sobota, 1 czerwca 2019

Dobry omen - Neil Gaiman, Terry Pratchett

TO JUŻ JEST KONIEC


Gdyby Douglas Adams próbował zrobić coś w stylu „Dogmy” Kevina Smitha, wyszłaby mu powieść taka, jak „Dobry omen”. Zabawna, niegłupia i bardzo dynamiczna historia o nadchodzącej apokalipsie, której starają zapobiec jakże nietypowi bohaterowie. Owszem, „Omen”, choć od „Dogmy” wcześniejszy, dzieła Smitha nie bije, a i nie miażdży czytelnika tak, jak proza Adamsa, ale to kawał świetnej lektury, wartej polecenia wszystkim miłośnikom humorystycznej fantastyki na dobrym poziomie. Oczywiście tym, którym nie przeszkadza dość kontrowersyjne podejście do biblijnych motywów.


Było ich dwóch. I był też świat. Jeden z nich nazywał się Azirafal i był aniołem, drugi, Crowley reprezentował demoniczną rodzinę. Świat natomiast nosił miano Ziemi – co ważniejsze jednak, miał się niedługo skończyć, bo oto nadszedł czas z dawna zapowiadanego Armagedonu. Z tym, że taki stan rzeczy nie odpowiada Azirafalowi i Crowleyowi, którzy od dawna żyją wśród ludzi i jest im tu dobrze, dlatego obaj postanawiają powstrzymać koniec świata, a żeby tego dokonać, chcą zabić Antychrysta. Z tym, że ten okazuje się być całkiem sympatycznym dzieciakiem, którego nie da się nie lubić. Jak w takim przypadku mają poradzić sobie z tym zadaniem?


„Dobry omen” nie narodziłby się, gdyby w roku 1985 Neil Gaiman, wtedy pisarz bardziej aspirujący do tego miana, niż rzeczywiście mogący się nim określać, nie poznał się z autorem już wówczas popularnym, Terrym Pratchettem. Spotkanie zaowocowało pomysłem napisania wspólnej książki. Pierwotnie miała to być parodia serii „William” Richmal Crompton (tytuł brzmiał wówczas „William Antychryst”), ostatecznie powstał „Dobry omen” – powieściowy debiut Gaimana, który otworzył mu drzwi do kariery.


Tyle historii, a jaka jest sama powieść? Zabawna, to po pierwsze. Czasem mamy tu ciętą satyrę w stylu wspomnianego już Adamsa (bez dwóch zdań stworzoną przez Pratchetta), czasem humor dość niskich lotów (Gaiman?), ale całość poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Jednocześnie autorzy tworzą całkiem niegłupią historię fantastyczną, w której pobrzmiewają zarówno echa opowieści grozy, jak i epickich dzieł fantasy, gdzie podejmują polemikę z motywami biblijnymi, niezliczonymi schematami kina apokaliptycznego i historią ludzkości. Większych zaskoczeń co prawda tutaj nie ma, ale całość czyta się lekko, szybko i przyjemnie. I z nutą refleksji.


A przecież rzecz ma też i niezły klimat, i całkiem udaną akcję. Momentami czułem się jakbym czytał „Autostopem przez galaktykę”, to znów oglądał wspomnianą „Dogmę” albo coś w stylu „To już jest koniec” (z Rogenem, nie Peggiem), podlane na dodatek nawiązaniami popkulturowymi i historycznymi, nigdy jednak nie nudziłem się ani tym bardziej nie żałowałem sięgnięcia po „Dobry omen”. Dobrze więc, że z okazji powstania serialu na jego podstawie powieść doczekała się wznowienia. Jeśli jeszcze jej nie znacie, a chcecie udanej, śmiesznej i bezkompromisowej fantastyki, sięgnijcie, nie pożałujecie. Nie przypadkiem rzecz nominowana była do World Fantasy Award.


Dziękuję wydawnictwu Prószyński za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza