sobota, 31 sierpnia 2019

Monstrrrualna erudycja: Wstrząsająca elektryczność - Nick Arnold (ilustracje: Tony De Saulles)

ELEKTRYZUJĄCA LEKTURA


Przed nami drugi z czterech póki co wydanych przez Egmont w tym miesiącu tomików serii „Monstrrrualna erudycja”. Po świetnej „Nieznośnej naturze” nadszedł czas na spotkanie z elektrycznością. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że czeka nas elektryzująca lektura, w trakcie której będzie iskrzyć między czytelnikiem, a treścią, ale cóż można tu więcej dodać, skoro to najszczersza prawda? Co więcej książka ta, jak pozostałe z serii, może stać się iskrą zapalną zgłębiania wiedzy, więc tym bardziej należy całość docenić.


Ponieważ jednak elektryczność to temat bardzo rozległy, obejmujący od fizyki, po medycynę, warto na początek przyjrzeć się, co takiego znajdziecie w tym tomie. Oczywiście, jak się domyślacie, o wszystkie wspomniane już dziedziny całość zahacza, bo dzięki tej publikacji dowiecie się kto i dlaczego raził swoje gałki oczne prądem czy co energia elektryczna ma wspólnego z biciem serca. Przekonacie się, że elektryczność można wytworzyć z… gazów jelitowych, ale nie tylko, bo znalazło się tu także miejsce na ciekawostki z najróżniejszych dziedzin. W skrócie: czeka na Was porażająco dobra, czasem straszna, czasem śmieszna, czasem wręcz bolesna zabawa, od której trudno się oderwać.


Przy okazji omawiania „Nieznośnej natury” wspominałem, że cykl ten łączy w sobie różne wydawane za granicą serię, pora więc przyjrzeć się temu bliżej. Nie ma to co prawda znaczenia dla samych książeczek, bo wszystkie cztery sierpniowe publikacje pochodzą z linii wydawniczej „Horrible Science”, niemniej warto wiedzieć to i owo. A zatem na fali popularności „Strrrasznej historii” powstała niejedna podobna seria książek. Poza wspomniana już „Nauką” pojawiły się m.in. „Horrible Geography”, „The Knowledge” czy „Murderous Maths” i wszystkie one (łącznie z „Foul Football”) zostały wydane na polskim rynku właśnie w ramach „Monstrrrualnej erudycji”. Egmont zresztą wydaje całość już od ponad dwudziestu lat i teraz nadszedł czas na wznowienia.


I dobrze, że wydawca się tym zajął, bo to wartościowe książki, które, choć dedykowane są do grupy wiekowej 8-14 lat, czytelnikom w każdym wieku, także tym dorosłym, dostarczą niezwykłych wrażeń. Dzieci w zabawny sposób nauczą wiele o świecie, dostarczając im tego, czego lubią – ciekawostek śmiesznych i nie do końca grzecznych. Dorosłych wiedza tu zebrana nie zaskoczy, ale i oni znajdą niejeden ciekawy fakt, który wzbogaci to, co mają w głowach. Przede wszystkim jednak rozerwą się i pośmieją, bo trudno czytać całość z wielką powagą.


Wszystko to uzupełniają oczywiście ujmujące cartoonowe ilustracje i świetne wydanie. „Erudycję” czyta się znakomicie i przyjemnie, więc jak zwykle polecam całość gorąco Waszej uwadze. Nie będziecie zawiedzeni.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Monstrrrualna erudycja: Nieznośna natura - Nick Arnold (ilustracje: Tony De Saulles)

STRRRASZNIE FAJNA BIOLOGIA


Po wznowieniu kilku tomików świetnej serii „Strrraszna historia” wydawnictwo Egmont postanowiło sięgnąć także po inny, podobny do niej cykl. „Monstrrrualna erudycja”, bo o nim mowa, to seria książeczek dla najmłodszych, poruszająca naukową tematykę. „Historia”, jak się domyślacie, serwowała nam szalone i ciekawe informacje z przeszłości, „Erudycja” zaś skupia się na różnych dziedzinach nauki. Na początek biorę się za „Nieznośna naturę”, tom poświęcony biologii, który wciąga, bawi i uczy w naprawdę dobrym stylu.


Co znajdziecie na jego łamach? Wszystko to, co w biologii ciekawe i nietypowe. Podobnie, jak to było w „Strrrasznej historii”, tak i tu twórcy nie zamierzają nas oszczędzać, dzięki czemu dostajemy zabawne, straszne i ohydne ciekawostki. Interesują Was żaby, które mogą mieszkać w toalecie? A może nietoperze wampiry i to, w jaki sposób wysysają krew? Albo ryby, których jedzenie może Was zabić? A może ciekawi Was co mają wspólnego szczur i hipopotam? Albo chcecie zobaczyć morskie stworzenia wyglądające jak potwory z filmów SF? A zatem to lektura dla Was! Gotowi na szaloną wyprawę w głąb niezwykłego i pełnego zagrożeń świata natury?


Seria ta powstała trzy lata po zapoczątkowaniu wydawania „Strrrasznej historii” i ukazuje się po dziś dzień. Wszystko za sprawą Nicka Arnolda, który na University of North London pracował nad edukacyjnym projektem. Tak się złożyło, że wysłał do wydawcy list z po części żartobliwą propozycją, że jeśli szukaliby kogoś do napisania strasznej książki o nauce, to on byłby chętny. O dziwo wydawca odpowiedział i tak zaczęły się losy tej serii. A dokładniej cyklu „Horrible Science”, który jest jednym z kilku wchodzących w skład tego, co u nas ukazuje się pod szyldem „Monstrrrualna erudycja”, ale o tym szerzej opowiem przy innej okazji.


Pozostaje pytanie, co kryje się za tym wszystkim? Po części wiecie to już z opisu samej treści, ale spokojnie, przyjrzyjmy się całości bliżej i rozwiejmy wszelkie wątpliwości. A zatem w skrócie rzecz ujmując całość ma przede wszystkim w sympatyczny i interesujący sposób przekazać wiedzę młodym czytelnikom i robi to tak dobrze, że dzieci chcą więcej i więcej. Wszystko dlatego, że autor do tematu podchodzi z lekkością i nonszalancją, jakiej brak nauczycielom, a całość może pochwalić się także udaną szatą graficzną.


A wszystko to zebrane w cienkich, ale treściwych tomikach, które równie miło się czyta, co ogląda. Zabawa z całością jest przednia, a także bardzo wartościowa. Jednocześnie nie ma tu treści nieodpowiednich dla najmłodszych, a wiedza, jaką przekazują poszczególne tytuły może zaskoczyć także dorosłych. Dlatego polecam tam ten tom, jak i całą serię, nieważne ile macie lat – ważne byście chcieli przeczytać coś lekkiego, mądrego i przeznaczonego dla całej rodziny.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

piątek, 30 sierpnia 2019

Lucky Luke #15: Ucieczka Daltonów - Morris, René Goscinny

DALTONOWIE… RAZ JESZCZE


Od czasu wydania poprzednich części „Lucky Luke’a” minęły dwa miesiące i znów w nasze ręce trafiają dwa kolejne tomy serii. Podobnie, jak to było w ostatnich miesiącach, także i tym razem jeden z nich to klasyk napisany przez René Goscinnego, drugi zaś to rzecz nowa. Oba jednak są mocno zbliżone tematycznie, bo traktują o Daltonach, największych wrogach naszego dzielnego szeryfa. I oba są bardzo udane, choć „Ucieczka Daltonów” Goscinnego i Morrisa, jak na klasyk przystało, robi największe wrażenie.


Daltonowie powracają. Znowu. Na razie jednak tkwią w więziennych murach, gdzie odsiadują wyrok ponad trzystu lat pozbawiania wolności. Wydaje się, że pogodzili się ze swoim losem, nie próbują uciekać i sprawują się nad wyraz dobrze. Czyżby zaszła w nich wielka zmiana? Wszystko weryfikuje wieść, że Lucky Luke zatrzymał się właśnie w pobliskim mieście. Czego, jak czego, ale takiej okazji przegapić nie mogą! Dlatego też uciekają z więzienia o zaostrzonym rygorze i, jak na nich przystało, planują zemstę. Tym razem chcą jednak ośmieszyć Luke’a, zniszczyć go w oczach ludzi, a potem… No cóż, chyba się domyślacie. Czy ich plan, po tylu porażkach, ma w ogóle szansę realizacji? I jak z tym wyzwaniem poradzi sobie nasz dzielny szeryf, strzelający szybciej, niż jego cień, a także jego wierny koń?


Każdy pozytywny bohater komiksowych musi mieć jakichś swoich arcywrogów, wiedzą to wszyscy miłośnicy tego medium. Fakt ten widać szczególnie w amerykańskich komiksach superbohaterkich. Chyba każdy czytelnik umie wyliczyć bez chwili zastanowienia takie postacie: Batman ma Jokera, Spider-Man - Green Goblina, Superman ciągle zmaga się z Lexem Luthorem, nawet komiksy dla najmłodszych mają takie postacie, jak chociażby Gargamel w „Smerfach”. Starcia z nimi zawsze przyciągają czytelników, bo ci źli, często lepie wykreowani od głównych bohaterów, zawsze przyciągają uwagę odbiorców.



I nie inaczej jest z Lucky Luke’iem i Daltonami. A choć było już tyle i wspólnych perypetii, kolejne nigdy się nie nudzą. I o nudzie nie ma mowy także w tym przypadku. Co z tego, że każdy doskonale zna już ten schemat i czytał to po wielokroć? Świetne żart, dobra akcja i interesująca fabuła sprawiają, że całość pochłania się szybko i z wielką przyjemnością – a przy okazji pobudza apatyt na więcej. Dobrze więc, że pod ręką jest już kolejny tom.


Wracając jednak do „Ucieczki”, trzeba też wspomnieć kilka słów o szacie graficznej. Bo prac Morrisa na tym pola, choć ze wszech miar klasyczna i typowa dla gatunku, mimo upływu lat wciąż robi świetne wrażenie i wpada w oko. A że i cała reszta jest równie udana, warto sięgnąć zarówno po ten tom, jak i całą serię.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Lucky Luke #72: Pętla na szyi - Laurent Gerra, Achdé

I JESZCZE RAZ DALTONOWIE


Drugi z wydanych w sierpniu tomów „Lukcy Luke’a” to jednocześnie druga w tym miesiącu (i bodajże – jeśli dobrze policzyłem – jedenasta od początku wznawiania tej serii) opowieść o Daltonach. Czy czytelnicy nie poczują się znużeni? Nie, bo to kolejny świetny tom znakomitego cyklu, który udowadnia, że nawet w tak ogranym temacie wciąż można powiedzieć coś ciekawego i dostarczyć czytelnikom świetnej, wcale nie banalnej rozrywki.


Lucky Luke i Daltonowie mają długą i bardzo bogatą wspólną przeszłość. Oni popełniają zbrodnie, on ich łapie. Oni znajdują sposób by uciec z więzienia, on znów ich ściga, przechytrza i zwraca więziennym murom. Czy ta sytuacja może trwać wiecznie? Jak się okazuje nie. A może jednak?

Daltonowie odsiadują właśnie kolejny wyrok, oczekując jednocześnie na prezydenckie ułaskawienie. Zamiast spodziewanej amnestii, zostają jednak skazani na natychmiastowe powieszenie. Czyżby problem z czwórką bandytów miał zakończyć się raz na zawsze? Na wieść Lucky Luke zjawia się na miejscu, ale nie on jedyny wykonuje swój ruch. Do akcji wkracza bowiem matka Daltonów, która nie zamierza pozwolić, by jej ukochani synkowie skończyli na szubienicy. Jak może im pomóc? O dziwo znajduje metodę – i to zgodną z prawem! Co jednak z wyniknie z tego wszystkiego? I co z całą sprawą będą mieli wspólnego… Indianie?


Sporo już było opowieści o Daltonach, oj sporo, o czym pisałem zresztą na wstępie, więc temat mógł się znudzić – i twórcom, i czytelnikom. Ale, jak wspominałem przy okazji omawiania wydanej jednocześnie z tym tomem „Ucieczki Daltonów”, wspólne perypetie Lucky Luke’a i tytułowych bandytów zawsze są atrakcyjne. A, jak widać po tym komiksie, jednocześnie także autorzy wciąż potrafią wykrzesać z siebie i z tematu coś więcej.


Czy sam pomysł na fabułę nie jest dość kontrowersyjny, jak na opowieść familijną? To już każdy powinien rozsądzić sam (pamiętajcie jednak np., że jeden z komiksów o przygodach Sknersua McKwacza, znakomity „Więzień z Doliny Białej Śmierci” też poruszał podobną tematykę, skupioną w postaci sędziego uwielbiającego wieszać, kogo się tylko da, a i w „LL” nieraz pojawiały się podobne wątki), ale zaręczam, mimo to nie ma tu rzeczy niewłaściwych dla najmłodszych. A co jest? Przygody, humor, sympatyczne postacie i dobra akcja. Zabawa z tym albumem jest przednia i jak zwykle wcale niegłupia.

'
Wszystko to wieńczy znakomita szata graficzna (która mimo pewnych unowocześnień nadal zachowuje klasyczny wygląd) oraz równie dobre wydanie. Kto lubi klasycznego „Lucky Luke’a”, także z tych nowych odsłon będzie zadowolony. Tak samo jak miłośnicy dobrych komiksowych komedii.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Switched #1 - Shiki Kawabata

PIĘKNA I BESTIA


Kolejna nowość od Waneko to nie lada gratka dla miłośników romantycznych shoujo. „Switched” bowiem to seria niemal idealna dla miłośników komedii romantycznych z fantastyczną nutą. Zabawna, śmieszna, przesycona emocjami i intrygującymi zwrotami akcji, połączona na dodatek z wcale niegłupia fabuła. W skrócie: jeśli lubicie szojki, to kolejna rzecz, którą koniecznie powinni nie tylko poznać, ale i dołączyć do swojej kolekcji.


Ayumi Kohinata chodzi do pierwszej klasy liceum, jest ładną dziewczyną i jakoś wiedzie jej się w życiu. Co tam jakoś! Właśnie chłopak, w którym jest zakochana, zaproponował jej by zaczęli ze sobą chodzić. Czy może być coś piękniejszego? Ayumi nie ma jeszcze pojęcia, jak bardzo za chwilę zmieni się jej życie. Już następnego dnia dostaje bowiem tajemniczy telefon od koleżanki z klasy, na którą nigdy nie zwracała uwagi. Zenko Umine, bo tak jej na imię, szkolna brzydula, dziewczyna o brzydkiej cerze i z solidnym nadmiarem kilogramów, mówi do niej: Zaraz umrę. Spójrz w górę, po czym rzuca się z dachu. Ayumi mdleje, ale kiedy odzyskuje przytomność, okazuje się, że jest w ciele Umine! Jak bardzo teraz zmieni się jej życie? I co takiego zdarzyło się w tamtej chwili, że znalazła się w takiej sytuacji?


Temat zamiany ciał to jeden z najbardziej nośnych motywów, ciągle wykorzystywanych przez twórców najróżniejszych dzieł. Chyba każdy z nas zapytany o to, z miejsca wymieni kilka komedii na nim opartych: „Switch”, „Zwariowany piątek” czy „Vice Versa”. Podobnych przykładów można by mnożyć i mnożyć, w tym także tych komiksowych („Superior Spider-Man”) czy poważniejszych, bo przecież autorzy horrorów czy szeroko pojmowanej fantastyki, gdzie potrafiono zmienić ten wątek w temat-nośnik większej głębi. Ale przecież i komedie zawsze miały na celu jedną rzecz – pouczenie nas odnośnie tego, jak mylnie postrzegamy innych i samych siebie.


I o tym opowiada też ta manga. Komedii romantycznych w temacie nigdy nie brakowało, ale „Switched” nie tylko doskonale wpasowuje się w cały schemat, ale też i doskonale go wykorzystujący. Na wielkie nowości i oryginalność nie macie tu co prawda co liczyć, jednak jeśli lubicie podobne historie – albo po prostu dobre, romantyczne shoujo, nie będziecie zawiedzeni. W końcu dostaniecie tu pełną pomyłek i emocji opowieść, która pozwoli Wam się dobrze bawić, a pewnie i niejedna czytelniczka wciągnie się w ten świt i życie bohaterów tak, że nie ustrzeże się paru wzruszeń.


Jeśli zaś chodzi o szatę graficzną, „Switched” jest mangą typową dla swojego gatunku (bo i czego innego mielibyśmy oczekiwać, prawda?), ale jednocześnie w naprawdę przyjemny dla oka sposób. Rysunki nie są bowiem tak uproszczone, jak często spotyka się w podobnych dziełach, a jednocześnie zachowują prostotę i lekkość typowych shoujo. W skrócie: każdy fan będzie zadowolony. Je swej strony polecam i jestem ciekaw co  tego wszystkiego wyniknie. Nie, żeby nie było to oczywiste, ale i tak mam ochotę poznać całość.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








czwartek, 29 sierpnia 2019

Mroczna Wieża, tomy 2-7 - Stephen King

MROCZNA WIEŻA


Dziś będzie krótko, zbiorczo i na temat. Piętnaście lat po zakończeniu cyklu „Mroczna Wieża” chciałbym wrócić do tej opowieści i odświeżyć nieco recenzje poszczególnych tomów. Części 1 i 4.5 omówiłem dość obszernie w oddzielnych tekstach, więc pomijam w tym zestawieniu, pozostałe zaś serwuję poniżej.


Powołanie trójki:

Roland po wydarzeniach z tomu pierwszego budzi się na brzegu morza i z miejsca los konfrontuje go z dziwacznymi stworzeniami: homarokoszmarami. Ranny, pozbawiony kilku palców i trawiony gorączką rewolwerowiec musi stawić czoła kolejnemu zadaniu, postawionemu na jego drodze do Mrocznej Wieży. Oto bowiem znajduje na plaży drzwi, które przenoszą go do naszych czasów, gdzie zebrać ma swą drużynę - tytułową trójkę pomocników...


Drugi tom „MW” i najlepszy z całej serii, zaczyna się tak, jak radził Hitchcock - trzęsieniem ziemi. Potem napięcie już tylko narasta, a fabułą zachwyca coraz bardziej. Przyznam się szczerze, że uwielbiam książki, w których autor najpierw praktycznie wykańcza bohatera, meczy go do granicy śmierci, by dać mu wreszcie odrodzenie i takie właśnie coś dostałem w "Powołaniu trójki"


Poza tym otrzymałem też to, co w Kingu najlepsze. Lekki, znakomity styl, brak dłużyzn (przynajmniej jakichś znaczących), dużo psychologii i obyczajowości, spojrzenie na USA tamtych czasów nieco satyrycznym okiem i oczywiście masę nawiązań do innych książek Króla. Nie zabrakło też emocji, zaskoczeń czy wzruszeń i wiecznej tajemnicy, która rozpala wyobraźnię.


I cóż tu więcej dodać? Ci, którzy nie byli przekonani "Rolandem" śmiało mogą sięgnąć po "Powołanie...", bo jest to powieść znakomita, typowo Kingowa, łamiąca schematy i po prostu zachwycająca (szczególnie Dettą/Odettą). A ci, którzy polubili Rolanda? Cóż, im nawet nie muszę tego polecać, tak samo jak wyznawcom dzieł Króla Stephena. Tak czy inaczej polecam gorąco, koniecznie z uprzednim przeczytaniem tomu poprzedniego. Warto!


Ziemie jałowe:

Trzeci tom Mrocznej Wieży to ciąg dalszy wędrówki Rolanda i jego Ka Tet w poszukiwaniu tytułowej budowli. Na drodze staje im jednak wiele niebezpieczeństw poczynając od olbrzymiego niedźwiedzia-strażnika Shardika po inteligentny... pociąg!


King powraca do świata swego największego dzieła i z trzecim tomem "MW" zaczyna wkraczać coraz bardziej na rejony postmoderny. Mnoży tez nawiązania do swej twórczości i zmienia coraz bardziej sagę w katalizator jego wszystkich powieści i zbiorów opowiadań. Choć zarazem czyni to bardziej subtelnie i na poziomie dostrzegalnym tylko dla największych fanatyków pisarza.


Z kolejnych plusów warto wymienić znakomity styl, brak większych dłużyzn, co jest typowym kingowym błędem, emocje, akcję, napięcie, klimat, retardacje (w tym finałową, za którą fani chcieli swego czasu udusić wręcz Kinga - szczęście, że polscy czytelnicy dostawali sagę w krótkich odstępach czasowych)...


Niestety minusów również "Ziemiom..." nie brakuje, a największy z nich to ewidentnie schematyczność. Znów zaczyna się od wielkiego zagrożenia, znów bohaterowie wychodzą z niego niemal bez szwanku, znów wędrują, a na koniec znów czeka ich wróg do pokonania. Z tym, że King na szczęście stara się przełamywać takie momenty przebłyskami inwencji, dzięki czemu schemat zręcznie udaje mu się ukryć. I to na tyle znakomicie, że powieść fanom jego twórczości po prostu nie może się nie podobać.


Niestety, to ostatni taki przebłysk talentu w sadze. A szkoda. Jednak mimo tego, co King zrobi w dalszych tomach, polecam całym sercem. Dla wielu z pewnością będzie to najlepszy tom „MW”.


Czarnoksiężnik i kryształ:

Czwarty tom przygód Ka-Tet dążących do Mrocznej Wieży rozgrywa się głównie na szosie. Widząc w dali pewną budowlę, bohaterowie zmierzają w jej stronę. W trakcie jednak zatrzymują się na noc i Roland zaczyna snuć historię swojej miłości do Susan...


Jak widać jest to więc powieść głównie romantyczna. Całość, muszę to przyznać, zaczynająca się intrygująco i ciekawie, ale będąca taką niestety jedynie do czasu. Młodość Rolanda i losy jego miłości z czasem zaczynają nudzić, a King przybiera rozwlekły styl gawędziarstwa, który należy do jego najgorszych cech jako pisarza. Brak też w tym tomie oryginalności. Po świetnych "Ziemiach jałowych" i retardacjach jakie Król zaserwował nam na koniec, nie spełnił pokładanych w tomie nadziei. Niby rozwiązał wątek Blaine'a Mono i Gashera, ale nie w sposób efektowny, ani tym bardziej satysfakcjonujący.


Wmieszał jeszcze w to wszystko nawiązania (moim zdaniem zbędne i absolutnie rażące) do "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", a całość dodatkowo skonstruował tak by pozostawić dużo niedomówień (akurat tym razem takich, na których rozwiązaniu nie zależy czytelnikowi, bo nie zdołał się w nie zaangażować) i nie posunąć bohaterów w drodze do Wieży ani odrobinę do przodu. Że o zakręceniu akcji do tego stopnia, że zaczyna szwankować logika i kilku błędach już nie wspomnę.


Cóż więc tu dużo mówi. Ci którzy za cel przyjęli przeczytanie wszystkiego co King napisał, albo pokochali sagę, po tom sięgną niezależnie od tego co napiszę. Pozostali nie mają tu raczej czego szukać i taka jest smutna prawda o "Czarnoksiężniku i krysztale."


Wilki z Calla:

"Wilki z Calla", dalszy ciąg opowieści o Rolandzie i jego Ka-Tet, to pierwszy z tzw. tomów powypadkowych Kinga. Dla wielu od tego momentu saga zaczęła staczać się po równi pochyłej, ale moim zdaniem jest to tylko kontynuacja tendencji tomu poprzedniego. To jednak, że King omal nie zginął w wypadku samochodowym 4 lata wcześniej odcisnęło na sadze wielkie piętno. Do tego stopnia, że patos stał się niemal nieznośny, a Król, poznawszy kruchość własnego życia, postanowił uczynić siebie centralną wręcz postacią "MW"...


"Wilki z Calla" opowiadają o dotarciu Ka-tet do tytułowego miasteczka i starciu rewolwerowców z tajemniczymi wilkami atakującymi jego mieszkańców. Początek jest całkiem obiecujący, choć to kopia „Siedmiu rewolwerowców” (albo, jak wolicie, „siedmiu samurajów”), ale wraz z rozwojem akcji książka traci coraz bardziej na jakości. Główną tego przyczyną jest mdły i rozwlekły (by wręcz nie powiedzieć rozlazły) styl Kinga, ale nie jedyną. Wiele psuja też słabe, czasem idiotyczne pomysły i nawiązania do popkultury („Harry Potter”, „Fantastyczna Czwórka” - i to nie tylko wspomniane w rozmowach). Nie jest to może powieść zła - mimo wszystko czyta się ją dobrze - ale i tak rozczarowuje.


Fanom Króla i "MW" polecać nie muszę. Reszta będzie niestety zawiedziona. I to aż za bardzo.


Pieśń Susannah:

Przedostatni tom "Mrocznej Wieży" rozpoczyna się w momencie, gdy Callahan i Jake ruszają za Susannah do Nowego Jorku roku 1999 przy okazji chcąc znaleźć Czarną Trzynastkę - magiczną kulę o pechowych mocach. Tymczasem Roland rusza w podróż do roku 1977 odkupić pewną parcelę od Kevin Towera, a także spotkać pewnego skromnego pisarza - Stephena Kinga...


Fabuła "Pieśni..." jak widać nie jest już jak dotychczas zamkniętą (przynajmniej w ramach tytułu) całością, a po prostu kolejnym odcinkiem sagi. Cieńszym zresztą od poprzednich 4 tomów (tylko „Roland” i „Powołanie trójki” były mniej imponujące objętościowo) i to jeden z największych plusów tego tomu. Niestety powypadkowa tendencja do patosu i czynienia z siebie samego istoty najważniejszej dla całego wszechświata (nie ma to jak skromność, prawda?) oraz, oczywiście, do dłużyzn, ciężkości stylu i przynudzania, pozostała.


Dużo jest tu puszczania oka do czytelnika, szczególnie do wiernego fana Króla, sporo zabawy historią współczesna (11 września nie może nie być obecny, choć akcja ani na chwilę nie przenosi się do roku 2001) i popkulturą, ale nie na wiele się to zdaje. Świetnie za to spełniają się wątki z samym Kingiem, choć czasem taka autoparodia robi się niestrawna. King bowiem znakomicie wplata w fikcję swe własne życiem swą autobiografię z lat początków swej kariery, a na koniec raczy czytelników zapewne nieco podkolorowanymi, ale jednak intrygującymi fragmentami ze swojego dziennika z różnych okresów. Wspomina tam o kryzysach twórczych, wahaniach co do pomysłów, prywatnych problemach i kwestiach związanych z wydawaniem powieści. Wprawdzie wszystkie wątki tu zawarte kręcą się wokół albo sagi „Mrocznej Wieży”, albo powieści ściśle z nią powiązanych, ale nie zmienia to faktu, że taki wgląd w życie autora stanowi najlepsze co w książce znajdziemy. Szkoda jednak, że tylko tyle.



Mroczna wieża:

Sagę Mrocznej Wieży sai King pisał przez 34 lata. Przez te 34 lata przeżywał wzloty i upadki i nie było właściwie pewne czy „MW” dobiegnie wreszcie końca. Niemniej Rolanda nie porzucił nigdy i niemal każdą książkę, którą napisał pod własnym nazwiskiem, napisał tak, żeby łączyła się w mniejszym bądź większym stopniu z jego przygodami. Wypadek jednak, w którym prawie stracił życie, skłonił go do skończenia sagi. I oto teraz stajemy u zakrętu ścieżki prowadzącego nas wprost po wielką czarną wieżę na polu czerwonych róż. Wreszcie.


Jak można było oczekiwać w końcu dostajemy odpowiedzi na masę pytań i to nie tylko zadanych w trakcie siedmiu tomów. W "Mrocznej Wieży" King dopisuje bowiem epilog do Miasteczka Salem (kolejny już, bo kilka faktów przedstawił nam w dwóch poprzednich tomach), zakańcza pozostawione po "Bezsenności" wątki z Karmazynowym Królem i dodaje kilka wiadomości do "Serc Atlantydów". A to tylko m.in. bo tak naprawdę w tym tomie zbiega się niemal cała twórczość Kinga.


Oczywiście koniec wędrówki Rolanda jest głównym tematem tomu. Jego starcie z Mordredem, przeprawa przez pole róż i wreszcie dotarcie (nie bez strat i tragedii) do Mrocznej Wieży. Co tam znajdzie? Czy spełni to trwające ponad trzy dekady oczekiwania? Każdy już sam musi sobie na to odpowiedzieć. Ja zakończeniem jestem usatysfakcjonowany, choć lektura dłużyła mi się i nie raz wiało z niej nudą. Gawędziarstwo Kinga osiąga tu bowiem szczyt, a jego styl nuży niestety i irytuje pomysłami wręcz idiotycznymi. Żal też jest kilku wątków, na rozwinięcie których liczyłem: kilku pytań pozostawionych przez Kinga otwartymi. Nie są to może sprawy, których nie da się domyślić z lektury, ale i tak chciałoby się czegoś więcej (nie będę jednak zdradzał szczegółów). Błędów z poprzednich tomów Król również nie poprawił w żaden sposób, a szkoda.


Niemniej polecam. Bawiłem się lepiej niż się spodziewałem i nawet patos był tym razem odpowiednio zaserwowany. I choć ocena 7/10, jaką wystawiłbym temu tomowi jest może nieco naciągana z sympatii do Kinga, to po książkę warto jest sięgnąć. I warto poznać całą sagę, bo mimo pewnych minusów i wpadek, to epicka, porywająca rzecz, o której szybko się nie zapomina.


Serię, jak i inne książki Stephena Kinga i wszelkie nowości kupić możecie tutaj:

Kajtek i Koko w kosmosie #4: Planeta automatów - Janusz Christa

PODRÓŻ PRZEZ KOMOS TRWA


"Kajtek i Koko w kosmosie" to nie tylko najdłuższy polski komiks (historia ta pierwotnie drukowana przez cztery lata na łamach „Wieczoru Wybrzeża” zamknęła się na niemal 1300 paskach komiksowych), ale też i jedno z najlepszych, jakie stworzyli rodzimi autorzy. Przez lata wznawiano mniej lub bardziej pełne edycje całości, w latach 1991 - 1992 próbowano wypuścić nawet kolorową wersję, ale skończyło się na trzech z dwunastu planowanych zeszytach. Na szczęście nieco ponad rok temu Egmont podjął się właśnie wydania całości w kolorze, tym razem w siedmiu częściach. Pierwsze trzy części ukazały się stosunkowo szybko, ale oczekiwanie na czwartą przedłużało się coraz bardziej, aż zacząłem się bać, że na tym będzie koniec. Ale teraz mamy wreszcie kolejną odsłonę serii i jak zwykle jest się z czego cieszyć. Bo "Kajtek i Koko w kosmosie", jak wszystkie dzieła Janusza Christy, to rzecz, którą znać wypada, ale przede wszystkim warto. Absolutny klasyk, który nieprzerwanie zachwyca od tylu dekad i nie ma znaczenia, w jakim wieku jest odbiorca


Szalona podróż przez kosmos trwa. Po ostatnich przygodach dzielny Kajtek i leniwy tchórz Koko trafiają na planetę automatów. Co ich tam czeka? Przygody, niebezpieczeństwa i wiele więcej! A w tle rozpali się iskra miłości!



Jaki jest „Kajtek i Koko w kosmosie” wie każdy, kto miał w swoich rękach choć jeden komiks Christy. Kiedy powstawał, był zwieńczeniem przygód tytułowych bohaterów, a zatem autor dołożył wszelkich starań, by było to dzieło jak najlepsze. Zresztą fani nie pozwolili mu na nic innego. Rzecz w końcu podobała się tak bardzo, że nawet kiedy Christa chciał zakończyć całość, czytelnicy nie dawali mu na to szansy, żądając dalszych epizodów. Nic w tym jednak dziwnego, historia oparta została na sprawdzonym pomyśle, wtedy jeszcze dostatecznie świeżym, by nie raził wtórnością, pobudzała wyobraźnię i dostarczała niesamowitych wrażeń. I nadal to robi, choć minęło już ponad pół wieku od powstania całości. Wizje Christy, choć oldschoolowe - a może także dzięki temu - intrygują bogactwem wyobraźni. Jest też w tym dziecięca fascynacja nieznanym, jest sentyment - dla starszych - i ponadczasowa przygada dwóch przyjaciół - dla młodszych odbiorców. A wszystko to znakomicie, klasycznie zilustrowane.



Bo nie ma się co oszukiwać, ilustracje są tu równie dobre (jeśli momentami nie lepsze, ale to już każdy osądzić musi sam) co scenariusz. Kreska jest klasyczna, doskonała w swej cartoonwosci, pełna detali i przepychu widocznego w gęsto zarysowanych kadrach i uzupełniona o z szacunkiem dobrany kolor. Jedynie zmiana układu z pasków na strony, która wymusiła uzupełnienie braków na kadrach, rzuca czasem się w oczy, ale i to jedynie nieznacznie. Do tego mamy świetne wydanie i szansę, by w końcu w całości poznać „Kajtka i Koka w kosmosie”. A poznawać jest co, bo to kwintesencja tego, co można określić mianem klasyki rodzimego komiksu. Jest tu wszystko to, za co kochamy dzieła Christy i wszelkich innych autorów z tamtych lat. Jeśli zatem jeszcze nie znacie tej historii, jak najszybciej nadróbcie ten błąd. Nie pożałujecie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Kasia i jej kot, tom 2 - Christophe Cazenove, Hervé Richez, Yrgane Ramon

KASIA, KOT I KOBIETA


Może „Kasia i jej kot” nie jest serią na miarę „Garfielda” – w końcu ideał może być tylko jeden – ale to i tak kawał dobrego komiksu humorystycznego o kocie. Nie muszę więc chyba dodawać, że jeśli cenicie europejskie dzieła tego typu, jest to rzecz dla Was i powinniście ją poznać? Właśnie. Podobnie sprawa ma się z właścicielami kotów, którzy odnajdą tu niejeden epizod ze swojej codzienności, więc po prostu dajcie tej serii szansę i przekonajcie się, co może Wam zaoferować.


Główną bohaterką serii jest Kasia, choć pewnie jej kot powiedziałby, że wcale nie ona. Dziewczynka mieszkała sama wraz z tatą, wiodła typowe życie dziecka, aż w codzienności obojga pojawił się on – kot o imieniu Sushi. Adoptowany przez oboje, zadomowił się i zaczął pokazywać, na co go stać. A stać na wiele, bo to niepokorna, psotna i nieco szalona bestyjka.

Co czeka na bohaterów w tym tomie? Dla Sushiego prawdziwą atrakcją staje się przydomowy ogródek. A właściwie duży ogród, w którym może hasać do woli. Pytanie jednak jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, pojawia się nagle, kiedy tata Kasi poznaje kobietę, w której się zakochuje. Coraz częstsze wyjścia i spędzanie czasu z wybranką serca to jednak dopiero zapowiedź prawdziwych zmian. Jak rodzina przetrwa podróż do Wenecji? I jak poradzi sobie – w szczególności Sushi – kiedy wszyscy staną oko w oko z perspektywą przeprowadzki?


„Kasia i jej kot” to kolejna pozycja z linii wydawniczej „Komiksy są super”. Co to oznacza, wiedzą wszyscy, którzy mieli w rękach choć jeden album z jej logo na okładce. Dla całej reszty natomiast krótkie wyjaśnienie: mamy tu do czynienia z komiksem o nieco mniejszy, niż standardowo w europejskich dziełach się zdarza formacie, ale za to zbierający trzy oryginalne albumy, a wszystko to za niską cenę. Jeśli zaś chodzi o zawartość, w ręce czytelników trafia sympatyczna komedia familijna, świetnie nadająca się dla dużych i małych i dostarczająca konkretnej porcji dobrej, często też pouczającej zabawy.


Scenarzysta serii, Christophe Cazenove, doskonale znany polskim czytelnikom z serii „Sisters”, serwuje nam kawał uroczego, zabawnego i interesująco komiksu. Nie ma tu ciętej satyry, która dodałaby całości mocy, ale i tak czytanie perypetii Kasi i Sushiego daje sporo przyjemności, nawet jeśli jest to głównie lekka i niezobowiązująca lektura, jaka najbardziej spodoba się najmłodszym. Najbardziej, ale – jak już wspominałem – nie jedynie. Sam mam w końcu trzydzieści wiosen na karku i wciąż dobrze się przy serii bawię.


Sympatyczna, lekka, prosta i pełna uroku szata graficzna, w połączeniu z wpadającym w oko kolorem, dobrze to wszystko uzupełnia. O samym wydaniu już pisałem, więc dodam tylko, że komiks został  wydrukowany na papierze kredowym i zamknięty w twardszej, kartonowej okładce, dzięki czemu także na zewnątrz prezentuje się bardzo przyjemnie. Nie przedłużając więc, polecam całość Waszej uwadze. Jak każda seria wydawana w ramach linii „Komiksy są super”, tak i ta warta jest poznania.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



środa, 28 sierpnia 2019

Deadpool Classic, tom 7 - Jimmy Palmiotti, Buddy Scalera, Paul Chadwick, Georges Jeanty, Karl Kerschl, Michael Lopez, Darick Robertson, Liam Sharp, Anthony Williams

MIŁOŚĆ, GANGSTERZY I PUNISHER


Aż trudno uwierzyć, że to już siódmy zbiorczy tom klasycznych przygód „Deadpoola". Wydanie pierwszego z nich pamiętam, jakby to było wczoraj, a proszę, seria zabrnęła już tak daleko. Przygody, które dostajemy w tych tomach „Classic” co prawda znacząco różnią się od tego, co obecnie możemy czytać w serii - są poważniejsze i bardziej przegadane - ale nadal bardzo charakterystyczne i mające gdzieś polityczna poprawność. Poza tym w czytelnikach pamiętających początki polskiego boomu na amerykańskie opowieści obrazkowe z pewnością obudzą niejedną tęsknotę. I chociaż jednocześnie „Deadpool” nie ustrzega się pewnych kiczowatych naleciałości, tak charakterystycznych dla tamtego okresu, to w dobrym stylu udaje mu się przełamać zdecydowanie większą część obowiązującej wtedy konwencji.


Deadpool powraca, znów pokazując, że w jego życiu nie ma miejsca na spokój. Rozliczenie się z gangsterami to jedno, ale kiedy pojawia się nowa kobieta, która wpada mu w oko, wydarzenia nabierają tempa. Kim jednak jest ta piękna tatuażystka? Bo to, że skrywa jakiś sekret jest bardziej niż pewne. Oczywiście to nie jedyny problem z kobietą, jaki spotka naszego bohatera, bo oto na horyzoncie pojawia się jego ex! Ale i na polu zawodowym Deadpool nie ma łatwo, bo choć u jego boku pojawia się pomocnik Pool Boy, problemów nie brakuje. No, ale kiedy przyjmuje się zlecenie na takiego gościa, jak Punisher, nic może pójść tak, jak powinno!


Oczywiście to nie wszystko, co czeka na Was w tym tomie. Za zebrane tu opowieści wzięła się zupełnie nowa ekipa twórców i, jak to w takich przypadkach bywa, scenarzyści postanowili pokazać na co ich stać i przebić poprzedników. Czy im się to udało? Każdy musi ocenić sam, jedno jest pewne, zabawa jest naprawdę dobra. Podstawą całości są dwie rzeczy: akcja, która pędzi na złamanie karku i humor. W przypadku pierwszej z nich mamy dużo walk, strzelanin, masakr i tym podobnych atrakcji, jeśli zaś chodzi o humor, to jest on czarny, cięty i niepoprawny politycznie – i to jest w całej serii najlepsze. Może nie ma tu tej świeżości i ostrości, co w innej serii, której „Deadpool” wydaje się być kopią, czyli kultowego „Lobo”, nadal jednak wszystko to wypada naprawdę znakomicie i wyróżnia się na tle mainstreamowych dokonań.



Co ciekawe, „Deadpool” nie wolny jest także od swoistego uroku, który przejawia się nie tylko w scenariuszach, ale także i w rysunkach. Bo, jeśli chodzi o szatę graficzną, to mamy tu całkiem udane połączenie cartoonowych klimatów z pełną detali robotą, typową dla końca lat 90. i początku XXI wieku. Jest tu sporo oldschoolu, jest też pewna doza nowoczesności, która spodoba się miłośnikom bardziej współczesnych komiksów. Wszystko to wygląda bardzo dobrze, nawet jeśli nie wyróżnia się artystycznie na tle podobnych dzieł.


W skrócie: „Deadpool Classic” to po prostu dobry komiks środka. Rzecz ciekawa i w odróżnieniu od obecnych przygód bohatera, dostarczająca zdecydowanie więcej treści. Kto lubi marvelowkie komiksy, niech się nie waha.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Avengers #3: II wojna domowa - Mark Waid, Adam Kubert

AVENGERS PORÓŻNIENI?


Tak to już w tym świecie Marvela jest, że kiedy tylko pojawia się jakiś event, niemal wszystkie serie zostają zaangażowane w jego wydarzenia. Nie inaczej jest w przypadku „II wojny domowej”, która mocno odbiła się szczególnie na życiu Avengersów i to widać w najnowszym tomie. Tomie, który bardzo dobrze pasuje do całego pisanego przez Bendisa eventu, bo Mark Waid, scenarzysta „Avengers”, ma podobne do niego poczucie humoru. Jeśli więc podobała się Wam najnowsza „Wojna domowa” i poprzednie tomy tej serii, tym razem też nie będziecie zawiedzeni.


Na początek warto przypomnieć o co w ogóle w „II wojnie domowej” chodzi. Rzecz sprowadza się do tego, że na świecie pojawił się nowy Inhuman. Ulysses, bo tak się nazywa, potrafi przewidywać przyszłość, a dokładniej doświadczać jej na własnej skórze, co pozwala superbohaterom reagować z wyprzedzeniem na wszelkie zagrożenia. Kiedy jednak dochodzi do sytuacji, że Kapitan Marvel, odpowiedzialna za wykorzystanie Ulyssesa, chce zajmować się tymi, którzy jeszcze nie popełnili zbrodni, Iron Man sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy. Społeczność herosów zostaje podzielona, a napięcie między nimi narasta do nieznośnego poziomu…

Akcja tego komiksu dzieje się po trzecim zeszycie „II wojny domowej”, a więc w samym środku szalonych wydarzeń. Gdy konflikt nabiera tempa, każdy z członków Avengers podchodzi do niego na swój własny sposób. Wasp czuje rozczarowanie kolegami po fachu, Thor przekonuje się ile warte jest opieranie się na wizjach przyszłości, a Vision rusza w podróż w czasie..


„Avengers” Marka Waida zasadniczo różnią się od przygód bohaterów tej grupy pisanych wcześniej przez Hickmana. Poprzedni scenarzysta stawiał na od początku do końcu jedną, wielką opowieść, w której nie było miejsca na humor (nawet żarty Spider-Mana wydawały się bardziej wysilone, niż kiedykolwiek wcześniej). Waid idzie inną drogą. Wracając do początków istnienia Avengersów, bierze na warsztat niepasujący do siebie skład grupy, w większości jakże niedoświadczonej, i próbuje ich ze sobą dotrzeć w niezależnych dość historiach. Niby już na tym etapie opowieści członkowie znaleźli swoje miejsce, ale wciąż iskrzy między nimi, a to zawsze budzi emocje.


Ale nie jest to zasadnicza zmiana w stosunku do runu Hickmana. Różnica między oboma leży w czymś innym: humorze. Waid nie żałuje nam żartów i lekkości, a że jednocześnie łączy to z dramatyczną akcją i szybkim tempem, daje nam naprawdę znakomitą mieszankę, którą świetnie się czyta. Pod tym względem jego „Avengers” najbardziej przypominają przygody X-Menów pisane przez Bendisa w ramach Marvel Now. A że za event „II wojna domowa” odpowiada Bendis właśnie, chyba ten dodatek najlepiej ze wszystkich komponuje się z samym wydarzeniem.


Do tego wszystkiego mamy świetne rysunki Kuberta, jednego z najlepszych ilustratorów pracujących nad wydawanymi w Polsce seriami Marvl Now 2.0 i dobry kolor. Znakomite wydanie też nie pozostawia nic do życzenia. No może jedynie przydałoby się więcej stron, bo całość szybko się kończy, ale uczucie niedosytu jest tu jak najbardziej porządne. Dlatego fanom Marvela polecam całość z czystym sercem.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.