piątek, 31 lipca 2020

Usagi Yojimbo: Początek, tom 2 - Stan Sakai

KONIEC POCZĄTKÓW USAGIEGO


W końcu polscy czytelnicy się doczekali! Jakiś czas temu wydawnictwo Egmont zaczęło wydawać zbiorcze edycje „Usagi Yojimbo Saga”. Rzecz w tym, że choć świetne, był to tomy zbierające albumy wydawane przez Dark Horse Comics czyli od 8 wzwyż. Potem jednak wydawca zaczął uzupełniać całość o części opublikowane przed laty przez Fantagraphics (a w Polsce przez Mandragorę) i wreszcie dostajemy drugi i ostatni tom z tymi właśnie historiami. I jest to po prostu kolejny świetny tom przygód uszatego samuraja, a co ważne znajdziecie w nim część zatytułowaną „Kręgi”, umieszczoną przez magazyn „Wizard” na 44. miejscy listy 100 najlepszych powieści graficznych wszech czasów.


Akcja serii dzieje się w siedemnastym wieku. Miyamoto Usagi to samuraj, który w jednej z bitew wojen domowych, jakie rozdarły Japonię, utracił swojego pana. Od tamtej pory przemierza kraj walcząc ze złymi ludźmi, starając się doskonalić swoje zdolności i imając wszelkich zajęć. Gdzie teraz rzuci go los? Usagi wraca w końcu do rodzinnej wioski, by przekonać się na własnej skórze, że to już nie to samo miejsce, które niegdyś znał. Na jego drodze pojawia się złodziejka Kitusne, która doskonale potrafi wykorzystać swój urok, a on sam ma w końcu okazję poznać przeszłość Gena. To oczywiście tylko część tego, co na niego czeka. Na swej drodze spotyka ducha samuraja, który popełnił seppuku, bierze udział w święcie latawców, znów natrafia na demona, którego włócznia odbiera dusze, poznaje los swojej ukochanej z dzieciństwa, odkrywa że sam ma potomka i… wiele, wiele więcej.


Pierwszy tom cyklu „Usagi Yojimbo: Początek” zawierał komiksy, w których styl Stana Sakaia nie był jeszcze w pełni ukształtowany. Autor szukał, eksperymentował, doskonalił się i to było widać, chociaż jednocześnie poziom jego historii był równie wysoki, co w późniejszych zeszytach. W tomie drugim kreska artysty okrzepła, fabuły stały się bardziej spójne, a jednocześnie widać tu wiele zabawy także konwencją (już tytuł jednego z albumów – „Samotny Kozioł i koziołek” - nawiązuje do serii „Samotny wilki szczenię”, jednej z najważniejszych mang wydanych na amerykańskim rynku, na której w swoich pracach wzorował się chociażby Frank Miller, wielki propagator azjatyckich klimatów w komiksach, który potem stworzył okładki do amerykańskiej edycji tej mangi).


Jednocześnie dostajemy tu po prostu kawał sympatycznego komiksu samurajskiego, pełnego przygód, humoru, akcji i ciekawostek historycznych. Azjatyckie legendy spotykają się tu z typowo mangową opowieścią, w której nie brak miłości, dziwnych istot i zagrożeń. A wszystko to bardzo przyjemnie zilustrowane, w sposób prosty, cartoonowa, czarnobiały, ale miły dla oka. Owszem, „Usagi Yojimbo” nie jest serią tak wybitną, jak można by się spodziewać po uznaniu, jakim się cieszy – przynajmniej nie z perspektywy czytelnika przywykłego do mangi (Japończycy takie rzeczy robią lepiej, ale że „Usagi” to dzieło Amerykanina japońskiego pochodzenia, na rynku USA stanowi swoisty ewenement i to zapewne przesądziło), niemniej komiksy o uszatym samuraju warte są poznania. To w końcu kawał przyzwoitej opowieści przygodowo-fantastycznej, konsekwentnie snutej na przestrzeni niezliczonych zeszytów, gdzie postacie i wątki przenikają się niejednokrotnie, ale jednocześnie na tyle samodzielnej, by każdy mógł sięgnąć po dowolny tom i dobrze się bawić. Dlatego zachęcam Was do poszukania tego tomu wśród nowości. A jak będzie Wam mało, zbiorcza edycja liczy już sześć części, jeszcze więcej mamy wcześniejszego albumowego wydania, a przed nami już kolejne, na pewno więc lektur Wam nie zabraknie.






czwartek, 30 lipca 2020

Asteriks #13: Asteriks i kociołek - Rene Goscinny, Albert Uderzo

FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY


Jak zdążyliście już zauważyć, w ostatnim czasie przez moje ręce przewinęło się wiele tomów „Asteriksa”, ale przyznam, że wciąż mi mało. Co się jednak dziwić, skoro ta klasyka, wznowiona właśnie przez wydawnictwo Egmont i rzucona na rynek w sile całkiem sporej ilości albumów, to rzecz ponadczasowa i bawiąca – a przy okazji ucząca – czytelników w każdym wieku. „Asteriks i kociołek” zaś to po prostu kolejna znakomita jej odsłona, mocno satyryczna i urzekająca, jak zawsze.


Rzymianie podbili całą Galię i tylko jedna jedyna wioska opiera się ich atakom. Co więcej nie płacą także podatków. Pieniądze przed poborcami chętnie ukryłby też inny galijski wódz, Amoralfiks, dlatego Asparanoiks decyduje się mu pomóc. Kociołek z pieniędzmi trafia pod opiekę Asteriksa, ale ten chociaż pilnuje go całą noc, rankiem odkrywa, że skarb zniknął. Co się stało? Wódz oskarża go o utratę honoru całej wioski i skazuje na wygnanie. Koniec? Oczywiście dopiero początek! Asteriks na wygnanie udaje się nie sam, a w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela, Obeliksa oraz jego wiernego psa Idefiksa. Chcąc odpracować swoją winę, stara się zarobić pieniądze, które zniknęły, ale jakich zajęć nie podejmowałby się z Obeliksem, nie są one wystarczające by osiągnąć cel. Czy ostatecznie posunie się aż do tego, by napaść na rzymski bank? Co jeszcze czeka go w trakcie tej niezwykłej przygody? I jak to wszystko się skończy?


Komiksy o Asteriksie i Obeliksie, tak jak i filmy z ich przygodami, towarzyszą mi od wczesnych lat dziecięcych. Pamiętam, jak jako dziecko nadrabiałem przygodę z tą serią w czasie wakacji, kupując ukazujące się wówczas tomy i wypożyczając z biblioteki, co tylko znalazło się na ich półkach. Nie było tego wiele, ale i tak na zawsze już wakacyjne lektury kojarzyć mi się będą właśnie z „Asteriksem” – między innymi oczywiście. Tym bardziej, że każdy tom to po prostu pełne przygód komedie dziejące się w sielskich sceneriach, a co więcej zdecydowana większość z nich opowiada o podróżach, co doskonale pasuje do letniej pory.


„Asteriks i kociołek” co prawda podróżniczej tematyki zbytnio się nie podejmuje, chociaż bohaterowie też wędrują tu i tam, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. W tej serii liczy się by było dużo przygód, jeszcze więcej humoru i, oczywiście, przesłania skrytego w kadrach i dialogach – i dokładnie to dostajemy. Album jest dodatkowo satyrą na bardzo popularny temat, czyli pieniądze, ale spokojnie, chociaż kwestia wydaje się wyeksploatowana, Goscinny jak zwykle pokazał na co go stać i zaserwowała nam naprawdę świetną opowieść. Opowieść doskonale zilustrowaną przez Uderzo, a także bardzo ładnie wydaną (dobry papier offsetowy najlepiej pasuje do „Asteriksa”).


Po prostu kawał wyśmienitej rozrywki dla całej rodziny. Mądrej, wciągającej i zapewniającej niezapomnianą zabawę. Dobrze, że po latach „Asteriks” znów pojawił się wśród nowości i mam nadzieję, że niedługo do tych już wydanych, dołączą kolejne tomy. Byłoby wspaniale. A może by tak Egmont pokusił się o zbiorcze edycje, jak to zrobił niedawno z serią „Iznogud”?






Fire Force #4 - Atsushi Ohkubo

FIRE WARRIORS


Czwarty tomik „Fire Force” trafił w końcu w moje ręce. I co mogę o nim powiedzieć? Nic ponad to, co już pisałem o poprzednich odsłonach serii: że to typowy shounen, który czyta się szybko, lekko i przyjemnie. I jeśli lubcie shouneny (a da się ich nie lubić? malkontentów oczywiście nie słuchamy ;) ) śmiało możecie po ten tytuł sięgnąć.


Żeby dowiedzieć się prawdy o ludzkich zapłonie, Shinra i Arthur wyruszyli z zadaniem zinfiltrowania pierwszego zastępu SSP. Podejrzewają bowiem, że wiedzą oni zdecydowanie więcej, niż ujawniają, a co gorsze mogą mieć z tym wszystkim jakiś związek. Czy to szefostwo zastępu może być wszystkiemu winne?

Niestety oto a horyzoncie pojawia się kolejny wróg. Do walki z nim ruszają wszystkie zastępy SSP. Co jednak z tego wyniknie? I jak potoczą się wydarzenia?


Shounen to stricte męski typ komiksu. A dokładniej rzecz biorąc przeznaczony dla nastolatków płci męskiej i oferujący wszystko to, czego oczekują. A kim chcą być najczęściej chłopcy w tym wieku? Okej, pewnie niejeden z burzą hormonów powie, że aktorem porno, ale cofając się kilka lat wstecz… jakie są najpopularniejsze męski zawody wśród tej grupy wiekowej? Bycie policjantem, strażakiem… superbohaterem też powie, kto czyta komiksy. „Fire Force” zaś, jak wskazuje tytuł, to shounen, który szczególnie spodoba się tym, którzy w szczenięcych latach chcieli biegać z sikawką i gasić pożary. Tym, którzy chcieli mieć jakiś kostium i walczyć ze złem w postaci dziwnych wrogów o potężnych mocach, samemu podobnymi mocami władając też przypadnie do gustu. No i przy okazji wszystkim miłośnikom gatunku.


Ja nigdy nie chciałem być ani strażakiem, ani herosem, ani policjantem nawet. Miałem swoje priorytety, nigdy nie płynąłem z prądem. Za to zawsze lubiłem shouneny – a przynajmniej odkąd poznałem reprezentantów tego gatunku. I lubię też „Fire Force”, które jest po prostu niezłym bitewniakiem. Bohater strażak, wybraniec z piętnem przeszłości, który walczy ze złe w postaci demonicznych płonących bytów, dużo walk, dużo akcji, sporo humoru, równie sporo łagodnej erotyki (także w wykonaniu tutejszej odmiany zakonnic)… Standard, ale taki, który się lubi i którego pożądają nastoletni czytelnicy.


Graficznie rzecz wypada bardzo przyjemnie nawet, kiedy autor serwuje nam dziwne proporcje ciała i tym podobne „smaczki”. Wpadki zdarzają się każdemu rysownikowi, tu przynajmniej mamy charakterystyczny styl, choć mocno inspirowany wieloma podobnymi dziełami, i co tu dużo ukrywać, pasujący do opowieści. Miłośnicy shounenów będą więc z całości zadowoleni, tak pod względem ilustracji, jak i fabuły.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Superman #2: Saga jedności. Ród El - Brian Michael Bendis, Ivan Reis, Brandon Peterson, Joe Prado, Oclair Albert

WSZYSTKO SIĘ ZMIENIA


W serii „Superman: Action Comics” zaczął się właśnie event „Lewiatan” i to wydarzenia walki z tym potężnym wrogiem zdominowały serię. Jednocześnie jednak wciąż pewne wątki pozostały nierozwiązane w cyklu „Superman” i teraz nadszedł czas ciąg dalszy tzw. „Sagi jedności”. I zarazem jej finał. Jeśli więc podobały się Wam poprzednie komiksy Bendisa o Człowieku ze Stali (a jeśli jesteście jego fanami, albo po prostu cenicie dobre superhero, nie mogło być inaczej), koniecznie musicie poznać ten tom.


Superman został ojcem, wraz z synem wiele przeżył, a ostatnio chłopak zniknął razem z dziadkiem, by wśród gwiazd szukać swojej drogi i szkolić swoje umiejętności. Teraz powraca i bynajmniej nie jest tym samym chłopcem, którym był, kiedy opuścił Ziemię. Co przeżył przez ten czas? Pora się tego dowiedzieć. A jest czego, skoro na swojej drodze spotkał np. Lobo, mierzył się z Syndykatem Zbrodni z innej Ziemi i stanął oko w oko z Korpusem Zielonych Latarni. Ale nie samą przeszłością człowiek żyje. Superman będzie musiał uporać się z obecnymi problemami, kiedy pojawia się konflikt, w którym maczać mógł palce Jor-El. Ale czy przekona się w końcu, jakie są jego prawdziwe intencje? A już na horyzoncie czają się Rogol Zaar i generał Zod…


Jak widać po powyższym opisie, w życiu Supermana dzieje się dużo, dynamicznie, widowiskowo, ale też życiowo. Bendis, który przez ostatnie dwie dekady święcił triumfy pisząc opowieści dla Marvela i niemal samodzielnie budując uniwersum Ultimate (najpierw pomagali mu co prawda inni artyści, jak Mark Millar, ale szybko zajęli się innymi projektami). Zrewolucjonizował przy tym niejedną serię (że wspomnę tylko „Daredevila”) i zapisał się złotymi literami w historii komiksu. Potem przeszedł do konkurencyjnego DC, a w jego ręce oddano dwie serie o przygodach Supermana. I chociaż Bendis wyraźnie nie czuje tej postaci tak, jak czuł bohaterów Marvela, wciąż serwuje nam kawał bardzo, bardzo dobrego komiksu, potwierdzającego, że obok „Batmana” Toma Kinga to najlepsze, co oferuje nam linia wydawnicza „Uniwersum DC”.


Bendis zawsze był mistrzem komiksów, które ja na swój własny użytek określam mianem obyczajowego superhero. Co to tak naprawdę oznacza, nie trudno zgadnąć: odpowiednie zachowanie balansu między epickimi walkami i życiowymi problemami. Dzięki temu Superman jest bliski czytelnikowi, bardziej ludzki, a jednocześnie spełnia swoją rolę pierwszego obrońcy ludzkości, który wikła się widowiskowe tarapaty. „Superman #2: Saga jedności.Ród El” to kawał świetnego komiksu, gdzie problemy, walki i dynamiczna akcja spotykają się z prostymi sprawami dnia codziennego, których nie uniknie nawet pochodzący z kosmosu obrońca sprawiedliwości.


Wszystko to jest świetnie, dostatecznie lekko, ale i realistycznie zilustrowane i znakomicie wydane. Poza tym to kawał solidnej lektury, bo ten najgrubszy z dotychczasowych tomów „Supermana” liczy ponad 230 stron. Najważniejsze jest jednak to, że to tom, który zapewnia bardzo dobrą zabawę, od jakiej ciężko się oderwać. Warto więc rozejrzeć się za nim wśród komiksowych nowości.






środa, 29 lipca 2020

The Promised Neverland #16 - Kaiu Shirai, Posuka Demizu

OBIECANE SIEDEM MURÓW


Fabuła „The Promised Neverland” od kilku tomików coraz bardziej zbliża się do finału, ale jak widać autorzy mają nam jeszcze sporo do powiedzenia i nie zwalniają tempa. I dokładnie to widać po szesnastym tomiku, gdzie wydarzenia balansują już na krawędzi wielkiego finału, wciąż jednak przygoda trwa, a zabawa jak zwykle trzyma wysoki poziom.


Norman szykuje się do ostatecznego rozwiązania kwestii demonów i nic nie jest w stanie odwieść go do jego pomysłu zemszczenia się. Nawet przyjaciele z dawnych lat, którzy mają uzasadnione wątpliwości czy wytępienie wroga to rzeczywiście dobra metoda. Dlatego postanowili skorzystać z ostatniej opcji, jaka im pozostała i odnaleźć legendarne „Siedem Murów”. Tak oto trafili do dziwacznego świata, gdzie znane im prawa fizyki nie obowiązują…

… i teraz tkwią w labiryncie, z którego nie ma wyjścia. Próbując zrozumieć co tu się dzieje i czym jest to miejsce, starają się jednocześnie dotrzeć do celu. Ale co ich tam czeka? I czy im się to uda?


Jeśli cokolwiek miałem do powiedzenia o „The Promised Neverland”, zrobiłem to już dawno, pewnie nawet po wielekroć, omawiając poprzednie piętnaście tomów cyklu. Jestem więc skazany na powtarzanie tych samych określeń, ale cóż poradzić. Seria nie zmienia się, jest tak samo znakomita od samego początku, nawet jeśli zdarzyło się jej kilka mniej porywających momentów – i chwała jej za to, a właściwie jej twórcom – więc co tu właściwie więcej można dodać, prawda? Coś zawsze się znajdzie, ale nie będzie tego wiele.


W tym tomie – a dotyczy to także finalnych scen poprzedniego – więcej jest fantastyki, jakiej po serii nikt się chyba nie spodziewał. Akcja dzieje się w świecie zamieszkałym przez demoniczne byty, które hodują ludzi, a dokładniej dzieci, na jedzenie, jednak niektórym może nie podejść pomysł przeniesienia się do rzeczywistości, gdzie nasze prawa fizyki nie obowiązują. Czy będzie to miło uzasadnienie i czy owo uzasadnienie, jeśli pojawia się w ogóle, jest w tym tomie, nie będę Wam zdradzał, ale trzeba o fakcie takiej fantastyki nadmienić.


Reszta jest jednak jest tak samo znakomita, jak zawsze. Tajemnice, klimat, zagrożenie, świetne tempo, dużo uroku i ta niesamowita szata graficzna, gdzie ujmujące, słodkie niema elementy łączą się z brutalnym survival horrorem. Wszystko to składa się na kolejny świetny tomik świetnej serii. wciągający, interesujący, z miejsca wpadający w oko i tradycyjnie bardzo dobrze wydany. Miłośnikom mocnych wrażeń polecam i czekam niecierpliwie na kolejną odsłonę.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







wtorek, 28 lipca 2020

Magi #30 - Shinobu Ohtaka

MAGI x30


To już trzydziesty tomik „Magi”. Niezłe osiągnięcie, w świecie, gdzie konkurencja jest duża, prawda? Ale co się dziwić, shouneny to najpopularniejsze z mang, a „Magi: Labirynth of Magic” to kolejny znakomity reprezentant tego gatunku. I po prostu kawał dobrego, wciągającego komiksu przygodowo-fantastycznego.


Ponieważ to już 30 tomik mangi i ani fani nie chcą zdradzać sobie zbyt wiele z tego, co się dzieje, ani nowych czytelników nie za wiele to obejdzie, bo i tak nie będą mieli szerszego kontekstu, więc pozwólcie, że zostawię Was z oficjalnym opisem:

Alibaba odkrywa nowy, wolny od wojen świat stworzony przez Sindbada, w którym cesarstwo Kou chyli się ku upadkowi. Aby uratować przyjaciółkę, cesarzową Kogyoku, decyduje się przyjąć rolę jej emisariusza!


Znam „Baśnie tysiąca i jednej nocy”, bo któż ich nie zna. I jak każdy miałem okazję poznać jakieś dzieła osadzone w arabskich realiach. Ale, jak już pisałem, daleki jestem od pałania sympatią do tego typu opowieści. Dlatego długo się wahałem zanim sięgnąłem po pierwszy tomik „Magi”. Co mnie do tego przekonało? Nie będę ukrywał, że rzecz prozaiczna: to, że „Magi” jest shounenem. Może wydawać się, że to trochę zbyt mało, ale nie dla kogoś, kto wychował się na „Dragon Ballu”. Zresztą wiele rzeczy z tej opowieści przypomniało mi „Smocze Kule”, a to musiało przesądzić. Choćbym miał tylko z ciekawości liznąć serii. Na szczęście okazało się, że to opowieść, której liznąć się nie da, bo przy pierwszej próbie, niczym zamarznięta klamka, przykleja do siebie język i każe chłonąć się w całości.


A chłonąć jest co. Co prawda autorka oparła swoje dzieło na sprawdzonym schemacie: dziecięcy bohater, który z czasem dojrzewa, szalona wyprawa przez niezwykły świat, dużo walk, zagrożeń, niezwykłości, magii, humoru, odrobiny erotyki , do tego arabskie klimaty… Czy to one przełamały konwencję? Tego bym nie powiedział, bo mangi garściami czerpią z egzotycznych dla Japończyków estetyk (pamiętacie „Neon Genesis Evangelion” oparty na biblijnych motywach?), ale świetnego wykonania już tak. Bo całość czyta się znakomicie nawet jeśli „Baśni…” się nie trawi.


W skrócie: „Magi” to nic innego, jak wzorcowy shounen – dynamiczny, wciągający, zabawny… Żonglowanie motywami z arabskich baśni i legend o dziwo buduje własny charakter serii, a całość ani przez chwilę nie nudzi. Do tego dochodzą świetne, też kojarzące się z „DB” rysunki i dobre wydanie. Dlatego miłośnikom shonenuów i „Baśni tysiąca i jednej nocy” polecam z czystym sercem – będą bawili się znakomicie.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.








poniedziałek, 27 lipca 2020

Vigilante: My Hero Academia Illegals #7 - Hideyuki Furuhashi, Betten Court, Kohei Horikoshi

BOHATEROWIE SIĘ ŻEGNAJĄ


„Vigiliante: My Hero Academia Illegals” to seria, do której podchodziłem z dużą niepewnością. Główny cykl „MHA” bardzo sobie cenię, tu obawiałem się odcinania kuponików i na początku nie trafiała do mnie do końca szata graficzna. Ale bawiłem się dobrze, a teraz bawię się równie znakomicie, co czytając pierwowzór Koheia Horikoshiego i z tomu na tom bawię się tylko coraz lepiej.


Nadeszła pora pożegnania, gdy Captain Celebrity wraca do Stanów. Heros, który niegdyś był nieznośnym typkiem, teraz odchodzi jako jeden z najważniejszych bohaterów Naruhaty. Koghoś takiego trzeba więc pożegnać w odpowiedni sposób, najlepiej imprezą i… Co tu dużo mówić, wiadomo co może z tego wyniknąć!


Patrząc na moją przygodę z „Vigiliante: My Hero Academia Illegals” z perspektywy czasu, muszę chyba uznać, że to nie seria była jakoś szczególnie słabsza od swojego pierwowzoru, a ja podchodziłem do niej w niewłaściwy sposób. Co o tym powodowało? Uproszczona szata graficzna, która na tle prac Horikoshiego wypadała dość blado. Ale przekonałem się do niej, a już w szczególności kupił mnie znakomity scenariusz, który zamiast być odcinaniem kuponików od popularnej opowieści, stał się jej pełnoprawnym uzupełnieniem. Nie przypadkiem całość doczekała się już siedmiu tomów, czego nie można powiedzieć o innych tego typu dodatkach.


Gwarantem sukcesu w tym przypadku było oczywiście osadzenie opowieści w popularnym uniwersum, ale nie tylko to. Drugim jakże ważnym elementem jest fakt, że twórcom udało się zaprezentować naprawdę ciekawą fabułę, noszącą wyraźny autorski charakter i oferującej wszystko to, czego od podobnych opowieści oczekujemy. „Vigiliante: My Hero Academia Illegals” jest opowieścią lekką, dynamiczną, zaludnioną wyrazistymi bohaterami, pełną humoru i szczypty erotyki. Tempo jest szybkie, klimat udany, a zabawa superbohaterską konwencją z czasem staje się wyraźniejsza i gwarantuje porcję dobrej rozrywki dla miłośników gatunku.


I jest wreszcie ta szata graficzna. Prostsza niż w oryginale, lżejsza, pozbawiona tylu detali, ale wciąż udana. Patrzy się na nią miło, dobrze pasuje do samej opowieści i odróżnia „Illegals” od „My Hero Academii” a o to przecież też chodziło, prawda? Co ważniejsze jest po prostu dobra, jak na shounen przystało i to należy docenić.


Dlatego jeśli lubicie „Akademię Bohaterów” albo po prostu dobre shouneny, sięgnijcie. Jest dynamicznie, jest zabawnie, są walki, są żarty… Czyli po prostu chwila relaksu z dobrą mangą, do której chętnie się wraca.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








niedziela, 26 lipca 2020

Sekret panny Watanuki #6 - Ema Toyama

OSTATECZNE STARCIE


No i koniec. „Sekret panny Watanuki” wreszcie dotarł do mety. Trwało to sześć tomików (więcej, niż się spodziewałem, jeśli mam być szczery), ale w końcu jest. Czy było warto? Jeśli lubicie komedie romantyczno-erotyczne, na pewno tak, a co do reszty czytelników, cóż… Ważne, że fani nie będą zawiedzeni.


Leila rusza na ratunek! Owaru jest przetrzymywany przez macochę, a dziewczyna musi zinfiltrować należący do rodziny Sangatsu The Highrich Hotel. Udaje jej się to, ale to nie ona będzie musiała stanąć do ostatecznego starcia, a  Owaru, który obiecuje jej, że potem wrócą do tego, co zaczęli. Ale co jeszcze czeka na nich, zanim będą mogli być razem?


Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów, cóż mogę o „Watanuki” powiedzieć? Shounen to czy shoujo, trudno tak do końca określić. Fabuła z jednej strony brzmi jako typowa szojka (oto uczennica z tajemnicami zostaje wciągnięta w grę przez przystojnego chłopaka i potem stara się odnaleźć w tym wszystkim uczucie), z drugiej coś zdecydowanie dla nastoletnich chłopaków (dziewczyna mieszka w love hotelu, a chłopakowi w głowie, jak możecie się domyślić, tylko jedno). Do tego dochodzi szkolne życie i związane z tym problemy, dużo typowych dla komedii romantycznych sekwencji i kłopotów, sporo łagodnej erotyki, dużo niewyszukanego humoru, ale są też miłość, romantyzm, przyjaźń itd., itd.


Czyżby była to manga rozdarta między dwa gatunki Nie, bo Emie Toyamie udało się to wszystko połączyć w całkiem zgrabny sposób. Może i jest tu dużo erotyki, może i niewysokich lotów żarty śmieszą głównie facetów, a sama akcja to właśnie im najbardziej przypadnie do gustu (co chyba widać po samym opisie fabuły tomiku), ale jednocześnie jest w tym kobieca delikatność, miłosne zawirowania, skupienie się bardziej na przystojnych chłopcach niż seksowych dziewczynach, spora dawka romantyzmu… W skrócie rzecz ujmując, rzecz to dla obu grup docelowych, mogące zachęcić odbiorców do sięgnięcia po gatunki, które dotąd omijali. I dobrze, bo w obu jest wiele rewelacyjnych przedstawicieli wartych poznania.


Fabuła może nie każdego kupi, jednak na pewno zrobi to znakomita szata graficzna. Sporo tu realizmu, dopracowania, detali, brak typowych dla shoujo uproszczeń, pojawiają się – i to w niemałej ilości – budujące klimat rastry i tym podobne elementy. Wszystko to wygląda naprawdę znakomicie, gdzieś – znów – na styku typowych shoujo z elementami, które chyba każdy kojarzy głównie, jeśli nie jedynie, z shounenami.


Kto lubi oba gatunki, albo chociaż jeden z nich, śmiało może skosztować „Panny Watanuki” :P Ma ona swój niegrzeczny urok, potrafi rozbawić, a i nie stroni od pikanterii. Ot niezobowiązująca rozrywka na popołudnie z komiksem w ręku.


Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

sobota, 25 lipca 2020

Amazing Spider-Man. Globalna sieć #7: Upadek imperium – Dan Slott, Christos Gage, Stuart Immonen, Greg Smallwood

SPIDER-IMPERIUM


Ledwie co Spider-Man uporał się z własnym eventem, który zdominował na pewien czas jego strony klonami, a już musi wmieszać się w kolejne ważne wydarzenia. Tym razem mowa o wstrząsających światem Marvela przypadkach opisanych w Tajnym imperium, które do sprzedaży trafiło jednocześnie z tym komiksem. Ale poza tym na Petera czekają też inne, bardziej spidermanowe problemy, z którymi będzie musiał się uporać. A wszystko to w naprawdę dobrym tomie, coraz bardziej przybliżającym nas do osiemsetnego zeszytu serii i wielkich wydarzeń, jakie odmienią jego życie.


Kapitan Ameryka okazał się nazistą i agentem Hydry, terrorystycznej organizacji, która chce przejąć władzę nad światem i urządzić go według własnej wizji. Co gorsza odrodzony Doc Ock dołącza do nich, a  wszystko to po to, by zniszczyć Petera i jego firmę, Parker Industries. Przed Spider-Manem nie lada wyzwanie, które może kosztować go wszystkie środki przedsiębiorstwa, a i one mogą tym razem nie wystarczyć…

To jednak nie koniec. Wielkie wydarzenia przychodzą i odchodzą, a problemy życiowe pozostają. Szczęście Parkera daje o sobie znać, a Mockingbird może nie być w stanie pocieszyć naszego bohatera. Nadchodzi walka o przyszłość, a polem bitwy stanie się… redakcja „Daily Bugle”!


Czwarty volume Amazing Spider-Mana pisany przez Dana Slotta to najsłabszy volume w dziejach serii. Zaczął się kiepsko, kolejne dwa tomy były przeciętne, dopiero wprowadzenie do Spisku klonów i sam ten pajęczy event pozwoliły odzyskać serii dawną świetność, ale już tom Tożsamość Osborna nie powalał tak bardzo na kolana. A jak rzecz ma się z Upadkiem imperium? Dobrze, nadal nie wybitnie, ale poziom Tożsamości został zachowany, a był to niezły tom. Slott się wypalił, ale stara się zrobić co może, by doprowadzić swój  run do spektakularnego finału i nieźle mu to wychodzi, chociaż przed nami jeszcze trochę wrażeń – w tym roku czekają nas jeszcze dwa tomy, które dopiero wprowadzą nas w wydarzenia owej kulminacji.


Wracając do Upadku imperium, to jest to komiks skupiony na wydarzeniach powiązanych z eventem Tajne imperium i ich konsekwencjach. Jest tu więc akcja, szybkie tempo, sporo spektakularnych scen i ważnych momentów. Można go czytać bez znajomości głównego wydarzenia, ale o wiele lepiej wypada, jako jego część, więc jednocześnie zachęcam do lektury historii o Kapitanie Ameryce. Jako kolejny tom Pająka to też po prostu dobry komiks, ważny, mimo iż stanowi raczej pomost przed wspomnianym już finałem, niż cokolwiek innego.


Dobrze narysowany (Stuart Immonen i Greg Smallwood, jak zwykle nie zawodzą), świetnie wydany (standard dla Egmontu) wart jest polecenia tym, którzy dotąd śledzili przygody Spider-Mana. Im zresztą polecać nie trzeba, sięgną w ciemno. I nie pożałują. Ale ci, którzy chcieliby więcej wrażeń związanych z Tajnym imperium, śmiało mogą sięgnąć i cieszyć się dobrą rozrywką.


Recenzja ukazał się najpierw na portalu Planeta Marvel.

piątek, 24 lipca 2020

Żebrząc o śmierć - Graham Masterton

KILLING ME SOFTLY


Nie lubię thrillerów, bo to najczęściej kiepskie lektury. Tanie, kiczowate czytadła, które zamiast wywoływać obiecane dreszcze, sprawiają że ziewam z nudy. Żeby chociaż jeszcze były dobrze napisane, zniósłbym fabularny marazm. Ale lubię thrillery Mastertona, bo ten brytyjski mistrz grozy to naprawdę znakomity autor i nawet jeśli miewa kiepskie pomysły, to w jaki sposób pisze w połączeniu z klimatem jego prozy sprawiają, że nie można się od jego książek oderwać. I tak też jest najnowszy thriller z serii o Katie Maguire, dziesiąty, ale równie dobry, co początkowe tomy. I zapewniający solidną dawkę naprawdę mocnych wrażeń.


Katie Maguire ma szczęście do makabrycznych zbrodni. Nigdy jednak nie było tak ciężko, jak teraz. Rok bowiem dopiero się zaczął, a tu już ilość zbrodni przekracza to, co przyniosło poprzednie dwanaście miesięcy. Dwóch bezdomnych skończyło zamordowanych z rdzeniem mózgu przewierconym wiertarką, innemu odstrzelono pół twarzy, jakąś dziewczynę spalono żywcem, zaginęły dwie kobiety, ktoś wrzuca przechodniów do kanału, dziecko szukające swojej mamy, której pierścionek odnaleziono w mielony mięsie, na dodatek ścigane jest przez jakiegoś typa… Co jeszcze się wydarzy? Katie będzie musiała poradzić sobie z tym wszystkim, bo kto zdoła, jak nie ona. Ale pytanie, kto pomoże jej, kiedy sama znajdzie się w niebezpieczeństwie?


Jak już pisałem na wstępie, „Żebrząc o śmierć” to klimatyczna i mocna lektura. Masterton w swojej twórczości szczególnie rozmiłował się w epatowaniu dwoma elementami: brutalnością i seksem. Jego opisy, naturalistyczne i pełne trafnych porównań, które niejednemu potrafią zamieszać treść żołądka, budują niesamowity nastrój, potrafią być bolesne czy zniesmaczające. Często też przerysowuje to wszystko, ocierając się o granice śmieszności – w tym wypadku mowa o scenach erotycznych, które w serii o Katie, jeśli występują, nie są na szczęście tak wyolbrzymione, jak to zdarzało się w „Głodzie”, „Drapieżcach” i im podobnych książkach. Ale dzięki temu jego powieści są mocne, potrafią wstrząsnąć wrażliwszymi czytelnikami, ale co najważniejsze ich moc sprawia, że wszystko to po prostu czuje się na własnej skórze.


I to wystarczyłoby, żebym z ochotą sięgał po kolejne tomy tej serii. Na szczęście Matseron zadbał też o to, by całość była atrakcyjna fabularnie. „Żebrząc o śmierć” to klasyczny na wskroś thriller, ze zbrodnią, śledztwem, tłem obyczajowym, mrokiem, akcją, która im bliżej finału, tym bardziej przyspiesza itd., itd. Dzięki bardzo plastycznemu stylowi, krwistemu pisarstwu, które może nie skupia się zbyt mocno na psychologii postaci, ale za to rewelacyjnie eksponuje motywy niezbędne dla dreszczowców, całość czyta się z wielką przyjemnością i co ważniejsze bez znużenia.


W ostatnich latach nie tylko Masterton z horrorów przerzucił się na pisanie thrillerów. Zrobił to także Stephen King, Król Grozy, który w trylogii o Panu Mercedesie pokazał, że potrafi stworzyć dobry kryminał. Jednakże z całym szacunkiem do niego (a uwielbiam go jako pisarza, jak rzadko którego autora), Mastertonwi wejście w buty autora dreszczowców wyszło o wiele lepiej. Jeśli lubicie dobre powieści z dreszczykiem, sięgnijcie w ciemno, nawet jeśli nie znacie poprzednich tomów. „Żebrząc o śmierć”, jak większość thrillerów, śmiało można czytać bez jakiekolwiek wiedzy o reszcie cyklu. Ale na pewno nie poprzestaniecie na jednym tomie.


Dziękuję wydawnictwu Albatros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Gdzie dawniej śpiewał ptak - Kate Wilhelm

EKO SCINCE FICTION



Kolejny tom „Wehikułu czasu” to klasyczna i bardzo ceniona powieść science fiction, która w naszych czasach jest równie, jeśli nie bardziej aktualna, co w chwili powstania. Temat klonowania ludzi może z naszej perspektywy jest niemal równie odległą pieśnią przyszłości, co w latach 70. XX wieku, kiedy „Gdzie dawniej śpiewał ptak” debiutował na rynku, ale ekologiczne przesłanie i zaangażowanie czynią z niej jakże ważką pozycję, którą powinien poznać każdy. Nie tylko miłośnik fantastyki naukowej.


Ludzkość doprowadziła się nad krawędź zagłady. Co gorsza razem ze sobą zabrała cały świat. Ziemia to już nie przyjazna niebieska planeta, a miejsce, gdzie gwałtowne zmiany w przyrodzie, ogólnoświatowe choroby, wojna nuklearna czy bezpłodność, która dotyka ludzi na niespotkaną skalę to rzeczy będące na porządku dziennym. Rodzina Sumnerów wykorzystując swoje bogactwo postanawia znaleźć sposób na przetrwanie. Z ich inicjatywy powstaje ośrodek naukowy, gdzie prowadzone są badania nad klonowaniem ludzi, by móc przywrócić potem naturalne metody rozmnażania. Ale wkrótce okazuje się, że nic nie idzie tak, jak powinno. Gdy klony dojrzewają, wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli…


Zawsze, kiedy czytam blurby zachwalające książki, jestem bardzo sceptyczny. Ale słowa z okładki „Gdzie dawniej śpiewał ptak” mówiące, że to pełna napięcia i emocji, zapadająca w pamięć, zmuszająca do refleksji powieść są w tym przypadku w punkt trafione. Bo dokładnie taka właśnie jest niniejsza książka, po raz pierwszy opublikowana w 1976 roku, która jak najlepsze utwory SF, daleko wykracza poza granice gatunkowe i czasy, w jakich została napisana.


Przede wszystkim jednak oferuje naprawdę wysoką jakość wykonania. Styl jest prosty i treściwy, pełen literackiego wysmakowania kryjącego się za nieskomplikowanym doborem słów, dzięki czemu powieść czyta się lekko, ale trafia zarówno do serca, jak i umysłu. Dobrze skonstruowani bohaterowie, przekonująco zaprezentowany świat przyszłości, dobre zaplecze obyczajowe, wreszcie przerażająca i skłaniająca do zastanowienia wizja przyszłości. Wszystko to składa się na dzieło, o którym szybko się nie zapomina.


Nic dziwnego, że za „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm została wyróżniona m.in. Hugo Award dla najlepszej powieści, Locus Award and Poll w tej samej kategorii, Jupiter Award czy John W. Campbell Memorial Award in 1977. Robi wrażenie? Ale nie takie, jak sama powieść. Dobrze więc, że znów możemy się nią cieszyć po polsku. To rzecz ponadczasowa i kolejny dowód na to, że zamiast sięgać po wydalnicze nowości z gatunku SF, lepiej przeznaczyć pieniądze na klasykę. Dobra, mądra rozrywka gwarantowana.


Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Outsider (DVD)

PRAWIE, JAK Z ARCHIWUM X


Serialowy „Outsider” właśnie pojawił się na polskim rynku w wydaniu DVD i miłośnicy prozy Stephena Kinga już mogą zacierać ręce. Co prawda na przestrzeni lat powstało mnóstwo adaptacji prozy tego autora, niewiele jednak z nich naprawdę była warta uwagi.  Na szczęście ostatnie lata to okres naprawdę dobrych filmów i seriali inspirowanych prozą Króla Horroru, że wspomnę tylko dwie części „To” czy kontynuację „Lśnienia” - „Doktor sen” – i taką właśnie dobrą produkcją jest „Outsider”, który miłośnikom mocnych wrażeń zapewnia niemal dziewięć godzin znakomitej rozrywki.


Cherokee City, Georgia. Znalezione zostają zwłoki brutalnie zamordowanego chłopca. Sprawa wstrząsa społecznością miasteczka, szybko jednak pojawiają się dowody jasno wskazujące, że zabójcą jest doskonale wszystkim znany trener Małej Ligi Terry Maitland. Mężczyzna zostaje aresztowany i wydaje się, że koszmar się skończył, ale to dopiero początek. Chociaż policja ma niepodważalne dowody jego winy, pojawiają się równie niepodważalne dowody potwierdzające, jego alibi. Co tu właściwie się dzieje? Policjanci nie mają jeszcze pojęcia, z jakim koszmarem przyjdzie im się już wkrótce zmierzyć. Ale nie poradzą sobie sami. Niezbędna okaże się pomoc genialnej, choć nieprzystosowanej społecznie pani detektyw, Holly Gibney. Ale czy to wystarczy by pokonać zło w najczystszej postaci?


Fanem prozy Kinga jestem od wczesnych lat nastoletnich. Jeszcze dłużej jestem miłośnikiem ekranizacji jego horrorów, bo jeszcze zanim sięgnąłem po powieści pisarza, przeżywałem fascynację kinem grozy, które w dużej mierze ukształtowało mój gust. Do powieści „Outsider”, chociaż ją cenię, mam jednak kilka zasadniczych zarzutów: że jest przewidywalna (kiedy czytelnik po przeczytaniu blurba wie już, kto zabija nie jest dobrze), że jest złożona z samych kingowych schematów, przez co czyta się ją, jakby stanowiła kompilację skopiowanych fragmentów jego wcześniejszych dzieł, że jest niewyważona (bo Holly pojawia się dopiero w połowie powieści)… Nie zmienia to jednak faktu, że „Outsider” był świetnym materiałem na serial i świetnie wykorzystali to twórcy.


Tak, jak książka, tak i telewizyjna produkcja od HBO pod pewnymi względami przypomina „Z archiwum X”. To, co zaczyna się jak thriller / kryminał, szybko przeradza się w rasowy horror i walkę z prawdziwym paranormalnym złem. W serialu jednak inaczej rozłożono akcenty i wyszło to produkcji na dobre. Akcja „Outsidera”, jako ogółu jest nieco powolniejsza, niż jego powieściowego odpowiednika, ale za to Holly pojawia się tu niemal na początku, dzięki czemu produkcja zyskuje większy balans. Co ważniejsze jednak, serial jest naprawdę klimatyczny, dobrze poprowadzony, trzymający w napięciu – chociaż i tu widz nie będzie jakoś szczególnie zaskoczony – i spełnia oczekiwania zarówno miłośników thrillerów / kryminałów, jak i horrorów.


Jeśli chodzi o obsadę, to poza jednym drobnym wyjątkiem, trudno mieć tu jakiekolwiek zarzuty. Aktorzy dobrze pasują do swoich postaci, a ich gra nie pozostawia wiele do życzenia. Jedynie obsadzenie Cynthii Erivo budziło moje wątpliwości. Powieściowy „Outsider” to w końcu spin-off innego dzieła Kinga, trylogii „Pan Mercedes”, która również doczekała się serialowej adaptacji, gdzie Holly zagrała Justine Lupe i zrobiła to naprawdę znakomicie. Twórcy adaptacji „Outsidera” postanowili odciąć się od „Mercedesa” i stworzyć rzecz niezależną, ale i tak zmiana na Erivo mnie nie przekonywała. Nie chodzi już o to, że nowa Holly jest czarnoskóra, ale o fakt, że w jej twarzy nie dostrzegałem tego czegoś, co powinna mieć ta postać. Ale na szczęście Erivo wypadła całkiem nieźle, nie do końca idealnie, ale odnalazła się w tej roli i trudno mieć co do niej większe zastrzeżenia.


Reasumując: serialowy „Outsider” to dobra produkcja z dreszczykiem, dość wiernie trzymająca się literackiego pierwowzoru, ale jednocześnie podążająca własną drogą. Produkcja mroczna, nastrojowa i dobrze zagrana. Miłośnicy pierwowzoru, jak i dobrych opowieści grozy będą zadowoleni. A trzypłytowa wersja DVD oferuje dodatkowo sporo ciekawych dodatków (materiały z planu, wywiad ze Stephenem Kingiem, program o el Cuco), które stanowią smaczną wisienkę na tym torcie.


Dziękuję dystrybutorowi serialu, firmie Galapagos, za udostępnienie egzemplarza do recenzji.