niedziela, 30 czerwca 2019

Hiob: Komedia sprawiedliwości - Robert A. Heinlein

GDY NAGLE ZMIENIA SIĘ TWÓJ ŚWIAT


„Hiob: Komedia sprawiedliwości” to czwarta powieść wydana w ramach serii „Wehikuł czasu”. Podobnie, jak pozostałe tytuły, tak i ten został dobrany według klucza: „znany autor – klasyczne dzieło – nieoczywisty dobór tytułu” – w końcu „Hioba” trudno uznać za pozycję tak flagową dla Heinleina, jak np. „Władca marionetek” – i podobnie jak one to kawał świetnej literatury, nieustępującej w niczym najsłynniejszym tworom amerykańskiego mistrza. Jednocześnie to kolejna świetna książka, którą z czystym sercem można polecić nie tylko miłośnikom fantastyki, bo jej jakość, doskonałe wykonanie i głębia sprawiają, że to po prostu kawał świetnej literatury dla czytelników lubiących wzruszyć się, pomyśleć i przeżyć coś niezwykłego.


Co byś zrobił, gdyby nagle zmienił się twój cały świat? Przed takim problemem staje Alexander, który po utarcie przytomności przy próbie przejścia po płonących węglach, budzi się w zupełnie nowej rzeczywistości. Przemieniony w „Pana Grahama”, którego życie „przejmuje”, zakochany w jego kobiecie Margreth, zmuszony zostaje do odkrycia co się właściwie dzieje. Przekonany, że przyspieszenie zmian oznacza szybko nadciągający koniec świata, chce za wszelką cenę oclić duszę swojej ukochanej. Ale to dopiero początek problemów, które na niego spadają…


Nominacje do nagrody Hugo i Nebula dla najlepszej powieści oraz nagroda Locusa dla najlepszej książki fantasy – takim uznaniem może pochwalić się ta inspirowana zarówno biblijną „Księgą Hioba”, jak i „Jurgen, A Comedy of Justice” Jamesa Brancha Cabella powieść. Powieść z gatunku religijnej science fiction, poplątanej z urban fantasy, ale takim dalekim od tego, z czym obecnie kojarzy nam się ten gatunek. Trochę romantyczna, trochę apokaliptyczna, dojrzała i inteligentna, podlana została satyrą kojarzącą się z prozą Marka Twaina i licznymi nawiązaniami, zaczynając od innych utworów Heinleina, na różnych drobiazgach skończywszy. To wszystko to jednak kwestie drugorzędne, w końcu nagrodę zdobyć można przypadkiem, pod wpływem mody czy za same nazwisko, a wszystkie te easter egg wcale nie muszą mieć uzasadnienia czy głębszego znaczenia. Na szczęście w „Hiobie” autor nic nie pozostawił przypadkowi, tworząc po prostu świetne dzieło.


Jego siła wynika właściwie z trzech rzeczy: wykonania, umiejętnego dawkowania elementów fantastycznych i przekonującej warstwy obyczajowej. Ta ostatnia, połączona z nienachalnym  romantyzmem (nie mylcie go z romansidłem), najbardziej do mnie przemówiła. Ale nie zawiodła też tajemnica i klimat, podlane intrygującą nutą niepewności, które prowadzą nas coraz głębiej w szalone i niezwykłe wydarzenia. Owszem, w pewnym momencie docieramy do momentu, w którym zaczyna się, kolokwialnie mówiąc, pomieszanie z poplątaniem. Na szczęście i z tego mixu motywów pełnymi garściami czerpanych zewsząd wokoło Heinleinowi udało się wybrnąć naprawdę świetnie. Wszystko dzięki wspomnianemu już wykonaniu, w zasadzie prostemu, ale treściwemu. Jest w jego stylu coś, co sprawia, że od książki nie można się oderwać, a opisywane przez niego rzeczy nabierają życia. Podobnie rzecz ma się z postaciami – może nie są to wybitne psychologicznie kreacje, ale też i nie płaskie, nijakie twory.


W skrócie: w ręce czytelników trafia kolejna, absolutnie warta poznania pozycja. Rzecz intrygująca, nastrojowa i wciągająca. Coś, co warto poznać niezależnie od gatunkowych preferencji. Dobra, skłaniając do zastanowienia rozrywka gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 28 czerwca 2019

J.R.R. Tolkien. Pisarz stulecia – T.A. Shippey

NIE-BIOGRAFIA TOLKIENA


Tak to już na tym świecie wydawniczym bywa, że kiedy kinowe ekrany podbija jakiś hit, księgarskie półki zalewają pozycje z nim związane. Tak było np. prawie dwie dekady temu, gdy Peter Jackson serwował nam swoją wizję „Władcy pierścieni”, a potem „Hobbita” (do dziś nie rozumiem czemu żaden wydawca nie porwał się wtedy na publikację „Historii Śródziemia” i „Historii Hobbita”) i to samo dzieje się teraz, wraz z wejście na ekrany filmowej biografii Tolkiena. Film nie zapowiada się co prawda jakoś szczególnie a i na dodatek sprawia wrażenie inspirowanego życiem twórcy w dość swobodny sposób, ale za to ciekawie wypada wydana pod jego wpływem książka „J.R.R. Tolkien: Pisarz stulecia”. Nie jest to co prawda biografia brytyjskiego mistrza fantasy, jak można by się było spodziewać, a analiza jego twórczości. Ale analiza naprawdę znakomita i doskonale wnikająca w różne aspekty wymyślonego przez niego świata.


„Pisarz stulecia” to książka skupiona głównie na analizie trzech najważniejszych dzieł Tolkiena: „Hobbita”, „Władcy pierścieni” i „Silmarillionu” – głównie, ale nie jedynie, co warto zaznaczyć. Zaczynając jednak od samej analizy, trudno nie zauważyć jej dogłębności. Autor, mediewista i badacz literatury fantasy w szczególności skupiony na prozie pisarza uważanego za najbardziej wpływowego pisarza stulecia, wnika w poszczególne fragmenty jego prozy, zwracając nam uwagę na pochodzenie nazw i imion czy pozornie zwyczajne zwroty, które okazują się mieć szerszy kontekst. Przy okazji daje nam też wskazówki do zrozumienia rzeczy, które w swej prostocie i jasności wydawały się czymś, w co nie potrzeba było się wgryzać (jak prawdziwy los Elfów, które wcale nie musiały opuścić Śródziemia, jak nam się wydaje). Błąd, ale o tym musicie przekonać się sami, sięgając po tę pozycję.


Jak jednak już wspominałem, „Pisarz stulecia” to nie jedynie analiza. Shippey przybliża nam także sylwetkę i życie samego autora, jego pasje – bodajże najistotniejszą rzecz dla jego twórczości – i mniej istotne dzieła. Zresztą na tle krótkich form twórczości Tolkiena dowiadujemy się więcej o jego autobiografii w nich ukryte, poznajemy też jego wiersze, a nawet znajdziecie tu fragment poświęcony… krytykom. Wszystko to może i brzmi osobliwie i wydaje się być przeznaczone jedynie dla purystów tolkienowskiej prozy, ale wcale takie nie jest. To kawał świetnej lektury dla wszystkich, których urzekły jego opowieści o Śródziemiu. Coś, co pozwoli im spojrzeć na nie z zupełnie nowej perspektywy i lepiej zrozumieć.


Jednocześnie całość została napisana w sposób lekki i przystępny. To co prawda pozycja naukowa, imponująca rozmachem i poziomem zgłębienia tematu, ale doskonale nadająca się również dla laików. Miłośnicy Tolkiena będą z niej bardzo zadowoleni, choć ma jeden zasadniczy minus: liczyłem, że znajdzie się w niej sporo zdjęć, ale na próżno. Na szczęście nie jest to coś, co mogłoby przeszkodzić w lekturze czy rozczarować. Konkluzja będzie więc bardziej niż oczywista: polecam gorąco. Warto o wiele bardziej, niż można by na pierwszy rzut oka sądzić.


Dziękuję wydawnictwu Zysk  udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Criminal #1: Tchórz / Lawless - Ed Brubaker, Sean Phillips

BRUBAKER ZNÓW NA PRZESTĘPCZEJ ŚCIEŻCE


Ed Brubaker to zdecydowanie jeden z najlepszych scenarzystów w branży. Nie jeśli chodzi o mainstream, nie ma się co oszukiwać, nawet jeśli stworzył kilka świetnych komiksów tego typu (szczególnie o Kapitanie Ameryce), ale jeśli chodzi o thrillery i mroczne opowieści przeznaczone dla dojrzałych czytelników. „Criminal” zaś to dzieło powszechnie uważane nie tylko za jego opus magnum, ale też za najlepsze co kiedykolwiek stworzył. Czy tak jest w rzeczywistości? Trudno jednoznacznie orzec, ale to seria, która zdecydowanie należy do czołówki jego prac i najciekawszych historii tego typu w dziejach samego medium - sześciu nagród Eisnera i dwóch nagród Harveya nie zdobywa się przypadkiem.


Witajcie w świecie przestępców. Leo, tchórz, to człowiek, który za wszelką cenę stara się uniknąć więziennej celi. Nie jest to łatwe, kiedy zeszło się na złą drogę, ale jemu się udaje. Co się jednak stanie, kiedy wpadnie w prawdziwy krąg przemocy, z którego nie będzie umiał się wyrwać, bez łamania własnych zasad?

W drugiej historii Tracy Lawless wraca do domu by odnaleźć mordercę swojego brata. Niestety przeszłość nie śpi i upomina się także o niego. Czym może się to wszystko skończyć?


Ed Brubaker to autor, który prostotę przekuwa w wielką zaletę swoich prac. Weźmy takie komiksy, jak „Poległy syn: Śmierć Kapitana Ameryki”, gdzie tytułowy bohater nie ginie z ręki żadnego potężnego wroga, a zostaje najzwyczajniej w świecie zastrzelony – i to przez drugo a może nawet trzecioligowca. Albo „Zimowego żołnierza”, fabułę opartą na zawsze nośnym motywie powrotu dawnego przyjaciela, ale jakże znakomicie wykonaną. Jeszcze lepsze było „Zabij albo zgiń”, historia człowieka opętanego (czy to przesz diabła, czy też własny umysł), który by zachować życie musi zabijać tych złych. „Criminal” zaś to historia klimatem i wykonaniem zbliżona do tego ostatniego tytułu, rzecz mroczna, krwawa, klimatyczna i bardzo mocno skupiona na swoich bohaterach, których świetna psychologia sprawia, że stają się filarami nośnymi całej opowieści.


Ale i sama akcja też bynajmniej nie zawodzi. To kawał świetnego sensacyjnego thrillera, który wciąga, intryguje i dostarcza mocnych przeżyć. Fabuła pędzi do przodu, ale jednocześnie Brubaker swoim zwyczajem równoważy ją życiowymi, spokojnymi scenami, które mają w sobie siłę i ujmującą prawdziwość. Co poza tym znajdziecie w zebranych tu komiksach? Zwroty akcji, porcję zaskoczeń, ciekawe pomysły… „Criminal” to rzecz skrojona tak, jak dobre seriale sensacyjne – czytelnik obiecuje sobie, że przeczyta jeszcze tylko jeden zeszyt, a kończy się na tym, że na półkę odkłada dopiero po przerzuceniu ostatniej strony. A i tak wciąż ma ochotę na więcej. I to chyba najlepsza rekomendacja, jaką można wystawić podobnemu dziełu. Tym bardziej, że te oparte zostało na motywach, w których próżno szukać wielkich nowości, za to można znaleźć absolutnie świetne ich wykonanie, pokazujące jak sztampa w rękach odpowiedniego autora urasta do rango sztuki.


Dodajcie do tego świetne rysunki – realistyczne, urzekające i rewelacyjnie budujące wspomniany już klimat – dobry kolor (szkoda, że nie taki, jak w „Zabij albo zgiń”) i świetne wydanie, a otrzymacie rewelacyjną całość. Miłośnicy Brubakera będą z „Criminal” bardziej niż zadowoleni, dlatego polecam gorąco. Nie tylko fanom autora zresztą – kto szuka dobrego thrillera / sensacji, wyjdzie ze spotkania z tą lekturą bardzo usatysfakcjonowany.







środa, 26 czerwca 2019

Kajko i Kokosz. Nowe Przygody #3: Królewska Konna - Maciej Kur, Sławomir Kiełbus

KAJKO I KOKOSZ NA NOWE CZASY


„Kajko i Kokosz” to seria, na której wychowały się już pokolenia czytelników. Wydawana w latach 1972-1992, zamknęła się na trzynastu długich i sześciu krótkich opowieściach zebranych w siedemnastu tomach. Pewnie powstałoby ich więcej, jednak ze względu na stan zdrowia Janusz Christa zrezygnował z tworzenia. Przez lata nie brakowało jednak wznowień, a ostatnio Egmont postanowił zaprezentować nam nowe przygody dzielnych wojów, pisane i rysowane przez pokolenie młodych komikisarzy. Po dwóch tomach różnorodnych krótkich form, nadszedł wreszcie czas na pełnoformatowy album. I choć do dzieł Christy trudno go porównywać, autorzy stworzyli kawał sympatycznego komiksu familijnego, który warto poznać nie ważne czy jesteście fanami pierwowzoru, czy też jakimś cudem nigdy się z nim nie zetknęliście.


Kiedy kolejny plan złych zbójcerzy, by pokonać wodza Mirmiła zostaje udaremniony przez Kajka i Kokosza zanim jeszcze na dobre wejdzie w życie, wydaje się, że na razie na bohaterów czeka trochę spokoju. Niestety a może na szczęście, do osady przybywa księżniczka Salwa, krewna wodza, której nieustający śmiech staje się przyczyną wszelkich kłopotów. Kiedy nadchodzi czas powrotu, do eskortowania do domu Salwy, wyznaczeni zostają oczywiście nasi dwaj dzielni wojowie. Nie jest to jednak proste wyzwanie, bo nie dość, że dziewczyna drażni każdego, a po piętach depcze im wróg, to jeszcze Kajko i Kokosz coraz bardziej nie mogą się ze sobą dogadać. Co wyniknie z tego wszystkiego? I jak poradzą sobie z zadaniem, od którego zależą ich życia, kiedy młoda księżniczka ma wielki talent do pakowania się w kłopoty?


Przygodom Kajka i Kokosza nieraz zarzucano graniczące z plagiatem podobieństwo do losów Asteriksa i Obeliksa. Patrząc tylko na obie te serie, trudno jest nie zgodzić się z tym faktem: bohaterowie są podobni, realia tu i tam historyczne, wrogowie też bliscy, a nawet stylistyka i gatunkowe przynależności się zgadzają. „Asteriks” powstał jednak w roku 1959, więc na dobre kilkanaście lat przed „Kajkiem i Kokoszem”, trzeba jednak pamiętać, że w rzeczywistości seria Christy była niczym innym, jak przeniesieniem jego wcześniejszych bohaterów – Kajtka i Koka – w słowiańskie czasy. Ta zaś swoimi korzeniami sięgała aż 1958 roku, kiedy to jeszcze ukazywała się pod tytułem „Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka”, gdzie bohater był tylko jeden. Co nie wyklucza mocnej inspiracji działem Goscinnego i Uderzo, ale pokazuje jednocześnie, że Christa swój sukces zawdzięcza przede wszystkim sobie.


Po tym wstępie dotyczącym historii serii, przyjrzyjmy się nieco najnowszej jej odsłonie. Do pracy nad nią wziął się duet Maciej Kur / Sławomir Kiełbus, który wcześniej nie tylko stworzył krótkie historyjki z tymi bohaterami, ale przede wszystkim utrzymał je w stylu najbardziej zbliżonym do oryginału. Krótko rzecz ujmując całość – przynajmniej od strony fabuły – jest lekka, zabawna, sympatyczna, przyjemna i szybka w odbiorze. Bohaterowie przypominają dawnych siebie, choć są nieco odświeżeni, akcja jest szybka, a spora ilość tekstu przypomina komiksy z czasów PRL-u.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, Kiełbus ze swym charakterystycznym stylem stara się jak najlepiej oddać pierwowzór, nie zatracając przy tym siebie. Wychodzi mu to sprawnie, całość jest miła dla oka, kadry odpowiednio zagęszczone a kreska, choć cartoonowa, bogata. Niezły kolor (wolałbym bardziej klasyczny, ale to już kwestia gustu) i tradycyjnie świetne wydanie prezentują się naprawdę dobrze. Miłośnicy oryginału, jak i wszyscy którzy chcieliby przeczytać niezły polski komiks familijny nie zawiodą się.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Ariol: Co gryzie muchę S.? - Emmanuel Guibert, Marc Boutavant

ARIOL ZNÓW ROZRABIA


Jeden mały, niepozorny osioł, a ile potrafi! Ariol to postać, która nie ma w sobie ani szczególnej oryginalności, ani – przynajmniej pozornie – większego potencjału. A jednak, twórcy tej serii zdołali wycisnąć wszystko, co najlepsze z ogranej tematyki gadających zwierząt i typowych dla europejskich komiksów motywów niegrzecznych dzieci, kierujących się specyficzną, rozbrajającą logiką, tworząc znakomite i jakże przy tym dojrzałe dzieło dla odbiorców w każdym właściwie wieku. Dzieło, które autentycznie śmieszy, a jednocześnie skłania do myślenia, dostarczając rozrywki na naprawdę wysokim poziomie.


Tytułowy Ariol to upersonifikowany niebieski osiołek, który – jak każde dziecko – nie cierpi szkoły, porannego wstawania z łóżka i podobnych spraw. Nie uczy się najlepiej, ciągle pakuje się w jakieś tarapaty i bez chwili wytchnienia szuka przygód i rozrywki. Jako miłośnik opowieści o Superkoniu, często stara się naśladować swojego idola, ale z chęcią bawi się też w wojnę czy tajnego agenta, a każdą, nawet najzwyczajniejszą codzienną sytuację przekuć potrafi w coś szalonego i niezwykłego. W tym wszystkim nie zapomina też zarówno o przyjaciołach, jak i niespełnionej miłości.

Co na bohaterów czeka w tym tomie? Ariol zostaje zabrany przez dziadka do portu, potem wraz z kolegami stara się przetrwać ulewny deszcz, co nie jest łatwe, kiedy nosi się okulary, a później z Ramono i jego ojcem wybiera się na grzyby. Jeśli myślicie, że to koniec to poczekajcie na świąteczną historię, gdzie nasz osiołek broni Świętego Mikołaja, kolejne szkolne kłopoty czy wizytę niespodziewanego gościa, a to tylko część tego, co spotka jego i przyjaciół w tej części!


„Ariol” to świetna seria, to nie ulega wątpliwości. Już pierwszy tom był udany – nie do końca spełniony, ale udany. Potem dzieło duetu Emmanuel Guibert / Marc Boutavant zaczęło lepiej wykorzystywać swój potencjał i stało się lekturą bardzo dobrą, momentami wręcz rewelacyjną i ten poziom utrzymuje w najnowszym, piątym tomie. Zabawa z „Co gryzie muchę S.?” jest po prostu przednia. Świetny humor, trochę niegrzeczny, oparty na podobnym typie dowcipów, co „Titeuf”, ciekawe przygody, niezwodna logika bohaterów wzorowana na takich dziełach, jak „Mikołajek”, która popycha ich w ramiona kolejnych dziwnych sytuacji – każdy z tych elementów tu jest na swoim miejscu. Podlany na dodatek nutą satyry i obowiązkowym przesłaniem.


A wszystko to zostało znakomicie zilustrowane. Prosta, cartoonowa kreska i wyraziste kolory, które widzicie na okładce to jedno. Znajdziecie je w komiksie, ale oprócz tego czeka tam na Was sporo innych rzeczy, takich, jak świetnie uchwycone tła czy momentami wprost rewelacyjny klimat (gdy do historii wdziera się mrok), budowany za sprawą brudnych barw. Dzięki temu „Ariola” ogląda się z wielką przyjemnością – z taką samą zresztą, z jaką się go czyta. Chyba nie trzeba dodawać już nic więcej, prawda?


Jeśli więc szukacie dobrego komiksu dla dużych i małych, takiego, przy którym świetnie będziecie się bawić niezależnie od wieku, zainteresujcie się „Ariolem”. To jedna z najlepszych serii, a poszczególne jej tomy można czytać bez znajomości reszty cyklu. Najlepiej jednak od razu zaopatrzcie się we wszystkie pięć dotychczas wydane części, bo założę się, że na jednej nie poprzestańcie.


Dziękuję wydawnictwu Adamada za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 25 czerwca 2019

Lucky Luke #71: Piękna prowincja - Laurent Gerra, Achdé

LUCKY LUKE ZA GRANICĄ



Drugi z wydanych w czerwcu albumów o przygodach Lukcy Luke’a to dzieło kontynuatorów serii, którzy przejęli pracę nad nią po śmierci oryginalnych autorów. Poziomu prac Goscinnego zatem nie osiąga (choć bardzo niewiele mu do nich brakuje), ale za to czytelnicy i tak dostają kolejny bardzo dobry komiks humorystyczny, który dla odmiany rzuca naszego bohatera poza granice Stanów Zjednoczonych. Jak poradzi sobie na zupełnie nowych, a jednak jakże mu bliskich terenach? Na to pytanie w znakomitym stylu odpowiada „Piękna Prowincja”.


A cóż to za piękna prowincja? A właściwie Prowincja należałoby rzec. Bo to nie określenie jakiegoś terenu na obrzeżach (choć właściwie i w ten sposób śmiało możecie odczytywać ten tytuł, skoro Lucky Luke wybywa poza granice USA), a imię urodziwej klaczy, w której na rodeo zakochuje się Jolly Jumper. Kiedy ślicznotka przez swojego właściciela zostaje zabrana daleko, bo aż do Quebecu w Kanadzie. Wierny koń Lucky Luke’a popada w depresję, ale właściciel nie może pozwolić mu cierpieć, dlatego postanawia wyruszyć z nim za granicę w ślad za kochaną! Podróż na drugi koniec kontynentu to jednak prawdziwe wyzwanie. Tym bardziej, że jak się wkrótce okazuje w Kanadzie mówi się po francusku! Jak z tym wyzwaniem poradzi sobie nasz kowboj? A, jak się wkrótce okaże, problemy miłosne to nie jedyne kłopoty, jakie czekają na naszych dzielnych bohaterów…


„Piękna Prowincja” pod wieloma względami przypomina mi znakomity album „Kowboj w Paryżu”. Tu i tam Lucky Luke wyrusza za granicę, na dodatek do francuskojęzycznego kraju, co stanowi autoparodystyczny motyw. W końcu „LL” to seria belgijska, a zatem stworzona w języku francuskim właśnie. Parodii i satyry jest tutaj więcej, głównie jeśli chodzi o znane kanadyjskie osobistości, ale nie tylko. To już jednak do odkrycia pozostawiam Wam. Ważne, że Laurent Gerra, scenarzysta np. „Wujaszków Dalton” godnie kontynuuje spuściznę swoich wielkich poprzedników, wyciskając z tematu odrobinę świeżości.


Całość jak zawsze doskonal bawi, bo dowcipy są różnorodne, zarówno słowne, sytuacyjne, jak i obrazkowe, a w nich nie brak zarówno tych prostych i niewysublimowanych, jak i czegoś wyższego i ambitniejszego. Mnóstwo tu też przygód i szybkiej akcji, bo tego wymaga westernowa konwencja, a przy okazji mamy tu świetny klimat i solidną dawkę uroku. Miłosne uniesienia, które w serii występowały już nieraz w różnej konfiguracji, także i tu świetnie się sprawdzają, a dobre odtworzenie wszystkich najważniejszych dla „LL” motywów sprawia, że fani cyklu będą bardzo zadowoleni.


Do tego dochodzą oczywiście tradycyjnie znakomite, cartoonowe ilustracje. Achdé, który dał nam takie tomy serii, jak „Ziemia obiecana” czy wspomnianego „Kowboja w Paryżu”, znakomicie oddaje styl twórcy postaci Morrisa, a świetny, bardzo klasyczny kolor, znakomicie całość uzupełnia. Fani „Lucky Luke’a”, jak i wszyscy miłośnicy dobrych komiksów dla całej rodziny, które odczytywać można na kilku poziomach, będą zadowoleni.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Lucky Luke #14: Na podbój Oklahomy - Morris, René Goscinny

WOJNA O OKLAHOMĘ


Kolejne dwa miesiące minęły i na rynku pojawiły się dwa nowe albumy „Lucky Luke’a”. Tradycyjnie już pierwszym z nich jest klasyczna opowieść z wczesnych lat wydawania serii, drugim jedna ze świeższych odsłon serii. I równie tradycyjnie zaczynam od omówienia pierwszej z nich, napisanej przez niezrównanego René Goscinnego, który po raz kolejny serwuje nam rozrywkę na naprawdę znakomitym poziomie, doskonałą zarówno dla młodych czytelników chcących jedynie dobrej zabawy, jak i dorosłych odbiorców liczących nie tylko na sentymentalne opowieści, ale także i solidną porcję satyry.


Dziki Zachód się rozwija, postęp idzie naprzód i dociera do coraz to dalszych zakątków Ameryki. A wraz z nimi dociera także nasz dzielny, samotny kowboj Lucky Luke, który strzela szybciej od własnego cienia. Tym razem wiatr zmian posyła go na niezaludnione jeszcze (kluczowym słowem jest tu oczywiście „jeszcze”) tereny Oklahomy. Ziemie kupione od Indian mają właśnie zostać skolonizowane, a jak wiadomo takie akcje nigdy nie przebiegają bezproblemowo. Każdy chce uszczknąć z obszarów to, co najlepsze, ktoś więc musi zadbać o to, by każdy miał tu równe szanse, a kto może poradzić sobie lepiej z tym zdaniem, niż Lucky Luke? Oczywiście w tym momencie zaczyna się swoista wojna na podstępy i intrygi, byle tylko osiągnąć swój cel. Nasz dzielny kowboj nie wie jeszcze z jaką ludzką pomysłowością przyjdzie mu się zmierzyć, ale i ludzie nie mają pojęcia, że nie powinni zadzierać z kimś takim, jak on…


René Goscinny jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Być może w końcu nadejdzie taki moment, ale nie jest to ta chwila. „Na podbój Oklahomy” to kolejny świetny komiks, wypełniony niepowtarzalnym humorem i żartami, które autentycznie bawią i nie zestarzały się ani odrobinę. Wszystkie one nie miałyby jednak sensu bez ciekawej treści, ale scenarzysta zadbał i o to,  a dzieło, jak już pisałem na wstępie, dostarcza świetnej rozrywki zarówno dzieciom, jak i dorosłym.  Całość podlana została ponadczasową magia, której nie da się ubrać w słowa i uzupełniona o historyczne ciekawostki odbite w krzywym zwierciadle satyry, w której Goscinny był mistrzem. Jego fani na pewno będą więc zadowoleni, tak samo zresztą jak wszyscy miłośnicy dobrego komiksu, który pozostaje poza wszelkimi podziałami.


„Lucky Luke” to seria, która intryguje i wciąga niezależnie ile macie lata i czy lubicie westerny, czy ich nienawidzicie. Świetnie przy tym narysowana, w sposób klasyczny, cartoonowy, ale zawsze miły dla oka i atrakcyjny mimo upływu lat, bardzo ładnie wydana, nadaje się do polecenia właściwie każdemu. Kto szuka dobrej, rozrywkowej opowieści, przy której bawić się będzie cała rodzina, koniecznie powinien poznać przygody najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie. Czy to od tego tomu, czy któregokolwiek innego – to nie ma znaczenia. Całość jest tak znakomita, że na pewno nikt nie poprzestanie na jednym tylko albumie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




poniedziałek, 24 czerwca 2019

Yakari i Nanabozo - Job, Derib

KRÓLIK ZAMIAST ORŁA


Ledwie Egmont zaczął wydawać „Yakariego”, a już wznowił wszystkie tomy opublikowane wcześniej na polskim rynku i wkrótce zacznie serwować nam wcześniej nieznane przygody młodego Indianina. Wśród nich – a będzie to miało miejsce już w kolejnym rzucie – pojawi się także ten nagrodzony na Festiwalu Komiksowym w Angoulême dla najlepszego albumu dla dzieci tom szósty, zanim jednak to nastąpi możemy cieszyć się częścią czwartą. Czy jest lepsza od poprzednich albumów? Nie, ale trzyma ich dobry poziom i dostarcza młodym czytelnikom naprawdę dobrej i pouczającej, a przy okazji świetnie narysowanej rozrywki.


Zawsze to duch opiekuńczy Yakariego, Wielki Orzeł, pomagał mu w jego przygodach, teraz czas by rolę tę przejął wielki królik Nanabozo – opiekun jego przyjaciółki, Tęczy. Gdy dziewczyna od tajemniczego wędrowca usłyszała o niezwykłej krainie na północy, gdzie w śniegach żyją białe niedźwiedzie, zapragnęła się tam wybrać. Yakari miał jej towarzyszyć, jednak przyjaciółka zniknęła. Chłopak, w towarzystwie Nanabozo wyrusza ją odnaleźć, a po drodze jak zwykle czeka na niego cała masa niebezpiecznych i niezwykłych przygód…


Historia wydawania „Yakariego” w naszym kraju sięga roku 1991, kiedy to na rynku, nakładem wydawnictwa Korona ukazał się pierwszy tom. Kolejnego nie wydano, a na wznowienie seria musiała poczekać jedenaście lat. Dopiero wtedy oficyna Podsiedlik-Raniowski i S-ka poza pierwszym tomem wypuściła jeszcze trzy kolejne, ale zajęło jej to dwa lata. Egmont, który właśnie podjął się wydania całości, w ciągu dwóch zaledwie miesięcy wznowił je wszystkie i już wkrótce w ręce czytelników trafią kolejne części. Jest się z czego cieszyć, bo nawet jeśli „Yakari” nie jest rzeczą tak znakomitą, jak „Lucky Luke” czy „Smerfy”, to kawał dobrego, klasycznego komiksu, który naprawdę warto jest poznać, choćby dla przekonania się co to za dzieło. Ale nie tylko.


Przygody dzielnego małego Indianina, który chce udowodnić swoją wartość i pokazać dorosłym, że nadaje się na wojownik, są ciekawe, mądre i pełne uroku. Całość – zarówno jej bohaterowie, jak opisywane wydarzenia – jest bardzo sympatyczna a jej podstawową siłą są lekkość i prostota, które sprawiają, że poszczególne albumy połyka się dosłownie w kilka, w porywach do kilkunastu minut. Oczywiście z dużą przyjemnością i ochotą na więcej. Czyli tak, jak to w przypadku humorystycznej europejskiej klasyki najczęściej bywa.


A wszystko to znakomicie zilustrowane, w sposób stricte klasyczny, ale wciąż ceniony i kultywowany przez kolejne pokolenia artystów po dziś dzień. Cartoonowy, lekki i prosty design postaci utrzymanych w stylistyce „Smerfów”, do tego świetnie oddane tła i plenery i znakomity kolor robią duże wrażenie. Świetne wydanie dobrze całość uzupełnia, a cena (jak na komiks na papierze kredowym) jest naprawdę dobra. Miłośnikom europejskiej klasyki i wszystkim dzieciom polecam gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Yakari u bobrów - Job, Derib

BOBRY DO BOJU


Dobra klasyka nigdy się nie starzeje i nie zestarzał się także „Yakari”, choć od jego debiutu minęło już ponad pół wieku. Wszyscy mogą się o tym przekonać sięgając po wznowienie od Egmontu, którego dwa kolejne tomy właśnie pojawiły się na rynku. Jak na humorystyczny komiks europejski przystało, całość jest zabawna, niegłupia i atrakcyjna dla czytelników w każdym wieku, choć akurat w przypadku tej serii, mamy do czynienia z rzeczą dedykowaną przede wszystkim najmłodszym miłośnikom komiksu.


Po ciężkiej zimie, która niemal skończyła się tragicznie dla Indian, nadchodzi w końcu czas ładnej pogody i ciepłych dni. Yakari, który na Małym Piorunie, wybiera się nad rzeką, wkrótce zostanie zaangażowany w nowe, szalone wydarzenia. Wszystko zaczyna się od spotkania bobrów, które proszą go o pomoc w budowaniu tamy. To jednak zaledwie początek, bo kiedy pojawi się wróg bobrów, wszystko się zmieni. Na gorsze…


„Yakari” to seria typowa dla swojej szufladki gatunkowej. Inspirowana w pewnym stopniu Umpa-pą” Goscinnego i Uderzo (twórców nieśmiertelnego „Asterika”), pod pewnymi względami kojarzący się także siłą rzeczy z „Lucky Luke’iem”, który zdobył większą niż „Umpa-pa” sławę, jest lekką, familijną komedią, którą serwuje czytelnikom pouczające przygody. Oczywiście osadzone w realiach Dzikiego Zachodu, choć zaprezentowanych nam nie z perspektywy kowboja, a Indian. Są jednak rzeczy, które wyróżniają „Yakariego” dość mocno na tle wspominanych tytułów, co jedni uznają za spory plus, inni zaś poczytywać będą in minus.


O czym mowa? Przede wszystkim o dynamizmie i lekkości. Każda ze wspomnianych powyżej serii też je miała, „Yakari” jednak jest mocno uproszczony, a dialogi w nim ograniczone zostały do niezbędnego minimum. Dlatego fabuła opowiadana jest głównie za pomocą obrazów i album pochłania się właściwie w pięć, dziesięć minut. Wszystko to sprawia, że docelowy wiek odbiorcy jest dość niski, nie ma tu też satyry, która obecna była w dziełach Goscinnego, ale nie znaczy to, że rzecz jest nieatrakcyjna dla dorosłych. Wręcz przeciwnie. Mimo lekkości i prostoty, komiksy o Yakarim są pełne uroku, bardzo sympatyczne, pouczające, ale i najzwyczajniej w świecie ciekawe. Dużo przygód, dużo akcji, zapadający w pamięć bohaterowie, którzy kupują naszą sympatię i bardzo przyjemny klimat składają się na coś, co polubi każe dziecko – zarówno to prawdziwe, jak i wewnętrzne.


Wszystko to potęguje świetna szata graficzna, mocno czerpiąca ze stylistyki prac ojca Smerfów, Peyo, ale tym bardziej miła dla oka. Szczególnie, że autor naprawdę znakomicie oddał plenery, roślinność i tym podobne detale. Do tego dochodzi świetny kolor i równie świetne wydanie. Dzieci i dorośli, którzy nie zapomnieli jak to jest być dzieckiem będą zadowoleni, dlatego polecam.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




niedziela, 23 czerwca 2019

Przygody wielkiego wezyra Iznoguda - René Goscinny, Jean Tabary

IZWERYGUD


Lata 50. i 60. XX wieku to był znakomity czas dla René Goscinnego. W życiu prywatnym był to okres zmian, bo autor wziął wówczas ślub i urodziło mu się dziecko, ale jeszcze więcej działo się w życiu artystycznym. To wtedy zaczął tworzyć przygody Lucky Luke’a, napisał „Umpa-pę” czy „Asteriksa” i dał światu „Mikołajka”. I to właśnie z tego okresu pochodzi także „Iznogud”, seria która po latach wraca na polski rynek. A ponieważ jest to kawał świetnego komiksu, mam nadzieję, że na dłużej zagości w naszym kraju.


Jak zostać kalifem w miejsce kalifa? To pytanie nieustannie zadaje sobie żądny władzy wezyr Iznogud, któremu nie wystarcza rola głównego zausznika władcy Bagdadu, Haruna Arachida. Najchętniej sam zająłby jego fotel, problem w tym, że przywódca, mimo iż łatwowierny i spokojny, nie zamierza ustępować. Dlatego też Iznogud na każdym właściwie kroku stara się znaleźć sposób by zrealizować swoje plany. By tego dokonać, nie cofnie się przed niczym, problem w tym, że jego pomysły na zastąpienie kalifa są równie złożone i szalone, co… nieudane. Czy wezyr w końcu spełni swoje marzenie? I co wyniknie z kolejnych jego działań?


„Iznogud” na polskim rynku zadebiutował ponad dwie dekady temu, w krótkich formach publikowanych na łamach magazynu „Świat komiksu”. Po dwóch latach nadszedł czas by ukazał się a rynku pierwszy z pełnoprawnych albumów, ale niestety po publikacji szóstego z nich, seria została przerwana. I tak oto od 2002 roku fani „Iznoguda” i twórczości Goscinnego musieli obejść się smakiem. Aż do teraz, bo oto na księgarskie półki trafił pierwszy zbiorczy tom cyklu. Co w nim znajdziecie? Cztery otwierające serię albumy. Trzy z nich (2-4) ukazały się już wcześniej, ale teraz wszystko otrzymujemy po kolei i co ważne w końcu możemy przeczytać debiutancki tom.


To jednak najmniej istotna z rzeczy, choć oczywiście samo wydanie robi duże wrażenie i prezentuje się znakomicie. Ważniejsza staje się jakość wykonania, a ta stoi na naprawdę rewelacyjnym poziomie. „Iznogud” to specyficzna, ale typowa dla Goscinnego seria, pełnymi garściami czerpiąca z najróżniejszych źródeł. Kawał doskonałej satyry, gdzie opowieści dla dzieci zyskują głębię, którą w pełni zrozumieją i docenią dopiero dorośli. Pozostaje przy tym ciekawa, pełna akcji, przygód i humoru dobranego tak, by można się nim było zachwycać nawet bez zagłębiania się w jego drugą warstwę.


Czytając „Iznoguda” trudno nie odnieść wrażenia, że to opowieść wyglądająca tak, jak wyglądałyby „Opowieści tysiąca i jednej nocy”, gdyby były filmem z Louisem de Funèsem. De Funès to zresztą idealny odtwórca roli Iznoguda, szkoda, że dawno nie ma go już wśród nas. Jest za to ta świetna seria, w której Goscinny wspina się na wyżyny swojego talentu, w tyle zostawiając takie dokonania, jak choćby „Lucky Luke”. Świetnie przy tym zilustrowana przez Jeana Tabaryego, zachwyca na każdym kroku. Dlatego polecam gorąco, bo „Iznogud” w rzeczywistości izwerywerygood.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Ptyś i Bill: Psi nos - Chris, Pierre Veys, Christophe Cazenove, Laurent Verron, Jean Bastide

KLIMATYCZNI PTYŚ I BILL


Do tej pory na polskim rynku ukazały się cztery zbiorcze tomy przygód Ptysia i Billa, co daje nam łącznie dwanaście albumów serii. Jednakże tylko jeden z tych tomów zawierał klasyczne opowieści stworzone przez Jeana Robę. Co nie znaczy, że nowe, pisane i rysowane przez kontynuatorów jego spuścizny, są gorsze. To wciąż kawał dobrego, humorystycznego komiksu, który godnie podejmuje temat i dopowiada losy sympatycznych bohaterów. I dlatego warto po najnowszą odsłonę cyklu sięgnąć.


Dla tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z tą serią, kilka słów wprowadzenia na temat bohaterów i ich przygód. A zatem bohaterów mamy kilku. Tytułowa dwójka to pan (Ptyś) i jego pies (Bill). Ale przez słowo Pan należy tu rozumieć kilkuletniego, psotnego chłopca, który szkoły nie cierpi równie mocno co warzyw – a tych nienawidzi z taką siłą, jak wszelkich obowiązków. Pies, jak to często bywa, charakter bardzo przypomina swojego pana, a jakby tego było mało, towarzyszy im przyjaciel Ptysia, Piotrek, który doskonale pasuje do tej dwójki oraz żółwica Karolina. Wszyscy ciągle pakują się w jakieś tarapaty i przeżywają niezliczone przygody.

I nie inaczej jest w najnowszym tomie.  Co powiecie na noc w strasznym lesie? Albo na wsi, gdzie słychać tak wiele różnych rzeczy, że aż zbyt wiele? Przekonacie się też, co robi Bill, kiedy jest chory. A to przecież zaledwie fragment tego, co czeka i na Was, i na naszych bohaterów. Jedno jest pewne, cokolwiek by się nie działo, zawsze będą się wspierać i z każdej przygody wyjdą obronną ręką.


Odsłony „Ptysia i Bill” tworzone przez Crisa, Veysa, Cezenove’a, Verrona i Bastide’a to świetna seria. Tak po prostu. Wyrosła na klasycznym gruncie, który nowym twórcom przygotował ojciec „Sprycjana i Fatazjusza”, doskonale wykorzystuje daną jej szansę i serwuje czytelnikom kawał świetnej humorystycznej opowieści dla dużych i małych. Jeśli podobały się Wam poprzednie tomy, polecać nie muszę, ale wszystkich, którzy jeszcze nie znają tego tytułu, a lubią europejskie komiksy humorystyczne zachęcam do jej poznania.


Całość jest bowiem zabawna, ciekawa, pełna przygód i wcale nie głupia. Znajdziecie tu konkretne przesłanie, kilka pouczających rzeczy i mądrości wplecionych w interesujące opowieści, które czyta się szybko (zważywszy jednak na całkiem sporą ilość tekstu na stronach, albumy wystarczają na dłużej) i z dużą przyjemnością. Do tego dochodzą tradycyjnie świetne ilustracje, klasyczne, czyste i wpadające w oko. Dobry kolor i znakomite wydanie doskonale całość uzupełniają, a na dodatek w tym tomie czeka na Was sporo klimatycznych scen – jak dotąd najlepszych, jakie seria miała do zaoferowania.


Dodawać nic więcej tutaj nie trzeba. Chociaż wciąż najbardziej czekam na klasyczne odsłony serii, „Ptyś i Bill” pisany i rysowany przez kontynuatorów jest naprawdę świetny i zachęcam do jego poznania. Dzieci będą bardzo zadowolone, dorośli zaś z sentymentem zanurzą się w lekturze. I chyba ani jedni, ani drudzy nie skończą tylko na jednym tomie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




piątek, 21 czerwca 2019

Ex Machina, tom 4 - Brian K. Vaughan, Tony Harris

WALKA SUPERPOLITYCZNA


„Ex Machina”, kolejna świetna seria stworzona przez niesamowitego Briana K. Vaughana, powoli zbliża się do końca. Czwarty i zarazem przedostatni tom, utrzymując poziom, da jakiego całość nas przyzwyczaiła, wnika w kolejne polityczne kwestie, jeszcze bardziej przybliżając superhero do brudnej rzeczywistości. Na dojrzałych czytelników opowieści graficznych, którzy wyrośli na superbohaterskich zeszytach czeka solidna dawka niegłupiej, poważnej rozrywki.


Dawny bohater, znany jako Potężna Machina Mitchell Hundred, obecnie walczy o nowojorczyków jako ich burmistrz. Jego poglądy jednak przysparzają mu równie wielu zwolenników, co przeciwników. Wśród wrogów nie brak nawet supermocarstw, wśród przyjaciół natomiast są tacy, których moce wykraczają poza nasz świat. Gdy wydarzenia nabierają tempa, Hundred trafia do Watykanu i na ważny wiec. A to zaledwie początek.


Swego czasu Alan Moore (nie będę zdradzał w którym komiksie, skoro rzecz ta należy do jego konkluzji – jeśli zatem w ogóle nie chcecie nic wiedzieć, nie czytajcie tego akapitu) postawił tezę, że pokój na świecie może zagwarantować tylko superbohaterska dyktatura. Po to w końcu są herosi. Dostali boską niemal moc by stać się naszymi bogami, mają wręcz obowiązek zadbania o to, by świat był utopią urządzoną zgodnie z ich poglądami i wizją rzeczywistości. Czy to moralne? To pytanie schodzi na dalszy plan względem obowiązku posiadacza mocy, jaki ten ma wobec ludzi mu podległych. To właściwie jedyna droga i jedyny kierunek by w pełni wykonać swoje zadanie.


Inną drogę obrał Vaughan, a co za tym idzie jego bohater Mitchell Hundred. W „Ex Machinie” bohater zamiast wykorzystywać swoje moce, wykorzystuje swój wizerunek by zostać politykiem i w ten sposób służyć ludziom. Ludziom, którzy często go nienawidzą albo się go boją ze względu na jego zdolności właśnie. Rzecz w tym, że równie wiele nienawiści i negatywnego odbioru wywołują jego działania jako burmistrza. W skrócie: zmieniło się niewiele, bo i w tym fachu czasem trzeba użyć mocy, a walka na scenie politycznej niewiele różni się od tej superbohaterskiej. Tym bardziej, że świat realny i to, co obok niego, przenikają się tutaj coraz płynniej.


Na takiej kanwie Vaughan zbudował właśnie swoją opowieść. Opowieść realistyczną, ale zarazem mocno osadzoną w superbohaterskim świcie. Co prawda świat ten nie jest pełen latających po nim herosów, a rzeczywistość wymusza liczenie się ze sprawami stricte przyziemnymi, ale takie realne podejście do tematu nie wyklucza dynamizmu, akcji i niezwykłości. Wszystko, czego oczekujecie do komiksu superhero, znajdziecie tutaj, choć autora przede wszystkim interesuje psychologia postaci i prawdziwe znaczenie herosa dla otoczenia i sytuacji politycznej.


Z tego wszystkiego powstała świetna opowieść dla dojrzałych czytelników. Realistycznie i szczegółowo zilustrowana, świetnie przemyślana, dostarcza rozrywki na naprawdę dobrym poziomie. Polecam gorąco i czekam na finałowy tom.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.