piątek, 29 listopada 2019

Cała Orsinia - Ursula K. Le Guin

SWOJSKA ORSINIA


Wydawnictwo Prószyński i S-ka nie zwalnia tempa i po serii zbiorczych wydań całych cykli Ursuli K. Le Guin oraz m.in. tomu jej esejów, przygotowało dla nas swoiście pożegnalną propozycję. „Cała Orsinia”, bo o niej mowa, ostatni z omnibusów jej twórczości, to kompletny zbiór tekstów opisujących losy fikcyjnego europejskiego państwa. Tekstów znakomitych, nieco innych, niż te, do których przyzwyczaiła nas autorka, ale równie znakomitych i intrygujących.


Witajcie w XIX-wiecznej Orsini, europejskim państwie pozostającym pod władzą Cesarstwa Austrii. Głównym bohaterem całości jest żyjący w dolinie Malafrena Itale Sorde, który pewnego dnia postanawia wbrew woli ojca wyrwać się w wieki świat i dołączyć do rewolucjonistów. Co go czeka na tej nowej życiowej drodze?


Na pomysł Orsynii – zarówno jako kraju, jak i wstępnie jako opowieści – Ursula K. Le Guin wpadała, kiedy miała dwadzieścia lat. Była wówczas w akademiku Everett House w Radcliffe, w jadalni, gdzie uczyła się do późna w nocy, nie przeszkadzając innym. I wtedy do głowy przyszła jej myśl o bliżej nieokreślonym kraju gdzieś w Europie. Kraju niedaleko Czechosłowacji albo Polski, doświadczonego przez drugą wojnę światową, położonego gdzieś, gdzie język pełen jest zarówno naleciałości łacińskich, jak i słowiańskich. Tak w jej umyśle pojawiła się najpierw nazwa, potem kolejne detale, a w końcu wszystko to przerodziło się w opowieść, którą teraz możecie czytać. A właściwie serię opowieści: pełnowartościową powieść, zajmującą większą część niniejszego tomu, trzy piosenki – oczywiście o Orsinii – oraz zbiór opowiadań.


Dzieje Orsinii, chociaż nigdy nie zdobyły nigdy takiej popularności, ani też takiego uznania, jak pozostałe dzieła Le Guin, pozostają kolejnym świetnym tworem. Cóż się jednak dziwić, skoro mamy do czynienia z jedną z najlepszych pisarek fantastyki w dziejach, która od zawsze doskonale tworzyła zarówno swoje światy, jak bohaterów. I to wszystko dostajemy w tym tomie, bardziej swojskie i realne, niż dotychczas. Tradycyjnie przy tym świetnie napisane, poruszające wyobraźnię i umysł. „Całą Orsinię” czyta się zarówno jednym tchem, jak i smakuje powoli. Nie da się też nie docenić zaangażowania artystki i jej znakomitego, pełnego, krwistego stylu, który stanowi jedną z największych sił tych opowieści.


I nie bez znaczenie jest też samo wydanie, bo zbiorczy tom w twardej oprawie, chociaż nie tak obszerny, jak wcześniejsze omnibusy, robi wielkie wrażenie i stanowi idealne uzupełnienie treści. Pięknie przy tym prezentuje się na półce – tak jak cała kolekcja zresztą – przykuwając wzrok i zachęcając do lektury. Polecam zatem gorąco, aż żal, że to już koniec tej kolekcji, bo stanowi jeden z najjaśniejszych punktów na fantastycznym rynku wydawniczym ostatnich lat.


Dziękuje wydawnictwu Prószyński iS-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 28 listopada 2019

20th Century Boys. Chłopaki z dwudziestego wieku #3 - Naoki Urasawa

PRZYJACIELE KONTRA PRZYJACIEL


Ta seria uzależnia i to jeszcze jak. Widzę to po tym, z jakim entuzjazmem za każdym razem rzucam się na każdy kolejny tom „20th Century Boys” i… Wróć, błąd, uzależnia bowiem każda seria jaka wyszła spod ręki Naokiego Urasawy, ale co się dziwić, skoro wszystkie to rewelacyjne historie, dojrzałe, ambitne i zachwycające. „Chłopaki z dwudziestego wieku” zaś to nie tylko kwintesencja twórczości artysty, ale też i najważniejsze a przy tym najlepsze dzieło, jakie wyszło spod jego ręki.


Koniec XX wieku zbliża się nieubłaganie, ale nowe millenium może wcale nie nadejść. 31 grudnia 2000 roku świat ma się skończyć, a przygotowania do tego wydarzenia właściwie już się zakończyły. Ogromny robot czeka na przebudzenie, działania tajemniczego „przyjaciela” przerażają, a wszystkiemu zapobiec może jedynie „dziewięciu przyjaciół”. Czy zdołają?


Naoki Urasawa zachwycił mnie dość dawno temu rewelacyjną serią „Pluto”. Opowieść, choć oparta była na motywach kultowego „Atoma” ojca mangi, Osamu Tezuki, swoją siłę i moc zawdzięczała perfekcyjnemu wykonaniu Urasawy. Skupienie się na tajemnicach i klimacie, wrzucenie w to wszystko niesamowitych, ale przekonujących wizji fantastycznych, zaserwowanie gigantycznej dawki emocji i wreszcie świetnego tempa akcji sprawiło, że całość dosłownie wgniatała w fotel. Że to autorskie podejście artysty przekonałem się w pełni w trakcie lektury drugiej jego serii wydanej w naszym kraju, równie znakomitego „Monstera”. Ale pełnię jego możliwości widać jednak dopiero w „20th Century Boys”.


Ta manga wciąga i fascynuje. Ta manga wzrusza i dostarcza emocji. Ta manga zachwyca klimatem i świetnie skrojonymi postaciami. Ale przede wszystkim należałoby powiedzieć, że ta manga zachwyca tym, jak… Urasawa po raz kolejny sprzedał nam właściwie to samo. Tajemnice przeszłości, bohaterowie z sekretami, dziwne roboty kroczące w mroku, podobne wątki, podobne kwestie poruszane w podobny sposób… Autoplagiat? Nie, bo Urasawa niemal do perfekcji dopracowuje wszystko to, za co kocha się jego twórczość, serwując nam dzieło, które oddziałuje na czytelników praktycznie na każdym polu. Emocjonuje, podsyca ciekawość, oferuje dynamikę, akcję, i przede wszystkim dużo sentymentów. Bo właśnie na tych ostatnich zbudowana jest większość całości, ale jak to właśnie doskonale pasuje do tej opowieści.


I jak opowieść ta jest doskonale zilustrowana. Realistyczna kreska, świetnie zbudowany klimat, doskonałe oddanie wszystkich detali… Ogląda się to z wielką przyjemnością i w tym miejscu należy docenić też polskie wydanie. Podwójnej grubości tomy, dobry papier, powiększony format i zachowanie wszystkich kolorowych stron robią wrażenie. Wszystko, co napisałem powyżej, składa się na rewelacyjną serię, wartą polecenia każdemu miłośnikowi mangi, komiksów i dobrej, mocno trzymającej się ziemi fantastyki.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Shiki #10 - Fuyumi Ono, Ryu Fujisaki

POLOWANIE TRWA


„Shiki”, jedna z ciekawszych i bardziej nietypowych mangowych opowieści grozy, powoli dobiega końca. Przed nami jeszcze tylko jeden tom, a to oznacza, że na tajemnice i powolne budowanie napięcia nie ma już miejsca. Akcja pędzi więc na złamanie karku, trup ściele się gęsto, a wszystkie wątki zmierzają już do wielkiego finału. A wszystko to w naprawdę znakomitym komiksie, w którym wszyscy miłośnicy grozy znajdą coś dla siebie.


Krew, krzyki i nieustające zagrożenie. Gdy wydarzenia w Sotobie nabierają tempa, zbliżając się do nieuniknionego końca, wszyscy przekonują się, co znaczy prawdziwa groza. Polowanie trwa, a na jego czele decyduje się stanąć doktor Ozaki. Wieś staje się aleją kolejnych makabrycznych wydarzeń, ale czym się one zakończą?


Jako długoletni miłośnik horrorów, który swoją karierę fana zaczynał w wieku kilku lat oglądał przez palce „Z archiwum X”, w szczególności pokochałem te z… lat 70. i 80. XX wieku. Jednak straszaki z Kraju Kwitnącej Wiśni, na które kilkanaście lat temu panowała ogólnoświatowa moda, szczególnie do mnie trafiły. A przy okazji tylko jedna książka i jeden komiks w życiu wywołały u mnie jakieś namiastki uczucia lęku i, jak się możecie domyślić, były to dzieła właśnie stamtąd: powieściowy „The Ring" Kojiego Suzuki i manga „Dōmu" Katsuhiro Ōtomo. Owszem, „Shiki" co prawda nie zdołała mnie wystraszyć, niemniej okazała się zadziwiająco klimatyczna i nastrojowa. I to o wiele bardziej, niż większość znanych mi zachodnich komiksów grozy.


Pewnym problemem całości są dwie rzeczy. Po pierwsze „Shiki” nie zaskakuje, a po drugie rysunki, (dziwne, czasem anemiczne postacie, niemalże oniryczne, oparte na zdjęciach plenery) nie każdego kupią, choć moim zdaniem dobrze pasują do całości. I to nawet bardzo. Trudno co prawda zarzucić tej serii wielkość czy większe ambicje, a jednak w swoim gatunku to pozytywnie wyróżniające się dzieło. Tym bardziej, jeśli patrzeć na nie przez pryzmat początków w lightnovelowej formie, której nie trawię.


Kto lubi horrory, niech się nie waha i pozna całość. Warto. Może i niektóre rzeczy mogły być lepsze, może to i owo przydałoby się poprawić czy zmienić, ale znajdźcie mi dzieło, które tego nie wymaga. „Shiki” przynajmniej ma klimat, którego wiele podobnych tytułów może mu autentycznie pozazdrościć i ja to cenię.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 27 listopada 2019

Lodowy smok (wersja ilustrowana) - George R.R. Martin

DZIECKO ZIMY I SMOKI


Powoli zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, wcześniej będą Mikołajki, a więc sporo okazji do dawania prezentów. Wydawnictwo Zysk zaś przygotowało ostatnio kilka ciekawych propozycji na te okoliczności, a jedną z nich jest wznowienie „Lodowego smoka”. Ta lekka, krótka opowiastka fantasy, osadzona w świecie znanym z sagi „Pieśń lodu i ognia” to nie tylko kawał sympatycznej lektury w sam raz dla młodych czytelników, którzy chcieliby od czegoś zacząć swoją przygodę z fantasy, ale też i – w tym konkretnym, przepięknie ilustrowanym wydaniu – doskonały dodatek dla wszystkich miłośników „Gry o tron” i fantastyki w ogóle.


Główną bohaterką jest dziewczynka imieniem Adara. Urodzona w trakcie najgorszych mrozów, jakie widzieli ludzie, mrozów, które zabiły jej matkę, została naznaczona i stała się dzieckiem zimy. Zawsze chłodna – także emocjonalnie – kochająca śnieg i zimno, rok w rok wypatruje lodowego smoka. Ta legendarna istota, budząca grozę we wszystkich poza nią, zdaje się towarzyszyć jej od zawsze, a każdej zimy oboje coraz bardziej zbliżają się do siebie. Wszystko zmienia się, kiedy pewnego razu gospodarstwo, w którym żyje mała Adara zostaje zaatakowane przez ogniste smoki. Tylko pomoc lodowego smoka może przynieść ratunek, ale czy wystarczy?


„Lodowy smok” to opowieść, która narodziła się w roku 1980 na potrzeby antologii „Dragons of Light.”. Pierwotnie było to opowiadanie dla starszych czytelników, ale po latach George R.R. Martin postanowił bardziej dostosować je do potrzeb młodego czytelnika i tak oto w roku 2007 historia ta pojawiła się jako samodzielna książeczka. Niezależnie jednak od tego, po którą wersję sięgniecie – starą znajdziecie w antologii „Retrospektywa” – czeka Was naprawdę sympatyczna, udana rozrywka nie tylko dla dzieci i młodzieży.


Owszem, to rzecz głównie dla młodszych odbiorców, a więc jest prostsza jeśli chodzi o styl, nie ma też pogłębionej psychologii postaci, a jednak całość jest klimatyczna i wciąga. Znajdziecie tu wszystko, czego od fantasy wymagacie, a że „Lodowy smok”, jak już sam tytuł wskazuje, utrzymany jest w zimowej estetyce, doskonale nadaje się na tę kocówkę roku i nadciągającą zimę. Poza tym to udany umilacz czasu w oczekiwaniu na kolejne tomy „Pieśni lodu i ognia”. Owszem, czy jest to rzecz tak do końca powiązana z sagą można by się sprzeczać – wielu wydawców na całym świecie zapewnia, że tak, chociaż sam Martin na swoim blogu twierdzi, że to niezależne dzieła – ale zamiast tego lepiej po prostu przeczytać całość i zdecydować samemu.


Tym bardziej, że rzecz wygląda po prostu pięknie. Znakomite, czarnobiałe ilustracje, które w książce pojawiają się co drugą stronę – czasem nawet częściej – urzekają realizmem i klimatem, jaki budują. Wszystko to wieńczy świetne wydanie i tylko szkoda, że to lektura na raz, bo chciałoby się więcej. Jeśli więc cenicie prozę Martina, sięgnijcie po „Lodowego smoka”, warto. Tym bardziej, że to jedyna dziecięca książka w jego karierze.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Starcie królów (edycja ilustrowana) - George R.R. Martin

KRÓLEWSKA EDYCJA


Można nie lubić twórczości George’a R.R. Martina, ale saga „Pieśń lodu i ognia” to coś, co nie tylko warto, ale wręcz trzeba. W końcu z jednej strony to chyba największy sukces literatury fantasy od czasów dzieł J.R.R. Tolkiena (pomijam tutaj „Harry’ego Pottera”, bo to jednak zupełnie inny rodzaj powieści, choć reprezentujących jeden z podgatunków tej gałęzi fantastyki). Z drugiej zaś po prostu kawał rewelacyjnej literatury, która dla miłośników ciężkiego, dojrzałego, epickiego i realistycznego podejścia do opowieści typu magii i miecza będzie niesamowitym przeżyciem, a zarazem kupić może nieprzekonanych do niego. Jeśli jeszcze nie znacie tej opowieści, teraz, wraz ze wznowieniem drugiego tomu w wersji  ilustrowanej, znów pojawia się znakomita okazja by nadrobić ten ewidentny błąd. Ale i ci, którzy mają już „Starcie królów” na swojej półce powinni zainteresować się tą edycją, bo robi wielkie wrażenie.


Umarł król, niech żyje król. Pytanie jednak, kto nim zostanie… Gdy poprzedni władca opuszcza ten świat, rozpoczyna się kolejna walka o tron, do którego roszczą sobie prawa różni członkowie rodu. Spiski, bratobójcze walki i próby zdobycia bądź utrzymania władzy stają się głównym motorem napędowym całej akcji. Jednak nie można zapomnieć o jednym – biały kruk przynosi zwiastun końca lata, a to oznacza jedno: w końcu zbliża się zima, a w świecie Westeros wiąże się ona z prawdziwie wielkim niebezpieczeństwem. Większym nawet niż toczące się wydarzenia…


Bestsellerowa, wciąż nie zakończona seria powieści, bijący rekordy popularności serial telewizyjny, którego treść już zaszła o wiele dalej, niż książkowy pierwowzór, doprowadzając do finału to, z czym Martin, skupiający się na dodatkach, a nie ciągu dalszym, od lat zwleka, a wreszcie cała masa najróżniejszych dodatków – tak w skrócie przedstawia się świat „Pieśni lodu i ognia” z perspektywy popkulturowej. A skoro to się sprzedaje, a fani chcą więcej, więcej też dostają. Jedno cieszy jednak szczególnie: wśród wszystkich tych propozycji nie brakuje rzeczy naprawdę wartościowych i z taką właśnie mamy do czynienia w tym przypadku.


Wracając jednak do „Starcia królów”, to epicka, bo rozpisana  na ponad tysiąc stron historia skupiająca się z jednej strony na spiskach i walkach, z drugiej pokazuje relacje między bohaterami, a tych bynajmniej nie brakuje. Z tego powodu liczba wątków w miarę rozwoju akcji narasta, ale na szczęście Martin nad wszystkim panuje. I oferuje przy tym czytelnikom naprawdę fascynującą opowieść fantasy, porywającą przygodami i ciągłym zagrożeniem, nie stroniącą od magii i niezwykłego, bogatego bestiariusza, ale bardzo realną i przyziemną. Osadzoną na dodatek w fascynującym, znakomicie skrojonym świecie i zaprezentowaną stylem znajdującym się na styku literatury rozrywkowej i wyższej – pełnym, dopracowanym, odpowiednio ciężkim, ale i dostatecznie lekkim, by wciągać i urzekać.


Ale równie rewelacyjne jest samo wydanie. Twarda oprawa, powiększony format, mnóstwo ilustracji… Wszystko tu zostało dopieszczone niemal do perfekcji. Niemal, bo strony z grafikami aż prosiły się o druk na papierze kredowym, ale i na offsecie nie wyglądają wcale źle. Kiedy otwieramy to słusznej wagi i rozmiarów tomiszcze, z miejsca wita nas kolorowa wersja mapy. Zaraz potem przekonujemy się, że pierwsze strony każdego z rozdziałów witają nas przyjemnymi dla oka ozdobnikami. A w końcu otrzymujemy grafiki – pięknie wykonane, realistyczne, doskonale pasujące do całości – które dostajemy w dwóch wersjach. Pierwsza, umieszczona w odpowiednim miejscu tekstu, jest czarnobiała, kolorowe czekają w formie wkładek w środku książki.


Podsumowując, miłośnicy „Gry o tron” i dobrych powieści fantasy będą zachwyceni. „Starcie królów” w edycji ilustrowanej to doskonałe dzieło dla fanów dobrej literatury fantastycznej i coś, co powinno znaleźć się na półce każdego fana „Pieśni lodu i ognia”, nawet jeśli ma zwykłe wydanie. Tym bardziej, że cena naprawdę jest atrakcyjna.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #15 - Kohei Horikoshi

O TO WŁAŚNIE CHODZI W PRAWDZIWYM SHOUNENIE


Jak ten czas szybko leci. Mam wrażenie, że dopiero co czytałem pierwszy tomik „My Hero Academia”, a tu już na półce mam piętnaście części i jeszcze trzy spin-offu. A już niedługo na rynku pojawią się kolejne. I dobrze, bo to świetna seria dla miłośników shounenów, bitewniaków i komiksów superbohaterskich w najróżniejszym wydaniu, pokazująca jak ciekawie podać nawet najbardziej ograne motywy.


Deku i Lemilion w trakcie jednego ze swoich patroli spotykają Chisakiego, młodego dowódcę Ośmiu Przykazań Śmierci. Gdy dziewczynka, którą ten przedstawia jako swoją córkę, błaga Deku by ten nigdzie nie szedł, chłopak próbuje ustalić, co tu się w ogóle dzieje. Jak skończy się to spotkanie z człowiekiem, którego żądza mordu przeraża? A to przecież zaledwie początek tego, co na bohaterów czeka w tym tomiku!


Lubić shouneny i nie znać „My Hero Academii” po prostu… Okej, może nie nie wypada, bo takim absolutnym musisz to znać niezmiennie od ponad trzydziestu lat pozostaje „Dragon Ball” (a i „Naruro” też warto byłoby wspomnieć, jako pierwszego godnego następcę „Smoczych kul”), ale to rzecz absolutnie warta przeczytania. I to jeszcze jak. Patrząc na „MHA”, trudno nie uznać, że to najlepszy typowy bitewniak od czasu wspomnianych już przygód Naruto, oferujący to, czego miłośnicy gatunku od niego oczekują.


Wiele razy już pisałem, co takiego konkretnie czeka na czytelników w środku, więc pozwólcie, że po prostu przypomnę to, co już mówiłem. A zatem jest tu wszystko to, z czego gatunek słynie zaczynając od sympatycznego, choć fajtłapowatego bohatera-wybrańca, z którym może identyfikować się nastoletni czytelnik, przez szybką akcję, dużo humoru i nutę erotyki, na solidnej dawce walk skończywszy. Całość jest przy tym lekka, szybka w odbiorze i ma swój klimat, a ilość wydarzeń i ich tempo sprawiają, że nuda nie gości na stronach właściwie ani przez chwilę. Jednocześnie „My Hero Academia” czerpie pełnymi garściami z dokonań poprzedników, a i nie zapomina także o sięgnięciu do innych źródeł, jak amerykańskie komiksy superhero (z cym innym, jak nie „X-Menami” kojarzy się szkoła dla bohaterów?) i miksuje to w doskonale wszystkim znany, ale wiąż przyciągający czytelników produkt finalny.


I to mnie kupuje i kupi też każdego, kto chce dynamicznych walk, żartów, seksownych dziewczyn, równających z ziemią spore tereny zagrożeń itd., itd. Tym bardziej, że wszystko to zostało po prostu rewelacyjnie zilustrowane, z dbałością o szczegóły i tradycyjnie bardzo ładnie wydane. Polecać oczywiście nie muszę, ale i tak to zrobię, bo „MHA” to świetna seria jest i z każdym kolejnym tomem czytelnicy tylko będą chcieli więcej i więcej. I o to właśnie chodzi w prawdziwym shounenie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









wtorek, 26 listopada 2019

Życie i przygody Świętego Mikołaja - L. Frank Baum

BIOGRAFIA MIKOŁAJA


Przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia idą już pełną parą. Nieliczne sklepy, które w październiku nie wzbogaciły swoich półek o gwiazdkowe produkty i dekoracje, teraz już aż ociekają od Mikołajów, reniferów, choinek, śniegu i wszystkiego, co się z nimi wiąże. Wydawnictwa nie pozostają w tyle i starają się jak mogą przyciągnąć czytelników, ale jak wśród zalewu tytułów wybrać te naprawdę wartościowe? Nie jest łatwo, ale mogę Wam powiedzieć, że niniejsze dzieło to jedna z tych lektur, które powinny znaleźć się na celowniku wszystkich miłośników Świąt. Bo nawet jeśli nie jest to najlepsza tego typu książka, jaką w tym sezonie możemy poczytać – spokojnie, to wciąż kawał bardzo dobrej lektury – to zdecydowanie chyba najważniejsza tego typu propozycja, kto wie czy nie od lat.


Któż z nas nie zna Świętego Mikołaja. Ale czy wszyscy znają jego dzieje i wiedzą dlaczego i jak robi to, co robi? Pora przekonać się o tym i wybrać do magicznego lasu Burzee, którego ludzie nie odkryli, a w którym pewnego razu pojawiło się ono – ludzkie dziecko. Gdy to trafia pod opiekę elfki, zaczyna się jego droga ku dorosłości i stania się prawdziwą legendą!


Co zatem jest w tej pozycji takiego niezwykłego? Mało to quasi biografii Świętego Mikołaja było w ostatnich latach? Na pewno wiele z nich wyglądało atrakcyjniej dla współczesnego odbiorcy, może i lepsze też się zdarzyły. Czyżby samo nazwisko L. Franka Bauma, twórcy niezapomnianego „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, wystarczało? Tak, w to chyba nikt nie wątpi, jednak „Życie i przygody Świętego Mikołaja” to dzieło o wiele bardziej znaczące – i to dla całej popkulturowej otoczki związanej ze Świętami i samą tytułową postacią.


Jedna z najpopularniejszych świątecznych legend miejskich głosi, że postać Świętego Mikołaja w formie, jaką znamy dziś, wymyśliła Coca Cola na potrzeby kampanii reklamowej z lat 30. XX wieku. Nawet kolory jego stroju miały odpowiadać barwom opakowania napoju. To mit, bo Santa Claus pojawiał się już wcześniej, także w reklamach. Cola pomogła jedynie rozsławić i utrwalić ten wizerunek, a w tym pomogła też niniejsza powieść, wydana po raz pierwszy w 1902 roku, czyli w czasach, kiedy mikołajowe mity nie były jeszcze mocno utrwalone i wciąż można było podchodzić do nich z dużą swobodą. Czerpiąc z dokonań poprzedników („Old Santeclaus with Much Delight”, „Noc wigilijna”), Baum opowiedział losy Mikołaja, dodając od siebie wiele elementów (choćby motywy stojące za działalnością roznosiciela prezentów) i tworząc z tego zgrabną, ciepłą opowiastkę.


I ta opowiastka robi wrażenie. Odpowiada na wiele pytań związanych z postacią Świętego Mikołaja i nawet jeśli często robi to w sposób z naszej perspektywy niekanoniczny, urzeka, wciąga i dostarcza bardzo sympatycznych przeżyć. Dobrze napisana, spodoba się dzieciom – są tu i przygody, i magia, i świetny klimat także się znalazł – i dorosłym, w których obudzi niejeden sentyment. Kto lubi Święta, koniecznie powinien całość poznać i przekonać się, co ma do zaoferowania, bo jest tego naprawdę sporo. A mi pozostaje mieć nadzieję, że wydawca pokusi się o publikację innych książek zmarłego równo sto lat temu Bauma w tym temacie, w których m.in. wraca też do świata Oz.


Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Magic Knight Rayearth #5 - Clamp

MAGICAL GIRLS OF CEPHIRO


Druga seria „Magic Knight Rayearth” zaczyna się rozkręcać. I jednocześnie powoli dobiega już końca, bo to przecież przedostatni tom – przedostatni dla niej, jak i całego tytułu. Szkoda, bo to kawał bardzo dobrej mangi mecha-fantasy, która spodoba się i nastoletnim, i dorosłym odbiorcom, niezależnie od płci. Ale trzeba się cieszyć tym, że możemy czytać ją po polsku i na dodatek w tak znakomitym, jak to wydaniu.


„Położę kres legendzie o magicznych rycerzach”.

Hikru, Umi i Fuu powróciły do Cephiro by jeszcze raz pomóc magicznej krainie, którą ostatnie wydarzenia odmieniły nie do poznania. Ale i one same też się zmieniły. Jak poradzą sobie jednak z nowym, nieoczekiwanym zadaniem? Gdy w Cephiro trwa walka o to, kto zostanie nowym filarem tego miejsca i zmieni je zgodnie ze swoimi marzeniami i wizjami, są tacy, którzy chcą raz na zawsze położyć kres dziejom magicznych rycerzy. Komu można w tej sytuacji zaufać? I świadkiem jakich wydarzeń staną się nasze dzielne dziewczyny?


Po pierwszej serii „MKR”, która zamknęła się w trzech tomach, ciąg dalszy to opowieść nawet lepsza, niż początkowe epizody. Te pierwsze tomiki stosunkowo lekkie i bajkowe, skończyły się bardzo szybko i pozostawiły po sobie niedosyt. Druga seria, choć nie zatraciła obu tych cech, stała się nieco bardziej sentymentalna. Jednocześnie zachowała wszystkie pozostałe elementy „Magic Knight Rayearth” – od dynamizmu i walk, przez urok i humor, po nieco mroku i krwawych scen. Czytanie całości niezmiennie więc przypomina mi oglądanie „Czarodziejki z Księżyca”, choć obie opowieści leżą od siebie dość daleko.


Ale chociaż fabuła jest udana, prawdziwą gwiazdą całości jednak niezmiennie pozostają ilustracje. Podobne do tych z „X” tych samych autorek, a więc mroczne, szczegółowe, bardzo dynamiczne, pełne detali i z mnóstwem efektów, wpadają w oko. W odróżnieniu jednak od flagowego tytuły Clampa, „Magic Knight Rayearth” zawiera wiele lżejszych, prostszych i bardziej cartoonowych elementów, sporo humoru i uroku, a także lekkości. Nie ma tu też wszędobylskiej symboliki i takiego nagromadzenia ciemności, choć jednocześnie całość pozostaje dość mroczna w swej tonacji.


I chociaż z dwóch wydawanych obecnie serii „Clampa” wolę „Card Captor Sakurę”, „Magic Knight Rayearth” polecam gorąco Waszej uwadze. To świetna, nastrojowa rozrywka, do której chętnie się wraca. Oby wydawca nie poprzestał na tych dwóch tytułach i zaserwował nam jeszcze jakieś cykle czterech utalentowanych mangaczek. Chyba żaden fan japońskich komiksów nie byłby zawiedziony.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Aliens: Opór - Brian Wood, Robert Carey

AMANDA RIPLEY WRACA DO AKCJI


Tak, jak na przełomie XX i XXI wieku główną podporą linii wydawniczej „Mega Komiks” od TM-Semic stały się komiksy o Obcych i Predatorach, tak teraz albumy o tych samych bohaterach stanowią główny filar oficyny Scream Comics. I dobrze, bo po latach nieobecności, od pewnego czasu znów możemy cieszyć się tego typu dziełami i to regularnie. Czasem dostajemy klasykę, czasem absolutne nowości… „Aliens: Opór” należy do tych drugich i cokolwiek by o nim nie mówić, to razem z poprzedzającą go maxiserią „Aliens: Bunt” jedna z najciekawszych historii, jakie w ostatnich latach powstały w tym temacie.


Akcja „Oporu” dzieje się po wydarzeniach znanych z „Buntu” i gry „Obcy: Izolacja”. Amanda Ripley, po tym co przeżyła, wciąż zmuszana jest przez korporację Weyland-Yutani do milczenia w sprawie ich eksperymentów nad Obcymi. W podobnej sytuacji znajduje się ex Kolonialna Marine Zula Hendricks, która nie zamierza jednak siedzieć cicho, a żeby ujawnić światu prawdę o działaniach swoich dawnych mocodawców, potrzebuje pomocy Ripley. Na obie kobiety czeka nie tylko podróż przez kosmos, ale też i walka o przetrwanie w świecie potworności, których jeszcze nie potrafią sobie wyobrazić…


Dwunastozeszytowy „Bunt”, choć nie wyłamywał się ze schematów typowej opowieści o ksenomorfach, okazał się pozytywnym zaskoczeniem. Dobrze skrojony scenariusz, niezłe postacie, szybkie tempo akcji, klimat… Nawiązania do „Izolacji”, bodajże najlepszej alienowej gry komputerowej w dziejach, choć wówczas jeszcze ubogie, też miały swój urok, zwłaszcza że niewiele wcześniej grałem właśnie w tę odsłonę (swoją drogą ci, którzy chcieliby poznać fabułę „Isolation”, w sieci bez trudu znajdą serial wyprodukowany na jej podstawie). Teraz nawiązań jest jeszcze więcej, Amanda w końcu wkracza na scenę i chociaż fabuła jest w pewnym sensie powtórką z poprzedniej opowieści, całość nadal jest znakomita.



Znów mamy akcję, klimat (różnorodny, bo i czekają nas mroczne, klaustrofobiczne scenerie, i pustka kosmosu, gdzie nikt nie usłyszy krzyku bohaterów, i wreszcie niemal sielskie plenery), szybkie tempo, bohaterów, których znamy i lubimy… A wszystko to połączone ze sobą zgrabną, zwartą fabułą. I chociaż czytelnik wie, że nic decydującego wydarzyć się nie może, bo przecież wciąż gdzieś tam mówi się o drugiej grze z Amandą, a poza tym akcja komiksu dzieje się miedzy pierwszym, a drugim filmem serii, co sprawia, że wiemy mniej więcej, co zdarzyć się może, a co nie, i tak „Opór” wciąga, intryguje i potrafi wywołać emocje.


Do tego wszystkiego dochodzi znakomita, realistyczna szata graficzna i świetne wydanie. Dla miłośników Alienów zatem to kolejna pozycja typu „muszę-to-mieć”. Oby wydawca wypuścił na rynek więcej podobnych historii i kto wie, może w przyszłości, wśród nowości pojawi się kilka reedycji starszych opowieści (nieśmiało marzy mi się pełne wydanie „Superman / Aliens”).






poniedziałek, 25 listopada 2019

Alien 3 (niezrealizowany scenariusz) - William Gibson, Johnnie Christmas, Tamra Bonvillain

ALIEN 3 RAZY 2


Zanim zdyskredytujecie ten komiks, myśląc sobie „na co mi kolejna adaptacja, skoro widziałem film w wersji zwykłej i reżyserskiej”, spójrzcie na nazwisko scenarzysty na okładce. Jeżeli ono Wam nic nie mówi, to trzeba wyjaśnić, że to on miał być jednym ze scenarzystów „Aliena 3”, ale ostatecznie jego scenariusz został odrzucony. To, co dostajecie w tym albumie, to właśnie graficzna adaptacja tej nienakręconej wersji, wcale nie gorsza od tego, co mogliśmy oglądać w kinach – głównie dzięki pisarskiej wprawie Williama Gibsona, autora m.in. „Neuromancera” – a na pewno bardzo warta poznania, tym bardziej, że w intrygujący sposób kontynuuje wiele kwestii i wątków z filmu „Obcy: Decydujące starcie”.


Po przetrwaniu dramatycznych wydarzeń, Ripley, Newt, Bishop i Hicks podróżują przez kosmos na pokładzie Sulaco. Wkrótce jednak zostają przechwyceni i wybudzeni. Koszmar, który zdawał się dobiec końca, odżywa z nową mocą, gdy okazuje się, że wraz z ocalałymi przybył także Obcy. Ale czy to na pewno on będzie największym zagrożeniem?


Seria o przygodach Obcych to wielki filmowy hit, który od czterdziestu lat straszy nas nie tylko z ekranów, ale także i kart książek i komiksów, najróżniejszych gier i gadżetów i wciąż nie widać końca. Historii o Alienach wciąż jest wiele do opowiedzenia i równie wiele można by powiedzieć o dziejach samego cyklu, który mimo swej popularności latami czekał na kolejne odsłony (pierwsza część przy budżecie ok. 11 milionów dolarów zarobiła dotąd dwadzieścia razy więcej, a jednak jej sequel pojawił się dopiero po siedmiu latach) – o tym zresztą pisałem już kiedyś dość szczegółowo. Żadna część nie przeszła jednak tak wielu zmian, jak „Obcy 3”, a najsłynniejszą alternatywną wersję tej opowieści możecie właśnie przeczytać po polsku.


Czy zebrane tu komiksy są tego warte, pisałem już na wstępie, teraz pozwólcie, że przejdę do konkretów. Po pierwsze to kawał dobrego horroru science fiction. Sprzecznego z kanonem, a także niekanonicznymi klasycznymi opowieściami znanymi z wydanych w Polsce miniserii, ale w niczym to nie przeszkadza. Trudno bowiem nie docenić wizji autora – odpowiednio nastrojowej i potraktowanej z należytym rozmachem – nawet jeśli nie ma tego klaustrofobicznego klimatu, jednego z najlepszych w serii, którym ociekał kinowy odpowiednik. Jest akcja, są niezapomniani bohaterowie, wreszcie jest także ciekawa zabawa tematem.


A co z szatą graficzną? Nie będę ukrywał, że wolałbym coś klasycznego, bo właśnie taka oprawa najlepiej pasowałaby do całości, ale i te współczesne ilustracje – typowe dla komiksowych nowości – są niezłe. Może niebyt mroczne, ale za to dobrze oddają różne aspekty scenariusza, a postacie są wyraziste i czytelnik od razu rozpoznaje w nich twarze aktorów. Kto lubi „Alienów”, koniecznie powinien całość poznać, bo robi spore wrażenie i tylko pozostaje żal, że nie było nam dane także obejrzeć tej wersji trzeciego „Obcego”.







Virion #4: Szermierz - Andrzej Ziemiański

KONIEC VIRIONA


Tak to już z dobrymi seriami jest, że nawet mimo początkowych planów w końcu całość najczęściej i tak musi się doczekać się jakiejś kontynuacji. Trylogia „Achaja” może się jednak pochwalić naprawdę imponującą ilością kontynuacji / spin-offów – pięciotomowy „Pomnik cesarzowej Achai” (którego najobszerniejszy tom liczył niemal 1000 stron) i czterotomowy „Virion” robią wrażenie, prawda? Teraz jednak zarówno „Virion”, jak i – tak przynajmniej się wydaje – cała seria – dobiega wreszcie końca. I żal, bo przez siedemnaście lat istnienia cyklu, czytelnicy zdołali przywiązać się do postaci  i tego świata. Kto wie, co przyniesie przyszłość, póki co jednak możemy cieszyć się kolejną świetną powieścią Ziemiańskiego.


Ostateczne rozstrzygnięcie zbliża się nieubłaganie, jak nieubłaganie zbliża się obława, podążająca za Virionem i Niki. I jak nieubłaganie ma dopełnić się przeznaczenie naszego Szermierza Natchnionego. Gdy wrogów przybywa, a interesy prywatne, Cesarstwa, Zakonu i Rady Czarodziejów zaczynają się przeplatać, teraz już wydarzyć się wszystko…


„Virion” to powrót Ziemiańskiego do starej, dobrej „Achai” i to mnie w tej serii najbardziej cieszy. Nie narzekam na „Pomnik cesarzowej Achai”, bo Ziemiański to jeden z najlepszych rodzimych fantastów i żadna jego książka jeszcze mnie nie zawiodła, ale to jednak już nie było to samo. Owszem, „Virion” to też nie „Achaja”, bo pisarz nie idzie tu w taką, jak tam postmodernę, niemniej znów mamy bardziej klasyczne fantasy z solidną dawką niewymagającego humoru. Wydarzeń jest nieco mniej, ale dzięki temu właśnie akcja pozostaje bardziej spójna i skondensowana. Do tego dochodzi dobre tempo, nieźle nakreślone postacie, ciekawe watki… i, oczywiście, należyta fantasy epickość. Niemal siedemset stron lektury zagwarantuje rozrywkę każdemu spragnionemu solidnej porcji fantastycznych wrażeń.


Czy przy tym rozmiarze całość nie nudzi? A czy finałowy tom „Pomnika…” nudził? Nie twierdzę, że Ziemiańskiemu nie zdarzają się dłużyzny, bo przy tej ilości stron to praktycznie niemożliwe, ale rekompensuje je cała, jakże udana reszta. Jak na finałowy tom przystało, rzecz zamyka wątki i wypełnia lukę w całej opowieści. I, jak już wspominałem, robi to w naprawdę dobrym stylu. Nie każdego „Virion” kupi, ale i tak warto go poznać. Bo tetralogia ta to zarówno świetny dodatek do głównej opowieści, jak i samodzielna historia, od której możecie zacząć swoją przygodę ze światem Achaii. Światem, który na długo zapada w pamięć.


W skrócie: kawał udanego, sympatycznego fantasy. Bardziej przeznaczonego dla płci brzydkiej, niż pięknej (o dziwo jednak to „Achaja” mimo kobiety w roli postaci wiodącej była bardziej męską lekturą – albo to ja przywykłem do prozy Ziemiańskiego), ale każdy miłośnik fantastyki rozgrywających się w quasi historycznych realiach znajdzie tu coś dla siebie.


Dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Card Captor Sakura #5 - Clamp

TAJEMNICZY STARUSZEK I ŚPIĄCA KRÓLEWNA


Mang na polskim rynku nie brakuje. Właściwie można by rzec, że mamy ich pod dostatkiem, skoro miesięcznie ukazuje się kilkadziesiąt najróżniejszych tytułów, dla czytelników w różnym wieku i lubiących najróżniejszą tematykę. Jak na Japończyków przystało, większość z nich zawiera solidną dawkę uroku, ale „Card Captor Sakura”, seria nieco zapomnianych już pań z grupy Clamp, wprost atakuje nas uroczymi, sympatycznymi i słodkimi elementami. A że jednocześnie te przełamane zostają tajemnicami i akcją, nie tylko miłośnicy podobnych klimatów znajdą tu coś dla siebie.


Przyjaciel taty Sakury pozwala jej i bliskim zatrzymać się w swojej willi. Tak oto nasza bohaterka trafia w piękne miejsce, gdzie jednocześnie poznaje tajemniczego starszego pana, któremu niegdyś zmarła wnuczka. Ich spotkanie okazuje się bardzo nieoczekiwane, ale jeszcze więcej zaskoczeń wychodzi na jaw, kiedy okazuje się, kim właściwie jest staruszek!

Ale to dopiero początek przygód Sakury. Po powrocie do szkoły, czeka ją nie lada wyzwanie. Jest grudzień, a to oznacza, że pora na festiwal kultury. Wszystkie klasy mają coś przygotować, klasę Sakury zaś czeka… wystawienie śpiącej królewny. Wszyscy są tym faktem podekscytowani, ale wkrótce dochodzi do kilku nieoczekiwanych wydarzeń. Nie dość, że rola księcia przypada Sakurze właśnie, to jeszcze nauczycielka szepcze Li wielce niepokojące słowa: „już niedługo to nastąpi”. Ale co takiego? I jak potoczą się losy przedstawienia?


Tajemnice, szkolne życie, wspominany już urok, świetny klimat i sympatyczne postacie. Taka jest właśnie „Card Captor Sakura”, manga bardzo prosta, ale jakże trafiająca do czytelnika. Panie z Clampa, odchodząc od swojej zwyczajowej stylistyki pełnej mroku i detali, serwują nam opowieść dla młodych czytelników, utrzymaną na dodatek w modnej w czasach powstania serii (choć ostatnio za sprawą gry „Pokemon Go” temat znów wrócił do łask) stylistyce polowania na wszelkiego typu znajdźki, tak rozsławionej przez „Pokemona”. Myliłby się jednak każdy, kto sądziłby, że dorośli odbiorcy nie mają tu czego szukać.


Owszem, wiadomo że przede wszystkim to dzieci najlepiej będą się tutaj bawić, jeśli zaś chodzi o dorosłych, to pokolenie ówczesnych trzydziestolatków, wychowanych w dzieciństwie na kieszonkowych potworkach i może pamiętający czasy „MangaMixu” i publikowania tam „CCS” w odcinkach, też znajduje się w grupie docelowej. Jednak właściwie każdy kto lubi lekkie opowieści przygodowe, w których nie brak tajemnic i zaskoczeń będzie dobrze się bawił. Bo chociaż królują tu lekkość i słodycz, całość jest klimatyczna i nastrojowa.


Nie marudźcie więc, nie zastanawiajcie się i jeśli lubicie mangi, dajcie „Sakurze” szansę. Jeśli nie macie serc z kamienia, na pewno Was kupi. Może naiwnością, może urokiem, a może sekretami. Nieważne, będziecie chcieli więcej.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









Batman #8: Zimne dni - Tom King, Lee Weeks, Tony S. Daniel, Matt Wagner

ROBI SIĘ ZIMNO


Po trwających długie miesiące przygotowaniach do ślubu Batmana, którego kulminację mogliśmy poznać w poprzednim tomie, nadszedł czas na nowy rozdział przygód Gacka. Jeśli zastanawiacie się czy warto go poznać, to chyba powinniście przestać. Tom King, który nie zawiódł nas do tej pory, nie zawodzi także teraz. Komu więc podobały się poprzednie odsłony serii, ten na pewno nie pożałuje sięgnięcia po „Zimne dni”.


W Gotham zaczyna robić się zimno. Kilka dni po nieudanym ślubie Batmana, na scenie pojawia się Mister Freeze. Jego proces przyciąga jednak nie Batmana, a Bruce’a Wayne’a, który jest członkiem ławy przysięgłych. Rozprawa staje się jednak dla niego rzeczą bardzo osobistą, kiedy poruszona zostaje kwestia nadużyć siły przez Nietoperza. Czy Bruce, wciąż rozbity po ostatnich wydarzeniach, zdecyduje się porzucić karierę zamaskowanego obrońcy sprawiedliwości? A nawet jeśli nie, czy jej kierunek wciąż będzie taki sam?

Tymczasem w Gotham pojawia się KGBestia, rosyjski zabójca mający nowe zlecenie. Pod nieobecność Batmana miasta pilnuje Nightwing, ale z tym zagrożeniem może nie poradzić sobie sam. Co wyniknie z całej tej sytuacji?


„Ślub”, mimo dość przewidywalnej fabuły, był pięknym hołdem złożonym postaci Batmana. Wszystkie wcześniejsze fabuły Kinga zmierzały do tej chwili i to była godna kulminacja opowieści snutej przez pięćdziesiąt zeszytów. Teraz jednak scenarzysta stanął przed nowym wyzwaniem – uporaniem się z konsekwencjami tamtych wydarzeń i wyznaczeniem nowego kierunku serii. Tę drugą kwestię po części zaczął już w epilogu poprzedniego tomu – czy podejmuje tamtą tematykę teraz, nie będę Wam zdradzał – ale jednocześnie próbuje pokazać, co jeszcze kryje w zanadrzu i wychodzi mu to naprawdę dobrze.


Wątek KGBestii nie jest tu szczególnie udany, nie ma co ukrywać. King najlepiej czuje się w spokojniejszych i życiowych historiach, więc ten skoncentrowany na akcji epizod wypada nieco słabiej od reszty albumu (choć ci, którzy sięgną po ten tom dla superbohaterskich akcji na pewno będą innego zdania). Świetnie za to prezentuje się sam proces Freeze’a i moralne dylematy z tym związane, a to ucieszy już tych ambitniejszych czytelników.


Wszyscy natomiast będą zadowoleni z szaty graficznej. Lee Weeks, Tony S. Daniel i Matt Wagner zrobili kawał świetnej roboty, która wpada w oko i doskonale pasuje do całości i tonu, jaki powinny mieć opowieści o Batmanie. Wszystko to zaś, co napisałem do tej pory, razem wzięte, daje nam kolejny świetny album. Kiedy seria „Batman” startowała w „Odrodzeniu”, bardziej do gustu przypadł mi tytuł „Detective Comics”. Z czasem jednak to cykl King bardziej mnie kupił i po tym tomie nie zamierzam prędko zrezygnować z jego lektury.


Ten album, inne komiksy nie tylko o Batmanie i nowości znajdziecie tu: