wtorek, 30 czerwca 2020

Dr. Stone #4 - Riichiro Inagaki, Boichi

KOLEJNA NIEBEZPIECZNA MISJA


Czwarty tom „Dr. Stone’a” wkracza coraz bardziej na bitewniakowy grunt. To, co zaczęło się jak shounen, ale wówczas jeszcze bez typowych walk, teraz staje się coraz bardziej klasyczną nawalanką, a w treści pojawia się kilka bardziej krwawych momentów. Ale, że zachowuje przy tym swój charakter, zarówno miłośnicy serii, jak i bitewniaków będą zadowoleni.


Stworzenie sulfonamidów to cel naszych bohaterów. Problem w tym, że by go osiągnąć, potrzebują kwasu siarkowego, a to wiąże się z kolejną niebezpieczną misją. A tymczasem w wiosce dzieją się ważne wydarzenia. Zbliżą się bowiem turniej mający na celu wyłonienie nowego wodza…


Co tu można powiedzieć o tej serii, jak nie to, co już napisałem do tej pory? „Dr. Stone” to shounen, jak shounen ze wszystkim, co się z tym gatunkiem wiąże. Wyraziści bohaterowie, równie wyrazisty świat, akcja, fantastyka, piękne, seksowne dziewczyny, nieco łagodnej erotyki… Wiecie doskonale, jak to jest. Jeśli czytaliście choćby jedną mangę tego typu, to jakbyście czytali wszystkie, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Rzecz w tym, że takie opowieści zawsze się sprawdzają, tym bardziej jeśli – tak jak w tym wypadku – mamy tajemnicę, posuwającą akcję do przodu i udany, podnoszący poziom całości klimat.


Teraz do tego wszystkiego dochodzą bardziej bitewniakowe schematy. Na początku seria zdawała się ich wystrzegać, potem pojawiały się sporadycznie, teraz podobnych elementów jest sporo i zaczynają dominować. Co oczywiście fanów typowych shounenów ucieszy, tym bardziej, że stoją one na naprawdę dobrym poziomie.


Oczywiście od samego początku najlepsze w „Dr. Stone’ie” pozostają rysunki. Owszem, fabuła jest niezła i dobrze poprowadzona, nie nudzi, nie jest przeciągnięta i potrafi wciągnąć, ale to właśnie grafiki Boichiego (pamiętacie jego udany „Hotel”?) kradną cale show. Z jednej strony mamy prosty, typowo wielkooki design, gdzie w dużej mierze rządzi niemalże karykaturalne podejście do prezentacji postaci – od mimiki ich twarzy, przez fryzury, po nawet same ciała i ich krągłości – z drugiej mnóstwo detali i realizmu, które budują klimat, jaki zapada w pamięć na  dłużej. I to się ceni.


Podsumowując, jeśli lubicie shouneny, warto serię poznać. Nie jest może ona wybitna, ale jednocześnie pozostaje na tyle znakomita, że czyta się ją z przyjemnością i chce sięgać po koleje tomy. A to coś przecież znaczy.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.









poniedziałek, 29 czerwca 2020

Murciélago #16 - Yoshimurakana

BRUTALNA SŁODYCZ



Najsłodsza rzeźnia (a może najbardziej brutalna i makabryczna słodycz?) powraca! Tak, nowy tomik „Murciélago”, który dość długo kazał na siebie czekać, właśnie pojawił się na rynku i… Cóż tu można dodać, jak nie to że ta świetna seria jak zwykle wciąga, urzeka, bawi, ujmuje swoim urokiem i dostarcza solidnej dawki mocnych wrażeń, sprawiając że na kolejną odsłonę trudno się jest doczekać.


Śledztwo w sprawie cyrku trwa. Wszystko wskazuje jednak na to, że winny zarówno zbrodniom, jak i przywiązywaniu ludzi do balonów jest nie kto inny, jak Mario Legacy, kierownik cyrku. Czy taka jednak jest prawda? Jeśli tak, to właśnie on jest także tajemniczym Comedy Writerem, który od dekad umyka policji. Problem, w tym, że gdy Kuroko stara się rozwiązać wszystko na swój szalony sposób, Terada, który prowadził niegdyś śledztwo w sprawie tego samego zbrodniarza odkrywa, że to wcale nie on jest winny temu, co się obecnie dzieje. Z czym w takim razie naprawdę mierzą się bohaterowie? I kto jest Comedy Writerem?


„Murciélago” to specyficzna seria, do której na początku podchodziłem z wielkimi obawami. Bo pomyślcie, co wartościowego może mieć do zaoferowania opowieść o biuściastej nimfomance-lesbijce, która żadnej kobiecie nie przepuści, a która jest też wyzutą z uczuć seryjną morderczynią z szóstym zmysłem, obecnie pracującą na zlecenie służb mundurowych? Brzmi, jak typowo męskie, samcze wręcz czytadło, gdzie strony zapełniają tylko seks i przemoc… I tak jest, ale tylko do pewnego stopnia. I chwała za to twórcy, który z prostej, jeśli nie prostackiej idei, wykrzesał mnóstwo mocy, zmieniającej ją w komiks dla każdego, kto lubi mocne wrażania.


Pierwszą rzeczą, o której trzeba wspomnieć, jest zabawa motywami znanymi z thrillerów i horrorów. Rozpiętość motywów jest tu wielka dzięki czemu znajdą tu coś dla siebie miłośnicy zarówno „Szczęk”, „Piły”, „24 godzin”, opowieści o zombie i wielu, wielu innych. W oczy z miejsca rzucają się tu nazwy czerpane pełnymi garściami z prozy Lovecrafta (komiks nigdy nie był od tego wolny, że wspomnę choćby „Batmana” i pojawiające się tam Arkham), ale „Murciélago” oferuje też bardziej subtelne nawiązania, których wyłapywanie jest prawdziwą przyjemnością. Do tego dochodzi też szybka akcja, świetny klimat, brutalność i to co mnie kupiło najbardziej: słodycz i urok skoncentrowane w postaci Człowieka Bułki.


I jest jeszcze ta świetna szata graficzna. Z jednej strony mroczna i pełna drastycznych detali, a momentami wręcz autentycznej grozy, często jakże szalonej i pokręconej, z drugiej słodka i cartoonowa. Jakakolwiek by nie była, w całości mnie kupiła i kupuje za każdym razem, a sceny, kiedy bohaterki zachwycają się jedzeniem, ich mimika (szczególnie Człowieka Bułki) to mistrzostwo. A że cała reszta też jest świetna, polecam. Zwyczajnie warto jest „Murciélago” poznać.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 28 czerwca 2020

Topiel - Jakub Ćwiek

TO-PIEL


Jakub Ćwiek w końcu napisał dobrą powieść! Po tym, jak rozczarowałem się takimi dziełami, jak mocno przeciętny „Kłamca”, długo omijałem prozę autora szerokim łukiem i tylko czasem jakieś jego opowiadanie wpadało mi w ręce. Po „Topiel” sięgnąłem zachęcony opisem, zasiadłem z pewnymi obawami, ale na szczęście okazała się dobrą lekturą. Nawet bardzo. Klimatyczną, interesującą i dobrze napisaną.


Fabuła przenosi nas do pamiętanego dla Polaków roku 1997. Jest początek lipca, rozpoczynają się wakacje. Czwórka kolegów wierzy, że mimo marnej pogody, która każdego dnia wita ich deszczem, to lato będzie udane. Będzie ich. Wtedy dochodzi do tragedii. Powódź Stulecia nawiedza kraj, niosąc śmierć i zniszczenie, ale także coś jeszcze. To, co odkrywają chłopcy zmienia wszystko. Nie wszyscy z nich wyjdą z tego żywi.

Pod koniec lipca pomagające powodzianom wojsko znajduje zwłoki jednego z nich. Którego? Jak chłopak zginął? Co wydarzyło się właściwie tamtego dnia? I czy naprawdę warto jest szukać prawdy?


Za co nie lubię prozy Ćwieka? Na pewno nie za styl, bo Jakub pisze dobrze, lekko, przyjemnie i klimatycznie. Problemem są pomysły. „Kłamca” nie dość, że tematycznie mnie nie kupił, to jeszcze poszczególne wątki i poprowadzenie akcji było tam co najwyżej przeciętne. „Grimm City” i „Chłopaków” nawet nie spróbowałem poznać, bo i po co? Książki może i nie ocenia się po okładce, ale już po opisie brzmiącym np. jak samcze wynurzenia skierowane do niewyżytych nastolatków, których kręcą wulgaryzmy chyba już można. Ale już takie „Przez Stany PopŚwiadomości”, dziennik z podróży po kultowych miejscach USA znanych z filmów, książek i seriali mnie kupiły, bo i pomysł dobry, i wykonanie na poziomie. „Topiel” też mnie zaciekawiła – nie oryginalnością, bo już na pierwszy rzut oka rzecz kojarzy się ze znów popularnym za sprawą całkiem udanych ekranizacji kingowskim „To”, ale odwołaniami do dzieł, które cenię – i okazała się dobrą książką.


Co jest w niej dobrego? Na pewno klimat i wykonanie. Styl jest lekki, przyjemny, ale treściwy i to właśnie on buduje nastrój panujący na stronach. Nastrój swojski, dość sentymentalny dla tych, którzy w latach 90. XX wieku mieli na karku kilkanaście lat, ale ponury i tajemniczy. To się Ćwiekowi udało, udała się też zagadka  i klimat. Bohaterowie? Ci skrojeni się prosto, ale na szczęście w dojrzalszy sposób, niż ci, o których losach u Ćwieka wcześniej czytałem. Drugim „To” „Topiel” nigdy nie będzie, tak samo, jak „Stranger Things” (porównywanie do tego serialu kolejnych książek, filmów i komiksów wszelkiej maści, od thrillerów, przez fantastykę po horror stało się już frazesem), ale warto ją poznać. Jako swojską odpowiedź na te tytuły i po prostu kawał dobrego thrillera / horroru na wakacyjne dni.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Kakegurui: Szał hazardu #5 - Homura Kawamoto, Toru Naomura

HAZARDOWE POJEDYNKI


„Kakegurui” to seria, która nawet kiedy ma słabsze momenty, wciąż jest bardzo dobra, o czym świadczył choćby poprzedni, skupiony na nieco mniej emocjonującej bitwie wokalnej tom. Kiedy zaś ma dobre momenty, jest iście rewelacyjna. Jaki jest ten tom? Każdy powinien ocenić go sam, ale ja powiem Wam, że jest świetny. Jak zresztą wszystkie pozostałe. Świetny, pełen napięcia, znakomitego klimatu i prawdziwej siły wyrazu, które sprawiają, że „Szał hazardu” pochłania się jednym tchem i za każdym razem ma się tylko ochotę na więcej i więcej.


Yumeko wygrała kolejne starcie, pokonując Yumemite w pojedynku wokalnym. Ale to przecież dopiero początek dalszych zmagań. Przewodnicząca Kirari Momobami stanie oko w oko z Yumeko. Jakie będą konsekwencje? A przecież to tylko część tego, co dzieje się w szkole!


Nie jestem fanem hazardu. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli w cokolwiek gram – czy są to gry karciane (a w pokera też mi się zdarzało), czy planszowe, czy komputerowe – robię to dla przyjemności. Najczęściej nie chce mi się szukać wszystkich znajdziek (chyba, że czeka mnie za to bonusowy poziom), nie chce mi się też wchodzić w skomplikowane, wielogodzinne rozgrywki. Robię to, żeby się rozerwać, trochę odreagować, odprężyć, a nie męczyć i irytować, że czegoś nie mogę znaleźć, zrobić czy, że do save’a albo końca rundy zostało jeszcze tyle czasu. Potencjalnie więc „Kakeguri” to manga średnio trafiająca w mój gust i… tylko potencjalnie. Bo już pierwszy tom mi się spodobał (jak zawsze z ciekawości dałem szansę nowej serii), drugi zaś zachwycił i wgniótł w fotel, a potem poszło już z górki.


Bo „Kakeguri” to, abstrahując od przynależności gatunkowych, przede wszystkim shounen, a jak wiadomo ten typ mang ma szczególną siłę okazywania się rewelacyjnymi. Nie wszystkie takie są, ale jednak. Ktoś nie lubi gotować? Ale „Kulinarne pojedynki” go zachwycą. Ktoś nie znosi baśni arabskich? Co z tego, skoro „Magi” wciągnie go tak, że nie oderwie się, nim nie przeczyta wszystkich niemal trzydziestu tomików wydanych w naszym kraju. Ktoś rzyga koszykówką? Nie ma to znaczenia, bo seria „Kuroko’s Basket” nie da mu się znudzić ani przez moment. Długo można by wymieniać i to samo można powiedzieć o „Kakegurui”. Wszystko dzięki znakomitej dynamice i emocjom, jakie wyzwala lektura. Napięcie jest odczuwalne, atmosfera gęsta, a jednocześnie mamy tu nieco humoru, świetnie nakreślonych bohaterów i autentyczną grozę.


Wszystko to wieńczą znakomite ilustracje. Nieco bardziej realistyczne i mroczne, niż to zazwyczaj w shounenach bywa, ale świetne, wpadające w oko i doskonale oddające wszystkie aspekty opowieści, od brutalności, przez zwyczajność i słodycz, po łagodną erotykę. Do tego mamy świetne wydanie i dobrą cenę. Nic więcej chyba dodawać nie trzeba. Świetna seria dla każdego, kto lubi pełne napięcia thrillery. Warto ją poznać.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 27 czerwca 2020

Wielki finał sagi o upadłym Kapitanie Ameryce

Największy tegoroczny Marvelowski event (czyli wydarzenie, którego reperkusje pojawiają się w wielu seriach komiksowych) to z całą pewnością „Tajne imperium”, które ukaże się 15 lipca br. Opowieść o Stanach Zjednoczonych, które stają się niespodziewanie faszystowskim reżimem dowodzonym przez bezwzględnego… Kapitana Amerykę. Jak to możliwe?


Tę intrygę, którą rozwijano w Marvelu przez długie miesiące, możemy prześledzić w wydanych w Polsce tytułach. Wszystko zaczyna się kilka lat temu, gdy Kapitan Ameryka zostaje pozbawiony swych mocy i starzeje się do swojego prawdziwego wieku (jak wiemy, walczył podczas II wojny światowej). O tym, jak przywrócono mu młodość, siły i moce, opowiada album „Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill”. Okazuje się jednak dość szybko, że równocześnie zaszczepiono mu fałszywe wspomnienia, zgodnie z którymi od dziecka był wychowywany przez faszystowską organizację Hydra.

W dwóch wydanych przez Egmont tomach serii „Kapitan Ameryka: Steve Rogers” (zbierających wszystkie zeszyty oryginalnej serii) śledzimy następnie, jak nowy, inny Kapitan przygotowuje Hydrę do przejęcia władzy w Stanach i jak osiąga sukces. Doprowadza do tego, że legalnie wybrane władze przekazują mu odpowiedzialność za kraj, odgradza Ziemię osłoną planetarną, za którą znalazła się większość najsilniejszych superbohaterów, a pozostałych unieruchamia w Nowym Jorku. Co dalej? O tym właśnie opowiada „Tajne imperium”.


Aby poznać wszystkie wydarzenia powiązane z tym eventem, warto również przeczytać tomy serii „Avengers” i „Deadpool” z podtytułami „Tajne imperium”, a także trzeci tom serii „Doktor Strange” i siódmy „Amazing Spider-Man” (zatytułowany „Upadek imperium”).


Oś fabularna „Tajnego imperium” – czyli tom główny oraz oba tomy „Kapitana Ameryki” – to dzieło scenarzysty Nicka Spencera („Ant-Man: Druga szansa”), dla którego było to największe jak dotąd wyzwanie w karierze. Jako rysownicy towarzyszyli mu m.in. Steve McNiven („Wojna domowa”, „Śmierć Wolverine’a”), Daniel Acuña („Uncanny Avengers”), Leinil Francis Yu („Tajna inwazja”, „Nieskończoność”) i Andrea Sorrentino („Staruszek Logan”).


Albumy składające się na główną historię najlepiej poznawać w kolejności:

1.      „Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill”
2.      „Kapitan Ameryka: Steve Rogers”, tom 1 (można uzupełnić lekturą eventu „II wojna domowa”)
3.      „Kapitan Ameryka: Steve Rogers”, tom 2 (zeszyty #12–16)
4.      „Tajne imperium”
5.      „Kapitan Ameryka: Steve Rogers”, tom 2 (dalszy ciąg)


Historie poboczne można poznawać w dowolnej kolejności po lekturze „Tajnego imperium”. Są to:

·         „Amazing Spider-Man: Globalna sieć”, tom 7: „Upadek imperium”
·         „Avengers”, tom 5: „Tajne imperium”
·         „Deadpool”, tom 10: „Tajne imperium”
·         „Doktor Strange”, tom 3


O komiksie:

Marvel Now 2.0. Tajne imperium

Scenariusz: Nick Spencer
Rysunki: Daniel Acuña, Steve McNiven, Rod Reis, Jesús Saiz,
Andrea Sorrentino, Leinil Francis Yu
Przekład: Marek Starosta
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Objętość: 484 strony
Format: 167x255                             
Cena: 99,99
ISBN: 978-83-281-9656-8
Język oryginału: angielski
Seria: Marvel Now 2.0
Kategoria: komiks amerykański
Tematyka: superbohaterowie

Steve Rogers poświęcił życie walce o wolność. Dziś jednak jest jej największym wrogiem i jako agent faszystowskiej organizacji Hydra nie cofnie się przed niczym, żeby zdobyć władzę nad światem. Jego autorytarnym rządom sprzeciwią się Czarna Wdowa, Kapitan Marvel, Doktor Strange i inni superbohaterowie, ale ich ruch oporu ma niewielkie szanse w starciu ze zbrodniczym reżimem, który opanował nie tylko media i państwowe instytucje, lecz także serca wielu ludzi. Czy mimo to znajdą sposób na ocalenie uniwersum Marvela?

Oto wielki finał sagi o upadłym Kapitanie Ameryce, na którą składają się także album „Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill” i dwa tomy serii „Kapitan Ameryka: Steve Rogers”.

Scenariusz tego niepokojąco aktualnego thrillera politycznego napisał Nick Spencer – autor historii zebranych w albumie „Ant-Man: Druga szansa” oraz serii „Iron Man 2.0” i „The Amazing Spider-Man”. Twórcami rysunków są: Daniel Acuña („Uncanny Avengers”), Steve McNiven („Wojna domowa”), Rod Reis, Jesús Saiz, Andrea Sorrentino („Staruszek Logan”) i Leinil Francis Yu („Inhumans kontra X-Men”).

piątek, 26 czerwca 2020

Miasto Wyrzutków, tom 2: Chłopak, który zbierał stworzonka - Julien Lambert

MIASTO, KTÓRE DO MNIE MÓWIŁO


„Miasto wyrzutków” dobiega właśnie końca. Trochę bez sensu było dzielenie tak krótkiej opowieści na dwa oddzielne tomy, ale na szczęście na finał nie musieliśmy zbyt długo czekać. A jaki jest to finał? Wszystko zależy od tego, czy pierwszy tom przypadł Wam do gustu, czy też nie. Jeśli dobrze bawiliście się w trakcie jego lektury, teraz też będziecie zadowoleni, jeśli nie, „Chłopak, który zbierał stworzonka” nie zmieni Waszego zdania. Tak czy inaczej jednak opowieść Juliena Lamberta to całkiem sympatyczne połączenie science fiction i kryminału, które czyta się lekko, szybko i dość przyjemnie.


Głównym bohaterem „Miasta” jest Jacques Peuplier, nietypowy prywatny detektyw. Na czym polega jego nietypowość? Na pewno nie na tym, że jest silnym i milczącym drabem, a fakt, że potrafi… rozmawiać z przedmiotami, co w prowadzeniu śledztw przydaje się naprawdę znakomicie. W swoim życiu prowadził niejedno śledztwo, stoczył też niejeden bój, teraz jednak jest w samym środku wyzwania, jakiego w życiu by się nie spodziewał.

To, co zaczęło się jako poszukiwania zaginionej dziewczyny, zmienia się w pościg za szalonym naukowcem, którego wspiera armia ludzi-owadów. Jacques Peuplier sam sobie nie poradzi, dlatego będzie potrzebował pomocy gangu ulicznych dzieci. Ale czy nawet mając ich wsparcie będzie w stanie wygrać nadchodzące starcie i co ważniejsze odzyskać to, co utracił?


Przy okazji pierwszego tomu pisałem, że seria ta przypomina mi skrzyżowanie „Sin City” z „Hitmanem”. Bo Miasto Wyrzutków niczym drugie Miasto Grzechu, milczący drab prowadzący śledztwo w sprawie pewnej kobiety, brudne zaułki, wszędobylski mrok… Do tego dochodzi drugi aspekt opowieść, w którym pobrzmiewają echa najróżniejszych dzieł o zwykłych ludziach obdarzonych niezwykłymi mocami (pierwsze skojarzenia z „Hitmanem” Gartha Ennisa są jak najbardziej trafne). Ale jednocześnie dzieło Lamberta trudno porównać do któregokolwiek z nich. Wszystko to bowiem tylko pozory, a całości pod względem klimatu bliżej jest do tie-inów „Czarnego Młota”, niż czegokolwiek innego.


Przede wszystkim jednak „Miasto Wyrzutków” ma typowo europejski charakter. Panujący na stronach nastrój jest o dziwo bardzo lekki, swobodny wręcz. Akcja jest ciekawa, ale niezobowiązująca. Toczy się szybko, z nutą humoru i solidną dawką niezwykłości, będących stałym elementem opowieści. Do tego dochodzi udana szata graficzna, która buduje bardzo przyjemny klimat i znakomicie pasuje do tej opowieści, gdzie miłośnicy zarówno fantastyki, jak i kryminałów (nie tylko noir) znajdą tutaj coś dla siebie.


I chyba nic więcej dodawać nie trzeba, prawda? „Miasto Wyrzutków” to lekka, prosta, ale sympatyczna lektura z tajemnicą w tle. Nie wybitna, czysto rozrywkowa, niemniej to tylko dwa tomy i kto lubi takie klimaty – czy też nieoczywiste miksy gatunkowe – śmiało może po dzieło Lamberta sięgnąć. Tym bardziej, jeśli ceni europejski komiks środka.







Dzień wagarowicza - Robert Ziębiński

KOMUNISTYCZNY MONSTER SLASHER


Robert Ziębiński powraca z nową powieścią. Co prawda lepiej od pisania fikcji wychodzi mu literatura faktu, o czym mogliśmy się niedawno przekonać czytając jego monografię „Stephen King: Instrukcja obsługi”, ale i z beletrystyką radzi sobie nieźle. „Dzień wagarowicza” zaś to niezła lektura, osadzona co prawda w realiach PRL-u, które są już tak wyeksploatowane przez polskich twórców, że już na samo ich wspomnienie można dostać wysypki i niestrawności (w tym wypadku jest to w pewnym sensie umotywowane, ale motyw to nie do końca przekonujący), jednak na tyle udana, że nawet one nie są w stanie zepsuć przyjemności płynącej z zanurzenia się w świat powieści.


Jest rok 1956. W Dzień wagarowicza Inga Ochab, córka najważniejszego człowieka w kraju, wraz z przyjaciółmi postanawia wybrać się nad jezioro Śniardwy by uczcić to święto. W tle dzieją się co prawda ważne wydarzenia historyczne, ale nastolatków one nie obchodzą. Chcą się zabawić, chcą się rozerwać, wkrótce jednak przekonają się, że z tej wyprawy mogą nie wrócić żywi. Coś czai się w mazurskich lasach i zabija ludzi. Coś, z czym mierzy się pewien żołnierz wyklęty, który teraz będzie musiał zaryzykować wszystko, by ocalić dzieci ludzi, uważanych przez siebie za wrogów…


A zatem co sprawiło, że Ziębiński swoją powieść osadził w takich, a nie innych realiach? O tym dokładnie opowiada sam autor we wstępie do książki, w skrócie jednak wszystko sprowadza się do tego, że brakowało mu polskiego odpowiednika popularnych w latach 50. XX wieku monster movies, więc chcąc wypełnić tę lukę w polskim horrorze stworzył rzecz dziejącą się w tamtych latach i odpowiadającą realiom gatunkowym. Myślę jednak, że nawet jeśli takie były początek tej historii, zabieg by osadzić akcję w latach komuny był bardziej skalkulowany na trafienie w gusta czytelników (w końcu dzieje polskiego horroru składają się z samych luk i autor mógłby spróbować wypełnić dowolną z nich). Prawda jest w końcu taka, że chociaż ja osobiście mam już dość filmów i książek o PRL-u, temat wciąż jest jakimś cudem wśród Polaków popularny tak samo, jak druga wojna światowa. Jakbyśmy nie potrafili wyrosnąć z narodowych krzywd czy przyzwyczajeń.


Jakkolwiek by jednak nie było, „Dzień wagarowicza” jest dobry. Bliżej mu co prawda do slashera, niż monster movies (a raczej backwood slashera, by być dokładnym) – zresztą autor przecież nigdy nie wypierał się fascynacji podobnymi horrorami – ale ma klimat, niezłą akcję i całkiem nie najgorzej skrojonych bohaterów. Postacie są proste, ich rys psychologiczny głębokością nie grzeszy, ale da się je lubić czy nienawidzić i zapadają w pamięć. Poza tym dobrze oddane zostały realia, kto więc lubi takie klimaty, nie będzie zawiedziony. A że styl jest lekki i przyjemny, całość okazuje się być całkiem udaną lekturą na wakacje. Bo jak horror, to tylko albo na wakacje, albo w Halloween – zawsze wyznawałem taką zasadę i patrząc na „Dzień wagarowicza”, którego akcja co prawda dzieje się w marcu, ale nie ma to większego znaczenia dla charakteru całości, nie tylko ja mam takie podejście.


Jeśli lubicie horrory i macie ochotę na coś osadzone w polskich realiach, sięgnijcie. To dobra lektura, nie wybitna, nie przerażająca (w życiu nie spotkałem książki, która by mnie wystraszyła, a mam za sobą wszystkie powieści i opowiadania Kinga, kilkanaście dzieł Mastertona i niezliczone twory klasyków i nie tylko, więc tym bardziej dzieło Ziębińskiego nie mogło wywołać u mnie choćby cienia lęku), ale całkiem sympatyczna. Na wakacyjne popołudnia jak znalazł.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

czwartek, 25 czerwca 2020

Ultimate Marvel: Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów - Adam Bray, Lorraine Cink, Melanie Scott, Stephen Wiacek

SUPERHERO VACATIONS


Zbliżają się wakacje – właściwie przez pandemię koronawirusa trwają już od jakiegoś czasu – a ja od kilku tygodni co jakiś czas staram się polecić Wam lektury (i nie tylko) na ten czas. I nie inaczej jest tym razem. Zazwyczaj staram się wybierać dla Was klasyczne rzeczy, warte przypominania, dziś na tapetę biorę jednak pozycję zupełnie inną, a konkretnie „Ultimate Marvel: Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów”. Z wakacjami na pierwszy rzut oka się nie kojarzy (chociaż ja jestem innego zdania, ale o tym dalej), niemniej absolutnie warta jest poznania. Nie tylko zresztą w trakcie tych letnich miesięcy.


Witajcie w świecie Marvela. Chociaż oficjalnie narodził się na początku lat 60. XX wieku, wraz z premierą pierwszego zeszytu „Fantastycznej Czwórki”, jego korzenie sięgają aż trzech dekad dalej. Przez te lata wszystko to rozrosło się w prawdziwy wszechświat, pełen wzajemnych zależności, niespotykanych nigdzie technologii i tym, podobnych kwestii. Gotowi je odkryć?


Jeśli wakacje to albo horror, albo przygodowa klasyka literatury młodzieżowej, albo komiksy. Taki zawsze był mój plan. Nie jako dziecka, horrory nałogowo zacząłem oglądać dopiero we wczesnym wieku nastoletnim (a co może być lepszego na letnie miesiące, jak nie opowieści o grupce młodzieży, która wyjechała gdzieś wypocząć, a znalazła się w samym środku koszmaru?), ale cała reszta pasuje jak najbardziej, i rok w rok realizowałem swój plan. Jeśli chodzi o klasykę literatury, celowałem głównie w rodzime legendarne dzieła, jeśli mowa o komiksach, tu preferencje zmieniały się w zależności od wieku – najpierw były to europejskie kultowe cykle, jak „Smerfy” i „Asteriks” a także uwielbiany przeze mnie „Kaczor Donald” (do komiksów o disnejowskich kaczkach chętnie wracam po dziś dzień), potem głównie superhero i mangi. Może nie był to najczęściej szczyt wakacyjnych klimatów, ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się zawsze znakomicie i mam wielki sentyment do czytania superbohaterskich komiksów w letnią porę.


Ale przecież nie samymi komiksami człowiek żyje, prawda? filmy superhero są teraz w modzie, bijąc wszelkie rekordy popularności, a Marvel na tym polu wiedzie prym. Jeśli więc chcecie innej lektury niż komiks, ale za daleko od opowieści graficznych odchodzić nie chcecie, „Ultimate Marvel: Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów” to rzecz dla Was. Album w przystępny i doskonały pod względem jakości wykonania sposób przybliża najważniejsze postacie i sprzęt występujący w komiksach Marvela. Odmalowuje przy tym fascynujący obraz rozbudowanego i spójnego uniwersum. Do tego wszystko to jest pięknie zilustrowane i równie pięknie wydane. Doskonałe zarówno jako uzupełnienie marvelowskiej kolekcji, jak i wstęp do tego bogatego wszechświata opowieści i bohaterów. I przy okazji to rewelacyjna ozdoba biblioteczki.


Egmont (a teraz HarperCollins Kids) wydał wiele znakomitych książek na wakacje (i nie tylko). „Ultimate Marvel: Encyklopedia superbohaterów, arcyłotrów, technologii i pojazdów” może nie wydawać się jedną z nich, ale i tak warto go poznać. W wakacje, kiedy pogoda nie dopisze, w trakcie nudnej podróży, może wieczorami, kiedy odpoczywamy po obfitującym we wrażenia i atrakcje dniu. Ja ze swej strony polecam gorąco, bo to po prostu rewelacyjna encyklopedia, chyba najlepsza tego typu wydana dotąd na naszym rynku.


Przy okazji mam dla Was akcję rabatową. A dokładniej rabat w wysokości 35% dla czytelników na hasło WAKACJE2020 w terminie 26.06-05.07 na całą ofertę książek dostępnych w Egmont.pl.


A wydawnictwu HarperCollins Kids (dawniej Egmont) dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.











Czarne nenufary – Fred Duval, Michel Bussi, Didier Cassegrain

TRZY KOBIETY I TRUP


„Czarne nenufary” to bardzo pozytywnie zaskakujący komiks. Jako, że nie jestem fanem kryminałów, siłą rzeczy mniej kręcą mnie tego typu opowieści, choć zawsze daję im szanse, jeśli wydają się być interesujące. Na szczęście niniejsza powieść graficzna to bardzo przyjemna lektura łącząca w sobie sielskie, idylliczne niemal klimaty, z mrokiem, przemocą i tym podobnymi tematami. A wszystko to w urzekająco zilustrowanym albumie, po który naprawdę warto jest sięgnąć.


Opowieść przenosi nas do Giverny, normandzkiego miasteczka, gdzie Monet namalował Nenufary. To właśnie tu żyją trzy kobiety: wredna staruszka mieszkająca w młynie nad strumieniem, 36-letnia kłamczucha zajmująca lokum na poddaszu pewnego domu, która jak dotąd (a właśnie dotąd jest tu słowem kluczowym) nie zdradziła swojego męża i jedenastoletnia egoistka z małego domku, z którą chcą chodzić wszyscy chłopcy. Każda inna, każda jakże odległa od pozostałych, ale wszystkie łączy jedna rzecz: chcą uciec z tego miasteczka, które traktują jak więzienie. Wkrótce połączy je coś jeszcze. W mieście dochodzi do zbrodni, a kluczem do rozwikłania zagadki morderstwa mogą być właśnie one. Ale co tak naprawdę dzieje się w Giverny? I czym te wydarzenia się skończą?


„Czarne nenufary” to komiksowa adaptacja wydanej w roku 2011 powieści pod tym samym tytułem. Powieści, która stała się wielkim hitem i zgarnęła wiele nagród dla najlepszego kryminału roku. Brzmi obiecująco? Dla mnie niekoniecznie, bo na rynku trudno znaleźć naprawdę dobre książki z tego gatunku, więc nawet jeśli jakaś zdobywa wyróżnienie, należy traktować ją jako mniejsze zło, niż faktycznie dobry wybór. Jeśli chodzi o powieść Michela Bussiego nie miałem okazji jej czytać, więc i nie wypowiem się na jej temat, ale za to komiks oparty na jej motywach to kawał bardzo dobrej powieści graficznej, wartej polecenia nie tylko miłośnikom kryminałów.


Od sielskiego widoku stawu pełnego nenufarów, stawu otoczonego zielenią i z charakterystycznym mostkiem w tle, przez pełne namiętności i brudu sceny erotyczne i widok zwłok spływających z nurtem, po kolejne ujęcie stawu, ale już w bardziej ponurej atmosferze. Taką podróż w czasie i przestrzeni odbywamy wraz z bohaterami „Czarnych nenufarów”. Podróż pełną tajemnic i małomiasteczkowego klimatu, których nie powstydziłby się chyba sam Stephen King. Klimatu czasem ocierającego się o malarstwo Moneta, czasem wręcz o estetykę amerykańskich reklam z lat 50. XX wieku. Akcja jest ciekawa, o dziwo spokojna i pozbawiona brutalności, bohaterowie dobrze nakreśleni, a świat intrygujący i ujmujący.


Najlepsza jednak i tak pozostaje szata graficzna. Kreska łącząca stylistykę europejskich i amerykańskich komiksów, uzupełniona o tradycyjnie nakładany, przyjemnie pastelowy kolor, robi duże wrażenie i doskonale oddaje wszystkie aspekty opowieści: sielskość, mrok, erotyzm, zwyczajność… Ociera się przy tym o prawdziwy artyzm, chociaż jest stosunkowo prosta i znajoma.


Kto lubi dobre komiksy i dobre kryminały powinien „Czarne nenufary” poznać. To świetna lektura, o jakiej łatwo się nie zapomina i do jakiej – szczególnie od strony graficznej – chce się wracać. Polecam, jak rzadko który komiksowy kryminał.


A wydawnictwu Marginesy dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





The Promised Neverland #15 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

ŻYĆ Z DEMONAMI


Wiele serii mangowych czytam regularnie. Do wielu wracam więcej, niż chętnie i patrząc na te wszystkie tytuły, trudno byłoby mi wybrać dziesiątkę najlepszych. A mowa oczywiście tylko o nowych tytułach, które dane mi było poznać w tym roku, a może nawet jedynie tych, które czytałem w ostatnich kilku miesiącach. Ale „The Promised Neverland” to zdecydowanie jeden z najlepszych cyklów ostatnich lat. Mrocznych, porywających, tajemniczych i przy okazji pełnych uroku.


Demony kontra ludzie. Ludzie kontra demony. A może jednak da się znaleźć inne wyjście?

Nieoczkowane spotkanie z Normanem przeradza się w wątpliwości natury moralnej. Plan zniszczenia społeczności demonów zostaje wcielony w życie, jednak Emma nie uważa, by było to dobre wyjście. Chciałaby znaleźć sposób na pokojową koegzystencję obu gatunków, tym bardziej, że nie wszystkie fakty na temat wroga zgadzają się z tym, co sama już wie. Czy jednak uda jej się powstrzymać szaleństwo i odkryć prawdę?


Jedną rzecz muszę powiedzieć na początku tej recenzji. Nie chciałem tego poruszać przy okazji recenzowania poprzedniego tomu, bo zbyt wiele bym Wam zdradził, jedna teraz już mogę. „The Promised Neverland” od początku wydawania opierało się na tajemnicach i zaskoczeniach. Był jednak jeden element, który od kiedy tylko pojawił się na stronach serii, miał oczywiste rozwiązanie – mowa o tym, czy Norman przeżył, czy też nie. To było jasne w chwili, w której poszedł na stracenie i twórcy nie zdołali mnie przekonać, że naprawdę mogło mu się coś stać. Teraz, kiedy wszystko już jest jasne, mogę już znów dawać się zaskoczyć. A twórcom nawet w tym temacie udało się w pewnym stopniu zaserwować coś nieoczekiwanego w temacie Normana.


I takie właśnie jest całe „The Promised Neverland”. Świetnie pomyślane, zaskakujące, klimatyczne,. Mroczne, krwawe, brutalne, a jednocześnie pełne uroku, sympatyczne, pełne przygód… Seria ta to połączenie opowieści przygodowej dziejącej się w świecie fantasy z survival horrorem. Zaludnionej na dodatek sympatycznymi, uroczymi bohaterami, którzy z miejsca zjednują sobie naszą sympatię, dzięki czemu możemy bardziej zżyć się z nimi i im współczuć. Poza tym porywają nas sekrety tego świata, sama akcja, klimat… Wszystko dlatego, że całość stoi na naprawdę wysokim poziomie wykonania. Także jeśli chodzi o ilustracje.


Grafiki w serii to zresztą jedna z najlepszych rzeczy. Proste, urocze i pełne detali doskonale oddają zarówno słodką, jak i gorzką stronę serii. ogląda się to wszystko z wielką przyjemnością i z równie wielką czyta. Dlatego ze swej strony polecam serię bardzo, bardzo gorąco. To klimatyczna, mocna lektura dla miłośników opowieści z dreszczykiem.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.