czwartek, 31 grudnia 2020

Hitman #3: Garth Ennis, John McCrea

NAJEMNIK Z MOCAMI

 

Trzeci, zdecydowanie grubszy od poprzednich, tom „Hitmana” (szukajcie go w ofercie księgarni TaniaKsiazka) to pewne odświeżenie dla serii. Opowieść nie zmieniła swojego charakteru, nadal mamy tu gangsterskie porachunki i tym podobne elementy, ale tym razem rzecz wydaje się bardziej epicka i opowiedziana na większą skalę. I więcej w niej zarówno sensacyjnych, jak i superbohaterskich – choć przepuszczonych przez satyryczny filtr – elementów.

 

Tommy Monaghan to płatny zabójca, który przypadkiem zyskał telepatyczne zdolności. W swoim zawodzie mierzył się z niejednymi trudnościami, ale zawsze jakoś dawał sobie radę. Teraz może być inaczej, bo gdy przeszłość daje o sobie znać, Tommy i Natt Czapa stają oko w oko ze specjalistami z SAS. A przecież to nie jedyne zagrożenie, jakie czai się na horyzoncie. Mafia nie śpi, a zaciągnięcie się jako najemnik do armii pewnego afrykańskiego państewka może okazać się nie najlepszym pomysłem…

 

Początki „Hitmana” były proste – jak wielu bohaterów, powstał jako postać drugoplanowa, a dokładniej jako jednorazowy charakter wymyślony na potrzeby opowieści o Batmanie. Po co? Żeby stanowić przeciwwagę dla typowych przeciwników. Miał być w końcu jednym z tych antybohaterów, których się lubi i którym się kibicuje – podobnych postaci było wiele, że wspomnę tylko Lobo czy Deadpoola, ale Hitman spodobał się na tyle, że nie tylko wkrótce powrócił, ale także szybko zyskał własną serię, a potem także okazjonalne crossovery. Co spowodowało aż taki sukces?

 

Trudno jest do końca odpowiedzieć na to pytanie, bo podobne postacie już znamy. Nasz bohater zabija, ale ma swój kodeks moralny, ma też mocne, zmaga się z gangsterami, herosami i bytami nadnaturalnymi – zupełnie jak jego koledzy z podobnych serii. Na pewno jednak zadziałały tu spryt i talent Ennisa, który serwuje nam krwawą i wulgarną komedię w stylu Quentina Tarantino (choć bez jego leniwego snucia opowieści i zabaw schematami). Bo choć nie ma tu głębi, satyryczne podejście i nonszalancka lekkość całości sprawiają, że „Hitman” to mocna rozrywka dla dorosłych czytelników, która pozostaje przy tym nie głupia i wciągająca. A w tym tomie także opowiedziana na większą skalę.

 


I tradycyjnie bardzo dobrze przy tym narysowana. McCrea co prawda mistrzem ołówka nie jest, ale jego cartoonowa kreska ma swój charakter, klimat i pasuje do lekkości, a zarazem mroku i brutalności „Hitrmana”. A przede wszystkim ma swój brudny urok oldschoolowych, zahaczających o underground opowieści obrazkowych.

 

W skrócie: mamy tu kawał dobrej, bezkompromisowej rozrywki. Nie dla każdego, ale wartej poznania. Daje odpoczynek od typowego superhero, obśmiewa je i nie pozwala się nudzić ani przez chwilę. To, jak już pisałem, tylko rozrywka, ale rozrywka na takim poziomie nie zdarza się często. A na dodatek w tym tomie czeka na czytelników wyśmienity numer #34, za który autorzy dostali nagrodę Eisnera – najważniejsze wyróżnienie w świecie komiksu – w kategorii najlepszy pojedynczy zeszyt.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

Kapitan Ameryka Eda Brubakera

KOLEJNOŚĆ CZYTANIA KAPITANA AMERYKI

 

Od pewnego czasu Egmont raczy nas kolejnymi tomami zbierającymi run „Kapitana Ameryki” pisany przez Eda Brubakera. Fakt ten cieszy, bo to jedna z najlepszych opowieści o tym herosie. Problem w tym, że czytając trzeci tom, chyba każdy czytelnik odczuł na własnej skórze chaos i pewne braki. Z czego to wynikało? I jak mogą poradzić sobie z tym polscy czytelnicy?

 

A zatem zacznijmy od tego dlaczego w tomie trzecim odczuwa się pewne braki? Jedynie dlatego, że w ramach serii „Klasyka Marvela” dostajemy jedynie zeszyty pisane przez Brubakera, a wile istotnych dla serii wydarzeń działo się w innych komiksach. Na szczęście te najważniejsze ukazały się po polsku, dzięki czemu czytelnicy znad Wisły mogą przeczytać całość tak, by nie odczuwać ani wspomnianych braków, ani chaosu. Wystarczy, że dodatkowo sięgną po dwa albumy: event „Wojna domowa” (wydany m.in. przez Egmont) oraz „Poległy syn: Śmierć Kapitana Ameryki” (mini event opublikowany w ramach „Wielkiej Kolekcji Marvela”). W tym pierwszym mamy wydarzenia przeplatające się z pierwszymi zeszytami trzeciego tomu „Kapitana Ameryki”, w tym drugim czeka nas m.in. pogrzeb Steve’a Rogersa, wypełniający lukę pomiędzy numerami #25 i #26.

 

A poniżej dokładna kolejność czytania (jeśli chcecie poznać kompletną chronologię czytania wszystkich wydanych w Polsce tie-inów „Wojny domowej”, zajrzyjcie do osobnego tekstu):

 

·         Wojna domowa #1-4

·         Captain America Vol. 5 #22-23

·         Wojna domowa #5

·         Civil War: Choosing Sides (WKKM #57, Nieśmiertelny Iron Fist #1 - opcjonalnie)

·         Captain America Vol. 5 #24

·         Winter Soldier: Winter Kills #1

·         Wojna domowa #6-7

·         Civil War: The Initiative

·         Captain America Vol. 5 #25

·         Kapitan Ameryka: Poległy syn (WKKM #42)

·         Captain America Vol. 5 #26 i reszta tomu trzeciego

·         Kapitan Ameryka, tom 4: Człowiek, który kupił Ameryka

Kapitan Ameryka #4: Człowiek, który kupił Amerykę - Ed Brubaker, Steve Epting, Butch Guice, Mike Perkins, Roberto de la Torre

KONSEKWENCJE ŚMIERCI

 

Co prawda śmierć Kapitana Ameryki nastąpiła mniej więcej w połowie poprzedniego tomu, wydarzenie to jako takie trwa nadal. Po przedstawieniu tam pierwszych konsekwencji, w końcu dostajemy ich dalszy ciąg i przekonujemy się, jak wszystko powoli zaczyna się układać. A to w kolejnym świetnym komiksie, jaki wyszedł spod ręki Eda Brubakera.

 

Wojna domowa dobiegła końca. Kapitan Ameryka został zamordowany na schodach sądu. Koniec? Dopiero początek. Bucky chce pomścić jego śmierć, ale na jego drodze staje Doktor Faustus, który potrafi kontrolować umysły. Teraz na dawnego Zimowego Żołnierza czeka nie lada wyzwanie: albo ulegnie wrogowi i wróci do swej morderczej roli, albo zdoła przezwyciężyć problemy i przejąć dziedzictwo Kapitana Ameryki. Którąkolwiek drogą pójdzie, jego problemy dopiero zaczną się na dobre..

 

„Śmierć Kapitana Ameryki” to była iście rewelacyjna opowieść, chociaż trudno było ją nazwać oryginalną, skoro bohater ten już ginął w świecie Marvela. Problem z polskim wydaniem był jednak taki, że nie było ono spójne. Skupiono się na opublikowaniu tylko zeszytów pisanych przez Brubakera, dlatego najpierw dostaliśmy kilka tie-inów do „Wojny domowej”, których nie było sensu czytać bez przeplatania ich z głównym eventem, potem czekał nas genialny zeszyt #25, w którym kapitan ginął, a potem – pomijając opowieść zebraną swego czasu w tomie „Poległy syn” z „Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela”, ukazująca pogrzeb Kapitana – od razu przeskakiwaliśmy do stypy, co dla wielu czytelników mogło być chaotyczne i niezrozumiałe. Teraz opowieść wraca jednak na konkretne, spójne tory a my możemy cieszyć się bardziej rozbudowaną fabułą.

 


To, co znalazło się w tym tomie, to materiał z oryginalnych albumów „The Death of Captain America Vol. 2: The Burden of Dreams” i „The Death of Captain America Vol. 3: The Man Who Bought America”, które kontynuują wątek śmierci i konsekwencji, jakie to wydarzenie wywołało. Widzimy tu, jak kształtuje się świat po tej tragedii, dojrzewanie myśli, że symbolu USA już nie ma i próby podjęcia jego misji. Akcja jest dynamiczna, ponura, realistyczna i skupiona na szybkim tempie, ale bez przesadnego epatowania widowiskowymi scenami. Do tego dostajemy sporo życiowych, emocjonujących momentów i naprawdę wciągającą rozrywkę. W efekcie w nasze ręce trafia dobry komiks akcji, w którym sensacyjne i szpiegowskie klimaty dominują nad superhero, zadowalając zarówno miłośników opowieści o herosach, jak i tych, którzy są nimi zmęczeni. A wszystko to obleczone zostało w bardzo przyjemną dla oka, realistyczna szatę graficzną pełną stonowanych, mrocznych barw.

 


Komu podobały się poprzednie tomy, koniecznie powinien poznać i ten. Kto nie czytał, polecam, bo run „Kapitana Ameryki” (znajdziecie go w ofercie księgarni TaniaKsiazka) w wykonaniu Brubakera to kawał wyśmienitej opowieści sensacyjnej. I jedna z najlepszych historii, jakie ma do zaoferowania cykl o tym herosie.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

środa, 30 grudnia 2020

Saga Winlandzka, tom 7 - Makoto Yukimura

LOS NIEWOLNIKÓW

 

Są takie mangi, których kolejnych tomów wyczekuje się z niecierpliwością. Bo porywają, bo zachwycają, bo wprowadzają nową, nieznaną dotąd jakość do skostniałego już schematu czy gatunku… Długo można by wymieniać. I długo można by wymieniać podobne tytuły, ale „Saga Winlandzka” to jedna z tych opowieści, które znalazłyby się w czołówce podobnych zestawień. Bo to, czego na stronach tego tytułu dokonał Makoto Yukimura, autentycznie zachwyca.

 

Dla niewolników z farmy Ketila nastały ciężkie czasy. Po tym, co wydarzyło się tu ostatnio, czeka na nich zarówno powrót pana i Leifa, jak i kara. Co gorsza, Kanut także kieruje się w tę samą stronę i gotów jest na wiele, by zdobyć tę żyzną ziemię…

 

O wielu seriach komiksowych mówi się, że są swoistymi epopejami. Do rzadko której jednak określenie to pasuje tak doskonale, jak do „Sagi Winlandzkiej”. Całość może i wydaje się niepozorna – przynajmniej dla tych, którzy do tematu podchodzą bez jakiekolwiek wiedzy na temat opowieści (a nie jest to łatwe, bo w świecie miłośników japońskiej popkultury to głośne dzieło) – ale robi wielkie wrażenie. Można oczywiście być sceptycznym, bo przecież ile już było komiksowych opowieści o wikingach, prawda? Najsłynniejsza z nich, „Thorgal”, nieprzerwanie od kilku dekad pojawia się na rynku z kolejnymi tomami. Amerykanie też próbowali swoich sił w temacie. Po co nam jeszcze jedna opowieść?

 



A choćby po to, że „Saga Winlandzka” bije je wszystkie na głowę. Nie jestem wielkim fanem „Thorgala”, choć znam rewelacyjne tomy z tej serii, wikingów też nie uwielbiam jakoś szczególnie, ale dzieło Yukimury kupiło mnie całkowicie. Tu nie ma słabszych i lepszych tomów – wszystko od początku do końca trzyma ten sam rewelacyjny poziom, jest konsekwentne i porywające. Mogłoby się wydawać, że skoro za wszystko odpowiada Japończyk, a Japończycy z każdego tematu potrafią zrobić coś śmiesznego, dziwnego czy, kolokwialnie mówiąc, zboczonego, także i „Saga” może być daleka od tego, czym być powinna, ale nic bardziej mylnego. Mamy tu do czynienia z pełną przygód opowieścią historyczną, która realia dawnych dni oddaje z pieczołowitością, jaka wręcz zachwyca.



Poza tym „Saga Winlandzka” pełna jest akcji, ale i bardziej spokojnych momentów. A zaludniają ją świetnie nakreśleni bohaterowie. Oczywiście już samo to wystarczyłoby, żeby czytelnicy pokochali serię, ale autor ubrał to jeszcze w przepiękne, zachwycające realizmem i pełne poetyzmu ilustracje, od których nie sposób oderwać oczu. Wszystko to, razem wzięte autentycznie zachwyca i poraża. I satysfakcjonuje zarówno miłośników takich klimatów, jak i ludzi, którzy od nich stronią, a to wielka sztuka. Dlatego poleca całość bardzo, bardzo gorąco.

 

A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


wtorek, 29 grudnia 2020

Poranek ściętych głów #1 – Gōseki Kojima, Kazuo Koike

KAWAŁ HISTORII W KOMIKSIE

 

Wśród zalewu tytułów, tak mangowych, jak i komiksowych wszelkiej maści, łatwo jest przejść obojętnie obok niepozornej okładki tomu „Poranka ściętych głów”. A jednak nie warto tego robić, bo to kawał wyśmienitej opowieści graficznej, która wyszła spod rąk twórców, jacy odmienili świat komiksu. A jednocześnie to też poruszająca lekcja historia, tak mocna i brutalna przy tym, że skierowana wyłącznie dla dorosłych czytelników.

 

W czasach szogunów ważnym stanowiskiem jest pozycja osoby testującej miecze. Takim „testerem” jest Asaemon, który przejął posadę po swoim ojcu. Na czym polega jego praca? Na sprawdzaniu wykutych mieczy na ciałach skazańców, którzy przeszli już egzekucję. Ale też i owych egzekucji dokonywaniu. I tak toczą się jego losy, które przeplatają się z losami najróżniejszych ludzi.

 

Za „Poranek ściętych głów” odpowiada dwóch legendarnych artystów. Pierwszym z nich jest Gōseki Kojima, zmarły w 2000 roku artysta-samouk, który pośmiertnie został wyróżniony nagrodą Eisnera, a także włączony do The Will Eisner Award Hall of Fame. Drugi to zmarły w 2019 roku Kazuo Koike, który wśród swoich prac, może pochwalić się współtworzeniem najdłuższej serii mangowej, „Golgo 13”. Razem zasłynęli przede wszystkim niezapomnianą serią „Samotny wilk i szczenię”. Serią, która zmieniła postrzeganie komiksów w Ameryce a wielu twórców zainspirowała do wytyczenia nowych kierunków w sztuce opowieści obrazkowych. To m.in. dzięki tej opowieści Frank Miller zaczął włączać do swoich prac azjatyckie elementy, co najpierw przyniosło stworzenie postaci Elektry, Dłoni czy Sticka, potem odmieniło Wolverine’a, wzbogacając go o samurajski kodeks, a apogeum osiągnęło w serii „Sin City”. Także Stan Saki w swoim „Usagim Yojimbo” wyraźnie wskazywał inspiracje tym dziełem, co widać w postaciach samotnego kozła i jego syna.

 


Po czymś takim można mieć wielkie oczekiwania po „Poranku ściętych głów” i… Wszystkie one zostają spełnione. Tom na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie, jednak to prawdzie komiksowa petarda. I kawał historii zawartej na kilkuset stronach – tak historii dziejów Japonii, jak i historii komiksu. W tym pierwszym przypadku mamy opowieści oparte na historycznych faktach. Bohater co prawda jest wymyślony, ale cała reszta przywołuje autentyczne wydarzenia, przez co robi jeszcze większe wrażenie. W tym drugim przypadku czeka na nas mnóstwo rzeczy, które potem były kopiowane, inspirując kolejne pokolenia artystów. Fabularnie rzecz jest świetna, mocna i poruszająca. Ma swój klimat, ma realizm, ma wreszcie brutalność i mrok. Losy Asaemona i ludzi, z którymi się styka, wypełnione są przemocą, krwią i seksem. Nie brak tu kontrowersji, seksualnych dziwactw czy drastycznych detali, a jednocześnie pewnej iście przygodowej nuty. A wszystko to podane za pomocą brudnych, może i niewprawnych, ale fascynujących ilustracji, które robią wielkie wrażenie.

 

W skrócie „Poranek ściętych głów” to rewelacyjna opowieść dla dojrzałych czytelników. Mocna, wciągająca i niepozostawiająca nikogo obojętnym. Jeśli jeszcze nie macie jej w swojej kolekcji, zmieńcie to, bo jest tego warta.

 

Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


poniedziałek, 28 grudnia 2020

American Pie: Dziewczyny rządzą

DZIEWCZYNY DORWAŁY SIĘ DO SZARLOTKI

 

„American Pie” nigdy nie było dobrą serią. Lubię niektóre jej odsłony, lubię niektóre momenty, ale jako całość mamy tu do czynienia z wulgarną rozrywką dla zakompleksionych nastolatków. Jeszcze gorzej jest z serią „American Pie Prezentuje”, która jest po prostu zboczoną, bezsensowną papką. Ale tak źle, jak w filmie „Dziewczyny rządzą” jeszcze nie było.

 

Annie, Kayla, Michelle i Stephanie to cztery kumpele kończące właśnie liceum. Wszystkie przeżywają miłosne wzloty i upadki, szczególnie ta pierwsza, która wciąż jest dziewicą i wciąż nie może stracić cnoty ze swoim chłopakiem. A tymczasem na horyzoncie pojawia się nowy przystojniak, który wpadnie w oko całej czwórce…

 

Już ten opis brzmi tragicznie, prawda? Ale taki jest ten film – złożony z samych klisz, których nie powinno się w ogóle powielać. A twórcy na dodatek powielają je w kiepski sposób. A mogło być… nie, pięknie być nie mogło, ale nieźle. Po tym, jak „American Pie: Księga miłości” wniosła coś do serii (czyli genezę pochodzenia legendarnego podręcznika seksu) oraz po udanym „Zjeździe absolwentów”, który był sentymentalną wyprawą w przeszłość, będącą niczym spotkanie kupla z czasów młodości, kiedy było się głupim, zboczonym nastolatkiem, seria miała przed sobą jakieś perspektywy. Niestety twórcy zamiast pójść w tym kierunku, postawili na nową rzecz… Z tym, że nic nowego tu nie ma.

 


Film  pierwotnie miał być skoncentrowany wokół męskiej obsady. Przerobiono go na szybko na rzecz o czterech przyjaciółkach, a efekt finalny jest taki, jakby ktoś zrobił babski remake jedynki. Taka sama fabuła, podobne sceny… Tylko, że jest dużo gorzej. Fabuła to nic innego, jak najgorszy typ komedii romantycznej o przyjaciółkach. Niby trochę przełamany wulgaryzmami i seksem, ale i tych jest mało a co gorsza w ogóle do treści nie pasują. Czy to jeszcze „American Pie”? Na siłę można powiedzieć, że tak, ale poza szkołą i faktem, że jedna z bohaterek należy do familii Stiflerów  nie ma tu nic, co łączyłoby tą serię. Zniknął nawet Eugene Levy, który wystąpił dotąd we wszystkich częściach i chwała mu za to, bo szkoda go do takiego filmu.

 

Spotkałem się gdzieś z opinią, że feminizm zabił ten film. Niestety prawda jest taka, że nic nie było w stanie go ocalić przed śmiercią. A feminizm? Nawet go tu nie ma. No chyba, że grupę bohaterek-idiotek, które wydają się nie mieć mózgu nazwiemy symbolem feminizmu. Po wszystkim zostaje żal, że seria jest w ogóle kontynuowana i obawy, że nawet najlepsze pomysły na kolejne odsłony zostaną tak bezlitośnie zamordowane, jak ten gniot.

niedziela, 27 grudnia 2020

Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn)

 KOBIECY DEADPOOL

 

„Ptaki nocy” to kolejny film od DC, do którego długo nie mogłem się zabrać. Mając w pamięci pierwsze pięć produkcji z DCEU, trudno jest się temu dziwić. Ale po tym, jak kupił mnie „Shazam”, skusiłem się też i na ten obraz i… Nie żałuję. Po tym, jak „Suicide Squad” ratowała Margot Robbie w roli Harley Quinn (co nie obyło się bez pomocy świetnego Jareda Leto w roli Jokera), tym razem też obiecywałem sobie niezłe aktorstwo. I nic poza tym. A o dziwo rzecz okazała się całkiem przyzwoitą rozrywkową, stanowiącą jeden z najjaśniejszych punktów kinowego uniwersum DC.

 

Fabularnie rzecz kręci się wokół Harley Quinn, która postanawia zerwać z dawny wizerunkiem dziewczyny Jokera, oznajmić światu, że już nie są razem i zacząć działać na własną rękę. Ale pozbawiona ochrony szalonego klowna, staje się celem zarówno wszelkiej maści bandytów, jak i policji. Co więcej interesuje się nią przestępca znany, jako Czarna Maska, na którego usługach działa morderca Zsasz, pragnący odzyskać klejnot ukradziony przez młodą złodziejkę, Cass. Do tego w wydarzenia te wmiesza się też polująca na mafię Huntress, pewna policjantka i piosenkarka o niezwykłym (dosłownie!) głosie, Czarny Kanarek. A wszystkie razem połączą siły, by ostatecznie skopać cztery litery złym facetom…

 

I to tyle. Sztampa? Kicz? Nachalny feminizm? Może i tak, ale przede wszystkim to dobra rozrywka. „Ptaki nocy” miały zadatki na kino opowiadające o przemocy wobec kobiet, równości, sile słabej płci itd., itd. Ale o niczym takim nie mówią. To nie feministyczny manifest, to tym bardziej nie komentarz społeczny. Gdyby tak było, film pewnie by stracił, bo żaden z tych elementów do tego obrazu nie pasuje. Została jednak czysta, bezkompromisowa rozrywka, pełna ciętych dialogów, akcji, krwi i humoru.

 


Owszem, można na siłę dopatrywać się tu feminizmu, w końcu kobieta próbuje udowodnić, że bez faceta da sobie radę (by przekonać się, że w takiej sytuacji wraz będzie potrzebowała pomocy innych, bo sama nie ma szans – średnio to feministycznie brzmi, nawet jeśli to same kobiety jej pomagają, prawda?), ale po co? Lepiej po prostu dobrze się bawić, a to film gwarantuje. Jego twórcy postawili na rozrywkę w  stylu „Deadpoola”. Rzecz nie jest co prawda tak krwawa i wulgarna, ale też stanowi szalone, postmodernistyczne, samoświadome kino, które chce nas dobrze bawić. Chce być nieoczywiste – co nie do końca się udaje – chce być błyskotliwe – co też nie zawsze wychodzi – dynamiczne, zabawne, wesołe, cięte i nieźle mu to wychodzi.

 


Gorzej jest z aktorami. O ile Mary Elizabeth Winstead, która początkowo wcale mi do roli Huntress nie pasowała, radzi sobie nieźle, o tyle Cass to porażka. Nie ma tej chłodnej, wyszkolonej komiksowej skrytobójczyni, niczym Mindy z „Kick Assa”, jest za to pierdołowata, pulchna Azjatka, która nie potrafi nawet uciągnąć roli. Lepiej wypada już Czarny Kanarek, która niestety też bardziej jest, niż gra. Film aktorsko ratuje Margot Robbie, która co prawda w bardziej autorski sposób reinterpretuje Harley, ale robi to naprawdę dobrze, bo nawet Ewan McGregor nie broni się, jako Czarna Maska. Pytanie jednak czy ktokolwiek spodziewał się, że będzie inaczej? Ja nie, więc nie byłem zawieziony, choć lepiej dobrani aktorzy byliby miłym zaskoczeniem.

 

Efekt finalny jest udany. Nie jest to kino tak dobre, jak „Shazam”, chociaż nie brakuje mu do niego tak wiele, ale nie jest też taką tandetą, jak „Batman v Superman”, „Liga sprawiedliwości” czy „Wonder Woman”. Ot dobre kino rozrywkowe, do pośmiania się, chrupiąc przy tym popcorn i spędzenia dwóch godzin przed ekranem bez chwili nudy. Dobrze, że DC jednak podźwignęło się z kolan i kręci takie filmy.

sobota, 26 grudnia 2020

Dragon Ball filmy #3

DRAGON BALL FILMY KINOWE, TELEWIZYJNE I OAV, CZ III: POWRÓT PO LATACH

 

Dziś docieramy do końca naszej przygody ze światem filmów „Dragon Ball”. W poprzednich dwóch odsłonach serii omówiliśmy wszystkie filmy wyprodukowane w czasach świetności cyklu, teraz nadszedł czas by przejrzeć się, jak po latach seria wróciła do łask, co zaowocowało powstaniem kolejnych seriali („Dragon Ball Super”, „Super Dragon Ball Heroes”) i nowych odsłon mangi (wciąż ukazujące się „Dragon Ball Super”). Gotowi?

 

Pierwszy dragonballowy film, który powstał po latach to wyemitowana w roku 2008 krótkometrażówka „Yo! Son Goku and His Friends Return!!”. Rzecz powstała z okazji dziesięciolecia wypuszczenia ostatniej produkcji ze świata „Smoczych kul” i jej akcja dzieje się dwa lata po pokonaniu Buu. Filmik, choć trwający jedynie pół godziny i niespecjalnie udany fabularnie, przedstawia ważny dla sagi element: ukazuje postać brata Vegety. Tak, nasz książę miał rodzeństwo i to, jak widać, nadal żyje (jeśli zastanawialiście się oglądając film „Bitwa bogów” albo czytając anime comics na nim oparty, o jakim barcie Vegety mowa, to tutaj wszystko się wyjaśnia). Wkrótce potem do kin trafił zapowiadany od lat fabularny debiut „DB” nakręcony przez Jamesa Wonga, ale lepiej na tę beznadziejną produkcję spuścić zasłonę milczenia.

 


Wracając zatem do japońskich produkcji, w roku 2010 roku powstał film „Plan to Eradicate the Super Saiyans”, będący uwspółcześnionym remake’iem „Plan to Eradicate the Saiyans”, a zaraz po nim widzowie mogli obejrzeć kolejny obraz inspirowany dawnymi animacjami „DB”, udany „Dragon Ball: Episode of Bardock”, w którym okazje się, że ojciec Gokū w wyniku wydarzeń, które doprowadziły do zniszczenia planety Vegeta, cofnął się w czasie. To sprawia, że i on, i my odkrywamy skąd wzięła się w ogóle legenda o Super Saiyaninie, poznajemy Chilleda, przodka Friezera, a także pewną przeuroczą rasę kosmitów. I chociaż brzmi to osobliwie, film jest naprawdę znakomity i potrafi niejednego wzruszyć.

 


Potem „DB” wrócił na ekrany kin, za sprawą „Bitwy bogów”, nad którą pomagał sam Akira Toriyama (i przyznam, że wolę tę sagę w ujęciu filmowym, niż serialowym, chociaż to, co potem widzieliśmy w serii „Super” ma swój urok), a także „Zmartwychwstanie ‘F’” – tym razem już w pełni stworzonym przez autora pierwowzoru filmie. Pomiędzy oboma pojawił się jeszcze ciekawy epizod telewizyjny, czyli „Dream 9 Toriko & One Piece & Dragon Ball Z Super Collaboration Special!!”, gdzie bohaterowie trzech zawartych w tytule anime biorą udział w jedzeniowym turnieju – rzecz trudno uznać za kanoniczną, ale zabawa jest przednia. Wszystko to wieńczy zaś najnowsza produkcja – kolejna w pełni stworzona przez Toriyamą – będąca pierwszym filmem z serii „Super”, czyli „Broly”. A w tam widowiskowym kinie czeka na nas nowa wersja losów Broly’ego i włączenie go do kanonu. A wszystko to w dobrym, pełnym dawnej magii i uroku filmie, który otwiera – miejmy taką nadzieję – nowy rozdział sagi „Smoczych kul”. Oby wkrótce powstały kolejne produkcje, bo jak widać „DB” wciąż ma wielki potencjał. To już jednak czas pokaże, a my póki co cieszmy się tym  co mamy i wracajmy co raz do tych produkcji, bo są tego warte.

piątek, 25 grudnia 2020

Dragon Ball filmy #2

DRAGON BALL FILMY KINOWE, TELEWIZYJNE I OAV, CZ II: DRAGON BALL Z I GT

 

W poprzedniej części tekstu o dragonoballowych filmach przejrzałem się pierwszym produkcjom, które nakręcono zanim pojawiła się seria „Z”. Kiedy jednak ta zagościła na ekranach i stała się wielkim hitem, wszystkie kolejne produkcje również zaczęły być z nią związane. I okazały się być co najmniej równie dobre, co dotychczasowe filmy i chociaż ich poziom nie był równy, każdemu miłośnikowi „Smoczych kul” dostarczyły solidnej porcji dynamicznej i widowiskowej rozrywki.

 

Zanim przejdę do omawiania poszczególnych tytułów, warto nadmienić kilka rzeczy. Kinowe filmy z serii „DBZ” (a także powiązane z nią OAV – czyli produkcje wypuszczone na rynek wideo i specjalne epizody telewizyjne) pojawiały się od roku 1989 do 1995. I większość z nich jest pozycjami niekanonicznymi, pokazującymi alternatywne wydarzenia z serialu. Dlaczego? O ile w kinówkach „DB” nie chciano powielać wszystkiego, co było w serii, o tyle tu może wydawać się to dziwne, bo filmy ukazują inne wydarzenia, które mogły wydarzyć się między epizodami. Dlaczego więc nie są zgodne z kanonem? Bo ich twórcy, chcąc wykorzystać popularność, kręcili filmy dziejące się mniej więcej w tym samym czasie, co dane sagi anime, ale nie mając pojęcia, co w nich wówczas będzie. Tak zrodziły się różne dziwne koncepty, jak próba przemienienia Gokū w SSJ, chociaż nawet w mandze Toriyama jeszcze tego nie narysował. Co nie zmienia faktu, że filmy te i tak bardzo dobrze się ogląda.

 

Pierwszym z nich jest znany w Polsce obraz „Strefa śmierci” opowiadający o walce naszych wojowników z Garrickiem Jr., synem rywala Wszechmogącego. Kolejny, też znany w naszym kraju, „Najsilniejszy wojownik na Ziemi”, to starcie z wrogiem, który poszukuje tytułowego heros (myśląc, że jest nim Boski Miszcz). Zaś w „The Tree of Might” (ostatnim na długo filmem „DBZ”, który można było obejrzeć po polsku) dostajemy wtórną opowieść o krewnym Gokū, który przybywa na Ziemię i trzeba sobie z nim poradzić. Niewiele lepiej jest w części „Lord Slug”, gdzie pojawia się nowy, mocno związany z planetą Namek wróg. Wszystkie te filmy jednak ogląda się lekko, szybko i przyjemnie. Trochę brak w nich pomysłu, ale konkretna akcja, popis widowiskowych walk i udane sceny humorystyczne zapewniają dobrą rozrywkę.

 


Ale prawdziwe udana zabawa dopiero przed nami. Pierwszym jej segmentem staje się historia „Cooler's Revenge” o bracie Friezera, który przybywa zająć się naszymi bohaterami. Opowieść ta tak się spodobała (i jest czasem, podobnie jak „Martwa strefa”, rozpatrywana jako kanoniczna), że doczekała się ciągu dalszego w filmie „The Return of Cooler”, pokazującym drugie starcie z wrogiem. Idąc za ciosem, w kolejnym filmie („Super Android 13!”) twórcy decydują się przedstawić nam nieznane dotąd androidy, z którymi wojownicy Z będą musieli sobie poradzić, a jednocześnie serwują nam wiele świetnych scen, jak ta z wyprawą Miszcza, Trunksa i Ulonga na… wybory miss.

Wszystkie te produkcje ogląda się wyśmienicie. Jest na co popatrzeć, bo walki są jeszcze bardziej widowiskowe i dynamiczne, jest też czym się cieszyć, bo świetne są dodatkowe sceny, jak wspomniana powyżej z wyborami miss czy pojawiający się robocik wyglądający, jak Toriyama. A jednocześnie czuć tu zarówno ducha oryginału, jak i chęć stworzenia własnej mitologii i to się ceni.

 

Ale to nie koniec świetnych przeżyć. Kolejna produkcja, niezapomniany „Broly – The Legendary Super Saiyan” to jeden z najlepszych filmów serii. Wprowadza zaprojektowaną przez Toriyamę postać, daje nam kilka scen z dzieciństwa Gokū, zanim ten trafił na Ziemię i całkiem udaną historię tragicznego wojownika, niezdolnego zapanować nad swoją mocą. Co prawda kolejna produkcja, czyli pochodzący z roku 1993 „Bojack Unbound” zwiastuje spadek formy, serwując nam po prosu kolejny turniej sztuk walki, na szczęście zaraz potem twórcy, chyba idąc po rozum do głowy i korzystając z popularności Broly’ego, serwują nam udane, mimo pewnej wtórności dzieło o tytule „Broly – Second Coming” (tym razem z oszalałym wojownikiem mierzą się młodzi bohaterowie serii), a potem ciąg dalszy, czyli „Bionic Broly”, gdzie Trunks i Goten muszą zmierzyć się z odrodzonym Brolym. I chociaż ten ostatni film na polu głównej opowieści wypada dość blado (za mało tu zielonowłosego wojownika, za dużo jego nowej „formy”), o tyle wszelkie smaczki, jak te z osiemnastką i Mr. Satanem, gwarantują świetną rozrywkę.

 


A potem jest już tylko lepiej. Dwa kolejne filmy, swego czasu w Polsce wyświetlane w kinach jako jeden – „Fuzja” i „Atak smoka” – to już szczytowe osiągnięcie kinówek „DBZ”. Ten pierwszy traktuje o uwolnieniu z piekła dusz, co wywołuje iście szalony chaos (momenty z Hitlerem pobitym przez niebieskookich blondynów, którzy powinni być po jego stronie – znaczy Gotena i Trunksa w wersji SSJ – to prawdziwa perełka), drugi zaś to czerpiąca z kina kaiju (patrz. „Godzilla”) smutna opowieść o pewnym wojowniku grającym na okarynie, z której – opowieści, nie okaryny – dowiecie się, skąd Trunks z przyszłości miał swój miecz. Potem jeszcze do kin trafiła pożegnalna kinówka „DB”, ale o niej już pisałem w poprzedniej części artykułu. I na tym właśnie zakończyła się kinowa przygoda „DB”. A przynajmniej tak się wtedy wydawało, ale o tym bliżej opowiem przy okazji kolejnej części.

 

Nie znaczy to jednak, że to wszystkie filmy ze świata „Smoczych kul”, jakie w tamtym okresie powstały. W końcu telewizja też miała swoje do zaoferowania i tak oto widzowie mogli obejrzeć wyśmienity odcinek specjalny „Bardock – The Father of Goku” opowiadający o tym, jak wyglądało życie na Vegecie, jak planeta została zniszczona i jak Gokū trafił na Ziemię. Po nim na fanów czekał udany epizod „The History of Trunks”, gdzie mogliśmy obejrzeć ponurą wersję świata Trunksa z przyszłości, stanowiącą prolog do wydarzeń w serii TV. Do tego na rynek wideo trafiła produkcja „Plan to Eradicate the Saiyans” gdzie pojawia się tsufuliański naukowiec chcący zemścić się na Saiyanach (i to zanim powstała seria „GT”). Wszystko zaś zwieńczone zostało telewizyjną produkcją z 1997 „Dragon Ball GT: Biografia Gokū Jr.”, przybliżającą nam w sentymentalnym stylu losy pra pra pra (ktoś wie w ogóle ile tych pra powinno być? ;) ) wnuka Gokū.

 

Potem przez wiele lat „Dragon Ball” nie gościł już ani na ekranach kin, ani telewizorów. Manga też przestała się ukazywać. Fonom zostało po raz kolejny odkrywanie tego samego i nikt nie spodziewał się, że kiedyś ich ulubiona opowieść jeszcze powróci. A jednak, ale o tym opowiem innym razem.

czwartek, 24 grudnia 2020

Dragon Ball filmy #1

DRAGON BALL FILMY KINOWE, TELEWIZYJNE I OAV, CZ I: DRAGON BALL

 

W dzieciństwie i nastoletniości byłem wielkim fanem „Dragon Balla” i to mi zostało po dziś dzień. Nie ważne, że czytałem lepsze mangi, że oglądałem lepsze anime – „DB” pozostaje moją ulubioną serią i chętnie do niej wracam. Przez lata marzyłem, by obejrzeć wszystkie filmy kinowe. Teraz, w końcu mi się to udało i postanowiłem krótko przyjrzeć się im wszystkim. Na początek na recenzencką tapetę biorę filmy z serii „Dragon Ball”, na nowo odświeżające nam początki losów Son Gokū.

 

Pierwszy film z serii pt. „Shenron no Densetsu” (wśród fanów znany jako „Legenda smoka” czy „Legenda Shenlonga”) powstał już w roku 1986 i w nieco zmienionej wersji streszczał nam akcję mniej więcej pierwszych trzech tomów, czyli od spotkania Gokū i Bulmy, do zaczęcia nauk u Boskiego Miszcza. Wrogiem dla odmiany nie jest tu Pilaf, a niejaki Król Smakosz zbierający kule. Całość produkcji zaś jest lekka, prosta, zabawna. Są tu walki, jest akcja, dużo żartów… Typowe „Smocze kule” z początków istnienia opowieści.

 

I takie są też kolejne części, kontynuujące tę opowieść. W drugim filmie, „Majin-jō no nemuri hime” („Śpiąca królewna”), Gokū i Kuririn, trenując u Miszcza, dostają zadanie sprowadzenia jędrnej dziewuchy – tytułowej królewny, która znajduje się w zamku samego Lucyfera. W wydarzenia te wmieszają się oczywiście także inne postacie, a wszystko jak zawsze znajdzie swój szczęśliwy finał.

 

Pierwszą serię filmów „DB” wieńczy natomiast ostatnia część opowieści o młodości Gokū, „Makafushigi Dai-Bōken” („Wspaniała mistyczna przygoda”), w której nasi bohaterowie biorą udział w turnieju walki zorganizowanym przez cesarza Chaozu. Znane nam postacie zyskują tu nowe role, a całość podszyta została nawet tematyką dworskich spisków. Produkcja ta, podobnie jak poprzednie, nie jest kanoniczna ani z serialem, ani z manga, ale jako alternatywna wersja „Smoczych kul” stanowi bardzo przyjemny kąsek dla fanów.

 


Po tym filmie przez kilka lat twórcy skupili się na produkcjach związanych z serią „Dragon Ball Z” i wydawało się, że opowieść o młodzieńczych latach naszego małego Songo (jak niefortunnie przełożono imię tej postaci w polskiej wersji anime) jest skończona. Ale w roku 1996 powstała jeszcze jedna kinowa odsłona cyklu, o wiele dłuższa od poprzednich „Makafushigi Dai-Bōken” („Ścieżka mocy”), która na nowo opowiadała wydarzenia z pierwszych ośmiu tomów mangi, czyli od spotkania z Bulmą, po finał zmagań z alternatywną wersją Armii Czerwonej Wstęgi. W odróżnieniu od poprzednich filmów, poprawiono tu animację, a także nie pominięto scen erotycznych – kosztem niestety niektórych wątków fabularnych. A wszystko to podano z sentymentalną nutą – w końcu rzecz miała być ostatnim kinowym filmem ze świata „Smoczych kul” – i to na tyle dobrze, że każdy fan, nawet jeśli znał tę opowieść na pamięć, będzie nią usatysfakcjonowany.

 

Potem, w 1997, na rynek trafiła jeszcze jedna produkcja – telewizyjny film „Dragon Ball GT: Historia Gokū Jr.” (znany też w Polsce) – ale to już materiał na zupełnie inne rozważania. Natomiast wracając do filmów kinowych „DB”, w ramach podsumowania należałoby powiedzieć po prostu to, co wiedzą wszyscy fani: warto je obejrzeć. Nie jest to wielkie kino, ale ma swój oldschoolowy urok, wciąż bawi i dostarcza emocji, a co najważniejsze pozwala raz jeszcze przeżyć tamte wydarzenia i… Tak, widz przekonuje się, że przygody Son Gokū wcale się nie zestarzały, a nawet jeśli tak, to zrobiły to z godnością.

środa, 23 grudnia 2020

Kevin sam w domu

30 LAT DOMOWEJ SAMOTNOŚCI

 

W tym roku „Kevin sam w domu”, jeden z najbardziej kultowych dla Polaków filmów w dziejach kina, obchodzi trzydziestolecie swojej premiery. To doskonała okazja by raz jeszcze przypomnieć sobie o tym dziele i zastanowić się nad jego fenomenem. Co prawda przypominać nie ma czego, skoro rodzime stacje telewizyjne emitują go kilka razy do roku, nawet w środku lata, ale jest to film o którym mówić można w nieskończoność.

 

Fabułę „Kevina” zna każdy, ale dla formalności przypomnę o co w tym wszystkim chodzi. Rodzina Kevina szykuje się do wyjazdu na Święta. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, dom przygotowany by nie okradli go grasujący w okolicy złodzieje, krewni zebrani… Co może pójść nie tak? Z powodu awarii prądu budzik nie działa, familia zasypia i w pośpiechu zapomina o młodym Kevinie. Ten początkowo cieszy się, że jego bliscy zniknęli, szybko jednak zaczyna tęsknić. A co gorsza bandyci chcą napaść na jego dom i tylko dzielny chłopak będzie musiał ich powstrzymać…

 

O „Kevinie” mówić można w nieskończoność, przytaczając wszelkiej maści ciekawostki. Że rzecz była kręcona w ciepłą zimę, gdy niemal nie było śniegu i trzeba było to nadrabiać udającymi biały puch płatkami ziemniaczanymi, które potem zmieniały się w śmierdzącą breję. Że trudno było kręcić niektóre ujęcia w domu, więc odtworzono go w budynku liceum, które wcześniej występowało w takich filmach jak „Wujek Buck” (to stąd podkradziono Culkina, wymyślając rolę Kevina specjalnie dla niego) czy „Wolny dzień Ferrisa Buellera” (oba to wcześniejsze filmy scenarzysty „Home Alone”)… Ale to każdy może znaleźć w internecie. Mógłbym pokusić się o dekonspirację mitu, jakoby w jednej ze scen pojawił się Elvis Presley, który wtedy już nie żył, ale tego też już dokonano. Teorie odnośnie całości? Tych jest na pęczki, od tego, że sąsiad „morderca” to tak naprawdę Kevin z przyszłości, przez sugerowanie, że gość od polki to tak naprawdę diabeł, który podwiózł matkę Kevina w zamian za duszę, po sugestie, że John z „Piły” to tak naprawdę dorosły Kevin. Ale po co, przejdźmy do sedna czyli do tego, dlaczego ten film tak się podoba.

 


Winna oczywiście jest miłość do Świąt. John Hughes musi kochać to święto, skoro dał nam takie filmy, jak „W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju”. Ale i Chris Columbus, który wyreżyserował „Samego w domu” to gwiazdkowy fanatyk, który pragnął uczynić film jak najbardziej nastrojowym, więc postawił na to, by nawet dekoracje były w kolorach zielonym i czerwonym. Nastrój panujący w filmie idealnie pasuje do pory roku, ale w dużej mierze siła produkcji tkwi nie tylko w tym i humorze, ale też i pozornym realizmie. Realizmie mocno czerpiącym z kreskówek, ale jednak pozwalającym poczuć, że to mogło się wydarzyć. Reżyser i operator zadbali bowiem o to, by przestępcy przekonywali. Nie są to złe do szpiku kości bandziory, w swoim fachu to pierdoły, ale w odróżnieniu od innych podobnych filmów (plus kolejnych części „Kevina” od trzeciej wzwyż), nie mówią, jak idioci, nie robią debilnych min, a nawet kiedy serwują nam coś z nadmierną, wymaganą przecież przez konwencję ekspresją, robią to w sposób przekonujący. I to sprawia, że nawet dorośli dają się wciągnąć i nie zgrzytają zębami.

 


Nic więc dziwnego, że film sprzedał się na całym świecie tak dobrze. Co prawda za granicą żartują nawet z uwielbienia Polaków, jakim ci darzą produkcję, ale pamiętajmy, że „Kevin sam w domu” zarobił niemal pół miliarda, co dało mu pierwsze miejsce na liście najlepiej zarabiających komedii fabularnych, a zarazem światowy rekord Guinnessa w tej kategorii. I dopiero w 2011 roku „Kac Vegas II” zdołało pobić go na tym polu. Co więcej „Home Alone” w czasach, gdy był wyświetlany w kinach, dzierżył tytuł trzeciego najlepiej zarabiającego filmu w dziejach (lepiej poradziły sobie tylko pierwsze „Gwiezdne wojny” i E.T.”), a do 2018 pozostawał najlepiej zarabiającym filmem świątecznym (pobił go nowy „Grinch”). Dlaczego? Polskie uwielbienie Kevina tłumaczy się zarówno wielkim przywiązaniem do świąt i tradycji (dlaczego w takim razie inne, podobne filmy nie zdobyły takiego statusu?), jak i tym, że był to jeden z pierwszych amerykańskich filmów familijnych w polskich kinach po upadku PRL-u i stanowił powiew świeżości (i znów można zadawać podobne pytania czemu mimo wszystko padło na niego, skoro były też inne produkcje), ale jak to jest na świecie?

 


Cóż, pamiętajmy, że John Hughes, który w tamtym momencie miał na koncie najlepsze filmy z „Krzywym zwierciadłem” w tytule („Wakacje”, Europejskie wakacje” i „Witaj Święty Mikołaju”), „Szesnaście świeczek”, „Klub winowajców”, „Dziewczynę w różowej sukience” czy „Samoloty, pociągi i samochody” był darzony swoistym kultem i gwarantem sukcesu. Kino familijne samo w sobie również niemal zawsze świetnie się sprzedaje, tak samo jak sezonowe. Siłą tego filmu pozostaje jednak fakt, że mimo pewnych niedociągnięć i naiwności, nie jest infantylny, że nie traktuje widzów jak idiotów i nie próbuje na siłę wzruszać. Kevin przekonuje, bo jest dzieckiem, jakich wiele – złości się, psoci, jest dobry, ale daleko mu do bycia wzorem – a jego rodzina jest pełna wad, w których każdy odnajdzie coś z własnego otoczenia. Nie wyjaśnia to wszystkiego, ale wszystkiego wyjaśnić się nie da. Analiz jest wiele, teorii jeszcze więcej, prawda jest jednak taka, że po prostu „Home Alone” trafiło w swój czas i tyle. W końcu nie jest to wielki film, każdy z tym się zgodzi (ja przez wiele lat unikałem go jak ognia, mając dość tak jego, jak i wszelkiej, świątecznej skomercjalizowanej propagandy, jaką wciska się nam co roku na każdym kroku – dopiero moja lepsza połowa swoim uwielbieniem Świąt Bożego Narodzenia to zmieniła). Ma jednak swój urok, ma klimat, ma charakter i nawet jeśli widziało się go już tyle razy (telewizja serwowała nam już dobrych czterdzieści emisji), nie nudzi i bawi tak samo, jak przed laty.

 

I tak będzie już zawsze. Trendy będą się zmieniać, hitów będzie przybywało, a „Home Alone” (niestety) doczeka się kolejnych odsłon, plagiatów albo remake’ów, ale „Kevin” może być tylko jeden – oczywiście w dwóch odsłonach, bo „Sam w Nowym Jorku” jest produkcją równie udaną, co pierwsza część – i nigdy nie przestaniemy go lubić. W końcu część jego siły tkwi w ponadczasowości, odświeżaniu tradycji i graniu na sentymentach, które istnieć będą tak długo jak istnieją sami ludzie.

Powróćmy do marzeń: Droga ku lepszej przyszłości - Papież Franciszek, Austen Ivereigh

PAPIEŻ W CZASACH ZARAZY

 

Papież Franciszek, człowiek który zaskoczył cały Kościół – zarówno duchownych, jak i „zwykłych” wiernych – przybywa z książką na niepewne, pandemiczne czasy. Z tym, że pandemia to dla niego o wiele bardziej złożony i obejmujący zupełnie nieoczekiwane dla wielu obszary temat. A wszystko to w przystępnej, ale skłaniającej do myślenia – i miejmy nadzieję także, że do działania – pozycji skierowanej nie tylko do ludzi wierzących

 

Pandemia koronawirusa wstrząsnęła naszym globem i wywróciła świat do góry nogami. Przewartościowała wszystko, odmieniła nasze kontakty towarzyskie, zrewidowała co ważne, odcięła wielu od kontaktów międzyludzkich, dotychczasowego trybu życia czy sposobu wyznawania wiary. Ale to nie jedyna zaraza, jaka może dotknąć – jaka dotyka – człowieka. Wręcz przeciwnie. Istnieją bowiem nie tylko zarazy szkodliwe dla ciała, ale i dla ducha, a jedną z nich jest obojętność, znieczulica na problemy i potrzeby innych. Coś, z czym można i trzeba walczyć.

 

Papież, a właściwie każdy przywódca duchowny, powinien być zarówno przykładem tego, jak należy żyć i postępować, jak i kompasem moralnym, wskazującym nam właściwą drogę. „Powrotem do marzeń” Papież Franciszek – z pomocą przeprowadzającego z nim rozmowę dr. Austena Ivereigha, brytyjskiego pisarza, dziennikarza i przy okazji autora dwóch biografii Franciszka – podejmuje się tego zadania. Analizując zarówno skutki pandemii koronawirusa, jak i przyglądając się trawiącej ludzkie duże obojętności, nie tylko nas diagnozuje, nie tylko wytyka to, co wytknąć należy, ale i idzie o wiele dalej.

 

Co za tym dalej się kryje? Przede wszystkim chęć skłonienia nas do myślenia, zastanowienia się, ale nie bezproduktywnego, a popartego działaniem. Jakby tego było mało, Papież Franciszek ukazuje nam tu swoje marzenie, swoją wizję świata, jaki mógłby narodzić się po pandemicznym kryzysie. Świata odmienionych, także ekologicznie i politycznie, ludzi. Bo z każdego kryzysu człowiek wychodzi inny – od niego samego zależy jednak czy wyjdzie lepszy, czy gorszy, a ojciec święty, jak na moralny kompas przystało, chce nam pomóc stać się lepszymi dla wszystkiego, co nas otacza.

 

Jednocześnie „Powrót do marzeń: Droga ku lepszej przyszłości” to pozycja pogłębiająca portret samego Papieża. Lekko i przystępnie napisana, nieprzegadana, trafnie ujmuje wszystkie zagadnienia, których dotyczy i stanowi interesującą lekturę. Nie tylko dla wierzących. W końcu Franciszek zdołał już przekonać nas, że jest po prostu papieżem ludzi wszystkich, do każdego podchodząc z szacunkiem i zrozumieniem. Warto więc jego książkę poznać i przemyśleć ją sobie. Na pewno z tego literackiego spotkania wyjdziemy o wiele bogatsi.

 

Dziękuję wydawnictwu Rafael za udostępnienie egzemplarza do recenzji.