poniedziałek, 27 stycznia 2020

Batman #9: Drapieżne ptaki - Tom King, Mikel Janín, Otto Schmidt

KNIGHTFALL


Poślubnego aftermathu ciąg dalszy – tak w skrócie można podsumować niniejszy album „Batmana”. Po wielkim wydarzeniu, jakim był „Ślub”, Tom King zaczął nowy rozdział w życiu Człowieka Nietoperza, ale jest to jednocześnie rozdział przejściowy, w którym Bruce musi poradzić sobie z konsekwencjami ostatnich wydarzeń i własnych działań, jako heros. I trzeba przyznać, że wychodzi mu to (Kingowi i Bruce’owi) znakomicie.


Po ataku, jakiego ofiarą padła bliska Batmanowi osoba, Nietoperz kontynuuje swoją krucjatę przeciw człowiekowi, który zlecił ten i inne ataki z ostatnich dni. Trop wiedzie go do Bane’a, ale ten przecież przebywa a Arkham w stanie katatonii. Jak więc ma pociągać za sznurki? A może to jedynie pozory?


Album „Batman: Ślub”, mimo przewidywalnej przecież fabuły (a mogła być inna?), ze wszystkimi tymi gościnnymi występami autorów, stanowił piękny hołd złożony postaci Batmana. Wszystkie wcześniejsze fabuły Kinga znalazły w nim godną kulminację, ale echa tej opowieści mocno pobrzmiewały w „Zimnych dniach”, gdzie jednocześnie zawiązany został jakże ważny wątek potencjalnej śmierci jednej z kluczowych postaci. Która to postać i co  tego wynikło, zdradzać nie będę, niemniej choć jest to wątek wtórny i ograny, w rękach Kinga, dzięki nasyceniu emocjami, wychodzi naprawdę dobrze.


Oczywiście nie tylko to było i jest powtórką. Niniejszy tom to – można chyba tak uznać – kolejna wariacja scenarzysty na temat legendarnej fabuły „Knightfall”, debiutu Bane’a i zarazem najważniejszej i najsłynniejszej opowieści z jego udziałem. Poprzednim razem co chwilę serwował nam odwołania do łamania kręgosłupa, co samo w sobie aż tak rażące nie było (znów emocje zapewniły masę przeżyć), teraz bawi się tajemnicą i klimatem. I tak oto w ręce czytelników trafia kolejny dobry tom, który może i miewa słabsze momenty, ale poziom, do jakiego King nas przyzwyczaił trzyma.


Za to słabszych momentów nie znajdziecie w szacie graficznej. Mikel Janín, artysta operujący realistycznym stylem z mocno europejskimi naleciałościami, serwuje nam opowieść, która z miejsca wpada w oko. Jego kreska doskonale pasuje do całości i tonu, jaki powinny mieć opowieści o Batmanie, a także wprowadza do nich swoistą delikatność. Wszystko razem wzięte – oczywiście łącznie ze scenariuszem – daje nam kolejny świetny album, który warto polecić miłośnikom tej serii.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza