piątek, 28 lutego 2020

Wojna królów: Preludium - Dan Abnett, Andy Lanning, Andy Schmidt, Christopher Yost, Bong Dazo, Frazer Irving, Paco Diaz Luque, Paul Pelletier, Dustin Weaver

KOLEJNA KOSMICZNA WOJNA MARVELA


Marvel lubi kosmiczne eventy. Świetna Anihilacja, niezła Anihilacja: Podbój, udana Nieskończoność czy kultowa trylogia Rękawicy Nieskończoności to tylko niektóre spośród wielu podobnych wydarzeń wydanych nawet w naszym kraju. Teraz nadszedł czas na kolejne tego typu dzieło, a dokładniej Wojnę królów, opowieść która nie zapowiadała się szczególnie dobrze, ale okazała się całkiem przyjemną lekturą, po jaką warto jest sięgnąć.


Fabuła koncentruje się na Gabrielu Summersie, bracie Scotta (Cyclopsa z X-Men), mutancie zwanym Wulkanem, który powrócił jakiś czas temu z jednym tylko pragnieniem: zemsty. Po latach niewoli w Imperium Shi’ar, uwolnił się a dzięki swojej mocy zdołał je podbić. Teraz rządzi nim silną ręką i stara się podbijać nowe tereny. Do walki z nim stają połączone siły X-Men i Starjammers. To jednak tylko początek tego, co się wydarzy. W tym samym czasie bowiem Inhumans poszukują dla siebie nowego domu gdzieś w kosmosie, a ich działania przykuwają uwagę Wulkana, co może doprowadzić do kolejnej wojny. Ale na tym nie koniec…


Anihilacja była udanym eventem. Czasem się przy niej nudziłem, jednak pierwszy tom był naprawdę
ę rewelacyjny (głownie spokojna, bardziej obyczajowa miniseria o Draxie, bo wielkie kosmiczne walki nie robiły już wrażenia, a że były niespójne…). Podbój już tak dobry nie był, bo zabrakło scenariuszy Keitha Giffena a Dan Abnett i Andy Lanning nie udźwignęli tematu. Potem obaj scenarzyści zajęli się pisaniem Strażników Galaktyki i to potwierdziło, że słabi z nich autorzy, bo seria mnie wynudziła… Dlatego z ostrożnością podchodziłem do Wojny królów, którą współtworzyli. Na szczęście to dobry komiks – głównie dzięki scenariuszom Andy’ego Schmidta i Christophera Yosta.


Seria ta kontynuuje nie tylko wątki ze znanych w Polsce X-Menów pisanych przez Eda Brubakera, ale też i Tajnej inwazji ­– eventu, który poznać mogliśmy jedynie w WKKM, pozostając jednocześnie wierna anihilacyjnej estetyce. Co to w praktyce oznacza, chyba nikomu nie muszę mówić: dzieło stanowiące dobre uzupełnienie wszystkich wymienionych powyżej tytułów, dynamiczne, szybkie, lekkie, z odpowiednią dozą patosu i niezłego klimatu. Całość nie jest zbyt odkrywcza, ale swój urok ma. W tym tomie dostajemy jedynie preludium do Wojny królów z takich historii, jak X-Men: Kingbreaker Secret Invasion: War of Kings i War of Kings Saga, ale już widać, że będzie to udany event.


Do tego dochodzą dobre rysunki (o wiele lepsze, niż w wymienionych już opowieściach) i tradycyjnie dla Egmontu świetne wydanie. Miłośnikom eventów, kosmicznych klimatów w komiksach superhero i X-Menów polecam. Nie zawiodą się.



Recenzja ukazała się na portalu Planeta Marvel. Komiks, jak i wydawnicze nowości znajdziecie tu:





Chronologia czytania eventu i tie-inów wydanych w Polsce:
  •         Strażnicy Galaktyki 7-12 (z tomu „Strażnicy galaktyki” tom 1 – Klasyka Marvela)
  •          X-Men: Mordercza geneza
  •          X-Men: Powstanie i upadek Imperium Shi’Ar
  •          Wojna królów: Preludium

czwartek, 27 lutego 2020

Magi #23-27 - Shinobu Ohtaka

NIE TYLKO MĘSKI SHOUNEN


I w końcu dotarłem do tego momentu, gdy zabrakło mi tomików „Magi” wydanych po polsku. A tu chce się więcej i pozostaje tylko nadzieja, że Waneko szybko rzuci je na polski rynek. Wracając jednak do tego, co za nami, to trzeba powiedzieć, że zabawa była przednia, a emocje, napięcie i dymnika ostatnich pięciu tomików zrobiły na mnie duże wrażenie i dostarczyła niezapomnianych przeżyć, za którymi będę tęsknił.


Opowieść Aladyna o upadku Alma Torran trwa. Salomon zostaje królem i szykuje się do walki ze swoim ojcem, Dawidem. To jednak dopiero początek, bo tempo wydarzeń jest zawrotne, postaci przybywa, a wszystko coraz bardziej się komplikuje…


Można się upierać, że shounen to mangi tylko dla chłopców, ale byłoby to zbyt duże uogólnienie. Owszem, to oni najbardziej lubią podstawowe elementy tego gatunku, takie jak walki, potężni bohaterowie, piękne, seksowne kobiety, niewybredny humor czy nuta erotyki, jednak najlepsze dzieła go reprezentujące wykraczają poza ten schemat i dostarczają świetnej rozrywki każdemu, kto lubi po prostu dobrze opowiedziane i znakomicie zilustrowane komiksy dla starszej młodzieży. I takie właśnie jest „Magi”.


Co zatem ma jeszcze do zaoferowania? Przede wszystkim intrygujące sekrety, świetny klimat dla wszystkich miłośników fantasy, przygody itd., itd. Świetne są też same postacie, a co warto podkreślić, w tych tomach dochodzi całkiem sporo politycznych aspektów. Na szczęście nie ma tu nudy, bo przede wszystkim to po prostu dobre fantasy, z magią, mieczami i orientalnymi klimatami, gdzie „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, biblijne przypowieści i historia spotykają się z lekką, pełną walk przygodówką dla młodzieży.


Dzięki temu seria ta tak samo, jak atrakcyjna jest zarówno dla fanów arabskich klimatów i tych, którzy jej nie trawią, tak i nadaje się zarówno dla płci brzydkiej, jak i pięknej. „Magi” stworzyła w końcu kobieta i chociaż idealnie dostosowała swoje dzieło do męskich wymogów, lubiące przygody i fantastykę dziewczyny też znajdą tu coś dla siebie (na tym polu całość przypomina mi „Ao no Exorcist”, kolejny shounen stworzony przez kobietę).


Dodajcie do tego porcję emocji, rozpalających ciekawość zagadek i znakomitą szatę graficzną i dorzućcie jeszcze dobre wydanie, a otrzymacie kawał świetnej serii, którą warto poznać. Ja ze swej strony polecam gorąco. I, oczywiście, z niecierpliwością czekam na dalsze tomy.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

Wilk - Jean-Marc Rochette

CZŁOWIEK KONTRA NATURA


Temat ekologii i relacji człowiek-natura jest w ostatnich latach bardzo modny. I dobrze, bo są to kwestie, nad którymi zawsze warto się pochylić. „Wilk”, choć reklamowany jako komiks ekologiczny, skupia się jednak bardziej na tej drugiej kwestii. Co nie zmienia faktu, że to kawal dobrej powieści graficznej, w której nie brak akcji, nuty grozy i wątków… rodem z filmów Disneya.


Człowiek i natura. Człowiek kontra natura. A może jednak natura kontra człowiek?
Wilki polują na stada wypasanych w górach owiec. Pasterze wściekli na to, co ich zdaniem jest prawdziwą rzezią, starają się zabijać drapieżniki. A my śledzimy losy jednego z myśliwych, który już wkrótce będzie musiał zweryfikować swoje poglądy na wszystko, co się dzieje i w czym sam bierze udział…


O zmaganiach człowieka z naturą komiksów było już wiele i jeszcze wiele powstanie. Świetne mangi Jiro Taniguchiego czy takie dzieła, jak „Audubon: Na skrzydłach świata”, „Darwin: Jedyna taka podróż” czy picture booki Williama Grilla to tylko niektóre spośród wielu podobnych przykładów. Ale nie zmienia to faktu, że „Wilk” nie tylko dobrze do nich pasuje, ale też i jest po prostu dobrym komiksem przygodowym.


Bo właśnie do dzieł przygodowych jest mu najbliżej. Schemat samej opowieści jest dość typowy, mamy tu bowiem polującego na wilki myśliwego, który powoli odkrywa drugą stronę tego, w czym uczestniczy, przekonując się, że nie wszystko jest takim, jak mu się wydawało i odkrywając powoli swoje miejsce w tym świecie. Schemat zresztą sięga dalej – widzimy tu scen rodem z filmów Disneya, może nieco bardziej makabryczne, ale jednak. Kiedy na początku myśliwy zabija polującą wilczycę, nie ma pojęcia, że osierocony zostaje mały wilczek, który głodny zaczyna ssać krew matki. Zwierzę powoli zaczyna dorastać, odnajdować się w bezlitosnej rzeczywistości i… Tak, możecie domyślić się, co jest dalej.


Fakt wtórności nie przeszkadza jednak „Wilkowi” być udanym komiksem. Komiksem, który czyta się szybki i lekko, ale który ma też swój klimat i naprawdę dobre wykonanie. Rysunki, choć dość proste, są realistyczne i nastrojowe, a oszczędny kolor znakomicie je uzupełnia. Do tego dochodzi dobre wydanie w twardej oprawie i ogólnie pozytywne wrażenie, jakie pozostaje z lektury. Owszem, czytelników znających już ten schemat powieść graficzna Jeana-Marca Rochette’a nie zaskoczy, ale za to dobrze wpasowuje się w konwencję i w dobrym stylu powiela jej elementy. Miłośnicy przygodowych dzieł o kontaktach człowiek-natura na pewno się nie zawiodą.



Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






wtorek, 25 lutego 2020

Magi #18-22 - Shinobu Ohtaka

WOJNA MAGI(CZNA)


Przede mną coraz mniej tomików „Magi” i coraz bardziej mi żal, że to już koniec. Przynajmniej na pewien czas, bo gdy piszę te słowa – choć w Polsce mamy ich „dopiero” 27 – seria jest już zakończona i liczy sobie 37 tomików, a więc jeszcze trochę świetnej zabawy przed nami. Póki co jednak cieszę się tym, co mam jeszcze do czytania, bo – jak pisałem już nieraz – „Magi” wciąga i to o wiele bardziej, niż mógłbym kiedykolwiek sądzić.


Wojna trwa. Siła kontra magia. A wśród zawieruchy on, młody Aladyn i jego przyjaciele. Stawka jest wysoka, bo od tego wszystkiego zależą losy świata… Oczywiście to tradycyjnie nie koniec, bo już na horyzoncie czają się odpowiedzi na pytania o Magich!


Jedną z rzeczy, które uwielbiam w „Magi” to podobieństwo do „Dragon Balla”. Mogła to być porażka, bo mnóstwo serii inspirowanych tym dziełem okazało się niewartych uwagi, ale w tym wypadku, podobnie jak to np. było z „Naruto”, wszystko wyszło znakomicie. Oczywiście część schematów tu powielonych jest charakterystyczna nie tyle dla „DB”, co dla shounenów w ogóle (dziecięcy bohater, który wyrusza na szaloną wyprawę przez niezwykły świat, podczas której ma coś odnaleźć, duża siła, bardzo łagodna nuta erotyki, dużo walk itd., itd..), ale są też elementy stricte kojarzące się ze „Smoczymi kulami”. Jakie?


Weźmy na przykład to, że zarówno Aladyn, jak i Son Goku są posiadaczami niezwykłego artefaktu wspierającego ich w walce (flet/kij długokrótek), do tego obaj mają nieposkromiony apetyt, a jakby tego było mało mogą na czymś latać (turban/obłok Kinto). Są też inne elementy, ale nie wszystko mogę Wam zdradzić – lepiej byście odkryli je sami. Jednocześnie „Magi” ma do zaoferowania nieco własnego charakteru i elementów, jak chociażby… swoista obsesja Aladyna na punkcie ssania piersi (do męskich czy do wymion także zdarzało mu się dorwać ;) ) i nieco inny klimat, choć trzeba przyznać, że „Dragon Ball” też często rozgrywał się w pustynnych sceneriach, a i niektórzy bohaterowie nosili przecież iście bliskowschodnie stroje.


W tym momencie dochodzimy do tego, co wyróżnia ten tytuł na tle podobnych mang, czyli mocna inspiracja „Baśniami tysiąca i jednej nocy”. Tu zderzają się legendy, bajki i historia bliskowschodnich regionów z fantasy i typowym mangowym bitewniakiem. Gwarantuje to, że „Magi” to seria, która zarówno spodoba się miłośnikom tego typu dzieł, jak i tym, którzy ich nie znoszą, ale za to chętnie sięgają po dobre, wciągające shouneny. Do tego całość jest znakomicie zilustrowana i świetnie wydana. Dlatego jeśli lubicie podobne opowieści, a jeszcze nie znacie tego cyklu, koniecznie powinniście to zmienić.


A ja dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.









poniedziałek, 24 lutego 2020

Guns - Stephen King

BROŃ


Esej Stephena Kinga na temat amerykańskiej obsesji na punkcie broni to rzecz w Polsce może i zbędna, niemniej żal jest, iż nikt z rodzimych wydawców nie pokusił się o tego e-booka w swojej ofercie. Fani Króla bowiem dostaliby dzieło, które nie tylko opowiedziałoby im o poglądach Kinga na posiadanie broni, ale też i o kulisach zakazania przez autora jego wczesnej powieści "Rage" a także kilku ciekawych myśli Kinga na temat nas ludzi tak w ogóle.


Z "Guns" najlepiej prezentuje się początek i to należy zaznaczyć już na wstępie. Świetny, mało Kingowy stylistycznie (wręcz w klimatach Palahniuka) wstęp, opowiadający krok po kroku zwyczajowe relacje ze strzelanin, jeszcze lepszy rozdział "Rage" prezentujący 4 historie uczniów, którzy w większym bądź mniejszym stopniu zainspirowani powieścią wkroczyli do swych szkół z bronią, biorąc zakładników, czasem zabijając ludzi... 


A potem wszystko traci na sile. Reszta rozdziałów to analiza obsesji na punkcie broni, stylu amerykańskiego życia i prawa o dostępie do broni. King wyraża tu swe poglądy, ale analiza sytuacji politycznej dla nie-amerykanów stanowi jedynie dobrze napisany, ale tylko i wyłącznie artykuł o obcym państwie, pozornie nie dotyczący nas, Polaków. Niemniej jest to akurat nudnawa i przydługa "przemowa", niby mówiąca o ludzkiej naturze, ale nie do końca przekonywująca.


Oczywiście nie zabrakło też wzmianek o Columbine (rozsławionej przez filmy Słoń" i "Zabawy z bronią" strzelaninie w szkole), czy podobnych, aktualnych spraw połączonych z nawiązaniami do popkultury.


Wszystko to składa się na tekst ważny, ciekawy i w miarę zajmujący. Nie genialny, ale zmuszając do myślenia i zachwycający fanów Króla nieznanymi do tej pory faktami. Im polecam z czystym sercem.

niedziela, 23 lutego 2020

Magi #13-17 - Shinobu Ohtaka

WIĘCEJ MAGI(I)


Ech ta seria jest świetna. Cały czas w trakcie lektury czytelnik myśli „a, doczytam tylko tomik i przerwa”, a potem okazuje się, że przecież nic (przesadnie) ważnego nie czeka, więc nasz drogi odbiorca bierze kolejny i… Sami wiecie, jak to jest. Gdy piszę te słowa, przede mną już coraz mniej tomów, ale zamiast zmęczenia czuję ochotę na więcej. I w takim wypadku chyba nic więcej dodawać już nie muszę, prawda?


Co znajdziecie w tomach 13-17? Pytanie powinno brzmieć raczej: czego w nich nie znajdziecie!

Sindria zostaje za plecami naszych bohaterów. Drogi Aladyna, Alibaby, Morgiany, Hakuryu i Kogyoku rozchodzą się, nadchodzi czas realizacji nowych celów. I, oczywiście, początek nowego rozdziału tej baśni. Zbliża się pora odkrycia nowych miejsc i nowych faktów. Poznajemy prawdę o Hakuryu, Alibaba stanie do kolejnych walk, odwiedzamy Mroczny Kontynent, staniemy u progu wojny i wiele, wiele więcej. Gotowi na to wszystko?


Pewnie, że tak. Jeśli czytaliście poprzednie tomiki „Magi”, za te powinniście chwycić bardziej, niż z ochotą. Co tam powinniście, na pewno chwycicie. Jeśli lubicie shouneny, nie ma innego wyjścia, bo w swoim gatunku to naprawdę świetna seria, która wciąga, porywa, intryguje, ciekawi i dostarcza świetnej rozrywki na naprawdę wysokim poziomie – tak graficznym, jak i fabularnym – zapewniając wszystko to, czego od podobnych opowieści się oczekuje.


A zatem jest tutaj niepozorny bohater, który wkracza na ścieżkę bycia swoistym wybrańcem (mogą się z nim zatem identyfikować docelowi czytelnicy), jest szybka akcja, dużo humoru, potężni przeciwnicy, widowiskowe pojedynki i nuta erotyki także się znalazła. Całość ma też udany klimat – zarówno dla miłośników arabskich baśni, jak i tych, którzy ich nie trawią – a postacie z miejsca kupują czytelniczą sympatię. Tak jest w każdym tomie, a wraz z rozwojem akcji czytelnik coraz bardziej wciąga się w ten niezwykły świat. I to nie tylko faceci, czego najlepszym przykładem jest moja lepsza połowa, która pochłania „Magi” szybciej ode mnie.


Do tego dochodzi znakomita szata graficzna, w której widać zarówno cartoonowa prostotę, jak i znakomite oddanie detali dynamiki i świata. Wszystko to składa się na świetną serię dla każdego, kto lubi dobre bitewniaki w klimacie fantasy. Ładnie wydaną i równie ładnie prezentującą się na półce. Warto po nią sięgnąć i dać porwać się do pełnego niezwykłości, niebezpieczeństw, magii i skarbów świata.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.









piątek, 21 lutego 2020

Kaczogród Carla Barksa: Miasto złotych dachów i inne historie z lat 1957-1958 - Carl Barks

KACZKI, SKARBY I PRZYGODY


Disnejowskie kaczki jednoznacznie kojarzą się z opowieściami dla dzieci. Jak w każdym gatunku, tak i jednak w tym istnieją wyjątki, które nie tylko spodobają się także dorosłym, ale dla nich będą zupełnie innymi dziełami, wcale nie gorszymi niż dla dzieci, a może wręcz przeciwnie. Jednym z nich są komiksy Carla Barksa, zwanego ojcem kaczek mistrza, który tworzył uniwersalne, ponadczasowe opowieści, po dziś dzień aktualne, pełne głębi i inteligentnego humoru. Co prawda największe jego utwory ukazały się przede wszystkim w pierwszych tomach sygnowanej jego nazwiskiem kolekcji, jednak wciąż kolejne odsłony serii to równie rewelacyjna rozrywka co na początku i warto ją polecić po prostu każdemu.


Sknerus to nie tylko najbogatszy kaczor świata, ale też i niestrudzony poszukiwacz przygód i co ważniejsze skarbów. Teraz jak zwykle pokazuje więc nie tylko swój nos (a właściwie dziób) do interesów, ale i wyrusza na poszukiwania słynnych kopalni króla Salomona, a także w okolice wulkanicznej wyspy, gdzie chce znaleźć czarne perły. Natomiast w „Kopalni pieniędzy” Sknerus stara się bronić swoich pieniędzy przed zakusami Braci Be.


Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, wszystko to miedzy innym, bo tom tak samo, jak poprzednie tomy, tak i ten pełen jest zarówno długich, jak i krótkich opowieści, zróżnicowanych również pod względem tematyki i bynajmniej nie ograniczonych tylko do postaci Sknerusa McKwacza, z której najbardziej słynie Barks. Większość z nich (a swoją drogą jest to najgrubszy z dotychczas wydanych albumów „Kaczogrodu”) w Polsce jest publikowana po raz pierwszy a wśród nich mamy „Kopalnię pieniędzy”, jeden z najbardziej cenionych opowieści Barksa, w której debiutuje dziadek Be, a która na portalu INDUKCS znalazła się na 9 miejscu najlepszych komiksów Disneja (z oceną 8.5/10).


Wracając jednak do treści, to na stronach albumu rządzą przede wszystkim przygody i humor, ale o to przecież w tych komiksach zawsze chodziło, chodzi i chodzić będzie. Jednocześnie – i tego też przecież każdy oczekuje – znajdziecie tu przesłanie i mądrość. A wszystko to ponadczasowe i nieobrażające inteligencji, gustu i smaku nawet dorosłych czytelników. Ba, oni będą się w trakcie lektury bawić równie dobrze, co dzieci, choć jak zawsze w takich przypadkach, inaczej spoglądając na poruszane przez autora kwestie.


Czy trzeba dodawać coś więcej? Lubicie Kaczki? Kochacie komiksy Disneya? Szukacie rewelacyjnych opowieści graficznych dla całej rodziny, które nigdy się nie znudzą i po latach wciąż będą dostarczać świetnej zabawy? Koniecznie poznajcie całą kolekcję. O tych historiach się nie zapomina i po latach wraca się do nich ochotą, by odkryć coś nowego. Polecam bardzo, bardzo gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Deadpool Classic, tom 8 - Buddy Scalera, Frank Tieri, Jim Calafiore, Georges Jeanty

NUFF SAID


Ósmy tom „Deadpoola: Classic” to w całości rzecz napisana przez Franka Tieriego, autora takich komiksów, jak „Wolverine: The Return of Weapon X” czy „Punisher Noir”. I jest to jednocześnie tom zbierający niemal wszystkie jego prace nad tą serią. Co ważniejsze jednak jest to po prostu dobry tom. I ostatni na długo tak świetnie ilustrowany, zanim opowieść trafi w ręce ilustratorów z grupy Udon, których pseudomangowa kreska i przejaskrawiona kolorystyka będą prawdziwą udręką mimo niezłych scenariuszy Gail Simone.


Wróćmy jednak do tomu ósmego. W środku czekają na nas dwie dłuższe opowieści o Najemniku z -Nawijką: „Agent of Weapon X” i „Funeral for a Freak”. Tytuły już mówią same za siebie. Broń X upomina się o Deadpoola i chce zatrudnić go jako tajnego agenta. Zapewne nasz szalony najemnik nie chciałby mieć z nimi nic wspólnego, gdyby nie jeden drobiazg – w zamian za służbę… wyleczą jego zdeformowaną, przypominającą pizzę twarz! Problem w tym, że wyzwanie, które go czeka, może okazać się zbyt wysoką ceną do zapłacenia…

A to przecież nie koniec. Wręcz przeciwnie! Wkrótce nadchodzi czas… pogrzebu Deadpoola. Czyżby nasz najemnik wreszcie skonał ostatecznie? Czy może znów powróci? I kto wie, czy jeden raz. Do tego na scenie znów pojawia się T-Ray, gotów tym razem na ostateczne starcie…


Wiecie jak to jest w świecie komiksu – każdy nowy autor, który na dłużej zaczyna zajmować się opowieściami o danym herosie, chce prędzej czy później zmierzyć się też z legendarnymi wątkami. W „Spider-Manie” takim motywem jest śmierć Gwen, powroty Osborna, Kraven Łowca czy klony, w „Batmanie” fabuły pokroju „Knightfall”, w „Supermanie” śmierć i Doomsday… Długo by wymieniać. Frank Tieri, przejmując pisanie „Deadpoola”, robi dokładnie to samo, zajmując się między innymi śmiercią głównego bohatera czy Bronią X. I jak jemu podobni artyści zabierający się za podobne rzeczy, stara się dodać coś od siebie. Jak mu to wychodzi?


Dobrze, momentami nawet bardzo. Typowo dla serii, ale tego przecież oczekują czytelnicy. Jest tu akcja, są żarty, dużo gadania, odniesienia do innych komiksów („Funeral for a Freak” to nic innego, jak odwołanie do „Superman: Funeral for a Friend” a okładka kojarzy się ze „Śmiercią Supermana”), brak poprawności politycznej, typowe dla superhero momenty… I czyta się to dobrze. Nie ma tu wielkich nowości, nie ma niczego odkrywczego, ale i tak zabawa jest dobra. Poza tym mamy tu jeden z zeszytów należących do eventu „Nuff Said!”. Co to znaczy? Niemy zeszyt – tak, Najemnik z Nawijką musi poradzić sobie bez słów! W roku 2002 Marvel, inspirując się pozbawionym dialogów #21 numerem „G.I. Joe: A Real American Hero”, kazał twórcom zaserwować po jednym zeszycie każde serii właśnie w takiej formie. Co ciekawe, w „Deadpoolu” #42 sparodiowano tę konkretną odsłonę „G.I. Joe” – w skrócie życie znów naśladuje sztukę, a sztuka życie, jak to mówią.


Reasumując: kolejny dobry, klasyczny komiks dla miłośników Deadpoola. Oldschoolowy nawet w czasach swojej premiery, ale w dobrym stylu i znakomicie przy tym narysowany. Warto po niego sięgnąć, tym bardziej że kolejna odsłona przynajmniej graficznie już tak udana nie będzie.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Amazing Spider Man. Globalna sieć #6: Tożsamość Osborna - Dan Slott, Stuart Immonen, Giuseppe Camuncoli

OSBORN… RAZ JESZCZE


Po niemalże rewelacyjnym „Spisku klonów”, który zmazał niesmak pierwszych tomów czwartego volume’u „Amazing Spider-Mana”, Slott postanowił odświeżyć nam kolejny pajęczy schemat – powrót Osborna. I trzeba przyznać, że wyszedł mu z tego dobry komiks. Nie wybitny, bo Slott wybitnym twórcą nigdy nie był, ale i tak udany. I to nawet bardzo.


Norman Osborn, jeden z najstarszych i największych wrogów Pająka powraca. I to być może potężniejszy, niż dotąd. Ukrył się w Symkarii, dzięki armii goblinów przejął tam władzę i właściwie nic nie można mu zrobić. Jeśli ktoś spróbuje go dopaść, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. Dla Spider-Mana taki atak może dodatkowo oznaczać jedno – zniszczenie wszystkiego, co zbudował w ostatnich miesiącach. Peter i jego towarzysze muszą więc działać ostrożnie, a nie będzie łatwo. Problem jest duży, wrogów jeszcze więcej, a na dodatek powraca Silver Sable i bynajmniej nie robi tego, by pomóc Peterowi…


W tym tomie Slott po raz kolejny kopiuje pomysły innych – pamiętacie, jak na koniec „Sagi klonów” z lat 90. XX wieku Osborn powrócił? Tu też powraca prosto po „Spisku klonów”, a to nie jedyna powtórka – ale po raz kolejny wychodzi mu to naprawdę dobrze. A to spore zaskoczenie, bo nie jestem fanem Osborna, jako pajęczego wroga. Wiem, że przez lat to on, a dokładniej Goblin, w którego się wcielał (i w którego różne wersje wcielali się jego następcy) zawsze był największym przeciwnikiem Pająka (przynajmniej dopóki na scenie nie pojawił się Venom), ale był raczej śmieszny, niż przerażający. Co nie znaczy, że nie ma o nim dobrych fabuł. Wręcz przeciwnie, a „Tożsamość Osborna” jest dobra.


Nie jest to długa opowieść, ale za to jest dynamiczna, szybka i lekka w odbiorze. Slott wraca tu co prawda do klimatów i tematów z początków czwartego volume’u, ale robi to w o wiele lepszy sposób, niż gdy Spider-Man walczył z Zodiaciem. Tempo jest konkretne, spora ilość gościnnie występujących postaci (Mockingird, Silver Sable), a wątki poboczne (Octopus) i prowadzące do „Tajnego Imperium”, zbliżającego się wielkimi krokami eventu, wypadają znakomicie. I dają ciekawe perspektywy na przyszłość serii.


Do tego dochodzi świetna szata graficzna. Niemal cały album narysował Stuart Immonen, ilustracje są więc znakomite, odpowiednio mroczne (autor rewelacyjnie operuje światłem i cieniem), dynamiczne, jest w nich coś cartoonowego, ale są też realistyczne i  miejsca wpadają w oko. Ogląda się to świetnie, świetnie też czyta, więc jeśli należycie do miłośników Pająka, zainteresujcie się koniecznie „Tożsamością Osborna”. Warto.


A ja dziękuje wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.




Hellboy: Opowieści - Mike Mignola, Richard Corben, Duncan Fagredo, Gabriel Bá, Fábio Moon, Mick McMahon, Gary Gianni

HELLBOY W MEKSYKU


Hellboy się skończył. Nie jakościowo, nie jako postać ani tym bardziej, jako popkulturowy fenomen, ale seria o jego przygodach po prostu dobiegła końca. Jej finał dostaliśmy w tomie 6, w tomie 7 czekał na nas swoisty epilog w postaci „Hellboya w Piekle”, a teraz? Cóż, może i wszystko zostało już wyjaśnione, wciąż jednak przeszłość piekielnego chłopca skrywa wiele nieznanych dotąd wydarzeń i wciąż istnieją krótkie formy ukazujące te epizody. I to właśnie je – głównie te z tomu „Hellboy in Mexico” – czekają na nas w tym albumie.


Hellboy i Meksyk. Ileż wiąże się z tym wspomnień. Dzieciństwo, wczesne lata, późniejsze śledztwa… Ale co jeszcze się wśród nich kryje? Nietypowy cyrk, aztecka mumia, żywe trupy, ślub. Ślub? Tak, Hellboy ma żonę. Ale jak to? I kogo? To już musicie odkryć sami!


„Hellboy” to seria tak kultowa, że każda próba określenia jej tym mianem staje się jedynie powtarzaniem frazesów. Oczywiście można by w tym miejscu próbować silić się na oryginalność, pytanie tylko po co. To seria kultowa ze wszystkim, co hasło to ze sobą niesie i określenie to doskonale oddaje charakter tego z czym mamy tu do czynienia. Ale oczywiście nie najpełniej – do tego potrzeba jednak większej ilości słów, a i one nie opiszą wszystkiego. Dopiero lektura komiksu pokaże Wam z czym macie do czynienia, bo „Hellboy” to zdecydowanie więcej, niż poszczególne jego składowe. I to o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać.


Jeśli chodzi o konkrety, to seria przypomina „Z archiwum X” w wersji weird fiction. Bardzo klasyczne, bo łączące w sobie legendy z różnych stron świata, z horrorem, olschoolową fantastyką i opowieścią akcji. Elementy superhero? Są, oczywiście, ale nie bójcie się, bo zostały nienachalnie użyte, bohaterowie władają pewnymi mocami, ale pozostaje to utrzymane w konwencji folklorystycznych przypowieści – tym razem głównie meksykańskich, co zresztą w serii już się zdarzało.


Poza tym „Hellboy” po prostu zachwyca zarówno nastrojem grozy i tajemnicy, jak i dynamicznymi sekwencjami walki. Ma też swój urok, humor, lekkość… Długo można by wymieniać. Jednocześnie tom ten da satysfakcję zarówno tym, którzy zachwycali się całością od początku, jak i poczuli rozczarowanie finałem. „Hellboy: Opowieści” to powrót do krótkich historyjek i skupienia się na akcji i legendach, a nie wielkich wydarzeniach, których epickość zamykała się na kilkuset stronach starć i zwrotów akcji.


A wszystko to tradycyjnie znakomicie zilustrowane – różnorodnie, bo nad poszczególnymi opowieściami pracował cały zastęp najróżniejszych artystów, których style bywają zarówno realistyczne, jak i cartoonowe. I pięknie wydane. Jeśli cenicie „Hellboya”, koniecznie powinniście całość poznać, jeśli nie znacie, to dobry tom na niezobowiązującą przygodę z cyklem. Tak czy inaczej warto, bo to po prostu rewelacyjny komiks.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




czwartek, 20 lutego 2020

Magi #8-12 - Shinobu Ohtaka

MAGI POPRAWIA SMAK


Kolejne tomiki „Magi” za mną więc wracam do Was z recenzją. Dotąd zabawa była znakomita, wciągająca, porywająca… Teraz jest jeszcze lepiej. Im dalej brnę w całość tym wolniej się ją czyta – dialogów bowiem nie brakuje – ale coraz bardziej się z tego cieszę. Bo „Magi” to zabawa, której końca się nie chce i chociaż na polskim rynku możemy cieszyć się już 27 tomikami a kolejne już niedługo trafią na sklepowe półki, wraz odnosi się wrażenie, że i tak skończy się za szybko. Ale nie myślmy o tym i póki co zanurzmy się w ten magiczny świat.


Alibaba zdobył nowe moce i toczy walkę ze swoim przyjacielem Kassimem. Czym się jednak ona skończy? Potem na bohaterów czekają treningi, a w końcu wyruszenie do kolejnego labiryntu. Problemów jednak przybywa z każdą chwilą a co gorsza ich skala robi się coraz większa…


Najpierw pokochałem „Magi” za ten shounenowy klimat, za to tempo, humor i bohaterów skrojonych według wzorców, które lubię. Mogłem nie pokochać, bo nie znoszę arabskich klimatów „Baśni tysiąca i jednej nocy” i nie trawię filmów typu „Aladyn”, a jednak. Potem do pozytywów całości doszedł jeszcze ten znakomity klimat, niby lekki, ale pełen mroku i świetne walki. A teraz? Teraz jeszcze wymieniłbym do tego tajemnice, które może nie stanowią siły nośnej serii, ale na pewno pozostają wyraziste i skutecznie rozpalają wyobraźnię czytelników.


Oczywiście całość to także rzecz doskonała dla miłośników bliskowschodnich baśni, podań i legend. Tu znane doskonale postaci – zarówno te najbardziej, jak i najmniej oczywiste – miejsca i wydarzenia mieszają się z typowymi dla shounenowych bitewniaków schematami i elementami, a wszystko to podlane zostaje solidną dawką fantasy. Magia, niezwykłości, epickie bitwy, egzotyczne miejsca, piękne i seksowne kobiety, humor, akcja… Długo by wymieniać, ważne że całość czyta się znakomicie i wciąga.


I jak doskonale przy tym prezentuje się od strony graficznej. Zaczęło się dość prosto i niepozornie, choć z wyraźnym charakterem, potem kreska stała się mroczniejsza i bardziej realistyczna i taka już została, a mnie osobiście bardzo to odpowiada. Postacie są wyraziste, świat znakomicie oddany, dynamika walk… Czyli wszystko jest takie, jakie powinno być w dobrym shounenie.


Nic więcej chyba dodawać nie trzeba. Kto lubi takie opowieści, koniecznie „Magi” poznać powinien. Nie doprawi nim co prawda żadnego dania, ale na pewno może pochłonąć tomik, wciągając przy tym dobre jedzenie. I przy okazji na pewno poprawi smak nudnego dnia.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









środa, 19 lutego 2020

Możemy cię zbudować - Philip K. Dick

A. LINCOLN, SYMULAKR



Wznawianie dzieł Philipa K. Dicka trwa i chyba nikt nie ma powodów do narzekań. Ta legenda fantastyki, której prace daleko wykraczają poza czystą rozrywkę, potrafi bowiem zachwycić także tych nie przepadających za gatunkiem. I takim tworem jest właśnie „Możemy cię zbudować”, nieco mniej znany tytuł z dorobku mistrza, ale na pewno wcale nie mniej warty poznania niż najsłynniejsze prace Dicka.


Louis Rosen i Maury Rock nie mają szczęścia w biznesie. Handel elektroniką nie idzie im najlepiej, a za coś żyć trzeba. Szansą na odmianę losu wydaje się pomysł by produkować i sprzedawać cybernetyczne kopie ludzi. A dokładniej postaci histerycznych z okresu wojny secesyjnej. Oczywiście i tu szybko pojawiają się pierwsze problemy. Sami sobie nie poradzą, potrzebują wspólnika, ale jedyny, który wydaje się być w ich zasięgu, nie jest człowiekiem, z jakim chcieli by współpracować. To oczywiście jednak dopiero wstęp, bo kiedy udaje im się stworzyć kopię Lincolna i Stantona, ten pierwszy wcale nie chce być sprzedany i zamierza walczyć o swej prawa…


„Możemy cię zbudować” pierwotnie napisana została jako „The First in Our Family”, a w latach 1969-1970 ukazywała się w odcinkach jako „A. Lincoln, Simulacrum” i chociaż Theodore Sturgeon przyjął ją z mieszanymi uczuciami, chwalił wiele jej elementów. Patrząc na to dzieło z perspektywy lat, trudno jednak znajdować w nim rzeczy, które chciałby się krytykować. Minęły dekady, a całość wciąż jest świeża i aktualna, wciąż pozostaje fantastyką, a co ważniejsze nadal skłania do przemyśleń. I taka właśnie powinna być dobra literatura science fiction.


Poza tym powinna być przekonująca i świetnie napisana i taka jest właśnie w tym wypadku. Dodajcie do tego nieco humoru i otrzymacie naprawdę ponadczasowy klasyk. Pod względem stylu powieść to typowy Dick. Tekst został napisany znakomicie, z literackim wyczuciem i talentem. To nie prosta, lekka fantastyka, z jaką spotykamy się w czasach obecnych, a satysfakcjonujący, poruszający reprezentant wszystkiego, co w gatunku najlepsze. Jeśli zaś chodzi o prawdopodobieństwo, niewielu autorów potrafiło tak, jak Dick przedstawić rzeczy niewyobrażalne i to właśnie widać tutaj. Zasługa w tym nie tylko nękającego go szaleństwa (żaden pisarz nie przekona czytelnika do swojej wizji, jeśli w nią nie wierzy, Dick natomiast nie tylko wierzył, ale był przekonany, że największe z jego paranoi, te najbardziej oderwane od rzeczywistości rzeczy, które ciągle pojawiały się w jego głowie, są prawdą), jak i też logicznych przemyśleń i spisania trafnych obserwacji.


Wszystko to, łącznie ze świetnym wydaniem, robi wielkie wrażenie. Poza tym to powieść, którą – jak słusznie zauważył Gregg Rickman, można odczytywać jako prequel „Blade Runnera”. Ale i bez tego to doskonała powieść, którą absolutnie warto poznać. Do zadumy, do zachwytu.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.