poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Gdzie boją się iść bogowie – Angus Watson

WIKINGOWIE W AMERYCE


Teraz już prawie nie pisze się dobrego fantasy, coraz mniej jest też dobrej fantastyki niezależnie od gatunku. Jeszcze mniej udana jest tego typu literatura serwowana nie do końca na poważnie. A jednak trylogia „Na zachód od Zachodu”, Angusa Watsona, choć podana z lekkością i humorem, to kawał świetnej rozrywki, od której trudno się oderwać i która dobrą zabawę gwarantuje zarówno miłośnikom nonszalanckich zabawnych opowieści, jak i poważnej i krwawej literatury przygodowo-historycznej czy fantasy. A trzeci tom w znakomitym styli wieńczy to wszystko, choć jednocześnie – jak i poprzednie dwa tomy – pozostaje lekturą nie dla każdego.


Walka trwa. Co prawda z plemienia Wotan pozostała już tylko garstka ludzi, razem z Calniankami wędrują przez Lśniące Góry. To jednak nie koniec ich wyprawy. Przed nimi czekają bowiem kolejne, równie niezwykłe i niebezpieczne krainy, a tam kolejni wrogowie, kolejne groźne zwierzęta i nieprzychylna pogoda, z którą trzeba się mierzyć niczym z krwiożerczymi przeciwnikami. A to jedynie część tego, co na nich czeka. Czym jednak zakończy się ta przygoda? I kto dotrwa do jej końca?


Co prawda trylogia „Na zachód od Zachodu” nie zalicza się do fantastyki, jej poprowadzenie, rozmach i dość umowne potraktowanie elementów historycznych sprawiają, że rzecz równie łatwo uznać za literaturę fantasy, co przygodowo-historyczną serię o wikingach. Autor zadbał tu co prawda o odpowiednią dawkę faktów z przeszłości, ale swoją trylogię oparł przede wszystkim na schemacie questa, w którym udział biorą potężni, męscy aż niemal samczy bohaterowie, barbarzyńcy, dla których wulgarność i krew to chleb powszedni. I właśnie taka jest ta książka. Męska, krwawa, nie wolna od wulgarności, a co za tym idzie wiążącego się z nią humoru, ale jest to jednocześnie poważna, choć pełna nonszalancji literatura przygodowa.


Nie każdemu takie podejście do tematu może przypaść do gustu, ale mnie osobiście ono kupiło. Lekkością, swobodą, męskim sznytem, ale też i dobrym wykorzystaniem zgranych motywów. Nie ma tu oryginalności, jednak dzięki stylowi Watsona, „Na zachód od Zachodu” czyta się lekko i przyjemnie. Bez chwili nudy, za to z całkiem epicką nutą, która zapewnia odpowiednią dawkę przeżyć. A „Gdzie boją się iść bogowie” to dobre zwieńczenie całej trylogii, które w satysfakcjonujący sposób domyka opowieść.


Patrząc na to wszystko, co już napisałem, trylogia Watsona to dla mnie osobiście najlepszy tego typu tytuł obok znakomitej „Sagi” Nicholasa Eamesa. A przez „tego typu” rozumiem nie tylko stricte rozrywkową lekturę, ale także, a może przede wszystkim, serię podaną z humorem i pazurem. Mogło być kiepsko, mogło być wtórnie i nudnie, ale okazało się, że nawet w temacie wikingów, za którymi nie przepadam, można coś powiedzieć w dobry sposób. Trzeba tylko chcieć, a Watson chciał. Nie jest to co prawda dzieło na miarę „Sagi Winlandzkiej”, ale miłośnikom tematu i gatunku na pewno dostarczy przyjemnych przeżyć.


Dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Plunderer #10 - Suu Minazuki

WYPRAWA PO ARTEFAKTY


Ech jaki ten „Plunderer” jest dobry. Nie sądziłem, że tak będzie, bo pierwszy tom był typowym komediowym bitewniakiem, może i podlanym większą dawką mroku, ale jednak nie wyłamującym się ze schematów. Potem jednak okazało się, że to o wiele bardzie złożona i fascynująca rzecz i… Wciąż nią pozostaje, chociaż po raz kolejny przeszła przemianę. I właśnie takim fascynującym, a przy okazji porywającym i urzekającym komiksem jest właśnie tomik dziesiąty, który serwuje nam taką porcję przeżyć, że nie da się od niego oderwać dopóki nie dobrniemy do ostatniej strony i tylko pozostaje wtedy uczucie niedosytu.


Zmagania naszych bohaterów trwają. Tym razem wszyscy wyruszają do stolicy, gdzie chcą odnaleźć brakujące artefakty. Nie mają jednak pojęcia, co tam na nich czeka. Czyżby ci, których mieli za zmarłych wciąż jeszcze żyją? Wszystko to prowadzi do wydarzeń, które będą miały tragiczny finał…


Kto czytał „Bakumana”, mangę wnikającą bardzo głęboko w biznes japońskiego komiksu, a shouneny w szczególności, doskonale wie, jak to z mangami dla nastoletnich chłopców bywa. Wielu autorów chce iść pod prąd, zaczyna więc tworzyć np. komedie, ale robi je tak, by mieć możliwość zmiany w bitewniak, gdyby się nie sprzedawała. Bo właśnie bitewniaków oczekują młodzi odbiory – jeśli spojrzycie na najważniejszego przedstawiciele shounenów, czyli „Dragon Balla”, zobaczycie jak bardzo jest to wyraźne. „Plunderer” zaczynał podobnie. Nie wiem, jaki był pierwotny zamysł autora, choć widać od początku, że zaplanował on sobie konkretną fabułę, ale seria debiutowała jako komedia pełna majteczkowych scen. Potem zaczęła się zmieniać i…


… W końcu stała się taka, jaką czytamy ją teraz. Może nie do końca, bo przez kilka tomów autorów mocno skupiał się na budowaniu wielopiętrowych często tajemnic, a te nieco już się wyczerpały, ale cała reszta pozostała taka sama. A zatem „Plunderer” wciąż jest komedią i wciąż nie żałuje nam widoku majteczek. Wciąż także jest bitewniakiem: dynamicznym i mrocznym, przeznaczonym bardziej dla starszych nastolatków, niż ich młodszych kolegów. I wciąż potrafi także wzruszyć, a to w shounenach nie zdarza się często.


Za to, jak na shounena przystało, jest bardzo ładnie zilustrowany. Duża ilość czerni i rastrów, bogactwo detali, dynamika i niesamowity klimat zmieniają „Plunderera” w znakomite dzieło, które ogląda się tak samo, jak czyta – z wielką przyjemnością i ochotą na więcej. Jeśli jeszcze go nie znacie, a cenicie mangi z  tego gatunku, poznajcie koniecznie, bo jest tego absolutnie wart.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








niedziela, 30 sierpnia 2020

Mistrz romansu Nozaki #4 - Izumi Tsubaki

GDY SHOUJO WEJDZIE ZBYT MOCNO


Manga shounen o shoujo, która spodoba się fan(k)om shoujo – tak w skrócie podsumować można „Mistrza romansu Nozakiego”. Oczywiście spodoba się, jeśli mają ochotę na czystej wody komedię, mocno podlaną satyrą na świat twórców, sam proces wymyślania i rysowania mangi, a także wszystkie gatunkowe schematy. Bo „Nozaki” to rzecz stworzona po to, by czytelnik co chwila wybuchał śmiechem, a jego humor uległ poprawie i jako taka sprawdza się naprawdę bardzo, bardzo dobrze.


Umetaro Nozaki się nie poddaje i z mozołem tworzy dalej swoją mangę. By jednak jak najlepiej oddać to, czego oczekuje on sam, redaktor i czytelnicy, musi wywoływać w Sakurze odpowiednie emocje, które chce oddać potem we własnym dziele. Nie wie jednak, co z tego wyniknie…

A to dopiero początek! Męskie pidżama party? Letni festiwal? Brat Nozakiego? Będzie się działo! Oj będzie…


Komiksów o komiksach nie brakuje na świecie. Dzieła Scotta McClouda to chyba najbardziej wyrazisty tego typu twór jeśli chodzi o USA, w Japonii zaś znajdziemy takie serie, jak – ograniczę się do wydanych na polskim rynku – genialny „Bakuman” czy niezłe „Psy na mangę”. Jak na ich tle wypada „Mistrz romansu Nozaki”? Nie jest może tak wybitny, jak dwa pierwsze tytuły, ale pozostaje o niebo lepszy od „Psów…”. Wszystko dzięki temu, że w wyśmienity sposób potrafi poprawić humor i rozbawić czytelnika, a o jego jakości niech świadczy fakt, że przyjął się na rynku, a to w przypadku stricte komediowych tytułów wcale nie jest takie oczywiste w świecie mang. Tym bardziej, jeśli chodzi o shouneny, wśród których królują bitewniaki.


A tu dostajemy zbiór krótkich skeczy, które układają się w jedną większą opowieść. Każda strona „Nozakiego” to krótka humoreska o tym, co się dzieje, gdy tworzenie shoujo wejdzie zbyt mocno i autor dla lepszego efektu zaczyna wypróbowywać na sobie niektóre gatunkowe schematy. W konsekwencji prowadzi to do niekończącego się ciągu komicznych tarapatów, których skutki nie zawsze łatwo przewidzieć. Jednocześnie w tle dzieją się zupełnie inne rzeczy, o których trzeba pamiętać, bo są równie udane i wciągające, co główny wątek.


A co wśród nich znajdziemy? Przede wszystkim miłość, która co prawda zeszła na dalszy plan, ale wciąż jest obecna. Bardziej wyraźne jest tu szkolne życie, gdzie tematy przyjaźni i problemów nastolatków, spotykają się z komicznymi nieporozumieniami wynikłymi z nieświadomości wielu kolegów czym Nozaki się zajmuje. A wszystko to wieńczy bardzo udana szata graficzna, w której spotykają się elementy typowe dla shoujo i shounena. Efekt finalny jest bardzo, bardzo udany i z tomu na tom tylko lepszy. Dlatego ja ze swej strony polecam gorąco i niecierpliwie czekam na kolejne części przygód Nozakiego i jego ekipy.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 29 sierpnia 2020

Dragon Ball Super #11: Dai Dassō Dai Dassō – Akira Toriyama, Toyotarou

WIELKA UCIECZKA


Poprzedni tom serii „Dragon Ball Super” do połowy był jedynie niezłą rozrywką, która dopiero w drugiej części zaczęła się rozkręcać. Teraz akcja toczy się już na pełnym gazie, na nudę nie ma miejsca… Ale nadal rzecz jest wtórna, oparta na schemacie, który znamy zarówno z „Sagi Friezera”, jak i „Sagi Buu” i jedynie momentami nosząca znamiona dawnej świetności.


Gokū, Vegeta i Bóg Wszechświata ruszają do akcji! Starcie z Moro z każdą chwilą wydaje się iść coraz bardziej po myśli naszych bohaterów i nawet członkowie Galaktycznego Patrolu dostrzegają w końcu światełko w tunelu. Niestety do czasu. Wszystko wskazuje bowiem na to, że cała moc Boga Wszechświata umarła wraz ze złym Buu. Dobry, gruby Buu został co prawda obdarowany jej częścią, która pozwala mu opierać się zdolnościom Moro, jednak to za mało by go pokonać. A niestety ten nie dość, że odzyskał pełnię swej magicznej mocy, to wciąż jeszcze pozostaje kwestia tego, jak brzmiało jego trzecie życzenie, który spełnił nameczański smok…


„Wielka ucieczka” to tom, w którym przybywa bohaterów, akcja się zagęszcza i zaczyna dziać na większej ilości frontów… ale poza tym nic się nie zmieniło. Nie wiem dlaczego Toriyama stworzył tak kiepskiego przeciwnika, jak Moro, niemniej gorszego wroga w serii nie było chyba od czasów jakichś pobocznych bad assów z początkowych tomów „DB”, kiedy to seria była komediowa, a ci źli występowali jedynie przez kilka stron. Dla porównania Fu z „Super Dragon Ball Heroes” – alternatywnej kontynuacji anime „Dragon Ball Super” (choć czy alternatywnej, to dopiero się okaże; w chwili obecnej rzecz figuruje raczej jako jeszcze dalsze w czasie wydarzenia) – przynajmniej wyglądał odpowiednio złowieszczo. Jak na tę serię, oczywiście .


Ale na szczęście czyta się to wszystko lekko i przyjemnie. Nie nudzi, z czasem nawet na chwilę udaje się Toriyamie przywrócić odrobinę starego, wykurzającego Vegetę, a i same walki nie wyglądają najgorzej. Toyotarou stara się zarówno oddać styl swojego wielkiego mistrza, jak i dodać coś od siebie. „DB” w jego wykonaniu jest wypełnione detalami, a także rozrysowane na bardziej zagęszczonych kadrami planszach. Do tego nie boi się używać rastrów – chociaż przecież i Toriyama nie żałował nam ich chociażby w „Jaco”.


Wszystko to składa się na kolejny dobry tom. Nie rewelacyjny, takich w „Dragon Ballu” chyba już nie uświadczymy, nie genialny w swej prostocie, jak bywała klasyczna manga, niemniej nadal dobry i nadal przyjemny w odbiorze. Widać jednak, że Toriyama już się zestarzał i nie czuje tak tej opowieści, jak czuł ją kiedyś, ale że wciąż potrafi wykrzesać w sobie młodzieńczą fascynację shounenowym schematem, możemy czasem przymknąć na to oko.

piątek, 28 sierpnia 2020

Dragon Ball Super #10: Moro no Negai - Akira Toriyama, Toyotarou

ŻYCZENIE MORO


Już niedługo po polsku pojawi się nie tylko anime comics „Dragon Ball Super: Broly”, adaptacja całkiem przyzwoitego filmu pod tym samym tytułem, ale też i kolejne tomiki regularnej serii, pokazujące co działo się potem. A jakie są to tomiki? Cóż na pewno nie oparte na anime „Super Dragon Ball Heroes”, kontynuującym serię, na pewno też już mocno wtórne, nadal jednak jest to „DB”, który chce się czytać i odkrywać, co Toriyama dla nas przygotował.


Walka z Moro trwa. Gokū i Vegeta stawiają mu czoła, nie mając jeszcze pojęcia z czym tak naprawdę będą się mierzyć. Ich wróg nie jest może potężny, ale jak się szybko okazuje, potrafi przyswoić sobie energię całej planety i wszystkiego, co na niej żyje i tym właśnie ich atakuje. Już to byłoby sporym problemem, ale prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają, kiedy nasi herosi odkrywają, że Moro ukradł także ich energię i nie mogą się przemienić.

Czy powrót Buu z uwiezionym w nim Bogiem Wszechświata zdoła odmienić losy bitwy na Nowym Namek? Jakie jest życzenie Moro? I jaką rolę w tym wszystkim odegra Galaktyczny Patrol?


Pierwsza połowa dziesiątego tomiku „Dragon Ball Super” nie zachwyca. Nie wiem jak to się stało, że Toriyma po zaadaptowaniu anime „DBS” na potrzeby mangi postanowił kontynuować serię, ale chyba zrobił to nie dlatego, że miał pomysł. Moro jako wróg wygląda nieciekawie, a przecież „DB” dobrymi wrogami zawsze stało. Pomysł na jego moce jest niezły, ale wszystko to nagle zaczyna rozmywać się we wtórności. Bo póki co „Saga Więźnia Galaktycznego Patrolu” to jedna wielka kopia „Sagi Friezera” – znów Namek, znów szukanie tam kul, znów bohater, z którym Gokū sobie nie radzi, znów podobne sceny z zabijaniem Nameczan i tylko Vegeta tym razem staje w ich obronie… Co nie przekonuje.


Co się jednak dziwić. Całe „Dragon Ball Super” było jedną wielką kopią wcześniejszych pomysłów, tak z serii „Z”, jak i nawet „GT” (kosmiczne smocze kule). Na szczęście Toriyama zawsze potrafił wykrzesać z siebie coś więcej i tak jest także w przypadku tego komiksu. Tomik w drugiej połowie zaczyna się rozkręcać, dynamika walki wciąga, lepsze stają się też ilustracje, kiedy Toyotarou musi przygotowywać bardziej szczegółowo rozrysowane sceny starć, a i kilka elementów – choćby wspomnienia walki z Buu – wypada dobrze.


Szkoda jednak, że to tylko powtórka z rozrywki. Wróg nie robi wrażenia, bohaterowie wydają się być inni niż kiedyś, a nowe postacie nie intrygują tak, jak powinny. Na razie mam wrażenie, że Toriyama lepiej bawił się odtwarzając w formie mangi to, co sam wymyślił na potrzeby serialu i co stworzyli scenarzyści anime, niż wymyślając – chyba na siłę – kolejny story arc. Wciąż jednak cieszę się, że mogę czytać nowe przygody Gokū. Może i nie ma w nich oryginalności, ale to wciąż „Smocze kule”, nic więcej prawdziwemu miłośnikowi tej opowieści nie trzeba.

czwartek, 27 sierpnia 2020

Die #1: Fantastyczne rozczarowanie – Kieron Gillen, Stephanie Hans

JUMANJI ODŚWIEŻONE


Kieron Gillen powraca z nową serią. Tym razem nie jest to żadne superhero ani kolejny element starwarsowej układanki, ale nie odszedł daleko od tych klimatów, bo serwuje nam kolejną pracę z gatunku szeroko pojmowanej fantastyki. I chociaż „Die”, bo o nim mowa, nie jest dziełem odkrywczym, zabawa jaką oferuje jest naprawdę dobra.


W roku 1991 dochodzi do niezwykłego wydarzenia – grupa nastolatków grająca w RPG-a znika, wciągnięta do świata gry. Świata fantasy, w którym będą musieli jakoś sobie poradzić. Dwa lata później powracają, ale nie w komplecie, a co gorsza to wcale jeszcze nie koniec…
Mija ćwierć wieku. Wszyscy oni są już dorosłymi ludźmi, którzy swoje mają za sobą. Życie ich nie oszczędzało, a teraz czeka ich jeszcze powrót do świata gry. Dlaczego ich to spotyka? I co na nich czeka tym razem?


Kieron Gillen nie jest zbyt odkrywczym scenarzystą, o tym chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Polscy czytelnicy dobrze kojarzą go z różnych tytułów, od „Uncanny X-Men”, przez „Star Wars: Darth Vader”, po „The Wicked + The Divine”. Miewa jednak przebłyski inwencji, to w końcu on m.in. współtworzył postać doktor Aphry i dobrze potrafi odnaleźć się w różnych estetykach, choć najlepiej pasuje mu chyba szeroko pojmowane fantastyka i ten właśnie gatunek reprezentuje „Die”, gillenowska wariacja na temat znany m.in. z „Jumanji”.


Czy wyszło mu to lepiej, niż twórcom kinowych hitów z tej serii (a także autorowi ich literackiego pierwowzoru)? Tego bym nie powiedział, ale to dobry komiks, momentami nawet bardzo, a przy okazji mocno sentymentalny. Gillen całość stworzył zainspirowany kreskówką „Dungeons & Dragons”, a właściwie jej nienakręconym epizodem, gdzie bohaterowi wracają na Ziemię. Sam jednak doskonale zdaje sobie sprawę, co jeszcze przypomina jego seria, dlatego nazywa ją mianem „gotyckiego Jumanji” i to dobrze oddaje jej charakter. Na rynku nie brak opowieści, gdzie bohaterowie z naszego świata trafiają doi rzeczywistość gry (choćby „Odrodzona jako czarny charakter…”), ale to właśnie „Die” najbardziej kojarzy się ze tym filmowym hitem, co o dziwo wyszło serii na dobre.


Akcja jest udana, podobnie zresztą jak klimat. Fabuła nie jest poprowadzona ani za szybko, ani za wolno, fantastycznych popisów wyobraźni nie brakuje, a na dodatek mamy całkiem niezłe tło obyczajowe. I jedynie rysunki mogłyby być lepsze, bo mocno bazujący na pracy komputera styl Stephanie Hans to nie do końca moja bajka. Tak czy inaczej jednak „Die” polecam Waszej uwadze. to dobra rozrywkowa opowieść – nie przypadkiem dostała się do finału nagrody Hugo – przy której się nie znudzicie. A jeśli będzie Wam mało, zajrzyjcie pod adres: http://diecomic.com/rpg/, gdzie czeka na Was m.in. gra RPG oparta na „Die” właśnie.







środa, 26 sierpnia 2020

Kapitan Szpic i tajemnica starej naczepy - Artur Ruducha, Daniel Koziarski

PUŁKOWNIK CZEKOLADKA I WOJENNE TAJEMNICE


Kapitan Szpic powraca z nowym zeszytem swoich przygód. Jeśli czytaliście poprzednie części serii, wiecie czego i na jakim poziomie się spodziewać. Jeśli nie, cóż, musicie wiedzieć właściwie jedno: dzieło duetu Ruducha / Koziarski to pozbawiona sensu i logiki, ale za to ujmująca swoim humorem satyra na klasykę peerelowskiego komiksu dla młodzieży, która aż ocieka sentymentem, ale i oferuje też coś dla czytelników, nieobeznanych z materiałem źródłowym.


Witajcie we wsi Nudziny Wielkie, gdzieś pod Warszawą. To tu zaczyna się nasza opowieść, tuż po wydarzeniach poprzedniego zeszytu przygód Kapitana. Gdzieś wśród drzew, tuż obok śmietnika historii i reCYClingu idei, w miejscy gdzie słychać bzykanie owadów, znajduje się tajemnicza stara przyczepa. To właśnie w niej mieści się zarówno Muzeum Histeryczne Pułkownika Czekoladki, jak i melina, w której Szpic zapija smutki po tym, jak został znieważony przez majora Wagę i wykorzystany przez kapitana Michała. I to właśnie w niej zacznie się pewna niezwykła opowieść.

Gdy wódka sodowa sączy się niemrawo z saturadenaturatora (z dodatkowym sokiem jagodowym czy bez?), w Muzeum nieopacznie zjawiają się niejaki Kamil i jego bracia, którzy zwiedzali okolicę po przeprowadzce z Pomorza. Korzystają z okazji pułkownik Czekoladka decyduje się opowiedzieć im pewną historię z czasów wojny. Historię pełną przygód, nudy, zagrożeń i nudy. Gotowi zasnąć w trakcie słuchania… ją poznać?


Polski komiks nigdy nie stronił od parodiowania innych dzieł. „Kapitan Szpic” wpisuje się w tę długą tradycję, jednocześnie z sentymentem wracając do motywów i postaci z kultowych dzieł peerelowskich. Dzieł wówczas propagandowych, ale na tyle udanych, że po dziś dzień są popularne i uwielbiane nie tylko przez czytelników, którzy na nich się wychowali. Ruducha i Koziarski w niezłym stylu grają na tych emocjonalnych strunach, bawiąc się głównie słownym humorem („Działa nawalony”, „Refluks – Gazyn opowieści żołądkowych”), ale nie tylko. „Kapitan Szpic” to komedia pełną gęba, nie ma większego fabularnego sensu – i mieć go nie miała – ale śmieszy i dostarcza dobrej rozrywki.


Także tym, którzy nie są zbytnio obeznani ani z „Kapitanem Żbikiem”, ani nawet nie zaznajomili się jakoś szczególnie z wytworami światowej popkultury, na których wychowali się twórcy. „Kapitan Szpic” to bowiem po prostu kawał szalonej, zabawnej rozrywki, w której klimaty mili… policyjne spotykają się z obowiązkowymi młodzieżowymi elementami, a także – w tym konkretnym przypadku – wojennymi scenami. Bardzo sympatycznie przy tym zilustrowana, bawi się również bardziej współczesnymi odniesieniami, splatając to wszystko w naprawdę smakowity kąsek.


A zatem wgryźcie się w niego, jeśli macie ochotę niezobowiązująco się pośmiać. Tym bardziej, gdy czytaliście choć trochę przygód kapitana Żbika czy dzieła Tadeusza Baranowskiego. A ja już czekam na ciąg dalszy, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że to jeszcze nie koniec „Szpica”. I dobrze.

wtorek, 25 sierpnia 2020

Perfect World #8 - Rie Aruga

PERFECT CIRCLE


Akcja „Perfect World” zatacza koło i wraca właściwie do momentu, w którym od samego początku powinna się znaleźć. Bo chyba żaden czytelnik nie ma najmniejszych wątpliwości czym to się wszystko ma skoczyć, nawet jeśli kibicuje zupełnie innym romantycznym relacjom między postaciami. Nie zmienia to jednak faktu, że „Perfect World” czyta się autentycznie znakomicie i potrafi wywołać niejedne emocje.


Wydarzenia nabierają tempa, kiedy budowa domu Kaede zbliża się do końca, a Tsugumi, ku zaskoczeniu wszystkich, spotyka się z Ayukawą. Co z tego wyniknie? I co zmieni w ich relacjach zaproszenie na ślub?


Mangi, jak żadne inne komiksy na świecie, potrafią wywoływać w czytelnikach emocje. Na Zachodzie nie brakuje serii, które starały się osiągnąć podobny efekt, najlepiej jednak wyszły albo te niezależne („Strangers in Paradise”), albo czerpiące z japońskich opowieści graficznych właśnie (dzieła Franka Millera). Tymczasem w Kraju Kwitnącej Wiśni autorzy wprost po mistrzowsku operują emocjami. I, w odróżnieniu od wielu twórców, zamiast po prostu pokazywać je i tym samym działać na nas, robią coś o wiele lepszego – autentycznie je w nas wywołują. I to właśnie czeka na czytelników w „Perfect World”.


Nie było to jednak takie oczywiste. Seria ta bowiem jest opowieścią dość sterylną, zdawałoby się, że dość powierzchownie podchodzącą do tematu, a jednak autorka w znakomitym stylu potrafi ścisnąć czytelnika za gardło i za serce. „Perfect World” to właściwie wzorcowy przykład romansu shoujo, który ściśle podąża wytyczonymi przez poprzedników ścieżkami. Jest para, która musi być ze sobą, są inni pretendenci do ich serc, czasem lepiej pasujący niż oni sami, ale tak to już w szojkach bywa, jest dużo przeciwności losu, a w końcu także opowieści o ludziach, którzy stają na ich drodze.


Oczywiście są też pewne elementy różniące tę serię od jej podobnych. Najważniejszym z nich jest oczywiście tematyka niepełnosprawności ukazana w szczegółowy, przejmujący sposób. Drugim pewne dojrzalsze podejście, niż w typowym shoujo – mangach skierowanych przecież głównie do nastoletnich dziewcząt. Za to szata graficzna, prosta i pozbawiona nadmiaru czerni, jest już charakterystyczna dla gatunku. Wszystko to razem wzięte daje nam dobry komiks obyczajowo-romantyczny, mający swój charakter i potrafiący wciągnąć i wzruszyć. I tak właśnie powinno być.


Mangę kupicie tutaj:

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #21 - Kohei Horikoshi

BEZMÓZGI


„My Hero Academia” to seria, która pędzi na złamanie karku, a choć za nami już dwadzieścia tomików, nic nie wskazuje na to, by szybko miała przestać. Ale kto chce by ta świetna opowieść się skończyła? Na pewno nie ja i na pewno nie żaden fan shounenów, bo „Akademia bohaterów” to opowieść, która doskonale trafia w nasze gusta i zapewnia rewelacyjnie narysowaną opowieść, którą chce się czytać beza robienia sobie przerwy między kolejnymi tomikami.


Gdy Bezmózgi atakują miasto, Endeavor i inni stają do walki. Ale co na nich czeka? I czy sobie poradzą z wrogiem?


Z jednej strony „My Hero Academia” to seria, która jest typowym shounenem. Z drugiej to kawał świetnego komiksu osadzonego w realiach szkolnego życia, co prawda ukazanych przez pryzmat superbohaterskiej fantastyki, ale jednak. Wreszcie z trzeciej, to opowieść mocno czerpiąca z klimatów amerykańskich serii superhero, które kojarzą wszyscy, nawet jeśli nie są miłośnikami tej formy sztuki, bo filmowe adaptacje tego typu dzieł biją rekordy popularności i nie zanosi się by miały przestać. To tak w skrócie, a co ze szczegółami?


Shounenom „MHA” zawdzięcza najwięcej, a dokładniej wszystkie gatunkowe schematy. Mamy tu więc bohatera wybrańca, na tyle jednak nietypowego do tej roli, by nastoletni odbiorca mógł się z nim identyfikować. Mamy humor, mamy erotykę – łagodną i minimalnie użytą, ale jednak – piękne dziewczyny, potężnych wrogów, walki… Te ostatnie elementy seria dzieli z amerykańskimi zeszytówkami supehero, bo i tam ci dobrzy herosi walczą ze złem o ocalenie czy to świata, czy miasta, czy po prostu kogoś. Do tego wszyscy są ubrani w kostiumy, mają swoje pseudonimy, supermoce… Widać w „MHA” także echa różnych klasycznych dzieł z USA, ale Horikoshi nadał im własnego charakteru. Wszystko to zaś wieńczy mocne wplecenie w to wszystko elementów szkolnego życia. Nie są może one gigantycznie wyeksponowane, ale typowe dla uczniów problemy są widoczne na stronach mangi i to dodatkowo kupuje młodych odbiorców.


Wszystko to zaś wieńczy wyśmienita szata graficzna, dopracowana i realistyczna, choć przy okazji odpowiednio uproszczona. To dzięki niej klimat i dynamika mangi robią takie wrażenie. Efekt końcowy, łącznie z fabułą, jest znakomity i godny polecenia każdemu miłośnikowi tego typu mang. I chyba nic więcej dodawać już nie trzeba, prawda?


Dziękuję Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Cube Kid. Pamiętnik 8-bitowego wojownika #3 i #4: Podróż przez pustynię / Witajcie w Endzie - Pirate Sourcil, Jez, Oddolone

W ŚWIECIE KOMPUTEROWYCH KLOCKÓW LEGO


Właśnie na rynku pojawiły się dwa nowe tomy serii „Cube Kid” – serii będącej nieoficjalnym rozwinięciem growego świata arcypopularnego „Minecrafta”. Nie jest to ani pierwsza, ani tym bardziej jedyna tego typu publikacja na rynku, co fanów na pewno cieszy, ale czy przypięcie jej metki „nieoficjalnej” czyni z niej gorszą od produktów typu official? Bynajmniej, bo komiksowy „Pamiętnik 8-bitowego wojownika” jest całkiem udaną rozrywką dla dzieci.


Na Runta i jego ekipę czekają nowe przygody! Najpierw będą musieli odnaleźć portal do Endu, gdzie czeka na nich walka ze smokiem. Problem w tym, że jeszcze zanim czeka ich starcie, przekonają się jak niełatwe to zadanie. A konflikty w drużynie niczego nie ułatwiają… Czy bohaterom uda się w końcu osiągnąć cel? Co jeszcze na nich czeka? I jak poradzą sobie z tym wszystkim?


„Minecraft” to seria gier, której fenomen nie do końca rozumiem. Owszem, grałem w nią trochę, nie przeczę, że potrafi wciągnąć, ale jednak daleko jej do produkcji, w które na co dzień grywam. Czyżbym zatem nie rozumiał mechanizmów, jakie przesądziły o sukcesie tego tytułu? Nie, przecież to gra oparta na budowaniu z klocków świata, w którym przyszło nam egzystować, a każde dziecko – i ja nigdy nie byłem wyjątkiem – kocha klocki Lego. Rozumiem też mnogość możliwości, jakie daje tego typu rozgrywka. Ale i tak „Minecraft” mnie nie porwał. Co nie znaczy, że niechętnie dałem szansę komiksom rozwijającym to uniwersum. Na książki bym się nie porwał, jestem za stary na tego typu infantylne lektury i ich prosty styl, niemniej w komiksie one nigdy rażą tak bardzo, jak w literaturze i nie rażą też w tym przypadku.


Twórcy „Cube Kida” stworzyli uroczą humorystyczną opowiastkę fantasy dla dzieci. Modny gatunek i modną grową stylistykę połączyli z klasycznym dla komiksu europejskiego podejściem. Mamy tu więc dużo przygód, dużo dowcipów sytuacyjnych, szybką akcję, cartoonowe ilustracje, sporo popisów wyobraźni i sporo uroku. Czyta się to lekko i szybko. Rzecz jest prosta, dość oczywista, ale nie nudna i to należy docenić. Bo „Pamiętnik 8-bitowego wojownika” to po prostu typowa, nieskomplikowana lektura dla dzieci, oferująca to, czego młodym czytelnikom potrzeba, z obowiązkowym przesłaniem włącznie.


Szata graficzna też jest zresztą całkiem niezła. Prosta kreska, oszczędne tła, lekko mangowa estetyka ujęta w niemalże kubistyczne kształty i przyzwoity kolor, komputerowo kładziony, ale nie przejaskrawiony ani tym bardziej nie krzykliwy, dobrze pasują do treści. A ładne wydanie sympatycznie to wszystko uzupełnia. Jeśli więc macie w swoim otoczeniu młodych miłośników „Minecrfata”, śmiało możecie podarować im zarówno te dwa, jak i pozostałe albumy. Na pewno się ucieszą.


Dziękuję wydawnictwu Jaguar za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.









poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Dziewięć miesięcy czułego chaosu - Lucy Knisley

MAYBY BABY


Kolejny komiks biograficzny od Marginesów to bardzo udane dzieło Lucy Knisley, rysowniczki i scenarzystki, która postanowiła opowiedzieć nam o trudach bycia w ciąży. Dzieło zabawne, ale i wzruszające. Bardzo przy tym osobiste, wspominkowe, a jednocześnie uczące bardzo wiele o tych dziewięciu miesiącach życia kobiety, kiedy w jej brzuchu dojrzewa nowe, gotowe do przyjścia na świat życie.


Kiedy człowiek chce, może osiągnąć wszystko. Może zostać kim chce. Problem pojawia się wtedy, kiedy ów człowiek, a dokładniej kobieta, chce zajść w ciążę, a tu nagle okazuje się, że natura ma coś przeciw.

Taką drogę przebyła Lucy Knisley, miłośniczka i autorka komiksów, która zapragnęła mieć potomstwo. Rzecz w tym, że zajść w ciążę to jedno, a donoszenie jej to drugie. Zmagając się z poronieniami, Lucy nie zamierza się poddawać i chce za wszelką cenę zostać matką. Czy ma szansę? Ale nawet kiedy ten problem się rozwiąże, wkrótce nasza bohaterka przekonuje się, jak to jest nosić w sobie dziecko i ile wiąże się z tym problemów…


Lucy Knisley w swoim komiksie zabiera nas w podróż przez dziewięć miesięcy życia ciężarnej kobiety, zagłębiając się w temat na kilku płaszczyznach. Pierwsza z nich to wspomnienia dziewczyny starającej się zajść w ciążę, donosić ją i zmuszonej poznać na własnej skórze wszystko to, co się z tym wiąże – ceny testów ciążowych, poranne mdłości, narządy wewnętrzne przesuwające się wraz z tym, jak płód rozwija się i wywiera na nie nacisk. To wszystko pokazuje w sposób lekki, czasem zabawny, ale wyczerpujący. Równie wyczerpujące – i równie ważne – staje się dla niej obalanie mitów odnośnie ciąży i poronień, odnośnie całego procesu rozmnażania człowieka i serwowanie nam w przystępny sposób wiedzy na ten temat. Wiedzy swoim zakresem obejmującej zarówno medycynę, jak i historię.


Wszystko to oczywiście jest podane z odpowiednim wyważeniem. Komiks nie jest ciężki, chociaż pełen faktów i ciekawostek, nie jest też przesadnie lekki i nonszalancki. Tym bardziej nie jest łzawy. To wspomnienia podparte wiedzą, ciekawa gawęda człowieka wyedukowanego w temacie, nie wolna od popkulturowych odniesień i bardzo przyjemnie zilustrowana. Rysunki są proste, także pod względem koloru, ale dobrze pasują do całości, a uzupełniające je zdjęcia autorki z poszczególnych etapów walki o dziecko podkreślają biograficzny wymiar „Dziewięciu miesięcy czułego chaosu”.


Kogo temat ciąży interesuje – nie musi przy tym lubić dzieci i nie musi sam planować posiadania potomstwa – kto sam chce lub spodziewa się dziecka, albo po prostu ma ochotę na dobry komiks obyczajowy, nie zawiedzie się sięgając po ten album. To kawał życiowej opowieści zaserwowanej na dobrym poziomie. I niejednego czytelnika czegoś nauczy.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





My Hero Academia: Akademia Bohaterów #20 - Kohei Horikoshi

MY HERO FESTIVAL


Nadeszła pora na dwudziesty tomik „My Hero Academii”. Czy jest to tomik jubileuszowy? Tego bym nie powiedział, bo jeśli chodzi o zawartość nie różni się od pozostałych. To samo, jeśli chodzi o jakość. Ale jak zwykle jest to tomik bardzo, bardzo udany i absolutnie warto go poznać. Bo to seria, która ani na chwilę nie traci nic ze swej jakości.


Bycie bohaterem to nie tylko walka. Szczególnie, kiedy jest się także uczniem szkoły. A co bycie uczniem oznacza? Oczywiście Festiwal Kultury – Bankiet Marzeń – który nie dla każdego będzie jednak okazją do wytchnienia. Gotowi przekonać się, co się tam będzie działo?


„My Hero Academia” to kolejny wielki shounenowy hit ostatnich lat. Przez dekady jeśli jakieś mangi i anime podbijały świat – z drobnymi wyjątkami, jak „Sailor Moon” oczywiście – w mniejszym bądź większy stopniu należały one do tej kategorii. Cóż się jednak dziwić, skoro największą grupę odbiorców podobnych dzieł stanowią nastolatki – a raczej nastoletni chłopcy – a shounen to nic innego, jak doskonałe wpasowanie się w ich oczekiwania, serwując dokładnie wszystko to, co najbardziej do nich trafia. A co dokładnie?


Zaczynając od sympatycznego, choć fajtłapowatego bohatera-wybrańca, z którym może identyfikować się nastoletni czytelnik, przez szybką akcję, dużo humoru i nutę erotyki, na solidnej dawce walk skończywszy. Całość jest przy tym lekka, szybka w odbiorze i ma swój klimat, a ilość wydarzeń i ich tempo sprawiają, że nuda nie gości na stronach właściwie ani przez chwilę. A mogło być inaczej, bo manga wypełniona jest dialogami właściwie po brzegi i nie ma tu miejsca na „dragonballowe” starcia, które cechowały się głownie dynamicznym obijaniem mord postaci, któremu towarzyszyły nie tyle rozmowy, ile zwyczajne onomatopeje.


Ale jednocześnie nie można zapomnieć, że całość jest rewelacyjnie narysowana. Kreska Horikoshiego jest lekka i typowo dla shounenów uproszczona, jeśli chodzi o design postaci, ale jednocześnie rysunki pełne są detali, doskonale oddają klimat całości i dynamikę sekwencji walk. Dzięki temu całość graficznie urzec potrafi zarówno młodzież, która nie ma zbyt wielkich wymagań, jak i dojrzałych miłośników komiksów, posiadających zdecydowanie większe oczekiwania. Ja ze swej strony polecam gorąco, bo to znakomita rzecz.


A wydawnictwu Waneko dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








niedziela, 23 sierpnia 2020

Ballad x Opera #1 – Akaza Samamiya

NOWY ŻNIWIARZ DUSZ


Wydawnictwo Kotori zaczyna właśnie nową serię mangową. „Ballad X Opera” to seria urban fantasy oparta na dość zgranym motywie. Ale dzięki pomieszaniu ze sobą różnych schematów i elementów, które z miejsca skojarzy niejeden miłośnik mangi i anime, a także dobremu wykonaniu, dostajemy całkiem sympatyczną lekturę. Bardziej skierowaną do czytelniczek, niż czytelników, ale nie tylko do nich.


Potrzebny jest żniwiarz dusz. W tym celu na nasz świat zstępują anioł i demon, którzy mają zająć się jego poszukiwaniami. Prosta z pozoru misja zmienia się i komplikuje, kiedy przypadkiem zabijają młodego chłopaka o imieniu Haruto. To wydarzenie jednak stanie się dla ofiary szansą na zmianę całego życia i odkrycia prawdy o tajemniczym pożarze, który pozbawił życia jego bliskich. Haruto bowiem, jeśli schwyta dusze grzeszników, które uciekły z nieba, będzie mógł wrócić do dnia pożaru. Może dzięki temu odmieni los swój i swoich bliskich i przy okazji odkryje prawdę o tamtych wydarzeniach. Ale czy sobie poradzi?


Pierwsze skojarzenia? Kiedy zacząłem czytać, jeszcze zanim wgryzłem się w fabułę, początek skojarzył mi się ze cenami otwierającymi nieśmiertelną „Czarodziejkę z Księżyca”. Magiczna atmosfera, kot, pewne drobne elementy… Kto pamięta Sailorki odnajdzie tu odrobinę z tamtej serii. potem pojawiło się drugie skojarzenie z mangą „Shinigami DOGGY”, gdzie młody chłopak po śmierci zostaje wysłannikiem śmierci i musi jakoś uporać się z nowym zadaniem, które może przywrócić go na ten łez padół. Jeszcze potem przypomniałem sobie o „Enra z piekła rodem” gdzie dziewczyna staje się pionkiem w piekielnych rozgrywkach, gdzie musi udowodnić, że nie jest grzesznicą by zachować życie.


To oczywiście tylko dwa dość nowe przykłady spośród wielu, które mógłbym wymieniać. „Ballad x Opera”, jak widać jest do nich podobna, jeśli więc się Wam podobały, na pewno poczujecie się tu, jak w  domu, chociaż jednocześnie należy pamiętać, że jest to rzecz poważniejsza od wymienionych tytułów i bardziej od nich mroczna. Może i obawiacie się czy potrzebna Wam kolejna taka seria, ale niesłusznie, bo „BxD” to naprawdę udany komiksowy kąsek, który czyta się szybko, lekko i przyjemnie i ma swój własny charakter.


Głównie dzięki ilustracjom, w których jest więcej czerni i symboliki. Całość ma jednak jednocześnie look dość typowy dla kobiecych mang. Do tego „Ballad X Opera” to po prostu niezła fantastyka, która ani nie nudzi, ani nie zawodzi. Ot lekka rozrywka na popołudnie z tomikiem japońskiej opowieści graficznej w ręku.


Mangę kupicie tutaj: