wtorek, 26 marca 2019

Bodycount - Kevin Eastman, Simon Bisley

WIELKA DRAKA W ŻÓŁWIEJ DZIELNICY


Kultowy tytuł, kultowi bohaterowie, kultowy scenarzysta i bodajże najbardziej kultowy w naszym kraju rysownik. To albo mogło się udać genialnie, albo skończyć totalną porażką. Na szczęście „Bodycount” nie zawodzi. Nieważne, że takie drobiazgi jak głębia, ambicja i przesłanie nie mają tu racji bytu, bohaterowie są skrojeni według wzorca tak prostego, jakby w ogóle go nie było, a fabuła nie istnieje. Dzieło Eastmana i Bisleya to taki smakowity mix kina akcji prosto z Hongkongu z komediami sensacyjnymi z lat 80., który połyka się dosłownie na raz. Najlepiej zagryzając pizzą.


Ktoś dostaje po gębie. Jakaś kobieta ścigana jest przez tych złych, z gościem o metalowych rękach na czele. Dużo biegania, dużo lejącej się krwi, jeszcze więcej strzelania… O co tu k… chodzi? Spokojnie, spróbujmy to ogarnąć.

A zatem Casey wdaje się w kulturalną dyskusję o polityce z równie kulturalnym klientem baru. Po zdemolowaniu lokalu, z obitą gębą ląduje na chodniku a los chce, że już wkrótce spotyka biedną kobietę w opałach. Jak na femme fatale przystało, owa niewiasta o imieniu Midnight, wmieszała się w nie lada kłopoty. Pracowała dla mafii, nie robiła nic złego, ale w wyniku zbiegu okoliczności wydano na nią wyrok śmierci. Za Midnight podążą on, Johnny Woo Woo i jego banda zbirów. Gdy Casey trafia w sam środek strzelaniny i wraz z pomocą Raphaela ratuje kobietę, ma nadzieję, że to już koniec. Niestety, Midnight potrzebuje pomocy by dotrzeć do azylu, a że kobiecie takiej jak ona, trudno jest odmówić, chłopaki mieszają się w szalone wydarzenia, które mogą ich kosztować życie…


Pomysł „Bodycount” zrodził się, kiedy współtwórca „Żółwi Ninja” Kevin Eastman i legendarny rysownik „Lobo” Simon Bisley zaczęli rozmawiać nad stworzeniem wspólnego komiksu. Ten pierwszy chciał zrobić jedną wielką strzelaninę w stylu filmów Johna Woo, ten drugi się zgodził, ale bardziej po swojemu podchodząc do tematu. W konsekwencji powstała ta historia, która wygląda jak skrzyżowanie „Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy” z „Terminatorem”, „Robocopem” i „Zabójczą bronią”. Chyba lepiej nie da się tego ująć. Akcja pędzi na złamanie karku, spluwy plują ogniem, trupy padają wokoło, twardzi faceci walczą z twardą kobietą, zmutowany żółw wymachuje bronią, erotyki też nie brak, a humor przeplata się tu z makabrą.


I jest znakomicie. Bezmyślnie, czasem bez większego sensu, ale jakże uroczo. Każdy miłośnik popkultury lat 80. będzie bardziej niż zadowolony, bo jest tu wszystko to, czego oczekuje od podobnych dzieł: niczym nieskrępowana rozrywka ze świetnym klimatem. Do tego rewelacyjnie zilustrowana, w sposób brudny, szalony, mający gdzieś spójność czy zasady rysunku, ale z wielkim talentem, wyczuciem i siłą, która przemawia do wyobraźni.


Całość robi duże, jak najbardziej pozytywne wrażenie. Nie jest to co prawda komiks dla każdego, to wręcz rzecz bardzo specyficzna, ale warta poznania. „Żółwie Ninja” to w końcu kawał historii popkultury, swoisty fenomen z czasów dzieciństwa ludzi z mojego pokolenia i można ich nie lubić, można nie trawić, ale znać wypada. Mam więc nadzieję, że Non Stop Comics nie poprzestanie na tym – świetnie swoją droga wydanym – albumie i jeszcze będziemy mogli poczytać przygody zmutowanych żółwi.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz