sobota, 20 czerwca 2020

Batman / Lobo - Alan Grant, Simon Bisley

LOBO-MAN


Kolejny nieco zapomniany już komiks, któremu chcę się przyjrzeć to rzecz, która powinna być kultowa. Powinna też być wznowiona, jeśli nie w tomie „Portret bękarta” to w kolejnym, gdzie trafiłyby inne prace Bisleya z tą postacią. Ważniejsze jednak, że jest to kawał dobrego komiksu, bardziej o Lobo niż Batmanie, ale chyba nikt nie spodziewał się niczego innego? A jeśli tak, jeśli bał się kiczu w stylu „Superman / Lobo”, powinien przestać, bo niniejszy zeszyt to rasowe przygody Ważniaka w najlepszym – krwawy oczywiście – stylu.


W Gotham trwa wojna gangów. Scareface przejmuje kontrolę i wynajmuje Lobo by zabił jego przeciwnika, Jokera. Joker tymczasem ma dość Batmana. Dość kolejnego niszczenia jego planów przez Nietoperza i kolejnych odwiedzin Arkham. Wynajmuje więc Lobo by, zanim wykona na nim wyrok, upokorzył Mrocznego Rycerza, a ten wdziewa kostium Nietoperza i rozpoczyna rzeź… Rzeź, po którym Gotham nigdy nie będzie już takie samo! Tak samo, jak życie i przeszłość Batmana i Jokera!


„Lobo” nigdy nie był komiksem ambitnym, głębokim czy ważkim, ale jedno oddać mu trzeba – potrafi rozśmieszyć i zaskoczyć pomysłowością kolejnych kaźni. To w końcu miała być odtrutka na patetyczne superhero, poważne opowieści i polityczną poprawność, pokazująca jak daleko w komiksie głównego nurtu można się posunąć, by szokować i zniesmaczać. W skrócie: „Lobo” był takim odpowiednikiem muzyki metalowej i ekstremalnych horrorów. Nie zawsze się to udawało, ostatnio Ważniak stał się w DC cieniem dawnego siebie, kiepskim żartem, z postaci. Warto więc sięgnąć niemal do źródła i poznać go takim, jakim być powinien.


Wracając jednak do niniejszego zeszytu, który taki właśnie jest, jak powinien, warto zauważyć, że całkowicie wywraca on uniwersum Batmana. Nie robi tego w kanoniczny sposób, rzecz dzieje się poza głównym światem, w alternatywnej rzeczywistości, ale wszystkie te smaczki, których tu pełno, są prawdziwym smakołykiem dla miłośników Batmana i DC w ogóle. Wystarczy wspomnieć, że Gordon jest tu lokajem Bruce'a, Alfred komisarzem policji a Supermanem jest sam Jimmy Olsen! A do tego dochodzi świetne zakończenie, w którym na jaw wychodzą pewne zaskakujące fakty, ale to już musicie odkryć sami.


Poza tym to „Lobo”, jakiego się albo kocha, albo nienawidzi. Trup ściele się gęsto i to bardzo. Krew leje się strumieniami. Ginie wiele głównych postaci, Lobo nie ma oporów przed posyłaniem na tamten świat osób absolutnie niewinnych, a i kontrowersji też nie brakuje ani przez chwilę. Owszem, jest to tylko rozrywka, nic więcej, ale jakże udana, znakomicie narysowana (Joker to perełka a kolor robi spore wrażenie, jak nie przepadam za podobnymi eksperymentami z komputerowymi fajerwerkami), ale jakże przyjemna. Szkoda, że w ostatnich latach DC zniszczyło postać Ważniaka, mam jednak nadzieję, że kiedyś powróci w takiej formie, jak w zeszytach typu „Batman / Lobo”. W czasach coraz większej poprawności politycznej potrzeba herosów takich, jak on.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza