiertelna powaga. W konsekwencji powstało coś, co spodoba się jedynie niewymagającym nastolatkom, a nie taki chyba był zamysł autorów.


Becky jest dziewczyną, jakich w Nowym Jorku wiele. Nieco szaloną, nieco pokręconą, bystrą. Lubi fotografować i wrzucać swoje zdjęcia na Instagram, chociaż cierpi na achromatopsję – nie widzi kolorów, przez co jej prace bywają nietypowe. Wszystko wydawałoby się jak najbardziej normalne, gdyby nie kilka drobiazgów: dziewczyna ma pewne tajemnice, a na dodatek nękają ją dziwne wizje. Aż pewnego dnia odkrywa, co właściwie dzieje się w jej życiu…


Podstawowe zarzuty wobec tego komiksu mam trzy: przerost formy nad treścią, przesyt nieprzekonujących wątków fantastycznych i nadmierna powaga. Można by było dodać do tego infantylność, chaos i parę innych drobiazgów, ale mieszczą się one w tych właśnie zarzutach. Magia, czarownice, dziwne wydarzenia, władający pewnymi mocami strażnicy, wizje… Gdyby z tego żartować, gdyby dodać umowności mogło być naprawdę dobrze. Albo gdyby stonować wątki, skupić się na tajemnicy, a nie popisach w stylu „Ostatniego władcy wiatru”, do którego „Nomen omen” całkiem blisko – tak pod względem wykorzystania fantastyki, jak i poziomu. Jeszcze bliżej jest tej opowieści jednak do „Username: Evie”, dość świeżego, ale już – słusznie zresztą – zapomnianego komiksu stworzonego przez… youtubera.


W skrócie: niepoważna fantastyka została tu ukazana w jak najbardziej poważny sposób, a to mocno zgrzyta. Poza tym postacie są skrojone prosto, a emocje w ich wykonaniu wydają się jakieś sterylne i nie poruszają. Udała się natomiast szata graficzna, w której pobrzmiewają echa umowności, jakiej brak fabule. Kreska jest czysta, z cartoonowo-mangowymi naleciałościami, ale miła dla oka. Kolor też jest niezły, najlepszy w czarnobiałych sekwencjach, kiedy nie ma zbyt dużo komputerowych popisów, królują natomiast przyjemnie stonowane odcienie sepii – a tych jest najwięcej.


Całość jednak pozostaje przewidywalną, mocno naciąganą rozrywką dla niewymagających nastolatków. Nie ma tu głębi, jest za to sporo efekciarskich popisów i namnożenie nieprzekonujących elementów nie z tej ziemi. Jak najlepiej zabrać się za rzecz tego typu pokazali nam twórcy wydanego przez Non Stop Comics razem z „Nomen omen” albumu „Bodycount”. Szkoda, że Camagini i Bucci nie poszli tą drogą.


Darmowy prolog serii udostępniony przez wydawcę możecie przeczytać tu: 
https://nonstopcomics.com/nomen-omen-0-darmowy-prolog-serii/

środa, 27 marca 2019

Bodycount - Kevin Eastman, Simon Bisley

WIELKA DRAKA W ŻÓŁWIEJ DZIELNICY


Kultowy tytuł, kultowi bohaterowie, kultowy scenarzysta i bodajże najbardziej kultowy w naszym kraju rysownik. To albo mogło się udać genialnie, albo skończyć totalną porażką. Na szczęście „Bodycount” nie zawodzi. Nieważne, że takie drobiazgi jak głębia, ambicja i przesłanie nie mają tu racji bytu, bohaterowie są skrojeni według wzorca tak prostego, jakby w ogóle go nie było, a fabuła nie istnieje. Dzieło Eastmana i Bisleya to taki smakowity mix kina akcji prosto z Hongkongu z komediami sensacyjnymi z lat 80., który połyka się dosłownie na raz. Najlepiej zagryzając pizzą.


Ktoś dostaje po gębie. Jakaś kobieta ścigana jest przez tych złych, z gościem o metalowych rękach na czele. Dużo biegania, dużo lejącej się krwi, jeszcze więcej strzelania… O co tu k… chodzi? Spokojnie, spróbujmy to ogarnąć.

A zatem Casey wdaje się w kulturalną dyskusję o polityce z równie kulturalnym klientem baru. Po zdemolowaniu lokalu, z obitą gębą ląduje na chodniku a los chce, że już wkrótce spotyka biedną kobietę w opałach. Jak na femme fatale przystało, owa niewiasta o imieniu Midnight, wmieszała się w nie lada kłopoty. Pracowała dla mafii, nie robiła nic złego, ale w wyniku zbiegu okoliczności wydano na nią wyrok śmierci. Za Midnight podążą on, Johnny Woo Woo i jego banda zbirów. Gdy Casey trafia w sam środek strzelaniny i wraz z pomocą Raphaela ratuje kobietę, ma nadzieję, że to już koniec. Niestety, Midnight potrzebuje pomocy by dotrzeć do azylu, a że kobiecie takiej jak ona, trudno jest odmówić, chłopaki mieszają się w szalone wydarzenia, które mogą ich kosztować życie…


Pomysł „Bodycount” zrodził się, kiedy współtwórca „Żółwi Ninja” Kevin Eastman i legendarny rysownik „Lobo” Simon Bisley zaczęli rozmawiać nad stworzeniem wspólnego komiksu. Ten pierwszy chciał zrobić jedną wielką strzelaninę w stylu filmów Johna Woo, ten drugi się zgodził, ale bardziej po swojemu podchodząc do tematu. W konsekwencji powstała ta historia, która wygląda jak skrzyżowanie „Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy” z „Terminatorem”, „Robocopem” i „Zabójczą bronią”. Chyba lepiej nie da się tego ująć. Akcja pędzi na złamanie karku, spluwy plują ogniem, trupy padają wokoło, twardzi faceci walczą z twardą kobietą, zmutowany żółw wymachuje bronią, erotyki też nie brak, a humor przeplata się tu z makabrą.


I jest znakomicie. Bezmyślnie, czasem bez większego sensu, ale jakże uroczo. Każdy miłośnik popkultury lat 80. będzie bardziej niż zadowolony, bo jest tu wszystko to, czego oczekuje od podobnych dzieł: niczym nieskrępowana rozrywka ze świetnym klimatem. Do tego rewelacyjnie zilustrowana, w sposób brudny, szalony, mający gdzieś spójność czy zasady rysunku, ale z wielkim talentem, wyczuciem i siłą, która przemawia do wyobraźni.


Całość robi duże, jak najbardziej pozytywne wrażenie. Nie jest to co prawda komiks dla każdego, to wręcz rzecz bardzo specyficzna, ale warta poznania. „Żółwie Ninja” to w końcu kawał historii popkultury, swoisty fenomen z czasów dzieciństwa ludzi z mojego pokolenia i można ich nie lubić, można nie trawić, ale znać wypada. Mam więc nadzieję, że Non Stop Comics nie poprzestanie na tym – świetnie swoją droga wydanym – albumie i jeszcze będziemy mogli poczytać przygody zmutowanych żółwi.

Dimension W #15 - Yuji Iwahara

WSZYSTKO SIĘ KOŃCZY


W piętnastym tomie „Dimension W” jak zawsze dzieje się dużo, szybko i ciekawie. Co prawda tym razem całość jest już nieco wtórna, więc już tak bardzo nie porywa, jak kilka ostatnich tomów, ale i tak zabawa jest lekka, udana i sympatyczna. Tym bardziej, że całość, im bliżej znajduje się wielkiego finału, tym wszystko układa się w jedną, jakże interesującą całość.


W podziemnym labiryncie, będącym poligonem szkoleniowym agentów Syndykatu, Ela dokańcza opowieść o swojej przeszłości. O tym, jak poradziła sobie w tym miejscu i jak wreszcie z niego uciekła. Zaczyna obawiać się o swoje bezpieczeństwo, kiedy odkrywa, że ich obecni wrogowie to nikt inny, jak jej dawni towarzysze. Kiedy więc odkryją, że to ona, może nie być wesoło. Niestety, Venti i Nove już wiedzą o wszystkim i przypuszczają atak…

Ale nie tylko Mabuchi, Ela i ich towarzysze mają problemy. Przepowiedziany koniec zbliża się coraz bardziej. Sytuacja na świecie robi się coraz trudniejsza, chaos zaczyna dominować, a rządy nie radzą sobie z tym wszystkim. Wszystkie nitki wydarzeń coraz bardziej zbiegają się w jednym punkcie, ale do czego to wszystko doprowadzi?


„Dimension W” to kolejny shounen, po który sięgam regularnie od dawna. Od pozostałych tytułów z tego gatunku różni go w zasadzie jedna rzecz, a mianowicie, że to jednocześnie typowa opowieść science fiction z robotami, dziwnymi wydarzeniami, jeszcze dziwniejszymi technologiami i bronią oraz sporą dozą tajemnic: także tych powiązanych stricte z obyczajowymi. Tych ostatnich elementów w piętnastym tomie jest co prawda mniej, ale przecież nie ich szukają miłośnicy shounenowych wrażeń, prawda?


Tego natomiast, czego szukają, mają tu pod dostatkiem. Akcja, walki, ciągłe zagrożenie, wymyślni wrogowie, sekrety, które trzeba odkryć i niebezpieczeństwo, które zagraża wszystkiemu, co istnieje. Do tego dużo humoru, sporo uroku, ciekawy klimat i niezła szata graficzna. Przeciwników shounenów zachęcać nie będę, bo i tak nie sięgną – choć jeśli lubią science fiction, śmiało mogliby zrobić wyjątek i wątpię, że będą żałować – a miłośnikom nie muszę, ale tych nieprzekonanych zachęcam. To dobra, dynamiczna rozrywka nie tylko dla nastolatków, a najlepsze tomy, przełamujące gatunkowe bariery, warto poznać i dać się uwieść zawartym w nich opowieściom.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









wtorek, 26 marca 2019

Dwunastu - Justin Cronin

DWUNASTU JEŹDŹCÓW APOKALIPSY


Kiedy w 2007 roku Justin Cronin sprzedał prawa do ekranizacji swojej postapokaliptycznej trylogii, raczej nie podejrzewał, że przez kolejne ponad dziesięć lat producenci będą jedynie planować, myśleć i… nie nakręcą żadnego z trzech filmów. Na szczęście dla niego i dla nas, ostatecznie skończyło się na powstaniu serialu. Dlaczego na szczęście? Dla autora, wiadomo, wiąże się to z konkretnymi zyskami i sławą, dla czytelników znad Wisły zaś z powrotem na rynek jego serii i zapowiedzią wreszcie wydania jej w całości. A ponieważ jest to kawał dobrej fantastyki, co widać zarówno po „Przejściu”, jak i „Dwunastu”, miłośnicy postapo mogą już zacierać ręce.


Eksperymenty naukowe pod nazwą projekt Noe wymykają się spod kontroli. Dwunastu skazanych na śmierć więźniów, którzy stali się pacjentami zero, ucieka z laboratorium, roznosząc wirus, zmieniający ludzi w bestie. Odnalezienie ich i unicestwienie może być kluczowe dla ocalenia tych, którzy przetrwali wywołaną w ten sposób ogólnoświatową apokalipsę, ale liczebność wrogów przytłacza wszystkich, zagrożenie czai się na każdym kroku, a na dodatek zarażeni wirusem ewoluują, stając się coraz bliżsi nieśmiertelności. Czy w takiej sytuacji zwykli ludzie mają jeszcze szansę na przeżycie? Los i tropy wiodą wszystkich do Ojczyzny, skrywającej swoje tajemnice społecznością rządzonej przez byłego zastępcę dyrektora Departamentu Broni Specjalnych odpowiedzialnego za projekt Noe. Pytanie, co tam na nich czeka…


Jak już pisałem, „Dwunastu”, podobnie jak poprzedni tom trylogii, to kawał dobrej fantastyki. I to kawał pod każdym względem, bo powieść ta liczy sobie 670 stron. Gdyby więc Cronin napisał rzecz słabą, na czytelników czekałoby sporo męczenia się, a wielu pewnie odpadłoby przed dobrnięciem do połowy. Na szczęście jego powieści czyta się szybko, przyjemnie i z całkiem sporą dozą napięcia. I nawet jeśli fabuła jest w zasadzie przewidywalna, wszyscy miłośnicy gatunku, jak i fani prozy Stephena Kinga, nie będą zawiedzeni.


Oczywiście możecie obawiać się, że „Dwunastu” to kolejne typowe współczesne postapo, ale w takim razie przestańcie. To nie miałka, nijaka lektura, której brak choćby odrobiny oryginalności. Owszem, Cronin mocno czerpie z „Bastionu” i jemu podobnych dzieł, jednak udaje mu się też stworzyć coś swojego, własnego. Żadnych nowości nie macie co tutaj szukać, ale za to możecie liczyć na naprawdę znakomite odtwórstwo. I całkiem sporą gromadkę bohaterów, bo u Cronina, jak u Kinga, jest ich cała masa, a wszyscy oni zostali całkiem nieźle skrojeni, choć czasem można się wśród nich pogubić. Do tego dochodzi solidna dawka grozy podbieranej z wszelkich miejsc – to w równym stopniu historia czerpiąca z estetyki horrorów o wampirach, co zombie – i niezłego zaplecza obyczajowego. A wszystko to wrzucone w dobrze skonstruowany, klimatyczny świat.


Dobre jest też tempo, czasem przyjemnie leniwe, byśmy mogli delektować się tym, co dla nas przygotował, a czasem pędzące na złamanie karku, aż nie mamy czasu na myślenie ani odłożenie powieści. Jedyny zarzut, jaki można mieć, jest taki, że to wszystko już było. I to po wielokroć. Ale jednocześnie „Trylogia Przejścia” zdecydowanie wyróżnia się na plus wśród zalewu podobnych pozycji, których pełno jest w dobie popularności postapo. Dlatego ze swej strony polecam i czekam na finałowy tom, który w tym roku ma się pojawić na rynku.

Pieśń o Warszawie - Dominika Tarczoń

POST-WARSZAWA


Chyba nie ma w fantastyce ostatnich lat gatunku popularniejszego niż postapo. Nasi rodacy też nie zostają na tym polu w tyle, choć jak patrzę na te wszystkie powieści rozwijające uniwersum marnego „Metra 2033”, robi się żal. Gdzie swojskie klimaty? Gdzie rodzime strony? Dlatego z ciekawością sięgnąłem po „Pieśń o Warszawie” i… Wyszło nieźle, nie wybitnie, a schematy gatunkowe nie zostały przełamane ani odświeżone, ale całość czytało się szybko i całkiem przyjemnie.


Świat się skończył, cywilizacja upadła, ludzie zeszli do podziemi, a to, co na powierzchni, popada w ruinę, ginie pochłaniane przez sawannę i lasy i zaludnia się coraz bardziej dzikimi zwierzętami i jeszcze gorszymi od nich stworami - tak przynajmniej postrzega je główny bohater. Nikt tu już nie pamięta, jak to było dawniej. Nikt nie wie już dokładnie co w ogóle się stało. Właśnie w takim świecie żyć przyszło Oskarowi, młodemu mężczyźnie pracującemu jako goniec. Jego życie oznacza niebezpieczne wypady do świata na powierzchni, gdzie co dzień ryzykuje życiem. Jakby tego było mało, coś, co wydarzyło się w przeszłości, sprawia, że znajduje się on na celowniku także zwykłych ludzi. Wkrótce jednak jego życie znajdzie się na zakręcie, a od tego, dokąd zawiodą go drogi, zależeć będzie dosłownie wszystko…


„Pieśń o Warszawie” to postapo typowe pod każdym względem, więc serc jego przeciwników na pewno nie kupi. Dominika Tarczoń, z tematyką związana od lat, choć nie jako pisarka, a recenzentka i propagatorka tego typu fantastyki, wzięła tu bowiem wszystko to, z czego gatunek słynie. Niepozorny bohater-wybraniec, zniszczony świat, ludzkość kryjąca się pod ziemią, nieszczególnie przyjazne stwory biegające po powierzchni… Długo można by wymieniać. Kto tego nie lubi, nie polubi nawet mimo swojskich klimatów. Kto ceni, będzie zadowolony, bo nawet jeśli żadnego novum tu nie uświadczy, czeka na niego całkiem przyjemne odtwarzanie ulubionych motywów.


Oczywiście największą siłą całości są warszawskie realia. Kto mieszka w stolic albo choć trochę ją zna, z pewnością będzie dobrze się bawił, sprawdzając, jak zmieniły się konkretne miejsca. Kto nie zna, niech odpali sobie street view, też może być ciekawie. Poza tym Tarczoń pisze w sposób całkiem przyjemny, nieskomplikowany, lekki i szybki w odbiorze. Co prawda bohaterowie, a w szczególności Oskar, nie są szczególnie pogłębieni psychologicznie, ale cóż, to literatura stricte rozrywkowa więc możemy to wybaczyć.


Czasem jednak autorce zdarzają się potknięcia. Najmocniej w oczy rzuciła się mi scena z początków książki, gdzie bohater w tunelu widzi dzikie zwierzę. Ma (bohater, nie zwierzę) broń w ręku, ale woli uciec, bo wie, że nie zdąży wycelować i strzelić, choć bestia śpi. Ucieczka jednak ją budzi, ale bohater, choć przegrywając wyścig o życie, jest jednak w stanie odwrócić się i próbować strzelić do niej. Zawsze można jakoś to tłumaczyć, ale lepiej byłoby po prosu wyciąć takie drobiazgi.


Na szczęście jako całość „Pieśń o Warszawie” wypada przyjemnie. Ma udany nastrój, podobnie, jak rozpalony słońcem, duszny klimat i całkiem niezłe dialogi, od razu kojarzące się z rodzimymi dziełami. Jak na debiut, jest więc całkiem udana i warta polecenia. Jak już mówiłem wyłącznie miłośnikom gatunku, ale w końcu to im dedykowana jest ta powieść, prawda?

Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt #2 - Yu Aikawa, Haruno Atori

SIEDMIU KSIĄŻĄT I GRA O TRON


„Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt” to manga, którą śmiało można nazwać kobiecym fantasy. Ale w równym stopniu to także opowieść, wyglądająca jak ilustracja scenariusza jakiejś gry RPG. Przede wszystkim jednak to po prostu lekka seria fantastyczna, którą czyta się szybko i przyjemnie, nawet jeśli próżno szukać tu większej głębi.


Wszyscy sądzili, że Tysiącletni Labirynt to jedynie legenda, okazało się jednak, że istnieje naprawdę, kiedy grupka młodych ludzi trafiła do niego w celu wybrania spośród siebie przyszłego cesarza. Brzmi niewinnie? Walka o władzę nigdy taka nie jest, nawet jeśli kandydaci pozornie nie pasują do tej roli, bo pochodzą z najgorszych warstw społecznych albo też nie wydają się nią zainteresowani. Tym bardziej, że Labirynt to nic innego, jak olbrzymi budynek pełen pułapek. Na dodatek wszystko powoli tonie, czas ucieka, a nie wiadomo komu można zaufać. Bohaterowie, skazani na swoje towarzystwo, już niekompletni, starają się rozgryźć kolejne zagadki i przetrwać, ale czy mają szansę? Nie tylko samo miejsce stanowi dla nich zagrożenie. Gdzieś w Labiryncie znajduje się bowiem seryjny morderca, który zabił już kilka osób. Trzeba więc rozwiązać także i tą zagadkę, ale co jeśli zabójca kryje się wśród nich? Poza tym wszyscy kandydaci skrywają jeszcze niejedną tajemnicę, które zmienić mogą wiele…


Akcja, akcja, trochę tajemnic i wmieszane w to wszystko postacie, które same w sobie skrywają wcale nie mniej sekretów… Tak w skrócie prezentuje się niniejsza seria. Cała opowieść, jak już pisałem na wstępie, przypomina grę. I to tak bardzo, że można by ją uznać za zapis takowej. Miłośnicy RPG-ów, połączonych z rozwiązywaniem zagadek w stylu „Tomb Raidera” (i bieganiem po zabytkowych ruinach i udowych) będą więc z „Siedmiu książąt” zadowoleni. Myślę nawet, że bardzo.


Warto jednak pamiętać, że to przede wszystkim fantasy i także fani tego gatunku się nie zawiodą. Akcja jest dynamiczna, widoki, łącznie ze strojami, odpowiednio widowiskowe, a całość ma w sobie dość humoru i lekkości, by czytało się ją z przyjemnością i właściwie jednym tchem. Czy to wybitna opowieść? Nie, ale to kawał sympatycznej rozrywki, ładnie przy tym zilustrowanej (szata graficzna jest co prawda bardzo kobieca, ale faceci nie muszą się bać, nie czuć tego aż tak, by mogło ich to odrzucić od mangi) i jeszcze ładniej wydanej.


Wszystko to składa się na lekką lekturę w sam raz na jedno popołudnie. Coś przy czym nie ma czasu na nudę. Miłośnikom podobnych historii polecam z czystym sercem.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








poniedziałek, 25 marca 2019

Murciélago #10 - Yoshimurakana

KRYMINAŁ ZE SZCZĘKAMI



W dziesiątym tomie „Murciélago” zaczyna się nowy story arc. Co tym razem przygotował dla nas autor, który dotąd raczył nas najróżniejszymi gatunkowo historiami, od thrillerów w stylu „Piły” zaczynając, na sensacji utrzymanej w klimatach serialu „24 godziny” skończywszy? Rasowy kryminał. Ale rasowy nie znaczy typowy, bo miłośnicy grozy, którzy dobrze bawili się na „Szczękach” na pewno nie będą zawiedzeni.


W Centrum Biznesowym w R’lyeh dochodzi do wybuchu, w którym ginie kilka osób. Świadkowie podają, że całość przypominała uderzenie meteorytu… ale są obecnie ważniejsze rzeczy, niż to. Oto bowiem do oceanarium także położonego w R’lyeh sprowadzony zostaje największy rekin świata. Hinako po prostu nie może go nie zobaczyć, więc korzystając z wakacji wybiera się tam z koleżankami, a towarzyscy im oczywiście nie kto inny, jak Kuroko. Kiedy jednak w trakcie oglądania zwierzęcia okazuje się, że rybka gryzie sobie ludzką rękę, wiadomo już, że trzeba będzie wkroczyć do akcji i wyjaśnić co się stało. A jak się wkrótce okaże, wyjaśniać jest co…


Lubię opowieści o rekinach. Jako miłośnik filmów Spielberga powinienem w tym miejscu powiedzieć, że zaczęło się od „Szczęk”, ale nawet jeśli tak było, pierwsza opowieść tego typu, jaka została w mojej pamięci, pochodziła z jednego z zeszytów „Punishera”, w którym tytułowy bohater spotkał w wodzie tę właśnie rybę. „Szczęki” też zresztą uwielbiam od lat i nie raz oglądałem całą serię, więc nie dziwcie się, że najnowszy tom „Murciélago” bardzo przypadł mi do gustu. Zresztą czy seria ta kiedyś mnie zawiodła? Tym bardziej, że autor od dłuższego czasu skupia się na klimacie, akcji, zagadkach i brutalności.


Owszem, wszystko to, co znajdziecie w tym tomie, było już nie raz. Nie tylko w popkulturze, nie tylko a mangach, ale też i w samej serii. Trudno jednak w tak hermetycznych ramach szukać wielkiej różnorodności, przez dziewięć tomów udawało się ją twórcy zachować i nawet teraz, kiedy już wkraczamy na znajome tereny, wciąż jest w stanie sporo z siebie wykrzesać. Całość czyta się więc znakomicie, a coś, co uwielbiałem od początku – niesamowity urok niektórych postaci – jest bardzo wyrazisty i w połączeniu z humorem nie tylko sprawia, że uśmiecham się przez większość lektury, ale i podkreśla mocniejsze elementy całości.


Dodajcie do tego znakomitą szatę graficzną, którą świetnie oddaje zarówno najdrobniejsze makabryczne elementy, jak i humor oraz słodycz, a dostaniecie kawał dobrego komiksu. Męskiego, bo nie brak w nim erotyki i niewybrednych żartów, ale wierzę, że nie tylko faceci będą bawić się dobrze. Bo każdy miłośnik sensacji, thrillerów i kryminałów na pewno znajdzie tu coś dla siebie, choć, jak się domyślacie, nie jest to seria dla każdego.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









piątek, 22 marca 2019

Aliens: Bunt #2 - Brian Wood, Stephen Thompson, Tony Brescini, Eduardo Francisco, Dan Jackson

GDY ŁOWCA ZMIENIA SIĘ W OFIARĘ


Właśnie ukazał się drugi i zarazem ostatni tom „Aliens: Bunt”. Nie byłoby to nic istotnego, jak bowiem wiadomo, komiksy rozwijające kinowe i growe uniwersa zazwyczaj nie są niczym szczególnie wartym uwagi, ale w tym wypadku mamy do czynienia z bardzo chlubnym wyjątkiem. Bo napisana przez Briana Wooda dwunastoczęściowa maxi seria, osadzona w realiach starych filmów z Obcymi, a zarazem w świecie znakomitej gry „Obcy: Izolacja” to kawał znakomitego horroru SF, który godnie reprezentuje legendarną serię.


2137 rok. Zula Hendricks, niegdyś jedna z Kolonialnych Marines, obecnie przemierza kosmos w towarzystwie zbuntowanego androida i doktor Hollis, chcąc odnaleźć i zniszczyć wszystkich Alienów zanim wpadną w ręce korporacji Weyland-Yutani. Trójka zmierzyła się już z niejednym zagrożeniem, niemal zginęła już kilka razy, ale nadal daleko im do zakończenia samozwańczej misji. A zagrożenie czai się nie tylko w samej przestrzeni kosmicznej, pełnej najróżniejszych typów, od żołnierzy po piratów, ale także na ich własnym statku. Oto bowiem Hollis okazuje się nosić w sobie jednego z ksenomorfów. Nie chce jednak go uśmiercać, woli wyjąć go z siebie żywego i zamknąć w jakimś bezpiecznym miejscu. Pytanie jednak czy takie miejsce w ogóle istnieje? I co potem? A to przecież zaledwie początek…


Seria o „Obcych”, obok „Terminatora” i „Matrixa” należy do moich ulubionych filmowych cykli Science Fiction. Komiksami z ksenomorfami zaś zaczytuję się właściwie od dziecka, bo od ponad dwudziestu lat, więc także do nich mam spory sentyment, choć nawet mając te dziewięć, dziesięć lat na karku, widziałem ich infantylizm a często także rażący brak logiki. Ale tego nie znajdziecie w „Buncie”. Owszem, może kwestie pokroju zachowania androida mogłyby być lepiej umotywowane, bo stoją w pewnej sprzeczności z faktami, ale zawsze można to sobie jakoś wytłumaczyć. Cała reszta natomiast to już czysta przyjemność.


Bo napisana przez Wooda opowieść to rzecz doskonale wpasowująca się w klimat „Aliena”. Jest więc mroczna, zagrożenie czai się na każdym kroku, wróg jest potężny i groźny, a kosmiczne bestie nie są jedynym, co czai się w próżni. Poza tym, tak, jak w tej serii być powinno, Obcy wcale nie są najgorszymi bytami w kosmosie. Zło czai się wszędzie, a człowiek potrafi być gorszy i mniej ludzki od krwawiących kwasem bestii. Do tego dochodzi zgrabna fabułą, szybka akcja i sympatyczni bohaterowie – czego chcieć więcej?


Pewnie dobrej szaty graficznej, ale ta również nie zawodzi. Artystów za nią odpowiedzialnych jest trzech, styl mają dość różny, ale całość jest szczegółowa, realistyczna i przyjemnie dla oka brudna. Dzięki temu „Bunt” wygląda tak, jak powinien dobry horror SF, który ma w sobie zarówno solidną dawkę krwawych scen, jak i epicką nutę. Miłośnikom „Alienów” polecam gorąco, warto się za tą serią rozejrzeć wśród nowości i zanurzyć w ten mroczny, groźny świat. Oni – jak i fani grozy w najróżniejszych odsłonach – będą zadowoleni.






Akame ga Kill #10 - Takahiro, Tetsuya Tashiro

WALKA, MIŁOŚĆ I STRATA


To już dziesiąty tom „Akame ga Kill!”, sympatycznego, mocnego shounena w klimatach dark fantasy. jak na tę serię przystało, całość jest szybka, dynamiczna, klimatyczna, bywa też krwawa, brutalna i potrafi zaskoczyć. Oczywiście pozytywnie. I nawet jeśli całości trudno jest zarzucić większą odkrywczość, świeżość i oryginalność, seria jest udana do tego stopnia, że żaden miłośnik gatunku nie poczuje się rozczarowany, jeśli po nią sięgnie. Wręcz przeciwnie.


Powstania i zmiany władzy. Rewolucja, wojenna zawierucha i spokój. I kolejni szaleńcy gotowi do przelewania krwi.
Premier sprowadza z zza granicy swojego syna i zaczyna formować oddział złożony z najgorszych straceńców. Zabijająca piosenkami wiedźma, alchemiczka o zmodyfikowanym ciele, wojownik władający mieczem, pirat i seryjny morderca w przebraniu klauna. Wszyscy oni ruszają do akcji, siejąc terror i zostawiając po sobie stosy trupów. Wszystko dlatego, że premier chce wykorzystać obecną sytuację do własnych celów…

Tymczasem członkowie Night Raid wracają powoli do zdrowia po ostatnich wydarzeniach. Dla oddziału walka znów nie obyła się bez strat, a nic nie wskazuje na to, by było lepiej. Mine, której udało się przetrwać starcie, decyduje się na pewne wyznanie. Wkrótce jednak znów muszą ruszyć do akcji, po raz kolejny ryzykując życiem…


Dobra to manga, naprawdę dobra. Świetna wręcz. Nie dla każdego, bo jednak shounena lubić trzeba, ale nie oszukujmy się, nie przypadkiem to jego przedstawiciele są najpopularniejszymi komiksami z Kraju Kwitnącej Wiśni – nie tylko tam, ale także i na całym świecie, włączając w to Polskę. „Akame” idealnie wpasowuje się w oczekiwania fanów gatunku. Nie oryginalnością, bo całość mocno przypomina mi „Naruto”, ale świetnym wykorzystaniem schematów, które tak wszyscy lubią.


W tym tomie, jak w poprzednich, króluje akcja. Bohaterowie walczą, a nawet kiedy odpoczywają i przeżywają bardziej intymne, ciche, spokojne chwile, zapowiedź kolejnych starć wisi nad nimi niczym czarne chmury. Pojedynki te jednak rzadko kończą się dobrze, postacie są  ranione, umierają, a zza grobu nikt już nie wraca. Co, w połączeniu z faktem, że wszyscy pozytywni herosi szybko kupują naszą sympatię i z niejednym możemy się utożsamiać, daje ciekawy, poruszający efekt.


Wszystko to plus udana, mroczna szata graficzna, składa się na naprawdę dobrą mangę. Coś, co czyta się lekko, szybko, przyjemnie i z emocjami. Kto lubi shouneny, niech koniecznie pozna całość, bo jest tego warta.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.