niedziela, 23 sierpnia 2020

Dr. Stone #5 - Riichiro Inagaki, Boichi

WALKA O WŁADZĘ


„Dr. Stone” trwa. I znów dla zainteresowanych tematem wystarczy powiedzieć, że to po prostu shounen, by wszystko było już jasne. Cała reszta w tym miejscu musi wiedzieć, że seria ta po prostu kawał dobrej, dynamicznej opowieści science fantasy, w której nie brak walk, łagodnej erotyki i tym podobnych atrakcji. A wszystko to osadzone w przygodowej fabule, która nie nudzi ani przez  moment, ale za to zapewnia całkiem solidną dawkę dobrze narysowanej, niezobowiązującej rozrywki.


Jeśli chodzi o fabułę tego tomu, to można ja podsumować w najprostszy sposób: zaczyna się turniej o przywództwo nad wioską. Kinro staje do walki z Magmą. Co z tego wyniknie? Kto wygra? I co jeszcze się wydarzy?


Może sam pomysł na to, by wrzucić bohaterów w swoistą drugą epokę kamienia łupanego nie jest zbyt odkrywczy, ale nie zmienia to faktu, że świetnie się sprawdza. Tym razem dla odmiany nie mamy tu do czynienia z podróżą w czasie (jak choćby w pamiętnych albumach „Kaczor Donald i wehikuł czasu” czy „Wolverine – Jason Aaron, tom 3”), a świat odległej przyszłości, gdzie ludzkość cofnęła się w rozwoju i musi na nowo odnaleźć swoje miejsce i odzyskać to, co osiągnęła. Pomaga jej w tym fakt, że to nie nowe pokolenie, a zamieniona w kamień generacja z naszych czasów – w tym jeden geniusz, potrafiący ratować to wszystko – z jednej strony mają ułatwione zadanie, z drugiej muszą zmagać się z problemami, jakich nie mieliby gdyby nie ich intelekt i wiedza. A wszystko to zabawnej opowieści, która jednocześnie potrafi czegoś nauczyć.


Oczywiście „Dr. Stone” to manga dla nastoletnich chłopców, a co za tym idzie trafia w ich gusta. Z głównymi bohaterami mogą się więc identyfikować, choć raczej na zasadzie „ja też chciałbym taki być” niż jakiejkolwiek innej. Do tego dochodzi akcja, walki, dynamika, dużo pięknych dziewczyn i odrobina erotyki. Młodzież lubi się śmiać, więc powodów do tego nie brakuje, a przy okazji każdy z docelowych odbiorców chce porządnej porcji adrenaliny – i to także dostaje.


Oczywiście „Dr. Stone” nie robiłby takiego wrażenia, gdyby nie znakomite ilustracje. Boichi to znakomity mangaka, który nawet w swoich bardziej uproszczonych graficznie pracach stara się upchnąć jak najwięcej detali. Przez to rysunki, jakie wychodzą spod jego ręki są zarówno ekspresyjne, jak i realistyczne i budują znakomity klimat.


Kto więc lubi shouneny, koniecznie powinien tę serię poznać. Nie jest ona może szczególnie odkrywcza czy zaskakująca, ale na pewno dobrze się sprawdza jako niezobowiązująca rozrywka. A o to przecież chodzi.


Dziękuję Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza