poniedziałek, 8 lipca 2019

Tokyo Ghoul:re #12 - Sui Ishida

MIŁOŚĆ, SEKS I ŚMIERĆ


Nie sądziłem, że seria „Tokyo Ghoul” zdoła mnie jeszcze zaskoczyć. Po czternastu tomach pierwszej serii i jedenastu cyklu „re”, trudno było spodziewać się czegoś takiego. A jednak. W dwunastym tomie „TG:re” pojawiło się jednak coś, czego dotąd w serii raczej czytelnikom skąpiono: a dokładniej solidna dawka erotyki. Do tego nie brak tu też bardziej romantycznych uniesień, a sam tom oferuje ciekawą, stonowaną mimo akcji i walk, opowieść skupioną bardziej na bohaterach, niż trwającej od dawna wojnie ludzi i ghuli.


W życiu bohaterów szykują się wielkie zmiany. Nowy dyrektor BSG rzuca do akcji nowy oddział nazwany Oggai. Zaczyna się wielka czystka tokijska, jednak w chwili obecnej wszystko to schodzi na dalszy plan wobec spraw osobistych.

W kawiarni zjawia się Mutsuki, który wcale nie jest zdziwiony widząc tam żywego Kanekiego. Nie uwierzył w jego śmierć, ale jednocześnie nie chce też wierzyć w zmianę frontu, dlatego postanawia za wszelką cenę zabrać go z powrotem tam, gdzie jego zdaniem jest jego miejsce. By to robić, jest gotów wyeliminować wszystko i wszystkich, którzy trzymają jego mentora właśnie tutaj. Gdy jednak zaczyna się walka między oboma, do której włącza się Touka, na jaw wychodzi prawdziwy cel wizyty Mutsukiego…

Tymczasem Kuroiwa i Yoriko biorą ślub. Czy w obecnej sytuacji oni i inni ludzie mają prawdziwą szansę na zaznanie szczęścia? Niestety na horyzoncie znów zbierają się czarne chmury, a nadchodząca rzeź wisi w powietrzu…


„Tokyo Ghoul:re” to seria, która nigdy nie epatowała erotyką. Zdarzały się w niej jakieś drobne elementy, typu seksownych kobiet w seksownych pozach, ale czystego ecchi, z jakim mamy do czynieni tym razem, dotąd nie było. Co więcej nie jest to grafika czy dwie, a cały, niemal niemy rozdział poświęcony powolnemu rozbieraniu się bohaterów, ich wzajemnym pieszczotom i w końcu przeżyciu tego pierwszego razu. Jest tu humor, jest mrok i znalazło się też miejsce na swoistą poezję w prezentacji całego aktu.


Ale nie brak tu także walk, szybkiej akcji, świetnego klimatu, przegadanych momentów i nutki chaosu. Czyli wszystkiego tego, za co kocha się (albo nienawidzi) tę serię. Zabawa, jak zwykle jest udana, ale czego innego można się było po całości spodziewać? To w końcu typowy shounen, przeznaczony jednak dla nieco starszych czytelników, podlany przy tym solidną dawką horroru. Bywa brutalnie, bywa zabawnie, zawsze natomiast jest ciekawie. Całość zaś wieńczą tradycyjnie świetne rysunki, od pewnego czasu trochę prostsze i bardziej niechlujne, ale wciąż wpadające w oko.


Fani serii jak zwykle będą zadowoleni. A co z nieprzekonanymi? Jeśli lubicie shouneny i horrory, przyjrzyjcie się „Tokyo Ghouolowi”, warto.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza