sobota, 29 sierpnia 2020

Dragon Ball Super #10: Moro no Negai - Akira Toriyama, Toyotarou

ŻYCZENIE MORO


Już niedługo po polsku pojawi się nie tylko anime comics „Dragon Ball Super: Broly”, adaptacja całkiem przyzwoitego filmu pod tym samym tytułem, ale też i kolejne tomiki regularnej serii, pokazujące co działo się potem. A jakie są to tomiki? Cóż na pewno nie oparte na anime „Super Dragon Ball Heroes”, kontynuującym serię, na pewno też już mocno wtórne, nadal jednak jest to „DB”, który chce się czytać i odkrywać, co Toriyama dla nas przygotował.


Walka z Moro trwa. Gokū i Vegeta stawiają mu czoła, nie mając jeszcze pojęcia z czym tak naprawdę będą się mierzyć. Ich wróg nie jest może potężny, ale jak się szybko okazuje, potrafi przyswoić sobie energię całej planety i wszystkiego, co na niej żyje i tym właśnie ich atakuje. Już to byłoby sporym problemem, ale prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają, kiedy nasi herosi odkrywają, że Moro ukradł także ich energię i nie mogą się przemienić.

Czy powrót Buu z uwiezionym w nim Bogiem Wszechświata zdoła odmienić losy bitwy na Nowym Namek? Jakie jest życzenie Moro? I jaką rolę w tym wszystkim odegra Galaktyczny Patrol?


Pierwsza połowa dziesiątego tomiku „Dragon Ball Super” nie zachwyca. Nie wiem jak to się stało, że Toriyma po zaadaptowaniu anime „DBS” na potrzeby mangi postanowił kontynuować serię, ale chyba zrobił to nie dlatego, że miał pomysł. Moro jako wróg wygląda nieciekawie, a przecież „DB” dobrymi wrogami zawsze stało. Pomysł na jego moce jest niezły, ale wszystko to nagle zaczyna rozmywać się we wtórności. Bo póki co „Saga Więźnia Galaktycznego Patrolu” to jedna wielka kopia „Sagi Friezera” – znów Namek, znów szukanie tam kul, znów bohater, z którym Gokū sobie nie radzi, znów podobne sceny z zabijaniem Nameczan i tylko Vegeta tym razem staje w ich obronie… Co nie przekonuje.


Co się jednak dziwić. Całe „Dragon Ball Super” było jedną wielką kopią wcześniejszych pomysłów, tak z serii „Z”, jak i nawet „GT” (kosmiczne smocze kule). Na szczęście Toriyama zawsze potrafił wykrzesać z siebie coś więcej i tak jest także w przypadku tego komiksu. Tomik w drugiej połowie zaczyna się rozkręcać, dynamika walki wciąga, lepsze stają się też ilustracje, kiedy Toyotarou musi przygotowywać bardziej szczegółowo rozrysowane sceny starć, a i kilka elementów – choćby wspomnienia walki z Buu – wypada dobrze.


Szkoda jednak, że to tylko powtórka z rozrywki. Wróg nie robi wrażenia, bohaterowie wydają się być inni niż kiedyś, a nowe postacie nie intrygują tak, jak powinny. Na razie mam wrażenie, że Toriyama lepiej bawił się odtwarzając w formie mangi to, co sam wymyślił na potrzeby serialu i co stworzyli scenarzyści anime, niż wymyślając – chyba na siłę – kolejny story arc. Wciąż jednak cieszę się, że mogę czytać nowe przygody Gokū. Może i nie ma w nich oryginalności, ale to wciąż „Smocze kule”, nic więcej prawdziwemu miłośnikowi tej opowieści nie trzeba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz