piątek, 1 listopada 2019

Ex Machina, tom 5 - Brian K. Vaughan, Tony Harris

PRZESZŁOŚĆ UJAWNIONA


Nieco ponad rok temu Egmont zaczął wydawać serię „Ex Machina”. Teraz, kilkanaście miesięcy później w ręce czytelników trafia ostatni zbiorczy tom i cóż więcej można o nim powiedzieć, jak nie to, że znakomicie wieńczy ten świetny cykl? Chyba jedynie to, że stanowi kolejny dowód na to, że warto było zacząć przygodę  tym tytułem – tytułem, który odświeża skostniały gatunek superhero, serwując udane political fiction dla dojrzałych, inteligentnych odbiorców.


Poznajcie Mitchella Hundreda, człowieka, który będąc dzieckiem marzył o karierze twórcy komiksów DC, a potem, w wyniku wypadku, został superbohaterem. Pierwszym i jedynym na naszej planecie. Porzucił jednak to zajęcie na rzecz politycznej działalności, został burmistrzem Nowego Jorku – i to w jakże trudnych i wymagających czasach – a także nie brak mu większych ambicji, nawet do zajęcia prezydenckiego fotela. Jednak przeszłość, którą Hundred myślał, że zdołał pogrzebać, nie śpi i atakuje ze zdwojoną mocą. Nie dość, że na jaw wychodzi zaskakująca prawda o jego mocach, to jeszcze nasz polityk dowiaduje się o roli, jaką mu przeznaczono w nadchodzących wydarzeniach…


„Ex Machina" nie jest opowieścią zbudowaną na żadnym odkrywczym pomyśle. Wręcz przeciwnie, mamy tu zwykłego człowieka, który w wyniku wypadku nabywa niezwykłych mocy (wydawnictwo Marvel od 1961 roku na tym właśnie schemacie buduje całe swoje uniwersum), mamy prześladowanie z tego powodu (kto czyta np. X-Menów, poczuje się tu, jak w domu), politykę wmieszaną do superhero (Alan Moore w swoich dziełach opanował tę tematykę do perfekcji) itd., itd. Nawet sama idea, że nasz bohater jest pierwszym i jedynym ziemskim herosem też nie jest niczym świeżym. Co prawda obecnie, kiedy komiksowe światy zaludniają nieprzebrane rzesze obdarzonych niezwykłymi zdolnościami wojowników i wojowniczek, nietrudno postrzegać herosów jako bohatera zbiorowego (tym bardziej, że nie brak tytułów czy nawet filmów poświęconych drużynom superludzi), DC od początku swego istnienia skupiało się na swoich bohaterach, jakby każdy z ich był tym jedynym, nawet jeśli egzystowali w jednym świecie.


Co zatem sprawia, że „Ex Machina” jest tak dobra, że zgarnęła nawet nagrodę Eisnera? Przede wszystkim znakomite wykonanie, realizm, świetny klimat i wyczucie komiksowej materii. Ta opowieść jest przekonująca, życiowa, a jednak to też klasyczne superhero, które spodoba się miłośnikom gatunku. Jej prawdziwość, połączona z naprawdę konkretną akcją, daje nam coś co wciąga i satysfakcjonuje. Wszystko to wieńczy dobrze pasująca do całości szata graficzna. Kreska jest czysta, wykonanie realistyczne, a postacie zdają się być inspirowane hollywoodzkimi gwiazdami. Owszem, to głównie rzemieślnicza robota a nie artyzm, ale bardzo udana.


Wszystko to składa się na świetną opowieść dla dojrzałych czytelników. Przemyślaną, inteligentną i pięknie wydaną (nawet jeśli okładka tego tomu odstaje od poprzednich kolorystycznie i stylistycznie). Polecam gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza