środa, 31 lipca 2019

Helter Skelter: Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood - Vincent Bugliosi, Kurt Gentry

MANSON I JEGO RODZINA


Well do you, don't you want me to make you
I'm coming down fast but don't let me break you
Tell me, tell me, tell me your answer
You may be a lover but you ain't no dancer
Look out
Helter skelter, helter skelter
- The Beatles


„Helter Skelter” to kolejny dowód na to, że lepiej porzucić czytanie wszelkiej maści thrillerów i sięgnąć po literaturę faktu. Nie dość bowiem, że wszystkie gatunkowe schematy zostały przecież z życia wzięte, to jeszcze reportaż wywołuje o wiele większe emocje, bo bezwzględnie uświadamia nam, że mamy do czynienia z prawdą. A na dodatek książki takie jak ta konkretna, oferują coś, czego brak jest większości współczesnym thrillerom, pisanym chyba hurtowo przez autorów nie posiadających własnego stylu ani ambicji – świetne, satysfakcjonujące literacko wykonanie.


Sprawy Charlesa Mansona chyba nikomu przypominać nie muszę. Gdyby jednak znaleźli się tacy, którzy jakimś cudem o niej nie słyszeli – albo po prostu nie kojarzą tematu bądź nazwiska – kilka słów przypomnienia.

Sierpień 1969 roku. W posiadłości w Los Angeles, należącej do reżysera Romana Polańskiego, zamordowana zostaje jego ciężarna żona. Giną też jej goście, hollywoodzki fryzjer, przyjaciel Polańskiego wraz z narzeczoną oraz córka potentata kawowego i znajomy dozorcy. Kto jest winny tym zbrodniom? Charles Manson i jego sekta nosząca miano „Rodziny”. Dlaczego to zrobili? Co kryło się w głowie Mansona? I jakie jeszcze zbrodnie miała na koncie jego „Rodzina”?


Nie ma co ukrywać, że książka ta wyszła w tym momencie dlatego, że niedawno do kin trafił najnowszy film Quentina Tarantino, inspirowany wydarzeniami sprzed pół wieku. W niczym jednak nie umniejsza to jakości „Helter Skelter”, reportażu napisanego w sposób tak bliski powieści, że można by to uznać za dokument fabularyzowany. Ale jak najbardziej bliski faktom, które ukazuje w sposób iście fascynujący, a przede wszystkim niezwykle drobiazgowy i skrupulatny. Nic w tym dziwnego, skoro całość współtworzył Vincent Bugliosi, główny oskarżyciel w procesie Mansona. Z jego współpracy z Curtem Gentrym zrodziła się rzetelna, wciągająca i mrożąca krew w żyłach relacja, pełna ciekawostek i prawdziwego rozmachu (liczy w końcu ponad 650 stron dość drobnym drukiem).


Być może wiecie, co piosenka Beatlesów „Helter Skelter” miała wspólnego ze zbrodniami Mansona, ale czy wiecie co ich płyta znana jako „Biały album” ma wspólnego z postapokaliptycznymi wizjami i walką między rasizmem a jego przeciwnikami? Wiecie dlaczego Manson wyciął sobie „x” na czole albo co takiego próbował…sprzedawać podczas własnego procesu? To tylko kilka z ciekawostek, jakie wiążą się ze zbrodniami z 1969 roku. Pytań związanych ze sprawą jest mnóstwo, a autorzy starają się odpowiedzieć na wszystkie z nich w jak najbardziej wyczerpujący i dosadny sposób. I to w stylu, który, jak już pisałem, wciąga, fascynuje i satysfakcjonuje. Opisy trafiają do serca i umysłu, a samą książkę dosłownie się połyka, nawet jeśli dobrze zna się sprawę Mansona.


Jedynym, czego mi w tym wszystkim zabrakło, to większa ilość zdjęć. Owszem, znajdziecie tu wkładkę z ponad trzydziestoma fotografiami, ale czasem aż chciałoby się czegoś więcej. Na szczęście sama treść i wykonanie rekompensują wszystko i sprawiają, że po „Helter Skelter” absolutnie warto jest sięgnąć. Mocne wrażenia gwarantowane!


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

wtorek, 30 lipca 2019

Zjazd absolwentów - Guillaume Musso

SOBOTA TRZYNASTEGO


Chociaż lubię historie o miłości, słowo romans odstrasza mnie najczęściej skutecznie, bo kojarzy się z tym, czego w literaturze nie trawię – niską jakością, tandetą i kiepskim wykonaniem. Dlatego powieści Musso, mianem romansów określane, do tej pory nie zagościły na mojej półce, mimo pozytywnych opinii, jakie o nich słyszałem. „Zjazd absolwentów” zaintrygował mnie jednak swoim opisem i postanowiłem dać w końcu pisarzowi szansę. Czy żałuję? Absolutnie nie, bo okazało się, że w moje w ręce trafiła dobra książka, nie wybitna, ale w sympatyczny sposób łącząca w sobie dobre cechy thrillerów i opowieści o miłości, z przyjemnie sentymentalną obyczajową nutą.


Rok 1992. Dziewiętnastoletnia Vinca Rockwell wybiera się na spotkanie ze swoim ukochanym, a zarazem nauczycielem filozofii. Wie, że ich sekretny romans nie ma wielkiej przyszłości, wie, że to pewnie źle się skończy, ale w tym momencie liczy się dla niej miłość. Znika. Jak twierdzą potem ludzie, dziewczyna uciekła ze swoim ukochanym do Paryża, widziano ich tam nawet, ale potem wszelki ślad po niej zaginął.

Rok 2017, sobota, 13 maja. Liceum Międzynarodowym im. Antoine’a de Saint-Exupéry’ego przygotowuje się na obchody pięćdziesięciolecia swojego istnienia, a co za tym idzie zjazd absolwentów. Strażniczka miejska Manon Agostini też zamierza wziąć w nich udział, w nadziei, że spotka chłopaka, którym kiedyś, niestety, się nie zainteresowała. Wezwanie do sprawdzenia dziwnego hałasu staje się jednak początkiem koszmaru: Manon na miejscu znajduje zmasakrowaną kobietę i zapłakanego mężczyznę powtarzającego, że to on ją zabił…

Tymczasem na zjazd absolwentów zmierza niejaki Thomas. Odkąd przeczytał artykuł, że stara hala sportowa ma zostać wyburzona, wie już, że to skończy się źle. To, co on i Maxime, dwaj najlepsi przyjaciele Vinci, ukryli w tym miejscu, teraz wyjdzie na jaw, a na nich czeka więzienie. Pytanie, co takiego skrywa przeszłość, ustępuje pola temu o to, kto jeszcze może o niej wiedzieć. Wkrótce bowiem Thomas odkrywa, że ktoś zostawił mu krótką, ale jakże wymowną wiadomość: zemsta. A to przecież zaledwie początek…


Nie ma co ukrywać, że jestem człowiekiem nie tylko romantycznym z natury, ale i sentymentalnym i choć szkoły nie mogę nazwać inaczej, jak piekłem, wciąż wspominam ją z nostalgią. Paradoks. Jestem też człowiekiem kochającym mocne wrażenia, dlatego horrory, a czasem także i thrillery, są tym, co mnie pociąga. „Zjazd absolwentów” wydawał się być pozycją idealną dla mnie i, jak już pisałem, nie zawiodłem się. Owszem, mogła to być książka genialna, gdyby zajął się nią jakiś większy pisarz (np. wspomniana na okładce Donna Tartt), niebanalne, porywające i intelektualnie stymulujące dzieło, ale i tak jest nieźle. Bo patrząc na te wszystkie współczesne książki z dreszczykiem, które różnią się od siebie właściwie jedynie nazwiskiem autora na okładce, Musso stworzył kawał sympatycznej, stricte rozrywkowej, ale wciągającej lektury.


„Zjazd absolwentów” to powieść, którą czyta się nadzwyczaj szybko. Prosty (na szczęście nie prostacki) styl, oszczędne opisy i skupienie się na emocjach bohaterów, sprawiają że powieść właściwie połyka się na raz. Niezły klimat, sporo sentymentów (Musso, choć jest Francuzem z pochodzenia, upodobał sobie amerykańską scenerię, tu jednak wraca w rodzinne strony, choć – jak twierdzi, nie ma w powieści nic z jego biografii) i niezła, choć nieszczególnie zaskakująca zagadka – wszystko to czyta się przyjemnie i trudno pożałować spędzonego nad powieścią czasu. Kto lubi takie mieszanki kryminału i opowieści obyczajowych, z romansem w tle, na pewno nie będzie zawiedziony. Podobnie, jak ci, wychowani na horrorach pokroju „Koszmaru minionego lata”, którego echa wyraźnie pobrzmiewają w dziele Musso.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Atelier spiczastych kapeluszy #2 - Kamome Shirahama

MANGA ODŚWIEŻONA


„Atelier spiczastych kapeluszy” to jedna z najbardziej europejskich w swojej tematyce i wykonaniu mang. I zarazem także to jedna z najciekawiej zilustrowanych serii komiksowych z Kraju Kwitnącej Wiśni, jakie w ostatnich latach trafiły w moje ręce. Ale to nie jedyne plusy całości, bo przede wszystkim opowieść ta to kawał ciekawej historii, która spodoba się zarówno miłośnikom typowych mang fantastycznych, jak i fanom dzieł pokroju „Harry’ego Pottera”.


Jeśli nie wiecie o co w tym wszystkim chodzi, kilka słów przypomnienia. Oto Koko marzyła o władaniu magią, jednak w jej świecie mogli się tym zajmować tylko ludzie z wrodzonymi predyspozycjami. Tak się przynajmniej wydawało, bo kiedy dziewczyna trafiła pod opiekę sympatycznego magika, zmieniło się całe jej życie.

Teraz, wraz z pozostałymi uczennicami, w mieście Karn stara się przetrwać atak smoka. Sytuacja jest tym trudniejsza, że Koko sobie niezbyt radzi z magią, a przez koleżanki traktowana jest jak kula u nogi. Czy dziewczyna pomoże im czy tylko pogorszy sytuację? I jak poradzą sobie młode uczennice w walce z bestią?

Tymczasem Qifrey ze swoimi towarzyszami stara się odnaleźć swoje podopieczne. Uważa, że za wszystkim stoją Ronda – grupa wyjętych spod prawa czarodziejów, bez skrupułów korzystających z zakazanej magii. A co więcej, Koko może być kluczem do ich odnalezienia…


„Atelier spiczastych kapeluszy” to kolejna mangowa seria, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Pierwszym zaskoczeniem było jej wykonanie, tak mocno czerpiące z europejskiego komiksu, że aż egzotyczne, jeśli patrzeć przez pryzmat japońskiego odbiorcy. Kolejnym zaskoczeniem okazała się sama tematyka, również mocno poprowadzona w stylu dzieł europejskich, a wreszcie zdumiała mnie też sama jakość tej serii. To tylko opowieść fantasy o czarodziejach, ileż to już takich tworów było, prawda? A jednak mamy tu do czynienia z czymś naprawdę niesamowitym, urzekającym i wciągającym.


Japończycy nie raz pokazali nam, że są mistrzami w wyciskaniu nawet z najbardziej ogranych motywów tego, co najlepsze. Ciekawa fabuła, znakomite zwroty akcji, wyraziste postacie, wreszcie rewelacyjna szata graficzna, znajdująca się na styku europejskich komiksów i prac mangaków pokroju Katsuhiro Ōtomo, pełna realizmu i sporej dawki odświeżenia w postaci estetyki w mangach rzadko spotykanej. W skrócie: „Atelier spiczastych kapeluszy” to seria, która spodoba się zarówno miłośnikom mang fantastycznych, jak i tych, którzy cenią fantasy, ale za japońskim komiksem nieszczególnie przepadają. Dobra zabawa na wysokim poziomie gwarantowana.


Tytuł dostępny tutaj:

poniedziałek, 29 lipca 2019

Czarny Młot #3: Era zagłady, część 1 - Jeff Lemire, Dean Ormston

SEKRETY I TAJEMNICE


Po dwóch tomach, w których zebrano poboczne miniserie ze świata „Czarnego Młota”, odwlekające – choć w bardzo interesujący sposób – rozwiązanie niektórych wątków, nadszedł czas na powrót do głównej opowieści. Nie będę Wam zdradzał czy "Era zagłady" wyjaśnia wszystko – albo cokolwiek – ale jedno mogę powiedzieć bez wahania: że całość utrzymuje ten zaskakująco znakomity poziom, do którego przyzwyczaiła nas na początku. I tylko rozbudza apetyt na więcej.


Lucy Weber przybyła z pomocą uwięzionym na farmie dawnym bohaterom. Straciła pamięć, ale w chwili, gdy została nowym Czarnym Młotem, odzyskała wspomnienia. Teraz zwołuje herosów by wyjaśnić im co to za miejsce i co tu właściwie robią… i na ich oczach znika. Co się stało? Kto za tym stoi? Bohaterowie są załamani, nie potrafią wyjaśnić całej sytuacji, ale jednocześnie nie zamierzają się poddawać…

Tymczasem Lucy budzi się w miejscu, którego nie zna. Bar dla złoczyńców z supermocami okazuje się jednak początkiem jej drogi. Dokąd ją to wszystko doprowadzi? I czy uda jej się przekazać rozwiązanie zagadki przyjaciołom swojego ojca?


Jeśli chodzi o komiksy składające hołd całemu medium, jedni czytelnicy zadowalają się prostą i niewyszukaną rozrywką opartą na kopiowaniu schematów, jaką jest seria „Invincible”, inni wolą bardziej subtelniejszą zabawę motywami pokroju „Czarnego Młota”. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy, bo tam, gdzie „Invincible” jedynie dostarczał niezłej rozrywki, „Młot” porusza, wciąga i pokazuje, że Lemire jest o wiele lepszym scenarzystą, niż Kirkman. Tym bardziej, że ta jego seria miała wszelkie prawo się nie udać.


Bo pomyślcie, scenarzysta sięgnął po różne wątki i postacie znane doskonale czytelnikom Marvela i DC, przepuścił je przez filtr własnej wrażliwości i talentu i osadził w mieszance światów znanych z komiksów superhero. Podobnych prób było wiele, większość skończyła się porażką. Lemire jednak zdołał stworzyć coś znakomitego, bo skupił się nie tylko na powieleniu ulubionych elementów, a złożył piękny hołd klasyce, uwspółcześniając to, co w niej kochał i dodając całe mnóstwo od siebie – głownie głębi, silniejszego rysu psychologicznego bohaterów i intrygującej, napędzającej całą akcję opowieści zagadki.


I to wszystko kontynuuje w „Erze zagłady”, zmierzając w coraz bardziej konkretnym kierunku. Nie czuć już, że nie wie do końca, co właściwie chce swoją opowieścią osiągnąć, nie ma też przesady, chociaż Lemire znów odwleka kulminacyjny moment. Zabawa z nowym „Czarnym Młotem” jest przednia i świetnie narysowana. Dobry kolor podkreśla tylko klimat całości, a świetne wydanie uzupełnione o porcję dodatków wypada znakomicie. Szukacie dobrego komiksu zarówno dla nowych czytelników, jak i fanów opowieści obrazkowych dobrze zorientowanych w losach ich bohaterów? Chcecie czegoś, co wykracza poza tylko rozrywkę i nie obrazi Waszej inteligencji? Poszukajcie tej serii wśród nowości, będziecie zachwyceni.






II wojna domowa: Amazing Spider-Man - Christos Gage, Travel Foreman

DRUGA WOJNA DOMOWA PAJĄKA


„II wojna domowa” trwa. Pierwsze komiksy z nim związane ukazały się już w czerwcu, teraz doczekaliśmy się głównego eventu oraz najważniejszych tie-inów, ale przed nami jeszcze kolejne dodatki. Na razie jednak możemy cieszyć się serią opowieści najmocniej powiązanych z całym wydarzeniem, a jednym z nich jest album „II wojna domowa: Amazing Spider-Man”. Z wydarzeniami głównej serii o Pająku nie ma on co prawda zbyt dużych powiazań, ale i tak dla fanów Patera Parkera to kolejna publikacja, którą powinni poznać – oczywiście głównie wtedy, gdy zamierzają także zainteresować się „II wojną domową”.


Pierwsza wojna domowa między bohaterami stała się dla Spider-Mana wydarzeniem jakże przełomowym. Popierając Tony’ego Starka, ujawnił w mediach swoją tożsamość, przez co wszyscy jego bliscy stali się celem zamachów jego największych wrogów. W konsekwencji, ratując życie ciotki May, dopuścił się paktu z diabłem, w wyniku którego wymazany został jego związek z MJ i istnienie ich córki, a do życia wrócił Harry Osborn. Co spotka go tym razem?

Wojna między bohaterami wybucha w wyniku pojawienia się Ulyssesa, Inhumana, który potrafi przewidywać przyszłość. Jedni chcą wykorzystać go do zapobiegania katastrofom, poprzez prewencyjne zamykanie tych, którzy mieliby się ich dopuścić, inni sprzeciwiają się karaniu ludzi, którzy jeszcze nic złego nie zrobili. Z tak wielką mocą, idzie w parze wielka odpowiedzialność, a kto na odpowiedzialności zna się lepiej od Spider-Mana? Dlatego to właśnie on ma pomóc Ulyssesowi. Co jednak, kiedy sytuacja zacznie stawać się coraz bardziej niebezpieczna, a Inhuman ostrzeże go przed kimś bliskim, kto okaże się zdrajcą? Po której stronie konfliktu opowie się Pająk i co to będzie dla niego oznaczało?


Cztery zebrane tutaj komiksy nie są tak przełomowe, jak spiderowe tie-iny związane z pierwszą „Wojną domową” ani też tak znakomite (Gage to jednak nie Straczynski i nie zależy mu na wielkiej rewolucji ani wybiciu się ponad typową opowieść tego typu), ale i tak dostarczają porcji niezłej rozrywki. Co ciekawe, choć to dość cienki album, liczy w końcu niespełna sto stron, nie brak w nim treści. Scenarzysta skupił się bowiem bardziej na dialogach, niż akcji, choć tej również tu nie brakuje. Interesują go relacje i konflikty między bohaterami i przygląda się im z całkiem niezłym skutkiem.


Jeśli natomiast chodzi o szatę graficzną, całość wypada o wiele lepiej, niż sugeruje to okładka. Ilustracje są może dość typowe dla komiksów superhero, ale całkiem udane i miłe dla oka. Sporo w nich brudu i realizmu i tylko kolor można by było nieco stonować, żeby robił większe wrażenie i bardziej wyróżniał się na tle podobnych dzieł. Dodajcie do tego tradycyjnie dobre wydanie, z całkiem sporą ilością dodatkowych grafik i będziecie mieli ciekawy tie-in – zarówno do „Amazing Spider-Mana”, jak i „II wojny domowej”. Jako fan zarówno przygód Spidera jak i marvelowskich eventów, polecam Wam rozejrzeć się za tytułem wśród nowości.






niedziela, 28 lipca 2019

Stranger Things: Ciemność nad miastem - Adam Christopher

MROKI PRZESZŁOŚCI


Well everybody's got a secret, son
Something that they just can't face
Some folks spend their whole lives trying to keep it
They carry it with them every step that they take

'Til some day they just cut it loose
Cut it loose or let it drag 'em down
Where no one asks any questions
Or looks too long in your face
In the darkness on the edge of town
- Bruce Springsteen


Chociaż o pierwszej powieści ze świata „Stranger Things” naczytałem się więcej złego, niż dobrego, nie mogłem darować sobie sięgnięcia po nią i… byłem pozytywnie zaskoczony. „Mroczne umysły”, bo taki nosiła tytuł, okazały się przyjemnie oldschoolową lekturą, co prawda tylko dla fanów serialu, ale nad wyraz udaną i klimatyczną. I taka jest też „Ciemność nad miastem”, książka napisana co prawda przez zupełnie innego autora, ale oferująca wszystko to, co do zaoferowania miała jej poprzedniczka, a momentami nawet i podnosząca poprzeczkę jeszcze wyżej.


Głównym bohaterem tej zawdzięczającej swój tytuł jednej z piosenek Bruce’a Springsteena powieści jest szeryf Hopper. Mamy rok 1984, po wydarzeniach drugiego sezonu serialu Hopper powoli przyzwyczaja się do obecności adoptowanej Jedenastki pod swoim dachem. Oboje spędzają spokojnie Święta Bożego Narodzenia, ale niestety przeszłość nie śpi. Tym razem jednak to nie zagrożenie z innego świata przerywa ich sielankę, a ciekawskość dziewczyny, która wygrzebuje z piwnicy drobiazgi z dawnych lat swego ojczyma i zaczyna zadawać pytania. Szeryf, chcąc nie chcąc, wraca myślami do przeszłości. A dokładniej do roku 1977, kiedy to dopiero co wrócił z Wietnamu. Pozorny spokój, jaki miał zapanować wówczas w jego życiu – życiu nowojorskiego detektywa, mającego u swego boku żonę i dziecko – został jednak brutalnie przerwany. Gdy nierozwiązana seria morderstw zwróciła na niego uwagę tajemniczych agentów, Hopper zaangażował się w niezwykłe śledztwo. Ostatnie w jego karierze… Co się wtedy wydarzyło? I czym był mrok, który zapadł nad miastem?


„Stranger Things” powstało, jako hołd dla szeroko pojmowanego kina lat 70. i 80. XX wieku, zaczynając od filmów Spielberga i Lucasa, przez kultowe horrory, na ekranizacjach prozy Stephena Kinga (a co za tym idzie i jego książkach) skończywszy. Serial nie tylko składał im hołd, ale też i pełnymi garściami czerpał z konkretnych scen i fragmentów. „Ciemność nad miastem” to powieść, która w mniejszym stopniu korzysta z tego wszystkiego, a skupia się na mrocznej fabule z pogranicza thrillera i horroru. Nawiązań jest tu zatem mniej, ale nowozelandzki pisarz nie odcina się od tego typu elementów.


I nie odcina też kuponików od popularnej marki. To, co robi na łamach tej książki, to kawał rzetelnego pisarskiego rzemiosła. Jak wspominałem na wstępie, jest to rzecz przyjemnie oldschoolowa, stylistyczne tkwiąca gdzieś w latach 80., dzięki czemu wypada lepiej, niż większość współczesnych powieści. Całość świetnie sprawdza się jako uzupełnienie serialu, ale jednocześnie to także kawał niezłego thrillera / kryminału. Czy można go czytać bez znajomości serialu? Tak. Czy warto? Też, bo „Ciemność nad miastem” nie jest wcale gorsza od popularnych powieści z tego gatunku. Najwięcej jednak radości będą mieli fani „Stranger Things”, którym mało jest przygód serialowych bohaterów. Im polecam z czystym sercem i czekam na kolejne podobne książki – chętnie zobaczyłbym w powieściowej formie akcję całego serialu. Kto wie, może twórcy w końcu pokuszą się i o to?


Dziękuję wydawnictwu Poradnia K za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Ku twej wieczności #7 - Yoshitoki Oima

KSZTAŁT TWEJ WIECZNOŚCI


Po „Ku twej wieczności” spodziewałem się bardzo wiele. Poprzednia manga autorki, rewelacyjny „Kształt twojego głosu”, zachwyciła mnie, poruszyła i dostarczyła niezapomnianych przeżyć, dlatego w jej nowej serii pokładałem duże nadzieje. Nie wszystkie zostały spełnione, ale i tak w moje ręce trafił kawał świetnej opowieści, dość mocno zamkniętej w ramach własnych, z góry narzuconych schematów, ale absolutnie wartej polecenia każdemu miłośnikowi dobrej fantastyki.


Od przybycia Niesia na bezludną wyspę mija czterdzieści lat. Istota zastanawia się, jak właściwie spędziła ten czas i gdzie zniknęły wszystkie te lata. Jego cel jest jeden – ma ocalić i zachować ten świat, ale jak długo jeszcze ma to robić? Wciąż brak mu świadomości i należytej mocy, a wykształcenie w sobie tego wszystkiego może zająć mu nawet i tysiąc lat! Gdy wracają do niego wspomnienia z Janandy, zaczyna zastanawiać się, jak przez cały ten czas zmienili się ludzie, których znał kiedyś. Gdy docierają do niego wieści o pojawieniu się nowego Kołatnika, który atakuje ludzi, postanawia wyruszyć i wspomóc mieszkańców. Niestety, wszystko to może być prowokacją, więc lepiej byłoby zostać na miejscu. Wtedy jednak na wyspie pojawia się niejaka Hisame, wnuczka Hayase, która stoi na czele grupy mającej za zadanie sprawować opiekę nad Niesiem. Jakie tajemnice skrywa dziewczynka? I co wyniknie ze spotkania Niesia z wnuczką niezrównoważonej morderczyni, która z babką może mieć więcej wspólnego, niż ktokolwiek by sądził?


„Ku twej wieczności” to seria, która cierpi na jedną drobną bolączkę: ciągłe uśmiercanie bohaterów. Rozmach całej opowieści i rozpisanie jej na długie lata wymusiły na autorce zabijanie bohaterów, ale pewnym problemem stała się powtarzalność motywów widoczna w tym wszystkim. To na szczęście jedynie przysłowiowa łyżka dziegciu do całkiem sporej beczki miodu, jaką jest ta opowieść, która może podbić serca nie tylko miłośników twórczości pani Oimy.


Co zatem jest w tej serii dobrego? Przede wszystkim to, co w każdej, dobrej fantastyce – nie elementy gatunkowe, nie atakowanie zmysłów czytelnika epickimi sekwencjami i szybką akcją (chociaż wszystko to znajdziecie tutaj, spokojnie), a skupienie się na człowieku. Na jego przemianie, kierunku i targających nim emocjach. Owszem, Niesio nie jest człowiekiem, ale uczy się nim być, a w jego postaci możemy sami przejrzeć się niczym w lustrze. Dodatkowo emocje, jakie serwuje nam autorka (z tego zresztą słynie) są naprawdę znakomite i przede wszystkim skuteczne.


Najlepsza jednak i tak pozostaje szata graficzna. Yoshitoki Oima posługuje się stylem czystym, realistycznym i bardzo wyrazistym. Duże przywiązanie do detali i drobiazgowe ich oddanie sprawia, że całość ogląda się z przyjemnością i z chęcią wraca do poszczególnych kadrów i sekwencji. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? „Ku twej wieczności” to kawał świetnej serii, którą polecam gorąco.


Kupicie ją tutaj:







sobota, 27 lipca 2019

Labirynt Fauna - Cornelia Funke, Guillermo del Toro

PO PROSTU DARK FANTASY


Guilermo del Toro to dość przeciętny filmowiec, który częściej zawodzi oczekiwania widzów, niż ich zachwyca. Jednakże w 2006 roku stworzył dzieło, które autentycznie robiło spore wrażenie. Mowa oczywiście o baśniowym horrorze mocno zakorzenionym w tragicznych historycznych wydarzeniach, jakim był „Labirynt fauna”. Co prawda po lekturze „Kształtu wody” wątpiłem bym kiedykolwiek chciał sięgnąć po jakakolwiek książkę autora – pisarz z niego jeszcze gorszy niż reżyser – ale dla tej powieści zrobiłem wyjątek. Nie spodziewałem się cudu i cud się nie zdarzył, ale też i nie zawiodłem się tak bardzo, jak się tego obawiałem.


Hiszpania roku 1944. Trzynastoletnia Ofelia przenosi się wraz z matką do swojego ojczyma, Vidala, owładniętego obsesją polowań na członków ruchu oporu. Kiedy pewnego dnia odwiedza ją tajemniczy faun, który przynosi dziewczynce szokujące wieści. Od tej chwili czeka ją niezwykła przygoda, która może skończyć się równie szczęśliwie, co tragicznie…


Cornelia Funke, współautorka tej powieści, w posłowiu napisała, że ekranizacje książek często nas rozczarowują. Jeszcze częściej jednak zawód przynoszą książki na podstawie filmów. Właściwie trudno znaleźć mi podobna adaptację, która była naprawdę dobra – większości nawet nie byłem w stanie doczytać. „Labirynt fauna” jest niezły, nie wybitny, ale całkiem sympatyczny. Fabularnie rzecz wiernie trzyma się litery pierwowzoru, więc nie zawodzi na tym polu. Funke na prośbę Del Toro rozwinęła całość, ale postarała się ograniczyć jedynie do przerywników w postaci krótkich opowiadanek wtrąconych do tekstu, a nie ingerencji w samą opowieść. Historyjki te właściwie nic nie wnoszą do historii, a ich największym plusem jest niewielki rozmiar, ale fani pierwowzoru z pewnością z chęcią je przeczytają.


Fabuła więc nie zawodzi, ale pewnym rozczarowaniem staje się sam styl. Historia nie jest przeznaczona dla dzieci, są w niej makabryczne i mocne momenty, ale twórcy postanowili zaprezentować całość w formie jak najbardziej dostosowanej dla młodych odbiorców. Z ciężkiej opowieści o ucieczce przed wojennymi i domowymi traumami w świat fantazji (nieoczywistej, bo sugerującej, że możemy jednak mieć do czynienia z czymś rzeczywistym), z przejmującego dramatu zamkniętego w ramach realizmu magicznego, w rękach Funke „Labirynt Fauna” staje się typowym dark fantasy. Lekkim, prostym (czasem aż nazbyt prostym, bo zdania sprawiają wrażenie pisanych przez niewprawionego autora), ale na szczęście niezłym.


Powieść w pewnym stopniu ratuje też dobre wydanie. Twarda oprawa, obwoluta, sympatyczne ilustracje zdobiące całość. Szkoda, że nie powstało z tego dzieło stricte dla dorosłego czytelnika. Może wtedy udałoby się wykorzystać potencjał tkwiący w opowieści. A tak dostajemy kolejną, podobną lekturę dla nieco starszych dzieci i młodzieży. Niezłą – tylko tyle, i – patrząc na to, jak wyglądają inne podobne dzieła – aż tyle. Fani pierwowzoru śmiało mogą sięgnąć i skonfrontować obie wersje.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 26 lipca 2019

Made in Abyss #5 - Akihito Tsukushi

LEPIEJ, NIŻ MOŻNA BY SIĘ SPODZIEWAĆ


W czwartym tomie „Made in Abyss” bohaterowie zbliżyli się do celu tak bardzo, że myślałem, iż szybko dowiemy się wszystkiego. Nagle okazało się jednak, że na ich drodze czeka jeszcze wiele przeszkód, a jedna z nich zatrzyma ich na dłużej. Czyżby seria dotarła do przestojowego punktu, który ma za zadanie jedynie ją wydłużyć? Nawet jeśli to autor z tego przestoju wycisnął to, co najlepsze, zachowując poziom, do jakiego opowieść nas przyzwyczaiła i dając kolejną porcję znakomitej, mocnej i wciągającej rozrywki, od której trudno się oderwać.


Bohaterowie na swojej drodze zbliżyli się do wejścia do Szóstej Warstwy Otchłani, jednak dotarcie do placówki badawcze Frontu ID okazało się przeszkodą nie do pokonania. Nie dość, że sami nie są w stanie przejść dalej, to jeszcze trafili w łapy Bondrewda, szalonego, poszukiwanego przez prawo Białego Gwizdka, którego wszyscy się boją, a który przeprowadzał na Nanachi chore eksperymenty. Ich pierwsze spotkanie skończyło się eksperymentami na Regu, który wyszedł z nich pozbawiony ręki oraz walką – zakończoną w niezbyt szczęśliwy sposób. Teraz złamani, zrozpaczeni bohaterowie mają chwilę spokoju, ale to jedynie cisza przed burzą. Riko nie chce zawrócić, bo wciąż nie odkryła prawdy o swojej matce i tym, kto wysłał jej list. Nie wiedzą też nic o przeszłości Rega. Żeby poradzić sobie w dalszej drodze, muszą przede wszystkim odkryć działanie reliktów, ale czy jest to w ogóle możliwe, skoro o przeznaczeniu większości z nich nikt nie ma najmniejszego pojęcia? Jednocześnie cała trójka szykuje się do zniszczenia machiny kluczowej dla potęgi Bondrewda i ostatecznego z nim starcia. Czy wyjdą z niego cało? Czy w ogóle uda im się zrealizować którykolwiek cel ich planu? I co jeszcze czeka na nich w Otchłani?


„Made in Abyss” to manga zadziwiająco udana. Wielkie pozytywne zaskoczenie. Nie byłem pewien, co z tego wyjdzie, temat ciekawy, choć zgrany do cna już od kilku ładnych dekad, zbaczanie w dziwne rejony erotyki z udziałem dziecięcych bohaterów… Zachęciła mnie specyficzna szata graficzna, w której rastry zastąpione zostały przez greyscale, a w samych ilustracjach nie brakowało zbłądzenia w rejony bliższe szkicom, niż wykończonym tuszem rysunkom. Na szczęście, bo to seria tak świetna, że mimo drobnych mankamentów (wspomniana erotyka), trudno jest się nią nie zachwycić i nie wciągnąć w całą opowieść.


Akcja, tajemnice, zagrożenia, cała masa niezwykłości, sympatyczni bohaterowie, urok pomieszany z krwawymi i mocnymi scenami… Zabawa z „Made in Abyss” jest przednia, przy okazji klimatyczna i autentycznie urzekająca. Znakomicie zilustrowana, pełna detali i świetnie zbudowanego nastroju, nie pozwala się oderwać od lektury ani na chwilę. A z tomu na tom tylko bardziej wciąga i zachęca do poznania, co będzie dalej. A zatem jeśli lubicie dobrą, interesującą i pobudzającą wyobraźnię i czytelniczy apetyt fantastykę, poznajcie koniecznie to dzieło. Jest tego o wiele bardziej warte, niż można by sądzić.


Manga dostępna tu:

czwartek, 25 lipca 2019

Przygody Smerfów #26: Smerfy i księga odpowiedzi - Alain Jost, Thierry Culliford, Pascal Garray

ODPOWIEDŹ NA WSZYSTKIE PROBLEMY


Po serii wznowień klasycznych albumów o Smerfach autorstwa Peyo, Egmont powraca do wydawania nowych tomów serii. I tak oto w ręce czytelników trafia dwudziesta szósta jej odsłona zatytułowana „Smerfy i księga odpowiedzi”, który wprowadza do akcji kilka nowych postaci. Odsłona, która, tradycyjnie, dostarcza dużym i małym miłośnikom niegłupiej, zabawnej i wciągającej rozrywki utrzymanej na wysokim poziomie.


Co byście zrobili, gdyby w Wasze ręce trafiła księga, która odpowie na każde Wasze pytanie? Przed takim właśnie problemem stają Smerfy. Na najważniejsze jednak pytanie księga nie odpowie: co wyniknie z tego wszystkiego…

Kiedy Papa Smerf znów wybywa poza wioskę, Smerfy jak zwykle nie do końca stosują się do tego, co im przykazał. Ważniak, grzebiąc w jego biblioteczce, znajduje księgę potrafiącą odpowiedzieć na -wszystkie pytania. Kiedy małe, niebieskie stworki dowiadują się o tym, zaczyna się prawdziwe szaleństwo. Bo jak tu nie skorzystać z rady woluminu, kiedy ten potrafi podać im rozwiązanie każdego nękającego ich problemu? Właśnie! Nieoczekiwanie jednak Ważniak też zaczyna czerpać korzyści z całej sytuacji, bo wreszcie znajduje się w centrum upragnionej uwagi. Czy jednak zdecyduje się wykorzystać księgę, żeby zdobyć pozycję Papy Smerfa, o jakiej zawsze marzył? Tymczasem sytuacja staje się coraz bardziej szalona, a na horyzoncie pojawia się niebezpieczeństwo…


„Smerfy i księga odpowiedzi,” to album tak udany, że nie powstydziłby się go pewnie sam Peyo, twórca małych, niebieskich bohaterów. Kontynuatorzy jego spuścizny w swoich dziełach prezentowali różny poziom, nigdy jednak nie zawiedli oczekiwań czytelników – a przynajmniej nie w znaczący sposób. Tym komiksem po raz kolejny udowadniają jednak, że wiedzą co robią i mają dość znakomitych pomysłów, żeby w dobrym stylu kontynuować serię i przekonują, że trafiła ona w dobre ręce. Co to jednak oznacza dla czytelników, którzy do tej pory (jakimś cudem, oczywiście) nie czytali „Smerfów”?


Przede wszystkim solidną dawkę znakomitego humoru, mnóstwo spełnionej satyry i konkretną ilość wydarzeń, których tempo narasta wraz z rozwojem akcji. Jak zwykle historia uczy młodszych odbiorców pewnych wartości, znalazło się też miejsce dla kilku żartów dla starszych czytelników, a i nie brak jest także dozy dydaktyzmu. Na dowcipach, podanych w sposób nienachalny i ciekawy, zasadza się cała fabuła, ale wspomniana już satyra jest z nimi tym razem tak nierozerwalnie złączona, że tworzy pouczający mix nie tylko dla najmłodszych. Poza tym całość została tradycyjnie znakomicie zilustrowana w klasyczny sposób, tak więc pozostaje nie tylko spójna z oryginałem (choć znajdziecie tu kilka kadrów z odstającym jakością, uwspółcześnionym kolorem), ale też i bardzo miła dla oka.


Jeśli więc szukacie dobrego komiksu dla najmłodszych, który śmiało będziecie mogli przeczytać sami i znakomicie się przy tym bawić, sięgnijcie tak po ten, jak i po pozostałe tomy serii. Warto. Może komiks nie da Wam odpowiedzi na wszystkie nękające Was problemy, ale na te związane z kiepskim humorem na pewno pomoże i to w świetnym stylu.


I dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




środa, 24 lipca 2019

Hellblazer #2 - Brian Azzarello, Guy Davis, Marcelo Frusin, Giuseppe Camuncoli, Rafael Grampa

W AMERYKAŃSKIM PIEKLE


Album „Hard Time”, otwierający pierwszy tom zbiorczej edycji serii „Hellblazer” pisanej przez Briana Azzarello, został swego czasu przez twórców magazynu komiksowego „Wizard” uznany za jeden z najlepszych komiksów w historii a także najlepsze dzieło o Constantine’ie. Trudno się z tym nie zgodzić, bo chociaż wolę run pisany przez Gartha Ennisa, Azzarello stworzył poruszający, głęboki, na równi odpychający, co fascynujący swym brudem album, z którym równać się może niewiele. I niemal równie świetnie wyszły mu kolejne odsłony tej serii. Jak zatem wypada drugi i zarazem ostatni tom zbierający jego prace chyba nie muszę Wam mówić. To po prostu kawał relacyjnego, porażającego i dojrzałego komiksu dla dorosłych czytelników, który rozczarować może tylko tych odbiorców, którzy boją się myślenia, ambicji i wyższych wartości.


Od amerykańskiego więzienia, po amerykańskie odludzie, którego mieszkańcy skrywają przed światem swoje mroczne sekrety. Taką drogę przeszedł John Constantine, ale to dopiero połowa jego wędrówki. Kontynuując zarówno podróż przez piekło Stanów Zjednoczonych, jak i wspomnienia z czasów, gdy w Londynie grał w kapeli „Błona śluzowa”, po raz kolejny odkrywa najmroczniejszą stronę życia, ludzi i całego świata. Jak skończy się dla niego spotkanie z grupą patriotów zamierzających wyeliminować wszystkich, którzy nie pasują do przyjętego przez nich wzorca?


John Constantine to postać bezprecedensowa w historii komiksu. I nie chodzi mi tu wcale o to, że jest chamem, jakich mało, cwaniakiem, cynikiem i typem, którego polubić w żaden sposób się nie da, tym bardziej, że ludzkie życie traktuje ze swobodą, jaka potrafi rozdrażnić. Rzecz w tym, że jako jedyny mainstreamowy bohater starzeje się w czasie rzeczywistym. Batman i Superman mimo trwającej osiemdziesiąt lat tradycji, na karku mają może z dekadę więcej, niż w chwili, kiedy zaczynali swoją przygodę. Podobnie rzecz ma się z postaciami z konkurencyjnego Marvela: patrząc na chronologię wydarzeń, od roku 1961 do dnia dzisiejszego w tamtejszym uniwersum minęło niespełna piętnaście lat. Tymczasem John Constantine, który po raz pierwszy pojawił się w 1985 roku wymyślony przez Alana Moore’a na potrzeby „Sagi o potworze z bagien”, zestarzał się od tamtej pory o 34 lata, co widać także w jego designie. I nie przeszkodziły mu w tym interakcje, w jakie wchodził z innymi bohaterami DC, których przez cały ten czas wiek się wcale nie imał.


Przede wszystkim jednak Constantine to świetnie skrojony bohater, a Azzarello perfekcyjnie wykorzystał wszystkie jego najgorsze cechy, pogłębiając psychologię i sam wizerunek. Świetnie zresztą wypadają też wszystkie inne jednostki, z którymi detektyw z nieodłącznym papierosem w ustach wchodzi w interakcje. A przecież nie samymi postaciami opowieść ta stoi. Fabularnie to też perełka, brudna, mroczna, poruszająca… Są tu tajemnice, jest krytyka Ameryki i jej stylu życia, jest też wytykanie placami złych cech nas samych. Owszem, czasem coś tu zgrzyta, czasem jakieś wątki nie są do końca spełnione, ale i tak efekt finalny zwala z nóg i zachwyca bardziej nawet, niż flagowa seria Azzarello – „100 naboi”. Do tego wszystkiego dochodzi znakomita szata graficzna, dobry kolor i świetne wydanie. Nic tylko brać w ciemno! Co więcej już niedługo wydawca wznowi także run Gartha Ennisa, uzupełniając go tomem opowieści pisanych przez Warrena Ellisa, jest więc na co czekać. Jeśli dodacie do tego wydaną niedawno „Sagę o potworze z bagien” z debiutem Constantine’a oraz album „Dni pośród nocy” z jedynym zeszytem „Hellblazera” napisanym przez Neila Gaimana, wyjedzie Wam naprawdę imponująca – i absolutnie warta poznania – kolekcja, która powinna znaleźć się w zbiorach wszystkich miłośników opowieści graficznych.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Batman Metal #3: Mroczny wszechświat - Scott Snyder, James Tynion IV, Jeff Lemire, Grant Morrison, Joshua Williamson, Robert Venditti, Greg Capullo, Doug Mahnke, Bryan Hitch, Howard Porter, Liam Sharp, Tyler Kirkham, Mikel Janin, Ethan Van Sciver, Kevin Nowlan

TYTUŁ ZOBOWIĄZUJE


Po bardzo dobrym pierwszym tomie eventu „Batman: Metal” i tylko niezłym, bo złożonym z nierównych poziomem tie-inów tomie drugim, nadszedł czas na finałową i zarazem najlepszą odsłonę całej opowieści. Co jest w niej takiego dobrego? Z jednej strony mamy tu więcej samego eventu, po drugiej w końcu dostajemy jego zakończenie i wreszcie po trzecie (a zarazem najważniejsze), ekipa twórców, która powiększyła się o nowe, wielkie nazwiska, stanęła naprawdę na wysokości zadania i świetnym stylu zakończyła całą opowieść.


Ale po kolei. Najpierw kilka słów przypomnienia o co w tym wszystkim chodzi i, oczywiście, co dzieje w tej części. A zatem w uniwersum DC od zawsze istniało kilka dziwnych metali, z którymi styczność miał Batman. Żaden z herosów nie miał pojęcia, że powiązane są one z alternatywną mroczną rzeczywistością, która właściwie nie powinna istnieć. W trakcie działań Człowieka Nietoperza, do naszego świata przedostał się potężny Barbatos, a naszą Ziemię zalała fala upiornych wersji herosów. Problem w tym, że ziemscy bohaterowie nie mieli z nimi najmniejszych szans i wszystko zaczęło zmierzać do tragicznego końca…

W miejscu, w którym zaczyna się akcja tego tomu, sytuacja wydaje się beznadziejna. Batman, który wydawał się wiedzieć, co robi, został schwytany. Superman, najpotężniejszy heros mogący przeważyć szalę zwycięstwa dołączył do niego. Pozostali bohaterowie starają się zebrać metale, które mogą pomóc im w walce, ale czy mają jakąkolwiek szansę? I co jeszcze wydarzy się, zanim uda się odzyskać spokój?


Chociaż komiksowe eventy są domeną głównie wydawnictwa Marvel, to właśnie DC Comics wymyślił je jako pierwszy. Rzecz w tym, że Marvel, wiedząc o planach konkurenta, ubiegł go publikując w połowie lat 80. „Tajne wojny”, ale to już zupełnie inna historia. Z eventami DC jest jednak zasadniczy problem. Co prawda wydawane są rzadko, a kiedy już, zmieniają całe uniwersum na lata i nie są odwracane, ale rzadko ich jakość jest powalająca. Właściwie na palcach jednej ręki mogę policzyć te naprawdę dobre i jeszcze sporo mi owych palców zostanie, ale „Metal” mogę do nich zaliczyć. To co prawda nie opowieść na miarę „Kryzysu tożsamości” czy „Flashpointu”, jednak na szczęście to też nie porażka jak „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”. Najbliżej tej serii do „Nieskończonego kryzysu” i „Ostatniego kryzysu” – a to oznacza jedno: że na czytelników czeka dobra rozrywka. Nieskomplikowana, niewymagająca i – w odróżnieniu od tych dwóch opowieści – aż tak bardzo niezmieniająca uniwersum, ale jednak udana.


Przede wszystkim jednak to rzecz głównie dla fanów Batmana, mająca ukazać nam nieznane dotąd fakty na jego temat. Tytuł w końcu zobowiązuje. Nie wyszło to do końca tak, jak pewnie życzyliby sobie twórcy (a skoro o nich mowa, w tym tomie ekipę wspierają m.in. Jeff Lemire czy Grant Morrison), ale i tak wyszło dobrze. „Batman: Metal” to po prostu udany, epicki w swym rozmachu komiksowy event. Niekonieczny, ale wart poznania. Bardzo przyjemnie dla oka zilustrowany (w szczególności w głównych zeszytach), świetnie wydany, zadowoli miłośników Batmana i dc-owskich crossoverów.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.