sobota, 23 listopada 2019

Jonka, Jonek i Kleks #9: Odwiedziny smoka - Szarlota Pawel

KSIĘŻNICZKA, KOSMICI I INNE TAKIE


Długo, bo ponad półtora roku kazał na siebie czekać dziewiąty tom „Jonki, Jonka i Kleksa". Nie aż tyle, co ósmy, którego wydanie zajęło aż cztery lata, ale jednak. W końcu jednak jest i na ceniących klasykę miłośników rodzimego komiksu czeka porcja niezłej zabawy. I to wcale nie głupiej, a na dodatek nadającej się dla najróżniejszych czytelników, niezależnie od ich wieku czy płci, która może i się zestarzała, ale i tak wciąż warta jest uwagi.


W życiu Jonki, Jonka i Kleksa znów wiele się dzieje. Tym razem jednak to ten ostatni staje się siłą sprawczą wielu wydarzeń, kiedy postanawia nauczyć się fotografowania, zabiera za malowanie obrazów, porywa się na próbę skonstruowania komputera itd. Hodowla rybek? Czemu nie! Pokazy magiczne? Teatr kukiełkowy? Opowiadanie dzieciom bajek? Oczywiście! Do tego na niego i przyjaciół czeka bal karnawałowy – i to nie byle jaki, bo w górach. A i dochodzi jeszcze obóz harcerski, spotkanie  księżniczką i kosmitami i… wiele, wiele więcej.


Prawda jest taka, że choć przygody Jonki, Jonka i Kleksa (nie mylić z Panem Kleksem) stanowią niezaprzeczalny klasyk rodzimego komiksu, nie są tak popularne, jak „Tytus, Romek i A'Tomek", dzieła Janusza Christy (u którego swoją drogą autorka niniejszej serii uczyła się tajników rysowania) czy Tadeusza Baranowskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z bardzo podobnym dziełem. I utrzymanym – nie cały czas, ale jednak – na zbliżonym poziomie. A przynajmniej jeśli chodzi o szatę graficzną. Rysunki Szarloty Pawel to typowe nie tylko dla polskiej powojennej szkoły cartoonowe ilustracje. Obłe, dość uproszczone, samą kreską, jak i „gęstością" plansz przypominające dokonania ojca Kajka i Kokosza (choć niestety nie aż tak udane), uzupełnione są o podobny do tamtejszego, prosty kolor. Wszystko to jednak, jak zawsze zresztą, wygląda przyjemnie, ma swój klimat i wpada w oko nie tylko dzieciom.


Wszystko to rodzi jednak zasadnicze pytanie, czyli: jak „Jonka, Jonek i Kleks" prezentują się od strony fabularnej? Dobrze, nie bardzo dobrze, to może być pewien zarzut, nie rewelacyjnie jak np. prace Christy, ale i nie zawodzi. Treść jest prosta, to prawda, bywa też infantylna i promująca konkretne postawy czy elementy życia sprzed lat, ale taki już urok tych starych, dziecięcych komiksów. Ten, jak wiele innych, powstałych w czasach PRL-u, miał za zadanie oderwać dzieci od szarej codzienność i wprowadzić więcej barw i humoru do ich życia. I robi to w udany sposób, także w obecnych czasach. Pociechy i poprawy humoru chyba nigdy nie jest dość, prawda?


Jeśli więc szukacie czegoś dla najmłodszych, na sam początek ich drogi z polskim komiksem, bo już znają „Tytusy” i im podobne twory, albo sami macie po trzydzieści kilka, czterdzieści kilka lat i chcecie sentymentalnego komiksu, sięgnijcie po „Jonkę, Jonka i Kleksa". Warto. To dobra, ciepła, sympatyczna lektura.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz