piątek, 26 czerwca 2020

Miasto Wyrzutków, tom 2: Chłopak, który zbierał stworzonka - Julien Lambert

MIASTO, KTÓRE DO MNIE MÓWIŁO


„Miasto wyrzutków” dobiega właśnie końca. Trochę bez sensu było dzielenie tak krótkiej opowieści na dwa oddzielne tomy, ale na szczęście na finał nie musieliśmy zbyt długo czekać. A jaki jest to finał? Wszystko zależy od tego, czy pierwszy tom przypadł Wam do gustu, czy też nie. Jeśli dobrze bawiliście się w trakcie jego lektury, teraz też będziecie zadowoleni, jeśli nie, „Chłopak, który zbierał stworzonka” nie zmieni Waszego zdania. Tak czy inaczej jednak opowieść Juliena Lamberta to całkiem sympatyczne połączenie science fiction i kryminału, które czyta się lekko, szybko i dość przyjemnie.


Głównym bohaterem „Miasta” jest Jacques Peuplier, nietypowy prywatny detektyw. Na czym polega jego nietypowość? Na pewno nie na tym, że jest silnym i milczącym drabem, a fakt, że potrafi… rozmawiać z przedmiotami, co w prowadzeniu śledztw przydaje się naprawdę znakomicie. W swoim życiu prowadził niejedno śledztwo, stoczył też niejeden bój, teraz jednak jest w samym środku wyzwania, jakiego w życiu by się nie spodziewał.

To, co zaczęło się jako poszukiwania zaginionej dziewczyny, zmienia się w pościg za szalonym naukowcem, którego wspiera armia ludzi-owadów. Jacques Peuplier sam sobie nie poradzi, dlatego będzie potrzebował pomocy gangu ulicznych dzieci. Ale czy nawet mając ich wsparcie będzie w stanie wygrać nadchodzące starcie i co ważniejsze odzyskać to, co utracił?


Przy okazji pierwszego tomu pisałem, że seria ta przypomina mi skrzyżowanie „Sin City” z „Hitmanem”. Bo Miasto Wyrzutków niczym drugie Miasto Grzechu, milczący drab prowadzący śledztwo w sprawie pewnej kobiety, brudne zaułki, wszędobylski mrok… Do tego dochodzi drugi aspekt opowieść, w którym pobrzmiewają echa najróżniejszych dzieł o zwykłych ludziach obdarzonych niezwykłymi mocami (pierwsze skojarzenia z „Hitmanem” Gartha Ennisa są jak najbardziej trafne). Ale jednocześnie dzieło Lamberta trudno porównać do któregokolwiek z nich. Wszystko to bowiem tylko pozory, a całości pod względem klimatu bliżej jest do tie-inów „Czarnego Młota”, niż czegokolwiek innego.


Przede wszystkim jednak „Miasto Wyrzutków” ma typowo europejski charakter. Panujący na stronach nastrój jest o dziwo bardzo lekki, swobodny wręcz. Akcja jest ciekawa, ale niezobowiązująca. Toczy się szybko, z nutą humoru i solidną dawką niezwykłości, będących stałym elementem opowieści. Do tego dochodzi udana szata graficzna, która buduje bardzo przyjemny klimat i znakomicie pasuje do tej opowieści, gdzie miłośnicy zarówno fantastyki, jak i kryminałów (nie tylko noir) znajdą tutaj coś dla siebie.


I chyba nic więcej dodawać nie trzeba, prawda? „Miasto Wyrzutków” to lekka, prosta, ale sympatyczna lektura z tajemnicą w tle. Nie wybitna, czysto rozrywkowa, niemniej to tylko dwa tomy i kto lubi takie klimaty – czy też nieoczywiste miksy gatunkowe – śmiało może po dzieło Lamberta sięgnąć. Tym bardziej, jeśli ceni europejski komiks środka.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza