wtorek, 31 marca 2020

Muzyka Marie #2 - Usamaru Furuya

DEUS EX MACHINA


Drugi i ostatni tom „Muzyki Marie” to rzecz równie znakomita, co poprzedni. Nie ma się co jednak dziwić, skoro to jedna opowieść, podzielona porostu na dwie części. Czy przynosi odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zostały po lekturze poprzedniej odsłony? Tego Wam nie zdradzę, jednak powiem jedno: warto przeczytać całość, bo to kawał naprawdę dobrej fantastyki z filozoficznym zacięciem, która ma swój niezaprzeczalny klimat i urok.


Witajcie w Giru – mieście atelier, w którym mieszka połowa ludności niezwykłej krainy Pirito. Tu produkowane są maszyny, które potem wymienia się z mieszkańcami innych wysp na różne towary, a cała społeczność podzielona jest na rzemieślników i odkrywców. To właśnie tu na niebie unosi się Marie, dziwna gigantyczna mechaniczna istota, która zgodnie z „Pismem Pirito” została zesłana dla szczęścia ludzkości i pokoju. Kto na nią spojrzy, robi się spokojny, a troski znikają.

Ale kim jest Marie? Po co została stworzona? I jak świat wyglądałby bez niej? Pytań wciąż jest wiele, ale czy na każde z nich dostaniemy odpowiedzi?


Trochę żal, że to już koniec „Muzyki Marie”. Zabawa od początku była znakomita i wciągająca i aż dziw, że powstały tylko dwa tomy. Kto zna rynek mangowy wie, że najczęściej jeśli coś jest dobre, to wydawcy automatycznie starają się nakłonić autora do ciągnięcia opowieści dopóki nie spadnie jej popularność. Są jednak wyjątki od tej reguły (na rynku fantastyki warto wspomnieć przede wszystkim o legendarnym „The Ghost in the Shell”), a „Muzyka…” się do nich zalicza.


Nie jest to wybitna seria, niemniej jednocześnie to po prostu kawał bardzo dobrego komiksu, który czyta się lekko, szybko i przyjemnie, ale nie bezrefleksyjnie. Jak każda udana fantastyka, tak i niniejsza opowieść nie ogranicza się jedynie do zaserwowania nam rozrywki – chociaż ta też jest przecież udana. Jest tu pewna doza filozofii, głębi, religijnych rozważań, jest też, oczywiście, klimat, akcja, popisy wyobraźni i tym podobne elementy. Czyli dokładnie wszystko to, czego od podobnej lektury się oczekuje.


Wszystko to wieńczą udane ilustracje. Owszem, jak już pisałem przy okazji recenzowania poprzedniego tomu, są tu drobne zgrzyty w designie twarzy postaci, ale całość jest udana i nastrojowa. Rysunki, przypominające nieco prace Tsutomu Niheiego, choć dość proste, znakomicie pasują do całości i świetnie oddają klimat niezwykłego świata. Bardzo sympatycznie wypadają też kolorowe ilustracje (tradycyjnie Hanami zadbało o zachowanie wszystkich kolorowych plansz), a także samo wydanie.


Reasumując, kto szuka dobrej mangi z gatunku szeroko rozumianej fantastyki, powinien „Muzykę Marie” poznać. to dobra, nieoczywista opowieść na dodatek z nutą filozoficzno-religijną, która dodaje całości głębi. I ma naprawdę zapadający w pamięć nastrój.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




poniedziałek, 30 marca 2020

Yotsuba! #10 - Kiyohiko Azuma

NALEŚNIKI, ZOO I SKLEP ELEKTRONICZNY


Kurczę, aż trudno uwierzyć, że to już dziesiąty tomik. „Yotsuba!” bowiem, to seria która wciąga tak bardzo i dostarcza tak rewelacyjnej rozrywki, że kolejne części pochłania się tak szybko i przyjemnie, że nieważne ile tomików ma się za sobą, wciąż czuje się, że ledwie co zaczęło się czytać całość i chce się tylko więcej i więcej. I dokładnie takie samo uczucie niedosytu pozostawia po sobie także część dziesiąta.


Yotsuba smaży naleśniki. Yotsuba strzela focha. I Yotsuba zakłada zoo! A to zaledwie początek tego, co czeka na Was w tym tomie. Na scenie znów pojawia się Yanda, bohaterowie wybierają się do sklepu z elektroniką, Jumbo zaczyna zazdrościć wyjazdu na zawody balonów, a tata zabiera Yotsubę w pewne miejsce, gdzie dziewczynka nie ma się czego obawiać… o ile rzeczywiście była grzeczna. A na koniec powraca Kartomek!


Tym, którzy czytali któryś z poprzednich tomików „Yotsuby!”, nie trzeba żadnych polcanek, żadnych słów zachęty by po ten w ciemno sięgnęli. Ta lektura bowiem to już prawdziwe uzależnienie, z którego nikt nie chce wyjść, bo i po co: obcowanie z opowieścią Azumy nie szkodzi naszemu organizmowi. Wręcz przeciwnie, jak to mówią, śmiech to zdrowie, a przygody małej dziewczynki z czterema kucyczkami śmieszą i to jeszcze jak.


Oczywiście gdyby tylko śmieszyły, całość by tak nie zachwycała. Owszem, sama dobra komedia wystarczy, żeby odbiorca nie tylko dobrze się bawił, ale i chętnie do niej wracał, nawet jeśli jest bzdurna czy po prostu głupia. Lepiej jednak jest, gdy komedia oprócz tego, że śmieszy, coś z tym śmiechem daje. Refleksję, emocje, wzruszenia, jakąś prawdę, głębię, przesłanie… I to znajdujemy w „Yotsubie!”, może nie w takim stopniu, jak w najlepszych komediach Woody’ego Allena, ale każdy czytelnik, który zarówno chce się pośmiać w niezobowiązujący sposób, jak i ci, którzy oczekują od lektury czegoś więcej, będą usatysfakcjonowani.


Dodatkowo są tu przygody, jest akcja, dużo życiowych scen… Wszystko to zaś przepuszczone przez krzywe zwierciadło perspektywy dziecka, które za bardzo o świecie nie ma pojęcia i każdą jedną rzecz odbiera na swój specyficzny sposób i absolutnie rewelacyjnie zilustrowane. Kreska Azumy jest prosta, jeśli chodzi o samą Yotsubę, ale też realistyczna i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, jeśli chodzi o całą resztę. Wszystko to, razem wzięte, składa się na doskonałą serią dla czytelników w różnym wieku i o różnych oczekiwaniach. Serię, będącą jedną z najlepszych mangowych komedii w dziejach i chyba najlepszą ukazującą się obecnie na polskim rynku.


Kupicie ją tutaj:






niedziela, 29 marca 2020

Muzyka Marie #1 - Usamaru Furuya

BÓG ROBOT


„Muzyka Marie” to dwutomowa opowieść o dziwnym świecie i jeszcze dziwniejszych wydarzeniach, które stają się udziałem bohaterów. Najlepiej do jej lektury zasiadać właściwie bez jakiejkolwiek wiedzy o treści, akcji i tym podobnych kwestiach, bo można się bardzo pozytywnie zaskoczyć. I chociaż całość miewa drobne potknięcia, jeśli chodzi o ilustracje, pozostawia po sobie bardzo przyjemne wrażenie i pewne uczucie niedosytu.


Witajcie w Giru – mieście atelier, w którym mieszka połowa ludności niezwykłej krainy Pirito. Tu produkowane są maszyny, które potem wymienia się z mieszkańcami innych wysp na różne towary, a cała społeczność podzielona jest na rzemieślników i odkrywców. To właśnie tu na niebie unosi się Marie, dziwna gigantyczna mechaniczna istota, która zgodnie z „Pismem Pirito” została zesłana dla szczęścia i pokoju ludzkości. Kto na nią spojrzy, robi się spokojny, a troski znikają.

W takim właśnie świecie żyje Kai, chłopak, który zawsze uwielbiał patrzeć na Marie, a teraz zdaje się coraz bardziej do niej zbliżać. Co z tego wyniknie? Czym jest muzyka Marie? I co jeszcze kryje ten niezwykły świat?


Po „Muzykę Marie” sięgnąłem nie za bardzo wiedząc czego się spodziewać. Czasem tak mam, że jakiś tytuł biorę w ciemno nawet jeśli nie znam autora, bo spodobają mi się ilustracje i tak było właśnie w tym przypadku. Coś mnie pociągało w tych grafikach, nie czytałem opisu, dałem szansę i absolutnie nie żałuję.


Fabularnie opowieść jest dość prosta, ale zbudowana na tajemnicach i niedopowiedzeniach. Alternatywna rzeczywistość, a może świat przyszłości, gdzie rozwój ludzkości poszedł w nieco inną stronę, a bogactwo dziwów, niezwykłości i spektakularnych rzeczy jest codziennością. Ale bohaterowie wcale nie różnią się od nas, ich życie i relacje, choć wtłoczone w rzeczywistość  gdzieś na styku science fiction i fantasy, są nam bliskie, podobnie jak wiele problemów. Ale przecież bez dobrego zaplecza obyczajowego nie obyłaby się żadna, nawet najbardziej oderwana od ziemi opowieść.


Do tego dochodzą udane ilustracje. Owszem, są tu drobne zgrzyty w designie twarzy postaci, ale całość jest udana i nastrojowa. Rysunki, przypominające nieco prace Tsutomu Niheiego, choć dość proste, znakomicie pasują do całości i świetnie oddają klimat niezwykłego świata. Bardzo sympatycznie wypadają też kolorowe ilustracje (tradycyjnie Hanami zadbało o zachowanie wszystkich kolorowych plansz), a także samo wydanie.


Kto szuka dobrej mangi z gatunku szeroko rozumianej fantastyki, powinien „Muzykę Marie” poznać. to dobra, nieoczywista opowieść na dodatek z nutą filozoficzno-religijną, która dodaje całości głębi. I ma naprawdę zapadający w pamięć nastrój.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




The X-Files: Season 10 Vol. 4 – Joe Harris, Francesco Francavilla, Colin Lorimer, Tom Mandrake, Matthew Dow Smith

NIEPOKALANE POCZĘCIE


W końcu nadszedł czas nas słaby tom „The X Files”. Nie jest tragicznie, bo nadal całość ma klimat i niezłą akcję, ale tym razem dostajemy do bólu oczywiste historie, które prawie nic nie wnoszą do całej opowieści, a i same w sobie jako epizody typu Monster of the Week wypadają dość nijako. I tylko momentami całość ma przebłyski dawnej świetności.


W tomie na czytelników czekają trzy opowieści. W pierwszej z nich ciężarna nastolatka przychodzi do klinki aborcyjnej, by pozbyć się dziecka. Kiedy lekarz zabiera się do zabiegu, dochodzi do wybuchu. Dziewczyna wychodzi jednak z niego nietknięta i pociąga za sobą tłumy.

Sprawę badają Mulder i Scully. To, co początkowo wyglądało na zamach terrorystyczny dziewczyny nie mogącej poradzić sobie z traumą po poprzedniej aborcji, okazuje się być czymś zupełnie innym. Dziwny byt towarzyszący dziewczynie i kolejne makabryczne wydarzenia sprawiają, że agenci zaczną podejrzewać, że mogą mieć do czynienia ze zwiastunem końca świata. Tym bardziej, że na scenę wkracza jeden z bohaterów Millenium.

Potem dostajemy dwie krótsze opowieści. Najpierw odkrywamy, co przez ostatnie półtora roku działo się z Johnem i Monicą uwięzionymi przez kosmitę, potem Mulder zajmuje się sprawą, z którą związek lata temu miał jego ojciec. Wszystko dotyczy tajemniczego projektu #G-23, który miał zostać wymazany w latach 60., ale najwyraźniej wcale tak się nie stało…


            
Album zaczyna się nieźle. Jest klimat, jest akcja… I nagle siadam dramaturgia. Wszystko zaczyna podążać jasno wytyczonymi ścieżkami gatunkowymi, jest przewidywalna i momentami zahacza o nudę. Nie pomaga puszczenie oka do czytelników – połowa albumu to kopia odcinka „Mistrzów Horroru” – „Obrońcy życia” i to dość bezczelna. Epizod z Johnem i Monicą dopowiada co prawda, co się z nimi stało, ale nie dowiadujemy się dlaczego, bo kosmita ginie w momencie, gdy ma im wszystko wyjaśnić. Finał jest jeszcze słabszy: hipisi, kosmici, rządowe eksperymenty… I zero klimatu „Archiwum”. Żeby tak przełamać to czymś zabawnym (pamiętacie odcinki o człowiekołaku i efekcie Mandeli, bodajże najlepsze epizody ostatnich dwóch sezonów „The X Files”?), ale niestety…


Dobre są za to rysunki, chociaż w „G-23” postacie są niemal nie do poznania, a także kolor i ogólny klimat całości. Brak tu jednak inwencji, pomysłowości i konkretów. Ten tom miał jedynie rozciągnąć akcję, by za szybko nie skończyć serii, ale zawiódł na tym polu. Dostaliśmy zbitek przeciętnych / miernych odcinków, które śmiało można było pominąć. Mam jednak nadzieję, że wielki finał, który ma jednocześnie wstrząsnąć światem bohaterów i czytelnikami, będzie lepszy.

sobota, 28 marca 2020

The X-Files, Season 10 Vol. 3: Pilgrims – Joe Harris, Mark McHaley, Matthew Dow Smith

PIELGRZYMI


W roku 2015 wydawnictwo SQN zaczęło wydawać w Polsce serię „Z archiwum X”, będącą komiksową kontynuacją serialu. Przerwało jednak po dwóch jakże obiecujących tomach, jako że w telewizji pojawił się dziesiąty sezon serialu, sprawiający że komiks przestał stanowić kanon. A szkoda, bo dzieło Joe’ego Harrisa to całkiem udana opowieść, mile grająca na sentymentach fanów i oferująca bardzo przyjemną rozrywkę z dreszczykiem. A w „Pilgrims” wreszcie dostajemy odpowiedzi na kilka pytań, choć jednocześnie tradycyjnie przybywa parę nowych.


W Arabii Saudyjskiej dochodzi do ataku terrorystycznego. Tak się jednak tylko wydaje. Mulder i Scully mają zbadać sprawę na miejscu, nie mając pojęcia, że Arabowie dowiercili się nie do ropy, a czarnej krwi kosmitów. Tylko, że tym razem coś jest nie tak, coś jest inaczej. Gdy na scenę wraca od lat martwy Krycek, powoli zaczynają pojawiać się odpowiedzi. Kim jednak są „przeklęci”? Na co polują kosmici i dlaczego? Kim są Krycek, Palacz i im podobni, którzy wrócili zza grobu? A przede wszystkim kim jest tajemnicza postać stojąca za ich działaniami?


Nie na wszystkie te pytania dostaniecie tu odpowiedzi, ale na wiele tak. Wiemy już mniej więcej, jak niektórzy wrócili zza grobu, poznajemy nowych obcych, którzy byli tu jeszcze zanim na Ziemi pojawił się człowiek i co tu właściwie robili, odkrywamy też kilka innych rzeczy, a całość, choć zaczęła się dość niemrawo, z każdym kolejnym rozdziałem staje się coraz bardziej ciekawa, mroczna i klimatyczna. Jednocześnie coraz więcej razy puszcza oko do fanów i chociaż ciągłe urywanie akcji w momencie, gdy już mamy się czegoś dowiedzieć czasem drażni, Harris nie pozostawia nas z niczym, choć wciąż to nawet nie połowa zagadki.


Przede wszystkim jednak czuć tu czasem stare, dobre „The X Files” i to się ceni. Czytając w oryginale dostrzega się także, jak w polskim wydaniu szwankował przekład dialogów, które stały się wręcz infantylne, podczas gdy tu widać różnorodność mowy wypowiadających je postaci. Tak czy inaczej jednak żal, że nie doczekaliśmy się tego, jak i pozostałych tomów w rodzimym języku, bo to dobre alternatywne rozwinięcie serialu. I widać w tej serii, jak wiele potem przemycił Carter do sezonów 11 i 12 (w końcu był współscenarzystą pierwszego tomu).


Kto lubi „Z archiwum X”, powinien poznać ten tom, bo po prostu warto. Sięgnąłem po niego na fali odświeżania sobie serialu i bawiłem się naprawdę znakomicie. I nie zamierzam na tym przestać.


piątek, 27 marca 2020

Doktor Sen (DVD)

LŚNIENIE 2


Chociaż Stephen King był rozczarowany filmowym „Lśnieniem”, obraz Stanleya Kubrika do dziś pozostaje nie tylko jedną z najlepszych adaptacji książek pisarza, ale po prostu i jednym z najlepszych horrorów w dziejach kina w ogóle. Podobnie zresztą jak powieść, będąca od dekad prawdziwą legendą gatunku. Kiedy więc przed laty Król wydał kontynuację, nikt nie spodziewał się, że dorówna pierwowzorowi i… nikt się nie rozczarował. Tak samo wiadome było, że filmowy „Doktor Sen” nie będzie mógł się równać z „Lśnieniem”. I nie dorównuje mu, ale jednocześnie to całkiem udany filmowy horror, który ogląda się z przyjemnością i bez znudzenia.


Dan Torrance był dzieckiem, kiedy przeżył koszmar w hotelu Panorama. Teraz, będąc już dorosłym mężczyzną, wciąż nie potrafi przejść nad tym do porządku dziennego. Najchętniej by o wszystkim zapomniał, ale wtedy pojawia się Abra. Dziewczyna obdarzona jest tym, samym darem co on – lśnieniem – i potrzebuje jego pomocy. Dan nie ma jeszcze najmniejszego pojęcia, w jakim niebezpieczeństwie się znajdzie…


Co prawda wszystkie książki i opowiadania Stephena Kina w mniejszym bądź większym stopniu łączą się ze sobą na poziomie „Mrocznej Wieży”, jego opus magnum splatającego wszystkie światy, autor nie przepada za kontynuowaniem swoich dzieł. W trwającej już 46 lat karierze, King zawsze serwował nam pojedyncze powieści, jeśli nie liczyć sagi o Mrocznej Wieży i dylogii „Talizman” / „Czarny dom”, której zresztą sam nie napisał. Bohaterowie jego prozy co prawda co i rusz powracali, jednak dopiero wydany w 2013 roku „Doktor Sen” był pierwszą kontynuacją wcześniejszej powieści z prawdziwego zdarzenia. I od razu naprawdę udaną. Książki jednak od „Lśnienia” nie dzieliła przepaść, bo i tamta kultowa powieść nie była aż tak wybitna, jak film nakręcony na jej podstawie, ale przed twórcami filmowej wersji stanęło nie lada wyzwanie.


Jak sobie z nim poradzili? Dobrze. „Doktor Sen” to rasowy horror, w którym momentami widać udany hołd złożony „Lśnieniu”. Ma swój klimat, ma swoją akcję – skróconą względem książki, ale kingowej cegły nie dało by się przełożyć na filmową taśmę bez rozciągnięcia do formy serialu – i niezłe wykonanie. Dobrze wypadają też aktorzy, w szczególności Ewan McGregor w roli głównej. Szkoda, że całość nie została nakręcona starym sprzętem, na starej taśmie, ale i tak wypada lepiej, niż pokazywały to zwiastuny.


Miłośnicy „Lśnienia”, jeśli podejdą do całości z dystansem, bawić będą się dobrze. Podobnie, jak fani prozy Kinga, bo „Doktor Sen” to dobra adaptacja i niezły straszak. Można go też obejrzeć bez znajomości pierwowzorów i bawić w niezobowiązujący, przyzwoity sposób – lepiej nawet niż reszta. I tyle wystarczy.


Dziękujemy dystrybutorowi filmu firmie Galapagos za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







czwartek, 26 marca 2020

Suppli #1 - Mari Okazaki

KOBIETA PRACUJĄCA


„Supli”, manga graficznie mocno kojarząca się z „Paradise Kiss”, to dzieło dość specyficzne. Z jednej strony chaotyczne, z drugiej nieco szalone, w ostatecznym rozrachunku bardzo realistyczne i życiowe, choć odbite w krzywym zwierciadle. Przeznaczone bardziej dla kobiet, niż mężczyzn, ale jednocześnie tak udane, że płeć odbiorcy przestaje mieć znaczenie, bo ten daje się wciągnąć w ten świat i losy zaludniających go bohaterów.


Fuji Minami ma 27 lat, pracę w renomowanej agencji reklamowej i faceta, z którym spotyka się już od siedmiu lat. Czyżby wiodła dobre życie? Nic bardziej mylnego. Ciągłe nadgodziny, brak wolnych weekendów, a zatem i brak szans na życie towarzyskie to jedno, drugi problem to związek, co do którego ma coraz więcej wątpliwości. Czy długo da się funkcjonować w takich warunkach? I co powinna zrobić Minami?


Jakie jest „Supli”, napisałem już na samym początku. To manga specyficzna, ale bardzo udana. Manga o życiu, pracy, ludzkich potrzebach i priorytetach. Po prostu o codzienności, w jakiej żyjemy przecież i my. Bywa zabawna, bywa też dość nieokiełznana w swych przeskokach między różnymi nastrojami, ale nie ma tu takiego chaosu, który należałoby poczytywać całości in minus, a tym bardziej nie ma nudy czy rozczarowania fabułą.


Treść jest dojrzała i to jest jedna z najmocniejszych stron serii. Nie mamy tu do czynienia z lekką, prostą i niewymagającą serią, choć oczywiście czyta się ją bez trudu i z przyjemnością. Jest to jednak opowieść, którą bardziej się czuje, niż fabularnie odbiera. Delikatna w swoim wykonaniu, w pewnym sensie zwiewna, wręcz ulotna, co nie przeszkadza jej atakować nas typowo mangowymi komicznymi eksplozjami emocji bohaterów czy pewnym przerysowaniem. W końcu ludzkie życie nie jest tylko ciągiem poważnych zdarzeń, prawda?


I wszystko, co napisałem powyżej, ma swoje odbicie w szacie graficznej. Kto pamięta „Paradise Kiss”, ten ma już całkiem spore pojęcie o tym, jak wygląda „Supli”. Kto nie czytał tamtej mangi, powinien wiedzieć, że całość jest prosta, trochę brudna, trochę niechlujna, skupiona bardziej na bohaterach niż tłach, za które najczęściej robią albo rastry, albo po prostu biała przestrzeń. Postacie są szczupłe, chude wręcz, wielkookie, czerń ograniczona została do niezbędnego minimum, a całość jest zwiewna i pełna delikatności.


Wiem, że nie każdego „Supli” kupi, ale kto lubi życiowe komiksy i dobre, dojrzałe mangi, powinien tę serię poznać. Dzieło Mari Ozaki to bardzo dobra opowieść o młodej kobiecie i jej codzienności, ale przede wszystkim o szukaniu akceptacji, miłości i swojego miejsca. Warto spędzić trochę czasu w jej towarzystwie.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




KOLEJNE WIEŚCI OD EGMONTU

Promocja trwa, a ja dzielę się z Wami pomysłami od Egmontu na kwarantannę :)

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Państwa i czytelników oraz licznym prośbom o rekomendacje lektur na najbliższe tygodnie, przygotowaliśmy artykuł, w którym rekomendujemy nasze komiksy „12 powodów, by zostać w domu i czytać komiksy”.

Oraz:

Dwasprawdzone sposoby na kreatywne spędzenie czasu w domu.

środa, 25 marca 2020

Aliens: Labirynt - Jim Woodring, Kilian Plunkett

W LABIRYNCIE LUDZKIEJ GROZY


Aliens: Labirynt” po raz pierwszy w Polsce ukazał się w roku 1999 i okazał się sporym zaskoczeniem, z miejsca stając się opowieścią kultową. Nic w tym dziwnego, bo to bezwzględnie najlepsza opowieść z Ksenomorfami, jaka kiedykolwiek powstała i jeden z najlepszych komiksów, jakie TM-Semic wydało w naszym kraju. Teraz, ponad dwie dekady później znów możemy się o tym przekonać i to wreszcie w pełnej wersji, jakiej poskąpiono nam lata temu.


Pułkownik Crespi przybywa na stację kosmiczną Innuminata, oficjalnie mając zastąpić zmarłego niedawno pracownika. Nieoficjalnie jednak ma wszelkimi sposobami dowiedzieć się, co właściwie dzieje się na stacji. W ciągu ostatnich kilku lat zginęło tu więcej ludzi niż kiedykolwiek oficjalnie postawiło w tym miejscu nogę. Wszystko wskazuje na tajemnicze eksperymenty prowadzone na Obcych przez szalonego dr. Churcha. Prawda jednak jest dużo bardziej przerażająca niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, a kiedy na jaw wyjdzie przeszłość Churcha, nikt już nigdy nie spojrzy na Alienów tak, jak do tej pory…


„Obcy: Labirynt" to nie tylko najlepszy komiks o Obcych i najlepszy zeszyt (a właściwie dwa zeszyty) z linii „Mega Komiks”, ale też i  jedna z najodważniejszych pozycji, jakie kiedykolwiek ukazały się nakładem wydawnictwa TM-Semic. A wszytko to za sprawą scenariusza Woodringa, czterokrotnego zdobywcy nagrody Eisnera i masy innych artystycznych wyróżnień, który zasłynął „Przygodami Franka”, tu zaś stworzył przejmującą, wstrząsającą i co najważniejsze do głębi psychologicznie realistyczną opowieść o potworach, które tkwią w nas samych. Bo to nie Alieni są u niego najgorsi, a wręcz przeciwnie. I to właśnie robi największe wrażenie.


Dodajcie do tego świetną akcję, klimat, niebanalność, odświeżenie zgranych motywów, znakomitą psychologię, rewelacyjnie nakreślone sylwetki postaci, pełną kontrowersji i zwrotów akcji fabułę i poruszającą, ponadczasową prawdę o ludziach, a otrzymacie album, który powinien poznać nie tylko miłośnik obcego uniwersum, ale też po prostu dobrej fantastyki. Oczywiście fantastyki dla dorosłych, bo to mocne i brutalne dzieło. Ale takie właśnie powinno być i nie oszukujmy się, takie „alienowe” komiksy po prostu chce się czytać.


A wszystko to wieńczą doskonałe ilustracje Kiliana Plunketta (znanego głownie z pracy nad opowieściami graficznymi ze świata „Star Wars”). Brudne, jakby niechlujne i niestaranne, a zarazem przejmujące i pasujące wręcz idealnie. Uzupełnia je znakomity kolor Matta Hollingswortha, który o dziwo nie próbuje straszyć nas mrokiem, a bielą i sterylnością. Bo to nie krwiożercze plując kwasem bestie są genezą strachu, a ludzkie szaleństwo i ten mrok kryjący się w naszych stojących w blasku sylwetkach, w których ludzki zdaje się być tylko ich kształt.


Jednym słowem znakomity komiks o niesamowitym klimacie. Po prostu super. Nie znać, nie wypada, więc koniecznie rozejrzyjcie się za nim wśród nowości. Zwłaszcza, że w końcu dostajemy jego pełną i należycie pięknie wydaną edycję.







wtorek, 24 marca 2020

Zoo zimą - Jirō Taniguchi

ZOO, MANGI I MIŁOŚĆ


Artysta pracujący przy komiksach, obyczajowa opowieść i romans? O, czyżby twórcy „Bakumana” wrócili do swojej serii? Nic bardziej mylnego. „Bakuman”, choć najlepszy w swoim gatunku, nie jest jedynym przedstawicielem tego typu historii, a „Zoo zimą” mistrza Taniguchiego to jeden z doskonalszych jego przedstawicieli. Świetnie napisany, spokojny, stonowany, wyważony i narysowany w ten piękny sposób, za który kocha się mangi tego autora.


Akcja opowieści dzieje się w roku 1966. Główny bohater, młody mężczyzna Hamaguchi, zamieszkuje w Kioto, znajduje pracę w zakładzie tekstylnym i zaczyna jakoś układać swoje życie. Czas dzieli między obowiązki służbowe i odwiedzanie lokalnego zoo, gdzie lubi przesiadywać i oddawać się rysowaniu tutejszych zwierząt. Nic więcej, poza tęsknotą za dziewczyną, którą zostawił w rodzinnym mieście, nie zajmuje jego myśli. Przynajmniej do dnia, w którym nie zostaje jedną z przyzwoitek córki szefa. Ayako, bo tak jej na imię, wyszła za mąż z rozsądku, ale z miłości spotykała się nieprzerwanie z kochankiem. Kiedy wszystko wyszło na jaw, maż zażądał rozwodu, a teraz ojciec trzyma ją pod kloszem, zlecając pracownikom pilnowanie jej. Najczęściej zajęcie to przypada Hamaguchiemu właśnie, ale chłopak nie wie jeszcze co z tego wyniknie.

Wkrótce potem Hamaguchi zaczyna coraz bardziej mieć dość pracy. Za namową przyjaciela przenosi się do Tokio i zostaje asystentem znanego mangaki. Jego życie zaczyna się zmieniać, ale co właściwie przyniesie?


Zacznę od tego, że zupełnie czegoś innego spodziewałem się po tej mandze. Patrząc na tytuł i okładkę, miałem nadzieję, że będzie to powtórka z „Idącego człowieka”, innej z mang Taniguchiego. Że dostanę leniwe przechadzki po zoo, zachwycanie się zwierzętami, stylizowanymi wybiegami, widokami, porcję przyglądania się zwyczajnym ludziom i ich codziennych sprawom. Potem przekartkowałem tomik i aż musiałem się upewnić, że to rzeczywiście ta manga, bo zoo było w nim, jak na lekarstwo, a całość zdawała się bardziej romansem, niż czymkolwiek innym. Ale dobrze, że dostałem coś odmiennego, od oczekiwań, bo manga ta przyjemnie mnie zaskoczyła.


To jest romans, ale romans nieoczywisty, unikający schematów i tym podobnych pułapek. Przede wszystkim jednak jest to dobra opowieść obyczajowa o szukaniu swego miejsca w życiu i realizowaniu własnych pasji. Jednocześnie ukazuje nam świat mangaków lat 60. i tamtejszą bohemę, co stanowi bardzo ciekawy element dla wszystkich miłośników komiksów, pokazując nam nieco inny obraz od tego, jaki widzieliśmy w „Bakumanie”. Wszystko to zaś wieńczy doskonała szata graficzna, pełna dopracowanych w najdrobniejszych elementach grafik, klimatyczna, na wskroś realistyczna i urzekająca obrazami.


Reasumując, absolutnie warto po „Zoo zimą sięgnąć”. To kolejna piękna manga od Taniguchiego i po prostu kawał dobrej opowieści graficznej, która spodoba się nawet tym za mangami nieprzepadającymi. Nieprędko o niej zapomniecie.


Dziękuję wydawnictwu Hanami za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




niedziela, 22 marca 2020

Saga Winlandzka, tom 6 - Makoto Yukimura

WIKINGOWIE W REWELACYJNEJ FORMIE


To już szósty, a patrząc na fakt, że polskie wydanie jest podwójnej grubości śmiało można by powiedzieć, że to dwunasty tom „Sagi Winlandzkiej”, jednej z najlepszych serii mangowych ostatnich lat. Patrząc na tematykę całości, można by powątpiewać czy jest to dzieło tak wybitne, bo Wikingowie i ich przygody zdają się nie pasować za bardzo do japońskich komiksów, ale mangacy to takie zdolne bestie, że nawet z najbardziej ogranych schematów potrafią zrobić coś wyjątkowego. I takim wyjątkowym dziełem jest właśnie niniejszy cykl, będący jednocześnie jedną z najlepszych komiksowych opowieści o ludziach Północy w dziejach.


Jeśli chodzi o treść, zostawiam Was z oficjalnym opisem:

Kanut wraca do Danii, by spotkać się z królem tego państwa, swoim bratem. Natomiast na farmie Ketila wszystko się toczy swoim rytmem. Thorfinn i Einar pracują w pocie czoła, wciąż marząc o odzyskaniu wolności. Gdy Ketil wraz ze swoimi synami wyjeżdża do stolicy, w okolicy jego majątku pojawia się zbiegły niewolnik...


Jeżeli czytacie mangi dość regularnie i nie ograniczacie się za bardzo w ich odkrywaniu, na pewno zauważyliście, jak ich twórcy doskonale radzą sobie z tematami, które dla Kraju Kwitnącej Wiśni wydają się być co najmniej nietypowe. Weźmy choćby cykl „Magi”, który eksploruje przecież temat arabskich baśni i legend. Niby nie pasuje to jakoś do japońskiego komiksu, ale przecież mangi obejmują więcej dziedzin i gatunków, niż jakikolwiek komiks w którymkolwiek regionie świata, a że na dodatek twórcy zawsze dają z siebie wszystko, co tylko w ich mocy – albo i ponad to – niemal zawsze wychodzi z tego coś udanego.


Ale „Saga Winlandzka” jest bardziej niż udana. To rewelacyjny komiks, który łączy historię i legendy, ukazane zresztą w realistyczny i przekonujący sposób, z poszanowaniem dla faktów, ale i bez unikania podchodzenia do tematu też z bardziej chwytliwej strony hollywoodzkiej, do jakiej przywykliśmy. Jednocześnie twórca serwuje nam tu sporo elementów shounenowych, widocznych szczególnie, gdy chodzi o dynamikę walk, ale przeniesionych na dojrzały, dorosły grunt, na którym nie brak brutalności i brudu, ukazanych na dodatek w naprawdę dosadny sposób.


I tu docieramy do kwestii ilustracji. Grafiki w „Sadze Winlandzkiej” to rzecz równie doskonała, co treść. Realistyczne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, doskonale oddające wszystkie aspekty opowieści… Długo można by wymieniać, ale najlepiej zobaczyć je na własne oczy – słowa tego nie oddadzą. Najważniejsze w nich jest jednak to, że idealnie uzupełniają treść i same w sobie stanowią małe, zachwycające arcydzieła.


Kto kocha dobre mangi, dobre opowieści przygodowe albo po prostu tematykę Wikingów, „Sagę Winalandzką” powinien poznać bardziej, niż koniecznie. To rewelacyjne dzieło, które pozostawia po sobie uczucie niedosytu, ale satysfakcjonuje jak rzadko które. Polecam zatem gorąco.


A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




piątek, 20 marca 2020

Yakari i obcy - Job, Derib

YAKARI I PELIKAN


Co prawda „Yakari” już nie ukazuje się po dwa tomy na raz, ale wciąż ma się dobrze i na sklepowych półkach pojawia się regularnie. I dobrze, bo chociaż ze wszystkich podobnych europejskich serii dostępnych w Polsce ta jest najprostsza i najbardziej przeznaczona stricte dla dzieci, wciąż ma niesamowity urok i jakość, którą docenią także starsi odbiorcy.


Yakari, mały Indianin z plemienia Siuksów, przeżył wiele przygód i spotkał równie wiele niesamowitych i niebezpiecznych istot. Teraz jednak natrafia na zwierzę, którego w ogóle nie powinno tutaj być – pelikana. Chcąc pomóc choremu i głodnemu ptakowi, chłopiec stara się znaleźć wśród swoich przyjaciół kogoś, kto będzie umiał zapewnić mu to, czego potrzeba. Szybko jednak okazuje się, że nie będzie to wcale takie łatwe zadanie. Czy Yakari ma szansę poradzić sobie z nim? I czego nauczy się tym razem?


„Yakari” to seria dość typowa dla europejskich komiksów. Co się jednak dziwić, chociaż sama należy już do klasyki, jej autor na początku kariery mocno inspirował się dziełami innych, już wówczas doskonale znanych twórców. Yakari, podobnie, jak wiele innych postaci z tej serii, został wymyślony w roku 1964, kiedy Derib pracował w studiu ojca Smerfów, Peyo. Ostateczny kształt opowieść osiągnęła jednak dopiero pod wpływem cyklu „Umpa-pa”, który wyszedł spod ręki twórców „Asteriksa” – René Goscinnego i Alberta Uderzo. Pięć lat później mały Indianin zadebiutował w „Le Crapaud à Lunettes”, a w 1973 roku doczekał się w końcu pierwszego albumu swoich przygód i od tamtej pory nie znika z rynku.


Wracając do najnowszego, siódmego już albumu, to jest on taki, jak poprzednie. Co to właściwie oznacza? Treść tradycyjnie jest mocno uproszczona, z dialogami ograniczonymi do niezbędnego minimum i szybką akcją. Fabuła albumu opowiedziana została głównie za pomocą obrazów i komiks pochłania się właściwie w kilka, w porywach do kilkunastu minut. Wszystko to sprawia, że wiek docelowego odbiorcy jest stosunkowo niski, a całość jest jak najbardziej dostosowana do oczekiwań najmłodszych. Jednakże mimo lekkości i prostoty, komiksy o Yakarim są pełne uroku, bardzo sympatyczne, pouczające i ciekawe. Proste, ale wyraziste i bardzo przyjemne. Zupełnie ja filmy Disneya pokroju produkcji „Mój brat niedźwiedź”, który zawsze najbardziej kojarzy mi się z „Yakarmi” właśnie.


Wszystko to tradycyjnie wieńczy znakomita szata graficzna. Przygody Yakariego są zilustrowane w sposób klasyczny, cartooowy, lekki i prosty, ale jednak trafny i urzekający. Świetnie oddane tła i plenery i znakomity kolor doskonale to wszystko uzupełnia. Dlatego miłośnikom europejskiej klasyki i wszystkim dzieciom polecam gorąco.


A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Myszart, tom 1 - Thierry Joor, Gradimir Smudja

MOZART MALUTKI


Gadający gryzoń chcący coś w życiu osiągnąć? Czyżby „Stewart Malutki”? A może „Ratatuj”? Nic bardziej mylnego, poznajcie Myszarta, bohatera który przypadnie Wam do gustu, jeśli podobały się Wam wspomniane właśnie tytuły. A jeśli nie? Cóż, jeśli lubicie dobre familijne opowieści, seria ta z pewnością Was nie zawiedzie.


Witajcie na dworze cesarza Austrii. To tu właśnie mieszka Myszart. A dokładniej zamieszkuje fortepian wilka, który służy – wilk, nie fortepian – jako nadworny kompozytor. Jak się domyślacie, także nasza mysz chciałaby pokazać co potrafi na muzycznym gruncie, kiedy więc Myszart zostaje pewnego dnia sam, postanawia skorzystać z nadarzającej się okazji i… Skacząc po klawiszach zaczyna grać melodię, którą ma w głowie i wtedy właśnie muzyka trafia do uszu cesarza i cesarzowej i pojawia się problem. Władca będąc pewnym, że to wilk, chce by odtworzył ją na urodzinach małżonki, a ten, świadom kto w rzeczywistości grał, musi odnaleźć Myszarta i poprosić go by wykonał potajemny koncert. Czy to mu się uda? I czy prawda ostatecznie wyjdzie na jaw? A jeśli tak, co z tego wszystkiego wyniknie dla nich obu?


Trudno znaleźć dziecko, które w mniejszym bądź większym stopniu nie wychowałoby się na bajka o antropomorficznych zwierzętach. W moim przypadku, obok klasyki baśni i animacji Disney, były to m.in. komiksy o Kaczorze Donaldzie i Myszce Miki czy takie filmy, jak wspomniany na wstępie „Stuart Malutki” czy „Babe: Świnka z klasą”. Czy darzę je szczególnym sentymentem? Jeśli mam być szczery, nie bardzo, jednak ogólnie należę do sentymentalnych osób i jeśli coś ożywia we mnie dawne emocje, cenię to. A „Myszart” to właśnie spowodował. I okazał się naprawdę sympatyczną opowieścią. A przecież całość mogła się nie udać.


Thierry Joor, scenarzysta tego komiksu, to belgijski redaktor i wydawca opowieści obrazkowych właśnie, który pewnego dnia postanowił samemu zająć się ich tworzeniem. Tak powstał ten właśnie album, dzieło noszące znamiona pewnego braku wprawy, ale naprawdę niewielkie. „Myszart”, choć daleki od bycia odkrywczym komiksem, doskonale wpasowuje się w schemat opowieści, jakie reprezentuje. Ma swój urok, ma wymiar dydaktyczny, bywa zabawny, ma też pewną nutę dramatyzmu. I chociaż nie przepadam za historyczno-kostiumowymi realiami (chyba, że są to filmy pokroju „Amerykańskiej opowieści”, swoją drogą też o gryzoniach), całość mnie ujęła.


Najbardziej jednak i tak znakomitą szatą graficzną malarza i karykaturzysty Gradimira Smudji, autora m.in. pięknie ilustrowanego komiksu o Van Goghu. Jego prace są iście rewelacyjne i budują doskonały klimat całości a ogląda się je z wielką przyjemnością. I choćby dla nich tylko warto po „Myszarta” sięgnąć.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.