niedziela, 31 maja 2020

FILMY I SERIALE NA WAKACJE

FILMY I SERIALE NA WAKACJE


Wakacje coraz bliżej, ale jak to z wakacjami bywa, nie zawsze pogoda sprzyja wypoczynkowi poza domem. Z okolicznościami też bywa różnie. Co wtedy? Ja najbardziej polecam jakąś książkę, ale że nie samą książką człowiek żyje, warto czasem także obejrzeć coś w telewizji. Wyborów oczywistych jest cała masa, pozwólcie więc, że skupię się na rzeczach mniej typowych, ale wartych poznania. Rodzimych, familijnych dziełach, które łatwo jest zignorować, znając poziom polskiej kinematografii, ale lepiej tego nie robić, bo mogą okazać się pozytywnym zaskoczeniem.


A zatem od czego warto zacząć? Na pewno od klasycznego, świętującego w tym roku sześćdziesięciolecie powstania filmu „Szatan z siódmej klasy” opartego na kultowej powieści Kornela Makuszyńskiego. Potem w roku 2006 powstała nowa wersja, w tym serialowa, ale ją lepiej niestety przemilczeć. Jednakże produkcja z roku 1960 wciąż robi wielkie wrażenie. Czarnobiały film o skromnym budżecie jest bowiem wzorcowym przykładem rodzimych obrazów przygodowych z sensacyjną nutą. Klimatyczny i ciekawie poprowadzony, może staromodny, ale nadal sympatyczny, pokazuje nam losy niejakiego Adasia Cisowskiego, ucznia z detektywistycznymi zapędami, który wpada na trop tajemnicy z czasów wojen napoleońskich. Sekrety, przygody, zagrożenia, młodzieńcze uniesienia… Czy trzeba czegoś więcej od kina wakacyjnego?


W podobnych klimatach utrzymane są dwa seriale z 1971 roku, a dokładniej „Pan Samochodzik i templariusze” oraz „Wakacje z duchami”. W pierwszym z nich dostajemy opowieść o historyku sztuki i zarazem detektywie amatorze, posiadaczu niezwykłego auta, który wpada na trop tytułowego skarbu. W drugim trójka chłopców spędza wakacje u cioci niedaleko zamku, w którym rzekomo starszy. Gdy pojawiają się duchy, a wokół budowli przybywa tajemniczych jegomości, dzieci decydują się odkryć, co tak naprawdę dzieje się w okolicy.

Dobre aktorstwo, niezły klimat, sporo humoru… Obecne seriale i filmy oparte na tych samych schematach są porażkami, jednak dzieła sprzed pół wieku są zupełnie inne. Wciągają, nie są naiwne, a nawet gdy pojawiają się infantylne elementy, mają one swój urok.


Zostawiając na chwilę seriale z elementem quasifantastyki i sensacyjnych tajemnic, warto przyjrzeć się kilku innym produkcjom z lat 1967-1977, które znakomicie nadają się na wakacyjny seans. Pierwszy z nich, „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” to seria komicznych przypadków, jakie spotykają pewnego pechowego chłopca. Kolejny, „Podróż za jeden uśmiech”, zabiera nas w wyprawę z Krakowa nad morze, którą dziecięcy bohaterowie muszą odbyć nie mając grosza przy duszy i starając się znaleźć kolejne środki transportu. Nieco odejściem w inne rejony wydaje się serial „Stawiam na Tolka Banana”, o bandzie dzieci, które za wzór obrały sobie tytułowego Tolka, uciekiniera z poprawczaka, ale w rzeczywistości doskonale pasuje on do powyższych tytułów. Powrotem do wakacji staje się natomiast sympatyczna produkcja (równie udana w wersji filmowej, co serialowej) oparta na książce Hanny Ożogowskiej, „Dziewczyna i chłopak”, traktująca o bliźniakach, które na czas wakacji zamieniają się miejscami i trafiają w miejsca pierwotnie dla nich nieprzeznaczone.


Po wszystkich tych klasycznych już dziełach, na których wychowało się pokolenie naszych rodziców i dziadków, przeskoczmy nieco w czasie, tym razem do seriali, na których wychowałem się ja. Do dziś pamiętam, z jakim zapałem śledziłem kolejne ich odcinki i jak czekałem na ciąg dalszy. A że wciąż są one łatwo dostępne, warto się za nimi rozejrzeć.


Pierwszą z tego typu produkcji jest udany polsko-australijski twór „Dwa światy”, traktujący o grupie młodzieży, która na obozie odkrywa przejście do niezwykłego świata, gdzie magia i dziwna technika koegzystują ze sobą w realiach rodem z naszego średniowiecza. Drugi to polsko-niemiecka „Tajemnica Sagali” ukazująca przygody dwóch chłopców, których fragment kosmicznego kamienia rzucił w podróż w czasie. Słabszy od nich, głównie ze względu na przeciętne aktorstwo i słabe efekty specjalne, ale nadal wartym obejrzenia pozostaje „Gwiezdny pirat”, w pełni polska produkcja traktująca o grupie dzieci, fanów książki „Tajemnica Żywodębu”, którzy trafiają do domu autorki, by odkryć, że to co opisała na stronach powieści może być prawdą, która wciągnie ich w pełną niebezpieczeństw i tajemnic przygodę.


Kolejna warta nadmienienia pozycja to polsko-niemiecki serial z 1999 roku, „Słoneczna włócznia”, o tytułowym przedmiocie odkrytym w Andach i pewnym kosmicie, który zaprzyjaźnia się z dwunastoletnim chłopcem. A jeśli macie już dość fantastyki, warto przejrzeć się serii „Sto minut wakacji”, która ukazuje nam dziennikarza i jego syna, próbujących nakręcić materiał o wakacjach znanej gwiazdy kina i jej córki. Pozostając w tym klimacie, warto też obejrzeć „Sposób na Alcybiadesa”, serial z roku 2005, który nakręcony został jednak siedem lat wcześniej, równocześnie z filmem, którego był wydłużoną wersją. O ile jednak film ze względu na hiphopowe wstawki (ktoś chciał uczynić go atrakcyjnym dla współczesnego widza, ale zamiast przenieść akcję z lat 60. do naszych czasów, porwał się na zabieg, który zamordował produkcję), serial jest naprawdę znakomity. To bowiem sentymentalna opowieść o uczniach, którzy chcieli kupić od starszych kolegów sposób na nauczycieli, by zdać nie musząc się przy tym uczyć, nieświadomi jak odmieni to ich życie.


Po roku 2000 niestety polskie kino i polska telewizja przestały prezentować dobre seriale dla dzieci i młodzieży. Próbowano zaserwować nam chociażby „Klub włóczykijów”, ale okazał się on porażką, a na nowe wersje takich dzieł, jak „Szatan z siódmej klasy” lepiej spuścić zasłonę milczenia. Wciąż jednak pozostają klasyki, odświeżane coraz przez telewizję i dostępne za grosze na wyprzedażach z DVD, które autentycznie warto poznać. Mam nadzieję, że Was do tego zachęciłem tym krótkim przewodnikiem. A jeśli będzie Wam mało, istnieją inne seriale, które nie do końca pasowały do tego zestawienia, ale które warto jest poznać. „Siedem życzeń”, „Wow”, „Maszyna zmian” czy jedyny dobry wyprodukowany w XXI wieku – „Magiczne drzewo” (łącznie z uzupełniającym go filmem) to tylko niektóre z nich. Pamiętajcie o nich, bo polska kinematografia to nie tylko porażki pokroju telenowel czy filmów takich, jak „Zenek”.


sobota, 30 maja 2020

Plunderer #8 - Suu Minazuki

TRZYSTA LAT UCZUĆ


W poprzednim tomie zakończył się pewien etap „Plunderera”. Odpowiedzi na większość pytań zostały udzielone, akcja dziejąca się w przeszłości znalazła już swój finał. Można było zakończyć, można było też kontynuować, a którą drogą poszli twórcy, chyba trudno się nie domyślić. I jest to dobra droga, bo „Plunderer” to kawał świetnego shounena, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a który czyta się wprost rewelacyjnie.


Czy uczucia mogą przetrwać trzysta lat? Hina i pozostali poznali już przeszłość Rihito i wrócili do swoich czasów. Teraz jednak trzeba podjąć się kontynuowania rozpoczętego trzy wieki temu zadania. Co z tego wyniknie? szczególnie gdy sytuacja – także uczuciowa – zacznie się komplikować, jak relacje łączące bohaterów?


Przez pewien czas z każdym kolejnym tomem „Plunderer” stawał się coraz lepszy. Całość zaczęła się jako lekki, komediowy shounen ze sporą dawką majteczkowych scen i szczyptą tajemnicy. W drugim tomie przybyło akcji, fabuła się  zagęściła, a klimat stał się mroczniejszy. Tom trzeci zaś był już konkretną dawką szybkiego tempa, zwrotów akcji, sekretów, tajemnic i lejącej się krwi. Potem wszystkie te elementy zostały utrzymane na podobnym poziomie, a wreszcie ostateczny poziom został osiągnięty i od tamtej pory „Plunderer” cały czas go zachowuje. I dobrze, bo chociaż się nie podnosi, wciąż jest niemalże rewelacyjny, a najnowsza część, otwierająca jednocześnie nowy rozdział opowieści, jest jak najbardziej satysfakcjonująca i urzekająca.
                                                                           
                                    
                           
Jedną z podstaw tej serii, jak wiecie zawsze były jednak tajemnice. Właśnie one od początku były siłą napędową „Plunderera”, a teraz się skończyły. Jak to wpływa na odbiór serii? Cóż, pewne sekrety nadal są obecne i to na pewno dostarczy pożywki czytelniczym umysłom, ale jednocześnie znajdziecie tu zdecydowanie więcej atrakcyjnych rzeczy. Co się jednak dziwić, autor tej serii, jak twórcy wszystkich najlepszych shounenów, skupił się na powieleniu wszystkich najlepszych elementów gatunkowych (walki, majteczki, twardzi faceci, seksowne kobiety, supermoce, majteczki, szybka akcja, damska bielizna, wiecie jak to jest ;) ), po czym podlał je odrobiną świeżości w postaci ciekawie skonstruowanego świata.


Wszystko to zostało oczywiście po prostu rewelacyjnie zilustrowane. „Plunderer” ma świetny klimat i to pierwsze, co rzuca się w oczy. Jednak bohaterowie też są rewelacyjnie uchwyceni w swej prostocie, a całość wieńczy doskonałe oddanie zarówno świata, jak i walk. Wpadające w oko plenery, wciągająca dynamika, wreszcie także urzekający urok, którego całości nie brakuje – także jeśli chodzi o seksowne bohaterki dobrze przez naturę obdarzone, które cenią sobie odbiorcy shounenów. Jeśli więc jeszcze nie znacie „Plunderera”, a cenicie dobre opowieści – nieważne shounen to, akcyjniak, bitewniak, fantasy czy cokolwiek z nimi powiązanego – sięgnijcie koniecznie.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnieni egzemplarza do recenzji.









Oblivion Song #3 - Robert Kirkman, Lorenzo De Felicin

TELENOWELA SF


Robert Kirkman to scenarzysta, który do historii co prawda przejdzie, ale nie za jakość swoich prac, a dlatego, że na nowo rozbudził w ludziach zainteresowanie tematem zombie dzięki swoim „Żywym trupom”. Narobił też nieco szumu „Invincible”, ale była to kolejna przereklamowana seria o kiepskich dialogach, która skonstruowana została na zasadzie kopiuj-wklej wątków i postaci z innych dzieł (nie czuć tam było ani zabawy tym, ani hołdu, a jedynie brak własnych pomysłów), a jakiś czas temu powrócił z nowym tytułem, „Oblivion Song”. Tytułem niezłym, choć dalekim od wybitności i odkrywczości, który jednak można przeczytać, w formie niezobowiązującej rozrywki.


Dekadę temu część Filadelfii wraz z jej mieszkańcami trafiła do innego wymiaru – Oblivion. Ich ratowaniem – nie bez kierujących nim pobudek osobistych – zajął się Nathan Cole, który skończył w więzieniu. Teraz znów jest na wolności i odkrywa, że są inni, którzy kontynuowali jego działalność. Niestety, kiedy pojawia się problem i bezimienni zaczynają niewolić ludzi, Nathan musi połączyć siły z bratem i stanąć do walki. A walczyć jest o co, bo od tego zależą losu obu rzeczywistości…


Dlaczego nie przepadam za scenariuszami Kirkamana? I dlaczego ludziom się one podobają? Cóż, nie przepadam za jego pisarstwem, bo brak w nim odkrywczości. Brak większego pomysłu. I przede wszystkim talentu, by przekuć to w coś więcej, niż kopię tego, co było wcześniej. Każdą swoją serię Kirkman zmienia w telenowelę i wątki obyczajowe, relacje między bohaterami i wszystko inne, plączą się jak w operach mydlanych, a ostatecznie nic z tego nie wynika. Przemiany psychologiczne postaci następują zbyt szybko i nie przekonują, wątki często są naciągane, a tempo nie porywa. Miewa wciągające momenty, czasem zdarzają mu się naprawdę świetne fragmenty, ale na tym koniec. Zostaje opowieść na poziomie popołudniowej telenoweli. Co się w tym podoba? To samo, co w telenowelach – brak konieczności myślenia, odrobina rozrywki po męczącym dniu i… lubimy to, co już znamy i on nam to daje.


Po części mamy to także w „Oblivion Song”. Tu też widać telenowelowe zapędy, bohaterowie nie są zbyt psychologicznie pogłębieni, przesłania tutaj żadnego nie uświadczycie, a fabuła nie skłania do myślenia. To tylko czysta rozrywka, ale zaważywszy na fakt, że na razie podawana jest w niewielkich porcjach i nie rozrosła się za bardzo, czyta się ją przyjemnie. Bezrefleksyjnie, ale i bez większego znudzenia. Ma kilka udanych momentów, ogólny klimat też jest niezły, szata graficzna, choć prosta,  cartoonowa, też wypada nie najgorzej. Ot lekki komiks środka, do przeczytania i zapomnienia, na tyle niezły by nie żałować czasu i pieniędzy na niego poświęconych.


Kto lubi Kirkmana, „Oblivion Song” też polubi, bo autor powielił tu wszystkie typowe dla siebie schematy. Kto nie lubi, nie polubi, chyba że jest fanem fantastyki i ma ochotę na podobne dzieło. Reszta, jeśli ich ciekawi, może zaryzykować i przekonać co to. Komiks jest na tyle niezły, że można śmiało to zrobić. Kto wie, jeśli nie szukacie ambicji i głębi, może Was naprawdę kupi ta fabuła.







piątek, 29 maja 2020

Odzyskanie czasu - Baoshu (Bao Shu)

POWRÓT DO „WSPOMNIENIA”



Co prawda nie często zdarza się, by inni autorzy kontynuowali legendarne tytuły wybitnych twórców, ale jednak. W świecie fantastyki mogliśmy czytać zarówno rosyjską kontynuację „Władcy pierścieni”, jak i ciąg dalszy „Wojny światów”, „Autostopem przez galaktykę” i wielu innych kultowych utworów. Rzecz w tym, że praktycznie nigdy nie zdarzało się to za życia autora pierwowzoru. Dlatego właśnie „Odzyskanie czasu” jest swoistym ewenementem. Nie dość bowiem, że twórca znakomitej trylogii „Wspomnienia o przeszłości Ziemi” wciąż jest wśród nas, to jeszcze sama jego opowieść jest rzeczą stosunkowo nową. A tu proszę, inny autor – z namaszczeniem Cixina Liu – podjął się napisania powieści rozgrywającej się w tym świecie i już możemy się nią cieszyć. A cieszyć jest czym. Owszem, „Odzyskanie czasu” nie jest tak wybitne, jak „Problem trzech ciał” i jego kontynuacje, ale to wciąż kawał znakomitej fantastyki, po którą warto sięgnąć.


To miało być, jak chwytanie się brzytwy. Ostatnia deska ratunku. Desperacki plan połgał na tym, by wystrzelić w kierunku floty Trisolarian zamrożony na pokładzie statku mózg Yun Tianminga i liczyć, że wrogowie ożywią go i pewnego dnia dzięki temu Yun zdoła przekazać swoim ziomkom ważne informacje, które pomogą w ich sytuacji. Po części się to udało, jednak jednocześnie ostatnia nadzieja ludzkości zdradziła własny gatunek. Czy kiedyś zdoła odkupić swoje winy? Po tysiącleciach zesłania pojawia się ku temu okazja. Niejaki Duch potrzebuje jego pomocy w wojnie z przeciwnikiem zagrażającym całemu wszechświatowi. Stawka jest wielka, a Yun chce odegrać w nadchodzących wydarzeniach znaczącą rolę. Czy to powozili mu zmazać winy? I jakie będą konsekwencje jego działań i tych wydarzeń?


Zaczyna się, niczym „Gwiezdne wojny”. Co prawda nie w odległej, tylko w innej galaktyce, ale to kwestia nomenklatury, prawda? Nie nastroiło mnie to optymistycznie, bo fanem „Star Warsów” nie jestem, wolę ambitniejszą fantastykę. Ale na szczęście powieść Baoshu jest ambitniejsza. A przede wszystkim naprawdę dobra. Namaszczony przez samego Cixina Liu autor – swoją drogą obsypywany chińskimi nagrodami fantastycznymi i chociaż te na świecie nie są może szczególnie cenione, okazuje się, że nie dostał ich przypadkiem – okazał się godnym następcą jego spuścizny i stworzył dzieło może nie tak świetne, jak pierwowzór, ale za to lepsze od ostatnich książek Cixina, czego, przyznam szczerze, się nie spodziewałem.


„Odzyskanie czasu”, jak na dobrą fantastykę przystało, jest opowieścią świetnie pomyślaną i tak samo poprowadzoną. Zbudowana została co prawda na świetnym gruncie, jaki przygotował poprzednik, jednak Baoshu idzie tu po części swoją drogą. Zachowując to, za co kochaliśmy „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”, odświeża schemat i stara się dostosować go do własnej wrażliwości. Efekt finalny jest znakomity: dostajemy kawał dobrej fantastyki, gdzie space opera, military fiction i tradycyjna Science Fiction spotykają się z ważkimi tematami i rzeczami bliskimi także nam. Jednocześnie udziela tu odpowiedzi na kilka pytań, jakie zostały po książkach Liu, a i nie zapomina by całość była po prostu dobrą rozrywką na poziomie.


Rozrywką świetnie napisaną i wciągającą. Lekką, ale jednocześnie posiadającą swój należyty ciężar. Jeśli czytaliście pierwowzór, koniecznie powinniście poznać także „Odzyskanie czasu”, bo to bardzo pozytywne zaskoczenie i kawał godnego spin-offu.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Fire Force #3 - Atsushi Ohkubo

FEUER FREI


„Fire Force” to kolejny shounen, który narodził się z… kopiowania schematów innych serii. I jednocześnie to kolejny shounen, któremu o dziwo wyszło to na dobre. Zresztą cały gatunek opiera się na podobnym podejściu do tematu i chociaż nie wszyscy aż tak wprost powielają elementy dzieł innych twórców, jak to ma miejsce w przypadku Atsushiego Ohkubo, i tak „FF” to o dziwo dobra seria, jeszcze nie do końca spełniona i wyważona, ale jednak wciągająca, potrafiąca dostarczyć czytelnikom dobrych wrażeń i gwarantująca, że nikt z fanów bitewniaków nie będzie się nudził.


Akcja nabiera tempa, a wydarzenia pędzą na łeb na szyję, kiedy Ósemka, chcąc poznać prawdę o przyczynach ludzkiego zapłonu, atakuje siedzibę Piątki! Zaczyna się gorąca walka, która może źle się skończyć właściwie dla wszystkich. Ale kiedy stawką są odpowiedzi na takie pytania, jak o to, co łączy Hibanę i Iris, warto zaryzykować. Ale czy najważniejsza tajemnica czyli sekret ludzkiego zapłonu zostanie w końcu rozwiązany? A jeśli tak, co owo rozwiązanie przyniesie?


Co zatem wtórnego jest w, „Fire Force”? Fabularnie to opowieść, która stanowi niemalże kopię innego świetnego shounena, jakim jest wciąż ukazujący się „Ao no Exorcist”, poplątaną z klimatami rodem ze „Strażaka” syna Stephena Kinga, Joe Hilla. Zacznijmy od świata, gdzie nie brak dziwnych mocy, z którymi walczy oddział strażaków. Tyle, że trudno ich tak właściwie mówić tu o strażakach, skoro bliżej im do zakonu egzorcyzmującego opętanych przez ogniste demony ludzi – egzorcyzmującego za pomocą broni, czego w „Ao” też nie brakowało. Do tego mamy głównego bohatera, podobnego z wyglądu do postaci wiodącej z tamtej serii, na dodatek skrywającego sekrety i też mającego w sobie demoniczne moce. Tego typu podobieństwa można by mnożyć, ale nie ma to sensu. Każdy znający „Ao no Exorcist” sam je zauważy, reszty zaś nie będą one interesować.


Ale czy taka wtórność jest zła? Nie, jeśli została dobrze wykorzystana. Pamiętacie, jak po zakończeniu „Dragon Balla” autorzy i wydawcy prześcigali się w wynajdywaniu zastępstwa dla tego cyklu? Wtedy też powstało wiele kopii „Smoczych Kul”, wśród których wyrosły godne jej legendy serie, jak „Naruto”. Poza tym samo „Ao no Exorcist”, z którego czerpie „FF” było mieszanką elementów „DB”, „Pokemona”, „Harry’ego Pottera” i jeszcze wielu innych dzieł. Liczy się więc jakość wykonania, a to akurat czeka na czytelników przygód strażaków.


Manga ta to zresztą pod każdym względem typowy shounen, a to zawsze świetnie się sprawdza. Szybka akcja, piękne dziewczyny, odrobina łagodnej erotyki, niezłe wykorzystanie strażackich klimatów, humor, fantastyka… Wszystko to składa się na komiks, który czyta się szybko i przyjemnie. Zabawa z „Fire Force” jest bardzo przyjemna nawet jeśli nigdy nie marzyliście by zostać strażakami. Do tego dochodzi niezła szata graficzna, przyjemnie realistyczna i cartoonowa zarazem, pełna świetnej dynamiki i jeszcze lepiej uchwyconych postaci, oferuje wszystko to, czego od podobnych serii oczekujecie. Kto lubi shouneny, będzie zadowolony i o to przecież chodzi, prawda?


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








czwartek, 28 maja 2020

Twardziel - Jeff Lemire

GDYBY WOLVERINE NIE BYŁ HEROSEM



Po świetnych seriach „Łasuch” czy „Royal City”, nadeszła pora na kolejne autorskie dzieło Jeffa Lemire’a, jednego z tych komiksowych artystów, którzy zachwycić potrafią najbardziej sztampowym dziełem. I takim zaskoczeniem jest też „Twardziel” – oczywiście zaskoczeniem pozytywnym. Nie żebym nie spodziewał się, że będzie to świetny komiks, bo nawet najsłabsze opowieści tego twórcy były udane, ale po takim temacie nie spodziewałem się, że będzie udany aż tak bardzo. A jednak.


Poznajcie Dereka Ouelette’a. Niegdyś był sportowcem, hokeistą z perspektywami na dużą karierę, ale niestety. Brutalny incydent, jaki miał miejsce w trakcie meczu dekadę temu, przekreślił jego przyszłość. Teraz Derek nadal mieszka w rodzinnym kanadyjskim miasteczku i wiedzie żywot brutalnego straceńca, który pogrążył się w alkoholu i bójkach. Wydaje się już, że nic w jego życiu się nie zmieni, a on będzie skazany na powtarzanie tych samych błędów, ale do czasu.

Oto bowiem pewnego dnia zjawia się u niego siostra. Szuka schronienia przed chłopakiem. Ukrycie się, stanie się dla obojga szansą na przepracowanie przeszłości i odnowienie rodzinnych relacji, ale czy to się uda? Chłopak podąża za siostrą Dereka i już wkrótce dojdzie do spotkania, które może być tragiczne w skutkach…


Jeff Lemire dał się nam poznać zarówno jako autor komiksów niezależnych („Royale City”), superbohaterskich („Extraordinary X-Men”) i antihero („Czarny Młot”). Poruszał się w najróżniejszych estetykach, od postapokaliptycznej bajki o zwierzo-ludziach zaczynając „(Łasuch”), przez marvelowskie eventy („Inhumans kontra X-Men”), na obyczajowych fabułach łączących w sobie elementy superhero i sensacji („Hawkeye”)  kończąc. Które z nich najlepiej mu wyszły, wiedzą chyba wszyscy czytelnicy – te najbardziej osobiste, co nie znaczy, że najbliższe życia. W końcu rewelacyjny „Czarny Młot” był jedynie hołdem oddanym ukochanym komiksom, który bawił się motywami wyznanymi wszystkim czytelnikom tego gatunku w sposób, jakiego od lat w opowieściach graficznych nie było.


„Twardziel” jest inny. To obyczajowa, życiowa fabuła, która do gustu przypadnie miłośnikom „Royal City”. Mocna, brutalna – męska można by rzec, ale bardziej należałoby powiedzieć ludzka, bo traktująca o ludzkich problemach, załamaniu, rodzinie, przemocy… O uzależnieniu od cierpienia, próbach wyrwania z przeklętego kręgu i tajemnicach przeszłości. O nas samych, naszych walkach ze słabościami i codziennością. Osadzona w kanadyjskim klimacie, robi duże wrażenie, wciąga, porusza i zachwyca. Przy okazji jednak autor puszcza coraz do czytelników oko. Bo jak inaczej określić bohatera twardziela, brutala z Kanady, który nie panuje za bardzo nad swoją agresją, a jego biografia nie jest wolna od sekretów, jak swoistym nawiązaniem do najsłynniejszego kanadyjskiego bohatera, Wolverine’a? Można tu też doszukiwać się tradycyjnie prywatnych wątków, skoro Lemire sam pochodzi z tamtych stron, a to przecież część smaczków, jakie oferuje Wam ten album.


Album gruby, niemal trzystustronicowy, świetnie wydany i absolutnie wart poznania, nawet bez bawienia się w wyłapywanie wszystkich takich drobiazgów, zostawionych przez twórcę. Komiksy Lemire’a za każdym razem oferują rewelacyjną rozrywkę na wysokim poziomie, „Twardziel” zaś to jeden z najlepszych, jakie wyszły spod jego ręki. Specyficznie, ale absolutnie znakomicie i klimatycznie zilustrowany, oszczędny w kolorystyce, ale jakże bogaty, jeśli chodzi o emocjonalną głębię i siłę wyrazu, mocny i wart poznania pod każdym względem. Jeśli cenicie dobre powieści graficzne, rzeczy skierowane do dojrzałego i wymagającego czytelnika, pokazujące jaka siła drzemie w tym medium, niniejszy tom to coś, za czym powinniście rozejrzeć się wśród wydawniczych nowości.






Amelia i Kuba: Złota Karta – Rafał Kosik

ZŁOTA KACZKA



Po roku od publikacji poprzedniego tomu, Rafał Kosik wraca z nową historią ze świata „Amelii i Kuby”, serii skierowanej co prawda przede wszystkim do czytelników w wieku 7-12 lat, jednak pozostającą atrakcyjną dla dorosłych miłośników prozy autora, jeśli wciąż mają w sobie coś z dziecka. „Złota karta”, bo taki nosi tytuł, to – jak to było z poprzednimi tomami – zarówno znakomita kontynuacja serii, która jest z nami już od ośmiu książek, jak i samodzielne dzieło, od którego można zacząć swoją przygodę z prozą autora. A warto jest ją zacząć, bo Kosik to jeden z najlepszych rodzimych autorów fantastyki i nie ważne jakiej grupie wiekowej dedykowana jest jego proza, zawsze jest satysfakcjonująca i zapewnia niezapomniane wrażenia.


To mógł być koncert marzeń – darmowe bilety nie trafiają się bowiem co dzień – ale jak to w życiu bywa, coś musiało pójść nie tak i w rzeczywistości to, co miało być szaloną impreza, zmieniło się w nudę. A jak wiadomo, z nudy człowiek robi głupie rzecz i tak oto nasi bohaterowie trafiają nie tam, gdzie powinni. Jak zawsze, można by powiedzieć, ale nie do końca. Kiedy Amelia, Kuba i reszta ferajny orientuje się, że znajdują się w miejscu, gdzie według legendy przebywa Złota Kaczka, postanawiają spróbować ją znaleźć i… udaje im się to. Problem w tym, że to, co znajdują bardziej przypomina Kaczora Howarda niż legendarne stworzenie, ale liczy się tylko to, że nasi bohaterowie dostają milion do wydania. Haczyk? Muszą go wydać go w jeden dzień. Wkrótce nie tylko wpadają w szał kupowania, ale przekonują się także, co oznacza wydawanie pieniędzy i jakim może być kłopotem. Czy to jednak jedyny problem, z jakim będą musieli się zmierzyć? I czym skończy się dla nich ta przygoda?


„Amelia i Kuba” to seria, którą śmiało można nazwać młodszą siostrą znakomitego cyklu Kosika, „Felix, Net i Nika”. Młodszą, prostszą, ale tak samo udaną i uroczą, a co ciekawe rozgrywającą się w tym samym świecie, co „FNiN”. Oba tytuły co prawda się nie przenikają ze sobą, ale jeśli znacie opowieść o szalonych warszawskich nastolatkach, w opowieściach o ich młodszych kolegach znajdą wiele znajomych elementów.


Abstrahując jednak od tego wszystkiego, „Amelia i Kuba” to po prostu kawał dobrej opowieści dla dzieci. Trochę fantastycznej, trochę przygodowej, trochę baśniowej, jak widać po niniejszym tomie. Kosik do tej pory na warsztat brał motywy z literatury science fiction czy nawet horroru, teraz sięga po legendę o Złotej Kaczce, czyniąc ją atrakcyjniejszą dla współczesnego odbiorcy. A wszystko to w powieści, gdzie bohaterowie i świat tak bliscy współczesnym czytelnikom, zderzają się z tym, co niezwykłe, ale i stanowiące część naszej historii czy kultury. Zachowując przy tym ducha polskiej literatury młodzieżowej z czasu PRL-u, tworzy dzieło, które czyta się szybko, lekko i bardzo przyjemnie, a na dorosłych czeka tu kilka satyrycznych kąsków.


Zaciekawiła Was ta opowieść? A zatem przeczytajcie, bo warto. Nieważne czy znacie poprzednie części, czy nie, bo „Złotą kartę” można czytać – jak wszystkie tomy serii – niezależnie od całej reszty.


Dziękuję wydawnictwu Poweraph za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Ao no Exorcist #24 - Kazue Kato

SZATAŃSKI PORÓD


Z „Ao no Exorcist” mam jeden zasadniczy problem – muszę czekać na kolejne tomiki! Po tym, jak na raz pochłonąłem niemal dwadzieścia z nich, nagle okazało się, że więcej nie wyszło na polskim rynku, bo dogoniliśmy już japońskie wydanie i trzeba czekać. Teraz w końcu, po kolejnych miesiącach przerwy, dorwałem najnowszą odsłonę i… Ech, jeszcze zanim zacząłem czytać, pomyślałem: ale kiedy kolejny? Bo niestety, ale choć na to nie wygląda, „Ao no Exorcis” to tak znakomity shounen, że nie idzie się od niego oderwać, a  czytelnik chce tylko więcej i więcej. Szczególnie, że autorka perfekcyjnie potrafi budować intrygę, napięcie, niepewność, zagadki, akcję… Ale co ja będę Was o tym przekonywał. Sięgnijcie i zobaczcie sami, pamiętajcie jednak, że ta opowieść uzależnia.


A teraz przejdźmy do nowego tomiku. Co się z nim dzieje? Co serwuje nam autorka?
Wydarzenia nabierają tempa i powoli zbliżają się do finału opowieści o przeszłości, kiedy Yuri zmaga się z byciem w ciąży z dzieckiem Szatana. Zakon Prawdziwego Krzyża oczywiście szykuje się na tą niecodzienną sytuację. Poród jest coraz bliżej, ale jak wiadomo, przygotowane egzorcyzmy w niczym nie pomogą. Jednak nadchodzi czas odkrycia co dokładnie wydarzyło się w tamtej chwili…


„Ao no Exorcist” to taka specyficzna seria, która została zbudowana na gruncie, gdzie właściwie trudno jest znaleźć cokolwiek oryginalnego. Główny bohater to chłopak / demon, który kojarzy się z Naruto (nastolatkiem, w którym zapieczętowano demona), ale i z dragonaballowym Son Goku, bo tak samo, jak ona jest wiecznie nienażarty. Akcja osadzona jest w szkole, ale szkole gdzie dzieciaki uczą się walki ze złem, egzorcyzmów, eliksirów… Zupełnie jak „Harry Potter”, prawda? Oczywiście dochodzi do tego także wątek niezwykłych istot, które z miejsca kojarzą się z Pokemonami, bo i przyzywa się je, i wystawia do walki, i podobne typy reprezentują. Wymieniać można by jeszcze długo, ale chyba już wiecie z czym macie do czynienia. Powtórką? Tak, ale jakże wciągającą i zachwycającą.


Bo „Ao no Exorcist” to wprost rewelacyjna opowieść, której tempo, akcja i zagadki nie pozwalają się od niej oderwać ani na chwilę. Co tam na chwilę, kiedy czytałem po kilka tomików na raz, trudno było zrobić sobie przerwę i nie chcieć od razu wrócić do egzorcystów choćby tylko jeszcze na jeden rozdział, a potem następny, jeszcze tylko chwilkę, moment… Wiecie, jak to jest, prawda? Nie zdarza się często, ale w przypadku tej serii się zdarzyło i nie zniknęło ani przez chwilę. A przecież na tym nie koniec, bo mamy tu jeszcze świetnych, sympatycznych bohaterów, którzy z miejsca nas kupują i ten klimat. Z jednej strony mroczny, pełen niepewności i zagrożeń, z drugiej nie wolny od humoru czy romantycznych uniesień.


A wszystko to zostało wprost genialne zilustrowane. Kreska w „Ao” jest dość uproszczona, jak na shounen zresztą przystało, ale jakże przy tym dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, co widać zwłaszcza w tłach. Poza tym dochodzi tu dużo mroku, świetne operowanie światłocieniem, urzekająca dynamika… Po prostu super, aż nie da się oderwać wzroku. Chyba nic więcej dodawać nie trzeba? Jeśli nie znacie jeszcze przygód dzielnych egzorcystów, a cenicie shouneny, koniecznie poznajcie tę serię. warto.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








środa, 27 maja 2020

Szkolne życie! #12 - Sadoru Chiba,Norimitsu Kaihou (Nitroplus)

SZKOLNE (NIE)PRZEŻYCIE?


To miała być ciekawostka. Nic mniej, nic więcej. Wcale nie miałem zamiaru dać się wciągnąć, za to ciekaw byłem połączenia krwawej historii o zombie ze słodkimi wielkookimi i naiwnymi bohaterkami. Sięgnąłem po pierwszy tom – było nieźle, sięgnąłem po drugi tom, potem trzeci… I, choroba, dobre to jest. Bardzo dobre, klimatyczne przy tym, niegłupie, dobrze poprowadzone, świetnie narysowane. A teraz nadszedł czas na koniec. Szkoda, bo „Szkolne życie” było świetną serią. Ale na szczęście finał jest satysfakcjonujący i… cóż mogę dodać, jak nie to, że mam ochotę zacząć tę serię od początku? I to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę jej wystawić.


Ponieważ to już ostatni tom i ponieważ wydawca też nie zaserwował nam zbyt rozległego opisu, by nie zdradzać co się dzieje, ja też postanowiłem milczeć. Zostawiam Was więc z tym oficjalnym blurbem.

KLUB SZKOLNEGO ŻYCIA JEST WIECZNY!

Czy dziewczęta będą mogły wspólnie zmierzyć się z przyszłością? I czy… istnieje dla nich jakakolwiek przyszłość?


Jestem fanem horrorów. Czy tych o zombie? Nie do końca, bo klasyczne strachy pokroju wampirów, wilkołaków i im podobnych są zbyt ograne, wyświechtane, by mnie intrygowały. Wolę bardziej postmodernistyczne podejście (dlatego tak uwielbiam „The Ring: Krąg” – oczywiście japoński, amerykański remake to kiepska popłuczyna – czy „Krzyk”) albo niepewność z czym właściwie mamy do czynienia. Oczywiście najważniejsze pozostaje dla mnie to, jaki klimat ma dana opowieść. „Ju on” na przykład, choć oparty na opowieści o duchach i klątwie, zemście zza grobu podlanej motywami typowymi dla japońskiego kina grozy, genialnie bronił się nastrojem. I tak też rzecz ma się ze „Szkolny życiem”.


Manga ta zaludniona została przez słodkie bohaterki, które szybko okazują się, wcale takie słodkie nie być, a już na pewno daleko im do infantylnych postaci (a jeśli im się to zdarza, jest to umotywowane), za to mają swój charakter i zjednują naszą sympatię. Jest to niezbędne do tego, byśmy zżyli się i przejmowali nimi, a przejmować jest czym. W świcie opanowanym przez żywe trupy, świecie, jakże przypominającym ten znany z „Resident Evil”, gdy nasze heroiny przeciągane są przez najbardziej niebezpieczne zaułki, na pewno nie spotyka je wiele dobrego. A jaka opowieść jest lepsza od tej, która wywołuje w nas emocje?


Oczywiście nie samymi emocjami czytelnik żyje. Miłośnicy horroru chcą krwi, chcą zagrożeń, walki i akcji, a przede wszystkim żądają klimatu: mroku, atmosfery osaczenia, ciągłego zagrożenia… I, tak, dobrze myślicie, dokładnie wszystko to jest tutaj. Japończycy, jak nikt potrafią łączyć słodycz z brutalnością (spójrzcie tylko na „Gdy zapłaczą cykady”) i po raz kolejny pokazali to w „Szkolnym życiu”. Wszystko to zaś zaserwowali nam naprawdę za pomocą naprawdę znakomitych ilustracji, a polski wydawca tradycyjnie zadbał o dobre wydanie. Aż żal, że to już koniec, ale dobrze było spędzić ten specyficzny „rok szkolny” w towarzystwie bohaterek, kibicować im i przejmować się nimi. I bawiłem się lepiej, niż przy przereklamowanej serii „The Walking Dead”.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 26 maja 2020

Niegodny Thor - Jason Aaron, Olivier Coipel, Kim Jacinto

NA TROPIE MJOLNIRA


W trakcie wydawania bardzo udanej serii o przygodach Thor Gromowładnej, jej scenarzysta Jason Aaron zapragnął wrócić do Odinsona i ukazać nam jego solowe przygody. Tak zrodziła się miniseria „Niegodny Thor”. Seria słabsza od przygód kobiecej wersji tego herosa, ale jednak nadal niezła, potrafiąca dostarczyć miłośnikom boga grzmotów niezłej rozrywki i niewymagająca od czytelników znajomości poprzednich wydarzeń.


Thor w wyniku wydarzeń „Grzechu pierworodnego” stał się niegodny. Od tamtej pory nie może odzyskać należytego sobie miejsca i dlatego w końcu opuścił Ziemię. Wierzy, że uda mu się odkupić wszystkie winy i znów stać się godnym, ale kiedy to nastąpi? I czy rzeczywiście się uda? Pojawia się jednak zupełnie inna szansa, jakiej Thor nie oczekiwał. W kosmosie znajduje się drugi Mjolnir i jego odnalezienie może pomóc naszemu bohaterowi odzyskać dawną chwałę, honor i ukochaną broń. Problem w tym, że nie tylko on się nią interesuje. Thanos i Kolekcjoner pojawiają się na horyzoncie, a Odinson będzie musiał stawić czoła prawdzie, która sprawiła, że stał się niegodny. Czy jest na to gotów? I jakie będą konsekwencje tych wydarzeń?


Jason Aaron nigdy do końca nie kupił mnie jako scenarzysta, bo na jeden dobry komiks, tworzy kilka, jeśli nie kilkanaście przeciętnych, tudzież złych. Do końca więc nie kupiły mnie jego przygody Thora. Jednakże seria o Thor Gromowładnej, jak już pisałem, przypadła mu do gustu. Pomysł na fabułę oczywiście nie był w najmniejszym stopniu oryginalny, a kilka rozwiązań fabularnych (jak choćby to, że Jane nie chce wyleczyć się z raka, chociaż ma taką możliwość – kto kiedykolwiek miał kontakt z ludźmi chorymi na nowotwór wie, że chwyciliby się każdej brzytwy i takie podejście do tematu drażni) okazało się nietrafionych, niemniej to kawał dobrego, widowiskowego komiksu rozrywkowego. I taki też jest powrót do Odinsona. Nadal to przygody bogini piorunów są tymi lepszymi z jego komiksów z tej serii, ale „Niegodny” to też świetna rozrywka.


Fabuła, jak widać, także i w tym przypadku większych nowości nie oferuje, ale poprowadzona została w szybki, dynamiczny i lekki sposób. Przez to komiks czyta się jednym tchem i potrafi wzbudzić tęsknotę za przygodami głównego bohatera. Do tego rzecz jest na tyle niezależna, by mogli po nią sięgnąć niezaznajomieni z tematem, ale też i pełna elementów, które przypadną do gustu stałym odbiorcom.


Co ważniejsze jednak prezentuje się naprawdę znakomicie, jeśli chodzi o szatę graficzną. Jak wszystkie inne komiksy rysowane przez Oliviera Coipela, tak i ten z miejsca wpada w oko. Ilustracje są odpowiednio realistyczne i dopracowane, Coipel znakomicie operuje światłocieniem, a dobry kolor pomaga zbudować świetny klimat. Wszystko to zaś składa się na naprawdę dobry komiks. Kto lubi postać Thora, śmiało może po niego sięgnąć i dać się porwać do jego świata. Nie ma tu co prawda humoru znanego z kinowych odsłon jego przygód, jednak i bez niego zabawa jest udana.






Citrus #8 - Saburouta

WSPÓLNE WAKACJE


Rozbudowywanie miłosnych relacji bohaterek trwa. Wiadomo do czego wszystko to zmierza – chociaż jakże bym był zadowolony, gdyby autorka jednak zdecydowała się zaskoczyć na sam koniec – i czym się zakończy, więc akcja ostatnich tomów to takie swoiste przedłużanie całości, byle trwała dalej, ale jest to przedłużanie niezłe, całkiem udane i na pewno satysfakcjonujące dla miłośników gatunku. A przy okazji dostajemy tu coraz więcej elementów typowych dla shoujo czy szeroko pojmowanego szkolnego życia.


Yuzu i Mei od pewnego czasu są razem, ale nie zmieniło to podstawowego problemu – nadal muszą ukrywać swój związek. Ich relacje mają jednak się pogłębić, dzięki wspólnym wakacjom. Problem w tym, że jednocześnie wszystko w końcu może się wydać. Jak skończy się to wszystko?


Osiem tomików „Citrusa” już za nami, a fabuła z jednej strony zdaje się wciąż dopiero rozkręcać, z drugiej swój punkt kulminacyjny, który w takimi czy innym stopniu można by odczytać jako finał, osiągnęła już dawno. W tym pierwszym przypadku chodzi o to, że chociaż sytuacja między bohaterkami się wyklarowała, akcja wciąż plącze się i komplikuje, przybywa wątków, groźba ujawnienia relacji bohaterek wisi w powietrzu… W drugim przypadku już dawno osiągnięte zostało to, czego czytelnicy oczekiwali – bohaterki są ze sobą i walczą dalej o swoją miłość.


Jak widać, jest dokładnie to, czego od komiksowych – a właściwie mangowych – romansów się oczekuje. Akcja nie jest tu szybka, choć każdy odcinek to właściwie zamknięty rozdział z życia bohaterek, ale nie o tempo chodzi, a emocje i uczucia. A tych, jak się domyślacie, wcale nie brakuje. Owszem, płaczliwość bohaterek i czasem aż nazbyt egzaltowane wyrażanie emocji potrafi irytować (a mówi Wam to czytelnik, który uwielbia wszelkiej maści wzruszenia, nawet jeśli sam rzadko im ulega), ale taki już urok „Citrusa”.


Oczywiście dla tych, którzy w serii nie stawiają na główny wątek (czyt. lesbijska miłość dwóch przyrodnich sióstr), jest tu sporo szkolnego życia i codziennych trosk, a także to, co w tej serii najbardziej kupowało mnie od samego początku: znakomita szata graficzna. Bo chociaż „Citrus” jest mangą typową dla swojego gatunku pod każdym względem, a zatem także ilustracje są pozbawione nadmiaru czerni, ale jednocześnie nadzwyczaj dopracowane, dopieszczone wręcz, pełne detali, bogato choć z wyczuciem używanych rastrów i całkiem sporej dozy realizmu, co sprawia, że tytuł z miejsca wpada w oko.


Kto więc lubi tego typu opowieści, nie zawiedzie się. „Citrus” nie zaskakuje, nie wybija się ponad typowe dla girl love opowieści, jeśli chodzi o treść czy konstrukcję postaci, jednak jest naprawdę wzorcowo wykonany. I chyba nic więcej fanom nie trzeba, prawda?


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 25 maja 2020

Kaczogród Carla Barksa: W krainie wielkich jezior i inne historie z lat 1956-1957 - Carl Barks

PONADCZASOWE KACZKI


Na świecie nie brakuje typowo dziecięcych dzieł, które wykraczają daleko poza własne ramy i godne są polecenia każdemu, niezależnie od wieku, płci czy gustu. W uniwersum disnejowskich kaczek istnieją dwa takie wyjątki: twórczość Dona Rosy, który wyniósł dziecięce opowieści na zupełnie nowym poziom oraz komiksy Carla Barksa (na nim zresztą wzorował się Rosa), zwanego ojcem kaczek geniusza, który stworzył uniwersalne, ponadczasowe fabuły, po dziś dzień aktualne, pełne głębi i inteligentnego humoru. I tego właśnie, dzięki kolekcji prac Barksa "Kaczogród", doświadczyć mogą polscy czytelnicy, ciesząc się jednocześnie rewelacyjnym, pełnym dodatków wydaniem.


Najpierw jednak tradycyjnie napiszę kilka słów o fabule. Jak mówi sam tytuł tego tomu, nasi bohaterowie, m.in. oczywiście, trafiają do Krainy Wielkich Jezior. Zawiedzie ich tam chęć ucieczki od zanieczyszczeń obecnych w mieście, ale co czeka na nich na miejscu? Potem nasi ulubieńcy zajmą się poszukiwaniami zaginionej kopalni złota, Sknerus zacznie wspominać wyścig statków rzecznych – jeden z ważnych momentów swojej młodości – a także przeniesiemy się wraz z nimi na pewną aukcje, która sprawi, że kaczki trafią… na Arktykę!


Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, wszystko to miedzy innym, bo tom tak samo, jak poprzednie, pełen jest zarówno długich, jak i krótkich opowieści, zróżnicowanych również pod względem tematyki i bynajmniej nie ograniczonych tylko do postaci Sknerusa McKwacza, z której najbardziej słynie Barks. Nie zdziwię co prawda nikogo, jeśli powiem, że na stronach rządzą przede wszystkim przygody i humor, ale o to przecież w tych komiksach zawsze chodziło, chodzi i chodzić będzie. Jednocześnie – i tego też przecież każdy oczekuje – znajdziecie tu przesłanie i mądrość. A wszystko to ponadczasowe i nieobrażające inteligencji, gustu i smaku nawet dorosłych czytelników. Ba, oni będą się w trakcie lektury bawić równie dobrze, co dzieci, choć jak zawsze w takich przypadkach, inaczej spoglądając na poruszane przez autora kwestie.


Warto tu przy okazji nadmienić, że w tym tomie dostajemy kolejną porcję opowieści, które dla Dona Rosy stały się inspiracją do wielu jego prac. Mamy tu zarówno opowieść, która stała się potem drugim rozdziałem „Życia i czasów Sknerusa McKwacza” czy tytułową opowieści, której Rosa stworzył potem kontynuację – bardzo udane „Na wojennej ścieżce”. Wszystko to zaś znakomicie i ujmująco zilustrowane i świetnie wydane, w grubym, zamkniętym w twardej oprawie tomie, który jak zawsze ładnie prezentuje się na półce.


Czy trzeba dodawać coś więcej? Lubicie Kaczki? Kochacie komiksy Disneya? Szukacie rewelacyjnych opowieści graficznych dla całej rodziny, które nigdy się nie znudzą i po latach wciąż będą dostarczać świetnej zabawy? Koniecznie poznajcie całą kolekcję. O tych historiach się nie zapomina i po latach wraca się do nich ochotą, by odkryć coś nowego. Polecam bardzo, bardzo gorąco. Poszukajcie wśród nowości.