piątek, 31 stycznia 2020

Świst umarłych - Graham Masterton

ZMARLI NIE MÓWIĄ, ZMARLI ŚWISZCZĄ


Graham Masterton to nazwisko kojarzone albo z horrorami, albo z erotyką. Czasem jednak zdarza się mu popełnić coś innego, od powieści historycznych zaczynając, na thrillerach skończywszy. W tym ostatnim gatunku musiał chyba poczuć się dobrze, bo nie tylko stworzył m.in. serię powieści o Katie Maguire, ale też wyszedł mu z tego najdłuższy cykl w jego karierze. I to cykl jakże udany. Udany też jest najnowszy tom więc jeśli lubicie mocne opowieści z dreszczykiem, powinniście go poznać.


Odcięta głowa. Flet wciśnięty do gardła. Cmentarz. Tak zaczyna się kolejna, kto wie czy nie najcięższa sprawa w karierze Katie Maguire. Zabity to bowiem policjant, który miał zeznawać w sprawie o korupcję. Ale jak wiadomo, nigdzie nie lubi się ludzi, którzy donoszą na swoich i policja nie jest wyjątkiem. Kto wie czy nie wręcz przeciwnie. Dlatego, kiedy Katie angażuje się w śledztwo, nie każdemu się to podoba. A tymczasem ofiar przybywa…


Masterton to autor mający tendencję do dziwnych, często zupełnie nietrafionych pomysłów, kiepskiego rozwiązywania fabularnych i naciąganych wątków. Owszem, to domena pisarzy zajmujących się horrorem i fantastyką – weźmy choćby książki Stephena Kinga, w których dobre zakończenie bywa jedynie chlubnym wyjątkiem – jednak Brytyjczyk ma do tego szczególny talent. Ale nawet wtedy potrafi jakoś z tego wybrnąć. Bo czego by o nim nie mówić, potrafi pisać, a co za tym idzie potrafi także wywoływać mnóstwo emocji, nawet w takich momentach. Do tego dochodzi napięcie i brutalność, które naprawdę robią wrażenie, a przy okazji całość czyta się lekko, szybko i z dużą przyjemnością.


I to właśnie czeka na Was w „Świście umarłych”. Spójrzcie tylko na ten tytuł i opis – brzmi nieco komicznie. A jednocześnie całość jest jednocześnie mroczna, mocna, momentami makabryczna i pełna grozy. Oczywiście nie tej paranormalnej, tylko przyziemnej, ludzkiej. Zwykłego, człowieczego bestialstwa potrafiącego przerazić bardziej, niż duchy, wampiry czy co tam jeszcze wymyślicie. Zresztą niniejsza powieść do typowy, wzorcowy thriller. Przełamany tytułowym motywem, który może i wydaje się nieco przekombinowany, ale stanowi całkiem ciekawy element i pewne odświeżenie skostniałego gatunku.


Poza tym całość jest przecież świetnie napisana i wręcz sama się czyta. Dla miłośników mocnych wrażeń na długie pseudo zimowe wieczory to powieść jak znalazł. A przy okazji to kolejny znakomity dowód (i kolejny Mastertona), że nawet współcześnie w thrillerach zdarzają się świetne rzeczy. Tradycyjnie polecam więc gorąco.


A wydawnictwu Albatros dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Czas nienawiści, tom 2 - Danijel Žeželj, Aleš Kot

CZAS KOŃCA NIENAWIŚCI


Pierwszy tom „Czasu nienawiści” był nieźle wykonaną, ale niespełnioną pod względem przesłania antyutopijną wizją przyszłości. Miałem więc nadzieję, że drugi podniesie nieco poziom, ale i żywiłem obawy o porażkę. Ostatecznie jednak w moje ręce trafił produkt utrzymany na takim samym poziomie. Zatem rozrywka to niezła, ale jako wizja przestrzegająca przed kierunkiem, w którym zmierza świat, nieprzekonująca.


Jest rok 2022. Ameryka jest rozdarta między opresyjną władzę i walczących z nią ludzi. Kto nie pasuje do systemu, trafia do swoistych obozów pracy. Amanda i Hulian, niegdyś żony, obecnie stoją po dwóch stronach barykady. Ta pierwsza zajęła się partyzantką, ta druga, choć ze względu na swoją ex podejrzana, opowiedziała się za państwem. Teraz, gdy wszystko zbliża się do końca, jakie decyzje podejmą bohaterki?


Wizja przyszłości w popkulturze i sztuce to najczęściej po prostu wyolbrzymienie i przeniesienie na inny grunt obecnej sytuacji polityczno-społecznej. Kiedy rząd jest prawicowy, ludzie będą przekonywać, że czeka nas konserwatywne piekło. Kiedy władza należy od lewicy, piekło przyszłości zmienia się w liberalny koszmar. Bo ludzka natura już taka jest, że zawsze buntujemy się przeciw obecnej władzy, nieważne którą stronę sceny politycznej by nie reprezentowała. I tak samo jest w przypadku tej serii komiksowej. Rzecz w tym, że naprawdę dobrzy twórcy potrafią się wznieść ponad to i swoje wizje oprzeć nie na modzie i panujących  nastrojach a czymś ponadczasowym, ponad wszelkimi podziałami i nieograniczonym jedynie do chwili – ludzkiej naturze. Bo polityka różni się tylko nazwami, cel zawsze ma taki sam.


Właśnie dlatego uzależnianie wizji przyszłości od wiatrów politycznych zmian jest albo naiwne, albo populistyczne. Tak czy inaczej w obu przypadkach ginie prawdziwa głębia, która miała szansę zaistnieć na łamach dzieła. I tak jest w przypadku tego komiksu. Przez chwilę może wydawać się on aktualny, ale na tym koniec. Szkoda, bo potencjał był i bo to podstawowa rzecz, dla której sięga się po tego typu albumy. Ale jeśli traktować całość tylko jako czystą, sensacyjną rozrywkę, „Czas nienawiści” sprawdza się przyzwoicie. To niezła, klimatyczna, ponura opowieść o ludziach żyjących w opresyjnym świecie. Prosta, niewymagająca, bez nadmiaru tekstu… Czyta się szybko i przyjemnie, gdy przymknie się oko na wspomniane już minusy.


I nieźle wypada od strony szaty graficznej. Na kolana nie powala, bo mamy tu brudną, nie zawsze wyraźną kreskę, która na pewno nie każdego kupi, ale jednocześnie pasuje to do całości. Do tego dochodzi dobre wydanie w dobrej cenie. Kto więc lubi takie opowieści i takie klimaty, śmiało może sięgnąć i przekonać się. Tym bardziej, że to tylko dwa tomy. Ale ci, którzy szukają poruszającej, przekonującej wizji przyszłości, która zawsze pozostanie aktualna, poczują się zawiedzeni.









czwartek, 30 stycznia 2020

Pustostany - Dorota Kotas

STAN PUSTKI


Trzecia nowość od Niebieskiej Studni i zarazem drugi polski debiut wydawcy rzucony na rynek w styczniu to jednocześnie najlżejsza i najbardziej rozrywkowa z nich wszystkich. Stylistycznie rzecz też jest prostsza, mniej wymagająca, ale nie zmienia to faktu, że „Pustostany” to lektura udana. I bynajmniej nie pusta.


Główna bohaterka mieszka w pustostanie w kamienicy, gdzie nie został prawie nikt, bo wszyscy umarli na raka. Ale zmarli to najlepsi sąsiedzi, jakich mogłaby mieć. Podlewa ich kwiaty, czyta pocztę, żeby się nie zmarnowała, uprząta niepotrzebne rzeczy, obserwuje jak listy znikają w szparach pod drzwiami innych, pustych lokali… Kim jest? Dlaczego to robi? Co się dzieje wokół niej? I czy jest jedyną taką dziką lokatorką?


Pustostany to hasło, które pewnie już zawsze będzie kojarzył mi się z serialem „Świat według Kiepskich”. Tam istniały dwa tajemnicze lokale tego typu: w jednym przez krótką chwilę mieszkała kobieta, o której nic nie wiadomo, drugi skrywał prawdziwe alkoholowe Eldorado. Można by jeszcze opowiadać o ukrytym skarbie, innych lokatorach, ale to nie miejsce i nie czas na to. Nietrudno jednak zgadnąć, że wspominam o tym wszystkim, bo powieść Doroty Kotas przypomniała mi o tym elemencie serialu, ale jednocześnie sama okazała się przypominać te serialowe wątki.


Tu i tam mamy do czynienia z lokalami, które skrywają jakąś tajemnicę. A może raczej tajemnice. I to takie, które mogą rozwiązać się w zarówno jak najbardziej przyziemny sposób, jak i odsłonić niezwykłą stronę nie z tego świata. Ale sekret i same miejsca pozostają jedynie jedną stroną tej literackiej monety. Tak, jak najlepsze odcinki „Świata według Kiepskich” były zarówno zabawne, klimatyczne, jak i niosące ze sobą coś więcej, tak i w „Pustostanach” czeka na odbiorców pewna głębia. Zabawnie i nastrojowo też zresztą jest. Bo powieść Kotas jest jak kameralny remake „Bling Ring” albo „Edukatorów”, z tym, że nie ma tu włamywania się do domów bogaczy, jest za to włamanie do pustki pozostałej po ludzkim życiu – a może chęć wyrwania się ze stanu pustki własnej egzystencji? Lekkie, czasem dziwne, czasem zwyczajne, oniryczne.


I nieźle napisane, choć po pierwszym akapicie bałem się, że będę miał do czynienia z literackim koszmarkiem. Te krótkie, proste, rwane zdania – aż wystraszyłem się czy autorka potrafi zbudować zdanie wielokrotnie złożone. Na szczęście potem zaczęło być lepiej, doszła cyniczna nuta, dałem się wciągnąć i… teraz śmiało mogę powiedzieć, że miłośnikom obyczajowo-dziwnych klimatów „Pustostany” przypadną do gustu.


Dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

The Promised Neverland #13 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

WRÓG ATAKUJE


„The Promised Neverland” to opowieść, która wciąga, jak choroba. Owszem, najbardziej porywała wtedy, kiedy było w niej najwięcej niepewności (czyli zanim liczba tomików osiągnęła wartość dwucyfrową), ale i tak opowieść przez cały czas trzyma wysoki poziom. I nie inaczej jest z najnowszym, trzynastym już tomikiem, który miłośnikom serii zapewni wrażenia, jakich oczekiwali i sprawi, że tylko będą mieli ochotę na więcej.


W tym świecie spokój nigdy nie trwa długo. Emma przekonała się o tym nie raz i przekonuje znowu, kiedy dochodzi do ataku. Bezpieczna przystań jest zagrożona. Wróg się zbliża. Śmierć jest kwestią czasu. Jak potoczą się nadchodzące wydarzenia?


Ta seria to rzecz specyficzna. Pytania i zagadki, zaskoczenia, nieoczekiwane zwroty akcji, sympatyczne postacie, nuta uroku, solidna dawka grozy i jeszcze więcej zagrożenia – tak w skrócie można podsumować całość. Wydarzenia i kolejne zagrożenia następują jedne po drugich, bohaterowie nie mają chwili spokoju, ciągle coś na nich czyha a nawet znajdują chwilę spokoju, jest to spokój pozorny i pełen niepewności.


Wszystko to sprawia, że trudno traktować „Promised Neverland” jako lekturę lekką, prostą i przyjemną, nawet jeśli okładki mogą sugerować coś innego. Napięcie jest obecne cały czas, mroczny i duszny klimat nie odpuszcza właściwie ani na chwilę, a tempo akcji nie pozwala na złapanie głębszego oddechu. Całość czyta się za to szybko i jeśli lubicie horrory także przyjemnie (jest tu jedna naprawdę mocna scena) a twórcy gwarantują, że wszystko to przygotowane zostało na naprawdę świetny poziomie.


Szczególnie, że ilustracje Posuki Demizu są po prostu rewelacyjne. Rysunki mangaczki, tak znakomite, pełne lekkości, uroku i słodyczy, ale i detali robią wielkie wrażenie. Sporo w nich realizmu, choć połączonego z cartoonowością, mrok oddany został znakomicie, a całość, choć wygląda jak najbardziej typowo dla mangi, ma też sporo naleciałości kojarzących się z komiksami europejskimi, co dodaje tytułowi nuty świeżości.


Tradycyjnie więc nic więcej dodawać nie muszę. Miłośnicy horrorów, fantastyki i opowieści akcji, gdzie zagrożenie czai się na każdym kroku, a tajemnic nie brakuje, a jednocześnie w całości mnóstwo jej uroku powinni zapoznać się z „The Promised Neverland”. Naprawdę warto.


Dziękuję wydawnictwo Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 29 stycznia 2020

Pamiętniki Wisienki #1: Skamieniałe zoo - Joris Chamblain, Aurélie Neyret

SMAKOWITA WISIENKA


Na dobry początek nowego roku Egmont serwuje młodym czytelnikom nową, ale jakże udaną serię. „Pamiętniki Wisienki”, bo o niej mowa, to bardzo sympatyczna i pełna uroku lektura, która dorosłym odbiorcom lepiej pozwala poczuć dziecięcą radość, niż pewna nieszczególnie zachwycająca smakiem rodzima czekolada. Dzieciom zaś gwarantuje niezwykle ujmującą, pięknie zilustrowaną rozrywkę na świetnym poziomie.


Główną bohaterką całości jest nastoletnia dziewczynka Wisienka, która wraz z mamą żyje w niewielkim miasteczku. Co lubi robić? Po pierwsze czytać: książki, komiksy, nawet naukowe pisma! Sama zresztą chciałaby zostać pisarką, dlatego też prowadzi pamiętnik, w którym opisuje… Właśnie, co? Ludzi, ich życie, co robią – bo właśnie obserwowanie innych to kolejna z jej pasji. Obserwowanie i chęć odkrycia ich tajemnic. Jedną z tajemnic staje się pewien staruszek, który co tydzień wychodzi z lasu cały brudny farbami. Co tam robi? Wisienka i jej przyjaciółki będą chciały odkryć jego sekret!


„Pamiętniki Wisienki” to seria stosunkowo młoda. Na rynku pojawiła się po raz pierwszy w roku 2012 i jej pierwszy tom, ten który właśnie dla Was omawiam, spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem. Nominacja do nagrody na festiwalu w Angoulême (drugi tom serii zdołał zdobyć tamtejszą Nagrodę Młodzieży) i wyróżnienie Prix Livrentête 2014 w kategorii Junior są na to najlepszym dowodem. Nic jednak dziwnego, skoro opowieść ta jest naprawdę sympatyczna i ujmująca. Prosta? Tak. Oparta na doskonale znanych schematach, by nie powiedzieć, że powtórkach? Też. Ale nie zmienia to faktu, że jest naprawdę znakomita i aż chce się ją czytać.


Spora w tym zasługa samej głównej bohaterki, która potrafi kupić serca czytelników, ale przecież „Pamiętniki Wisienki” mają do zaoferowania o wiele więcej. Fabuła jest udana, przyziemna, przez co bliższa czytelnikowi, ale i mająca swoją magię. Bo dzieci potrafią przecież niezwykłości znaleźć w każdej, najprostszej nawet, najbardziej codziennej i prozaicznej czynności i widać to właśnie w niniejszym albumie. Ale widać w nim coś jeszcze: ujmującą, wpadającą w oko, nastrojową szatę graficzną. Świetna w swej prostocie kreska, jeszcze lepszy kolor, dodający całości realizmu i bajkowości…


W skrócie: świetna opowieść dla dużych i małych. Interesująca, klimatyczna, urocza. Warto się z nią zapoznać i warto też czekać na kolejne tomy.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Punkt rosy - Mat Nować

ONIRYCZNA PRZYPOWIEŚĆ


Nie jestem miłośnikiem współczesnej polskiej literatury i bynajmniej tego nie ukrywam. Owszem, zdarza mi się sięgać po rodzimą prozę, ale najczęściej są to albo sprawdzani autorzy, albo dzieła, które jakoś szczególnie mnie zainteresowały (tych, które w moje ręce trafiły przypadkiem nie liczę). Co skłoniło mnie do sięgnięcia po „Punkt rosy”? Fakt, że rzecz wyszła nakładem Niebieskiej studni. Jeszcze zanim przeczytałem opis, wiedziałem że będzie warto, bo jeszcze nie trafiłem na książkę tego wydawcy, która by mnie zawiodła, a sporo miałem ich w rękach. I nie zawiódł też „Punkt”. Pewne znamiona debiutu całość nosi, ale i tak to bardzo dobra, wciągająca powieść.


Głównym bohaterem i narratorem jest Albert Blume, cierpiący na problemy z jelitami i skrywający  swoje sekrety oficer pracujący w jednym ze znajdujących się w Polsce obozów koncentracyjnych. Jego życie jest jak życia wielu mu podobnych, ale wszystko zmienia się pewnej deszczowej nocy. To ma  być rutynowy wypad w celu zakopania zwłok. On, esesman Fritz i polski kapo Górszczak, którego zwą Gorsteinem wychodzą zająć się robotą, wrócą tylko dwaj. Odkopana przypadkiem skrzynia skrywa w sobie coś, co przeraża i zachwyca. Blume i Fritz decydują się ukryć jej istnienie przed komendantem Zimmlerem i zaczynają przygotowywać plan, jak stad uciec razem ze swoim odkryciem. Ale nie będzie to łatwe i to wcale nie z oczywistych przyczyn…


Tajemnicza skrzynia z tajemniczą zawartością, niczym pamiętna walizka z „Pulp Fiction”. Narrator z problemami zdrowotnymi niczym bohater niesławnej powieści Jonathana Littella „Łaskawe”. I obóz koncentracyjny, jako miejsce akcji – ale obóz ukazany oczami oprawców. Choć czy to do końca tacy oprawcy? W tej powieści nic nie jest do końca takie oczywiste. A może jednak jest? To już każdy musi odkryć sam.


Tak w skrócie przedstawia się sama powieść i jej klimat. Całość sprawia wrażenie onirycznej, mrocznej przypowieści, ale zostaje pytanie: właściwie o czym? Pytanie, na które każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam w trakcie lektury. Ale „Punkt rosy” to też dobra powieść gatunkowa spod szyldu nazistowskich tajemnic, które po dziś dzień rozpalają umysły kolejnych pokoleń odbiorców. I wreszcie jest to po prostu udany thriller, wystylizowany, czasem przestylizowany, ale wciągający i klimatyczny. Zapadający w pamięć.


I przestylizowany wydaje się styl powieści. Oczywiście jest to zabieg celowy i przy okazji udany, choć zdarzają się momenty kwieciste, które przydałoby się stonować. Całość jednak pod względem literackim jest zadziwiająco udana, jak na debiut i satysfakcjonująca. Dobrze przy tym wydana, z tradycyjnie znakomitą okładką Pawła Jońcy, która wygląda, jakby Vincent van Gogh jedną ze swoich „Gwiaździstych nocy” namalował z perspektywy obozu koncentracyjnego. Jeśli więc temat do Was przemawia, sięgnijcie po „Punkt rosy”, bo warto.


A ja dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kakegurui: Szał hazardu #3 - Homura Kawamoto, Toru Naomura

RYZYKOWNE SPOTKANIA


„Kakegurui” to kolejne spore mangowe zaskoczenie jeśli chodzi o ostatnie serie. Po szacie graficznej, bardzo udanej, ale sterylnej, nie spodziewałem się, że będzie to aż tak udana seria. Tym bardziej, że nie przepadam za hazardowymi opowieściami. A jednak całość okazała się porywająca i naprawdę urzekająca. Przede wszystkim jednak oferująca rewelacyjne napięcie, stanowiące chyba najmocniejszy element serii.


W tej szkole hazard to nie coś, co się zdarza. W tej szkole hazard to sposób na życie i utrzymanie właściwej hierarchii.
I w tej szkole kruche są wszelkiej maści znajomości i przyjaźnie. Czy więź łącząca Yumeko i Mary przetrwa to, co nadchodzi? Odwiedziny pewnych osób, których doświadczą dziewczyny mogą okazać się nieoczekiwane w skutkach… Ale kto je odwiedzi? I dlaczego?


„Kakegurui” to manga powstała na zlecenie Square Enix do magazynu „Gekkan Gangan Joker”. Fani japońskich komiksów na pewno kojarzą pismo, bo w końcu dało nam takie świetne serie, jak „Akame ga Kill” czy „Tasogare Otome × Amnesia – Niepamięć panny zmierzchu”. Jeśli więc znacie tamte tytuły, wystarczy Wam wiedzieć, że ten dobrze wpasowuje się w ich klimat. Ba, z każdym kolejnym tomem całość okazuje się coraz lepsza i w chwili obecnej porywa mnie nawet bardziej, niż „Akame”. A przecież hazard to nie moja bajka, choć nie twierdzę, że w czasach szkolnych nie grałem ze znajomymi w pokera dla zabawy, ani tym bardziej, że źle mi się oglądało takie filmy, jak „Casino Royale” (choć fanem Bonda też nie jestem).


Serię tę czyta się tak znakomicie dlatego, że to po prostu kawał dobrego shounena dla starszych odbiorców. Poważniejszego, choć powielającego doskonale znane schematy szkolnego życia, realistycznie narysowanego i mającego swój mroczny, mocny klimat. Chociaż to przyziemna manga, bywa iście upiorna, a przede wszystkim klimatyczna. Mrok rządzi tu na każdym polu, a szkoła naszych bohaterów przypomina dżunglę, a może bardziej „Deadly Class”, jeśli czytaliście tamtą serię komiksową.


Oczywiście całość nie wyszłaby tak dobrze, gdyby nie świetna szata graficzna. Rysunki są może sterylne, że tak to ujmę – czysta kreska, geometryczna precyzja, trzymanie się zasada zamiast eksperymentowania – ale muszę przyznać, że doskonale to do całości pasuje. Styl i duża ilość czerni sprawiają, że opowieść nabiera powagi, a także wpada w oko. Kto więc szuka dojrzalszego shounena o szkolnym życiu, koniecznie powinien całość poznać.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.









Zabić drozda - Harper Lee, Fred Fordham

SKAZAĆ NIEWINNEGO


Świetna adaptacja legendarnej książki – tak w skrócie można podsumować komiksową wersję „Zabić drozda”. Stworzona przez Freda Fordhama powieść graficzna pierwowzoru co prawda nie zastąpi, ale trzyma zadziwiający – i jakże bliski dziełu Harper Lee – poziom. W skrócie: przygotujcie się na mocną, poruszającą i zaangażowana lekturę dla młodszych i starszych czytelników, która zmusza do myślenia i nikogo nie pozostawia obojętnym.


Rok 1933, Maycomb Alabama. Rodzeństwo Smyk i Jem poznaje Dilla, chłopca, który staje się towarzyszem ich zabaw tego lata. Dilla jednak najbardziej pociąga tajemnica domu Radleyów, miejsca podobno nawiedzonego. Co jednak rzeczywiście dzieje się w jego murach? I jak odkrycie tych sekretów wpłynie na dziecięcych bohaterów?

Tymczasem trwa proces czarnoskórego mężczyzny sadzonego za gwałt na białej dziewczynie. Jego obrony podejmuje się ojciec Smyk i Jema, Atticus. Problem w tym, że choć wszystko wskazuje, iż oskarżony jest niewinny, mieszkańcy już wydali na niego wyrok ze względu na kolor skóry…


„Zabić drozda” to powieść legenda, która stała się lekturą szkolną, a jej autorce przyniosła między innymi nagrodę Pulitzera. Mimo to, choć Harper Lee książkę wydała w roku 1960, nie kontynuowała kariery literackiej i dopiero w roku 2015, krótko przed swoją śmiercią opublikowała jej ciąg dalszy, „Idź, postaw wartownika”. Mimo tak skromnego dorobku, przeszła do historii literatury, a jej debiutancka powieść obrosła legendą. W czym pomogła także znakomita ekranizacja. A teraz do listy adaptacji – w 2018 roku powstała bowiem także sztuka – dołącza powieść graficzna.


I jaki jest to twór? Przede wszystkim wierne literze pierwowzoru, co zresztą potwierdza fakt, że dzieło Freda Fordhama poniekąd autoryzowali krewni pisarki. Co więcej udało mu się zachować charakter pierwowzoru: ten sielski klimat dziecięcych wakacji, tajemnice małego miasteczka, wreszcie także wątki tolerancji, niesprawiedliwości czy specyfiki społeczeństwa lat 30. Są tu wzruszenia, są emocje, jest głębia i świetnie nakreślone postacie w równie znakomicie oddanym świecie. Nic w tym jednak dziwnego. Tekst to właściwie cytaty z powieści, a Lee była przenikliwa i bardzo trafna w swoim pisarstwie. Wspomagały ją też fakty – charaktery swoich bohaterów oparła na ludziach, których znała (Dill to nikt inny, jak jej przyjaciel z dzieciństwa, Truman Capote, legendarny pisarz), a i wiele wydarzeń z życia odtworzyła na kartach swego opsu magnum. Zostawienie tego w niezmienionej formie  było więc strzałem w dziesiątkę i wyszło całości na dobre.


Ale wszystko to uzupełniają świetne, proste, a jednak realistyczne ilustracje, które wieńczy dobry kolor. I dobre jest też wydanie. W skrócie: „Zabić drozda” to kawał znakomitego, zapadającego w pamięć komiksu dla młodzieży i dorosłych. Warto go poznać i poczuć jego siłę. Polecam.



I dziękuję wydawnictwu Jaguar za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 28 stycznia 2020

Kajtek i Koko w kosmosie #5: Obce świadomości - Janusz Christa

W PARZE Z ROZMIAREM IDZIE WIELKA JAKOŚĆ


Najdłuższy polski komiks, „Kajtek i Koko w kosmosie”, choć od jego pierwszego wydania minęło ponad pół wieku, wciąż ma się dobrze. Świadczy o tym jego najnowsze wznowienie, którego publikację zaczęto ponad półtora roku temu – wszystko z okazji pięćdziesięciolecia istnienia całości – a które powoli zbliża się do końca: pierwsze w pełni kolorowe i jednocześnie nie pocięte wydanie. Wydanie, które warto mieć na półce nawet jeśli posiadacie już poprzednie edycje. Tym bardziej, że to po prostu jeden z najlepszych rodzimych komiksów, który wciąż pozostaje atrakcyjny dla dzieci, młodzieży i dorosłych.


Kolejne światy. Kolejne przygody. Kolejne zagrożenia. Kajtek i Koko kontynuują swoją podróż przez kosmos, odkrywając cuda i problemy. Co czeka na nich tym razem?


„Kajtek i Koko w kosmosie” to, mimo upływu tylu lat i ukazaniu się na rynku tylu rozległych opowieści graficznych, najdłuższy polski komiks. A przecież opowieść ta debiutowała w 1968 roku i wiele na rodzimej scenie komiksowej wydarzyło się przez ten czas. Już samo to wystarczyłoby, żeby po całość sięgnąć, ale w tym wypadku w parze ze słusznym rozmiarem, gwarantującym epicką rozrywkę, idzie także wielka jakość.


Oczywiście wcale nie musiało tak być. Opowieść ta oparta została na schemacie, który już wówczas był dość wyświechtany, choć miał w sobie nutę świeżości. Jednocześnie sam pomysł to wiecznie nośny i popularny motyw, który wciąż doskonale bawi i wciąga. Wizje Christy, mimo iż oldschoolowe – a może także dzięki temu – intrygują bogactwem wyobraźni. Jest też w tym dziecięca fascynacja nieznanym, jest sentyment - dla starszych - i przygada dwóch przyjaciół - dla młodszych odbiorców. A wszystko to znakomicie, klasycznie zilustrowane.


A na tym przecież nie koniec. Jak na klasykę rodzimego komiksu przystało, „Kajtek i Koko w kosmosie” spełnia wszystkie wymogi dzieła spod szyldu „bawiąc uczy, ucząc bawi”. Co ważniejsze, nie znajdziecie tu zmory podobnych dzieł, czyli nachalnego dydaktyzmu, jest za to urocza przypowieść o przyjaźni, odwadze i pokonywaniu własnych słabości. Dużo tu humoru, dużo niezwykłych przygód i dużo prosto skrojonych, ale zapadających w pamięć postaci, których losy nie są odbiorcy obojętne. A na starszych odbiorców czeka tu satyra i komentarz rzeczywistości okresu PRL-u, choć przepuszczony przez takie zwierciadło, by żadna cenzur z tamtych lat nie miała powodów do narzekań.


A minusy? Właściwie tylko jeden: długi czas oczekiwania na kolejne tomy. Przez piętnaście miesięcy doczekaliśmy się jedynie pięciu albumów, a chyba każdy czytelnik chciałby już mieć komplet i jeszcze raz przeczytać całość od deski do deski. To jednak taki minus z przymrużeniem oka. Cała reszta to niemal idealna opowieść przygodowo-fantastyczna dla czytelników w każdym wieku i gorąco polecam ją każdemu.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Yakari: Tajemnica Małego Pioruna - Job, Derib

CHŁOPIEC I JEGO KOŃ


W końcu jest. Bodajże najbardziej wyczekiwany przez fanów tom „Yakariego” ukazał się właśnie na polskim rynku. Dlaczego tak na niego czekałem? Bo to najbardziej doceniony, wyróżniony nawet nagrodą Festiwalu Komiksowego w Angoulême album, który najbardziej spodoba się co prawda dzieciom, ale i niejeden dorosły – oczywiście jeśli lubi europejskie komiksy tego typu i filmy Disneya – znajdzie tu coś dla siebie.


Do tej pory to Yakari dostawał dziwne wezwania do działania i przechodził różne próby. Teraz jednak to jego wierny koń Mały Piorun znika, by przejść podobną ścieżkę. Ale wyprawa do odległej krainy i wyzwania, które na niego czekają, mogą odmienić go na zawsze…


„Yakari” w naszym kraju pojawił się po raz pierwszy w roku 1991, kiedy to na rynku ukazał się pierwszy tom serii. W szczegóły wdawałem się przy okazji recenzowania poprzednich tomów, pozwólcie więc, że przypomnę jedynie to, co istotne.  A istotne jest, że wówczas na powrót serii fani musieli poczekać jedenaście lat – wtedy też jednak cykl nie przetrwał długo, znikając z rynku po czterech tomach. Ale na szczęście Egmont kontynuuje swoją politykę wznawiania starszych tytułów i w końcu jakiś czas temu doczekaliśmy wydania dotychczas niepublikowanego w naszym kraju tomu piątego, a teraz nadszedł czas na nagrodzony tom szósty.


I jest to tom świetny. Nie wiem czy aż tak, jak sugeruje to wyróżnienie, bo poziomem przypomina poprzednie odsłony, ale wciąż jest to poziom znakomity. Całość jest lekka, szybka i przyjemna w odbiorze, czasem dramatyczna, czasem zabawna, dostarcza pouczających przygód w klimacie Dzikiego Zachodu i obowiązkowego przesłania. Nie ma tu wiele tekstu, komiks jak zawsze można pochłonąć w kilkanaście minut, ale dzięki temu nie dłuży się i nie nudzi, a to też ważny aspekt historii, opowiadanej głównie za sprawą obrazów.


A jakie to są obrazy, to już oddzielna kwestia. Yakari, podobnie, jak wiele innych postaci z tej serii, został wymyślony w roku 1964, kiedy Derib pracował w studiu Peyo. Ostateczny kształt opowieść i styl autora osiągnęły dopiero pod wpływem cyklu „Umpa-pa” i wszystko to widać w ilustracjach. Na wskroś klasyczne cartoonowe rysunki, uproszczone postacie, dopracowane, realistyczne tła i świetny kolor składają się na typowe, ale dzięki temu atrakcyjne dzieło europejskie. Wszystko wieńczy dobre wydanie w dobrej cenie. Kto lubi udane opowieści dla całej rodziny, będzie zadowolony.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Magic Knight Rayearth #6 - Clamp

KONIEC KRAINY MARZEŃ?


Mam wrażenie, że ledwie „Magic Knight Rayearth” zaczęły ukazywać się po polsku, a już mamy ostatni tom. Szkoda, bo choć nie był to najlepsza seria, jaką stworzyły panie z grupy Clamp, to na pewno była warta poznania. I taki jest też finał, który w dobrym stylu kończy całość. A co zostaje nam, czytelnikom? Śledzić inną – i jeszcze lepszą – opowieść autorek, „Card Captor Sakura”, a jednocześnie mieć nadzieję, że coś jeszcze ich autorstwa pojawi się na polskim rynku.


Walka o zostanie Filarem Cephiro trwa. Kto będzie godny się nim stać? Jakie są powody, dla których poszczególni chętni pragną objąć tę funkcję? I co spotka nasze bohaterki?


Chociaż manga „Magic Knight Rayearth” na naszym rynku pojawiła się w zeszłym roku, to opowieść doskonale znana polskim miłośnikom japońskich produkcji. Wszystko za sprawą serialowej adaptacji, którą pod tytułem „Wojowniczki z krainy marzeń” emitował legendarny dla rozwoju japońskiej animacji nad Wisłą kanał RTL7. Pamiętam jak śledziłem przygody bohaterek, kiedy tylko mogłem – to nie był co prawda „Dragon Ball”, żebym robił wszystko, by obejrzeć kolejne epizody, ale całość swój urok miała – więc z ochotą sięgnąłem po mangę. I? I teraz żal mi, że to już koniec. Znam lepsze serie pań z Clampa, niemniej i tak był to kawał znakomitej opowieści.


Wiadomo, drugi „X”, „Chobits” czy nawet „Card Captor Sakura” to to nie jest, ale i tak „MKR” to świetna opowieść, która łączy w sobie motywy baśniowo-fantastyczne rodem z „Czarodziejki z księżyca” z nutą mroku, powagą i dojrzałym podejściem nawet do infantylnych kwestii, z jednoczesnym zachowaniem dziecinności, niewinności i naiwności. Do tego mamy tu mnóstwo najróżniejszych elementów, które pokochaliśmy przed laty w mangach i anime (z mecha włącznie), a i nie można zapomnieć o standardowo dla Waneko świetnym wydaniu.


Szkoda więc, że to już koniec. Tym bardziej, że całość została wprost rewelacyjnie zilustrowana. Świętując dwie dekady swojego istnienia, Waneko dało nam kilka jakże udanych opowieści, „MKR” była chyba najbardziej kultową z nich wszystkich. Warto więc ją poznać nawet jeśli nie przepadacie za podobnymi historiami. A mi pozostaje mieć nadzieje, że na tym wydawca nie zakończy przygody z mangami pań z grupy Clamp i wkrótce dostaniemy kolejne tytułu ich autorstwa. Nie miałbym nic przeciw np. „Angelic Layer”.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 27 stycznia 2020

Mister Miracle - Tom King, Mitch Gerads

MISTRZ UCIECZEK


Mister Miracle to postać na polskim rynku bliżej nieznana, więc wydanie poświęconemu jej albumu – i to tak ekskluzywnego – z pewnością wiązało się ze sporym ryzykiem. Gwarantem sukcesu w tym wypadku miało być nazwisko twórcy, czyli Toma Kinga, scenarzysty „Batmana” z „Odrodzenia” i znakomitego „Visiona”. I miejmy nadzieję, że ów sukces całość odniesie, bo chociaż nie jest to rzecz tak udana, jak wspomniane przygody Visiona czy najlepsze odsłony Człowieka Nietoperza, to nadal naprawdę dobry komiks. Tym bardziej, jak na tak mało atrakcyjny schemat fabularny, jaki wiąże się z tym bohaterem.


Poznajcie Scotta Free, iluzjonistę, członka Ligii Sprawiedliwości i człowieka, którego można nazwać mistrzem ucieczek. Pytanie jednak czy ktoś, kto zdołał wyrwać się z sierocińca Babci samo Dobro na Apokolips i znaleźć schronienie na Ziemi, rzeczywiście jest w stanie uciec wszystkiemu i wszystkim? Dla Scotta nadchodzi pora największej ucieczki – przed śmiercią. Czy zdoła jej dokonać?


Mister Miracle jak dotąd właściwie nie doczekał się nigdy wydania solowego komiksu na polskim rynku. A pisząc właściwie mam na myśli, że nie opublikowano poświęconego mu albumu, choć trzeba nadmienić, że w jednym z tomów „Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics” mieliśmy okazję przeczytać dodatek w postaci debiutanckiego zeszytu tej serii. Nie była to jednak  opowieść zbyt udana, a kuriozalne wręcz nazwy czy to tytułów, czy wydarzeń wprost śmieszyły. Poza tym Mister Miracle pojawiał się to tu, to tam w najróżniejszych zbiorowych opowieściach od DC i to tyle z jego kariery w Polsce.


Teraz się to jednak zmieniło. Wszystko dzięki Tomowi Kingowi, scenarzyście komiksowym, który swoją karierę w branży zaczynał od roli stażysty w DC i Marvelu (był nawet pomocnikiem Chrisa Claremonta), by po wydarzeniach z 11 września dołączyć do CIA. Na szczęście po siedmiu latach zajmowania się antyterrorystycznymi operacjami urodziło mu się dziecko, a on sam porzucił karierę agenta na rzecz pisania. Na szczęście, bo tak zrodziło się wiele świetnych komiksów. „Batman” w jego wykonaniu co prawda nie zawsze zachwyca, ale kiedy King snuje obyczajowe opowieści o tym herosie, robi to w naprawdę świetny sposób, a i jego przepełnionym akcją fabułom niczego nie brać. Na prawdziwe wyżyny swojego talentu wspiął się jednak w obyczajowym, filozofującym „Visionie”. Jeśli zaś chodzi o jedno z jego najnowszych dzieł, „Mister Miracle”, to jest to opowieść bardziej rozrywkowa i lżejsza, ale nadal udana.


Podstaw całości jest akcja, ale też i całkiem udane skupienie się na postaci i jej psychologii. Bo „Mister Miracle”, będący połączeniem kosmicznego w swoich korzeniach superhero z science fiction, gdzie widać echa złotej ery gatunku, i obyczajową opowieścią o mistrzu ucieczek, w dobrym stylu balansuje na cienkiej linie rozdzielającej różne gatunki. King serwuje nam tu kolejną dobrą opowieść, o wiele lepszą niż można by sądzić po temacie – i całkiem przyzwoicie narysowaną. Świetne zbiorcze wydanie całej napisanej przez niego serii w jednym albumie też robi spore wrażenie. Jeśli więc lubicie prace scenarzysty albo po prostu dobre komiksy od DC, powinniście „Mister Miracle” poznać.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Batman #9: Drapieżne ptaki - Tom King, Mikel Janín, Otto Schmidt

KNIGHTFALL


Poślubnego aftermathu ciąg dalszy – tak w skrócie można podsumować niniejszy album „Batmana”. Po wielkim wydarzeniu, jakim był „Ślub”, Tom King zaczął nowy rozdział w życiu Człowieka Nietoperza, ale jest to jednocześnie rozdział przejściowy, w którym Bruce musi poradzić sobie z konsekwencjami ostatnich wydarzeń i własnych działań, jako heros. I trzeba przyznać, że wychodzi mu to (Kingowi i Bruce’owi) znakomicie.


Po ataku, jakiego ofiarą padła bliska Batmanowi osoba, Nietoperz kontynuuje swoją krucjatę przeciw człowiekowi, który zlecił ten i inne ataki z ostatnich dni. Trop wiedzie go do Bane’a, ale ten przecież przebywa a Arkham w stanie katatonii. Jak więc ma pociągać za sznurki? A może to jedynie pozory?


Album „Batman: Ślub”, mimo przewidywalnej przecież fabuły (a mogła być inna?), ze wszystkimi tymi gościnnymi występami autorów, stanowił piękny hołd złożony postaci Batmana. Wszystkie wcześniejsze fabuły Kinga znalazły w nim godną kulminację, ale echa tej opowieści mocno pobrzmiewały w „Zimnych dniach”, gdzie jednocześnie zawiązany został jakże ważny wątek potencjalnej śmierci jednej z kluczowych postaci. Która to postać i co  tego wynikło, zdradzać nie będę, niemniej choć jest to wątek wtórny i ograny, w rękach Kinga, dzięki nasyceniu emocjami, wychodzi naprawdę dobrze.


Oczywiście nie tylko to było i jest powtórką. Niniejszy tom to – można chyba tak uznać – kolejna wariacja scenarzysty na temat legendarnej fabuły „Knightfall”, debiutu Bane’a i zarazem najważniejszej i najsłynniejszej opowieści z jego udziałem. Poprzednim razem co chwilę serwował nam odwołania do łamania kręgosłupa, co samo w sobie aż tak rażące nie było (znów emocje zapewniły masę przeżyć), teraz bawi się tajemnicą i klimatem. I tak oto w ręce czytelników trafia kolejny dobry tom, który może i miewa słabsze momenty, ale poziom, do jakiego King nas przyzwyczaił trzyma.


Za to słabszych momentów nie znajdziecie w szacie graficznej. Mikel Janín, artysta operujący realistycznym stylem z mocno europejskimi naleciałościami, serwuje nam opowieść, która z miejsca wpada w oko. Jego kreska doskonale pasuje do całości i tonu, jaki powinny mieć opowieści o Batmanie, a także wprowadza do nich swoistą delikatność. Wszystko razem wzięte – oczywiście łącznie ze scenariuszem – daje nam kolejny świetny album, który warto polecić miłośnikom tej serii.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.