środa, 30 września 2020

Porady Praktycznego Pana - Tadeusz Baranowski

PRAKTYCZNE PORADY PEWNEGO PANA


Porady Praktycznego Pana, które wpadły w moje ręce dzięki księgarni TaniaKsiazka.pl, to jeden z tych tytułów stworzonych Tadeusza Baranowskiego, na wznowienie których chyba najbardziej czekałem. Autor ma w swoim dorobku o wiele ważniejsze i lepsze komiksy, ale ten jest dość szczególną pozycją w jego bibliografii. I przy okazji to po prostu rewelacyjny komiks, przy którym czytelnik śmieje się, ale jednocześnie nie jest to śmiech bezrefleksyjny.


Poznajcie Praktycznego Pana. To człowiek, który każdemu doradzi, zna odpowiedź na każde pytanie, a i nie boi się podejmować żadnego tematu. I nie zawsze mu po drodze z logiką. Ale nie waha się każdemu doradzić w nurtujących go problemach, które wymagają szybkiej interwencji.

A jakie są to problemy? Wszelakie, bo życiowe. A jak życie, to wiadomo: seks. Dużo seksu. Zdrady, małżeństwa, niezdolność do pokazania w łóżku tego, na co powinno nas być stać… Ale są też i kwestie przyjaźni, pracy, pieniędzy, urlopu, emerytury… Cóż, tematy alkoholu i papierosów też padają, bo w końcu to porady dla ludzi dorosłych, a z dorosłymi wiadomo, jak to bywa. Ale cokolwiek nie wymyślicie, jakiejkolwiek pomocy byście nie szukali – czy dotyczy ona waszego ciała, hobby, czy czegokolwiek innego – na Praktycznego Pana zawsze możecie liczyć!


Tadeusz Baranowski to autor, który zasłynął mocno satyrycznymi i absurdalnymi komiksami dla dzieci. „Antresolka profesorka Nerwosolka”, „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” czy „Przygody Orient Mana” to tytuły, które każdy dobrze zna, czytał i ceni. Inaczej być nie może. Ale w swoim dorobku autor ma kilka nietypowych pozycji. Jedną z nich są komiksy robione na rynek frankofoński, w tym te rysowane do scenariuszy tamtejszych autorów. Drugą są „Porady Praktycznego Pana”. Co je wyróżnia? Przede wszystkim to, że są przeznaczone stricte dla dorosłych.


Cała reszta jednak pozostała taka sama. Jest tu humor – sytuacyjny, słowny, obrazkowy, ale zawsze mocno satyryczny i absurdalny. Jest akcja zawężona do krótkich epizodów. Są te obłe rysunki, za które Baranowskiego kochamy. Jest też wreszcie ten klimat, który nas kupuje. Z tym, że dużo w tym erotyki i wulgarności. Ale podanych tak, że bawią, cieszą, nie obrażają inteligencji czytelnika, za to są trafne i bardzo udane.


Pamiętam, jak „Przygody Praktycznego Pana” urzekły mnie, kiedy lata temu czytałem je w piśmie „Świat Komiksu”. Pierwsze albumowe wydanie jednak jakoś mnie ominęło. Teraz na szczęście historie te powracają w nowej edycji i jeśli jeszcze nie macie ich na swojej półce, koniecznie rozejrzyjcie się za nimi wśród wydawniczych nowości. Bo to świetny, momentami rewelacyjny komiks, który czyta się tak, jak ogląda się najlepsze kabaretowe skecze. Oczyszczający śmiech i nuta refleksji gwarantowana. A całość dodatkowo bardzo ładnie prezentuje się na półce.



Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.






wtorek, 29 września 2020

Faithless #1 - Brian Azzarello, Maria Llovet

JEŚLI SPOGLĄDASZ W OTCHŁAŃ…


Erotyka to jeden z najniższych jakościowo gatunków – nieważne w literaturze to, kinie, czy komiksie. Odpowiednik śmieciowego jedzenia i „muzyki” (tak, należę do tych ludzi, którzy muzyką tego gatunku nazwać nie są w stanie) disco polo. Są wyjątki od tej reguły, z tym, że wtedy trudno jest mówić o dziełach erotycznych, a zupełnie innym gatunku, jedynie erotyką przesyconym. I tak jest właśnie w przypadku „Faithless (tytułu otrzymanego dzięki uprzejmości księgarni TaniaKsiazka.pl), nowej serii od Briana Azzarello, łączącej fantastykę z seksem i nagością. Brzmi kiczowato? Ale dzięki talentowi ojca „100 naboi” opowieść ta zmienia się w naprawdę dobrą, wartą poznania historię. Oczywiście skierowaną do dorosłego czytelnika.


Miłość. Seks. Odkrywanie siebie. Magia.
Poznajcie Faith, dziewczynę, jakich wiele. Z tym, że ona akurat jest nieco inna od reszty, bo pasjonuje się magią. Może i jest to dziwne, ale jakiś cel w życiu trzeba sobie znaleźć, prawda? Jej przyjaciele nie widzą w tym nic złego, problem jednak jest taki, że magia rzeczywiście działa. Ale jak wiadomo, jeśli człowiek zbyt długo spogląda w otchłań, otchłań zaczyna spoglądać na niego. A skoro jest magia, są też i inne rzeczy, w które ludzie mogą wierzyć albo nie, a które mogą wywrzeć wpływ na Faith. Tylko jaki on będzie?


Nie chcąc za bardzo zagłębiać się w treść i zdradzać Wam szczegóły, bo na tym etapie opowieści nie mogę odnieść się do wielu elementów, do których chciałbym, ale postaram się opowiedzieć Wam o „Faithless” to i owo bez wnikania w te drobiazgi. A zatem dzieło Azzarello nie jest oryginalne. Nie jest też szczególnie pomysłowe. Trudno jednak w opowieści mocno skoncentrowanej na erotyce szukać czegoś nowatorskiego. Tak samo trudno jest to znaleźć w połączeniu seksu i fantastyki – udało się to nielicznym, jak chociażby Chuckowi Palahniukowi. Ale w tej serii nie chodzi o serwowanie fabularnych nowości, a dobre wykonanie. O żonglowanie motywami i schematami, bawienie się opowieścią i uczynienie z erotyki czegoś, co mogliby przeczytać czytelnicy mający zbyt wiele ambicji, by sięgać po tytuły do niej zaliczane.


I dokładnie to oferuje nam „Faithless”. Jeśli chodzi o komiksy traktujące o seksie, jest to jedna z najlepszych serii. Pełna i typowej erotyki, i pełnych namiętności scen, i obyczajowych momentów, i bardziej dynamicznych scen, zapewni dobrą rozrywkę na udanym poziomie. Do tego wszystkiego dochodzi znakomita szata graficzna, prosta, czysta, klasyczna wręcz, uzupełniona o stonowany, wyśmienicie pasujący do niej kolor (komiksy erotyczne zawsze były dopracowane pod względem estetycznym, ale i tak warto to docenić) i świetnie wydana.


Cenicie komiksy Azzarello? Chcecie opowieści erotycznej, która przekona Was, że nawet ludzie inteligentni mogą czytać reprezentantów tego gatunku? A może po prostu dobrego komiksu dla dorosłych? To jest rzecz dla Was.



Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.







Asteriks #5: Wyprawa dookoła Galii - Rene Goscinny, Albert Uderzo

TOUR DE GAULE


Po pewnej przerwie od kolejnych „Asteriksów” dziś powracam do Was z recenzją klasycznego, piątego tomu cyklu. „Wyprawa dookoła Galii, otrzymany przeze mnie z księgarni TaniaKsiazka.pl, bo o nim mowa, to po raz kolejny kawał świetnej rozrywki dla czytelników w każdym wieku. Rozrywki satyrycznej, pełnej akcji, humoru, ponadczasowych prawd i równie ponadczasowej jakości.


Rzymianie nie raz chcieli już się pozbyć naszych bohaterów na różne sposoby. Teraz znajdują jednak pomysł, który wydaje się idealny do ich pokonania – wybudowana dookoła wioski palisada ma odciąć naszych bohaterów od reszty świata. Bez szans na wydostanie się za nią, będą musieli poddać się cesarstwu Rzymskiemu. Prawda? Niekoniecznie. Asteriks jest bowiem przekonany, że bez trudu mimo to zdoła wydostać się, zwiedzić całą Galię i nawet z każdego miejsca przywieść coś na dowód. Zakłada się o to z Rzymianami i… Właśnie, czy zdoła wygrać?


Na pomysł tego wydanego pierwotnie w 1963 (w formie odcinkowej – w formie albumu zaś dwa lata późnej) tomu René Goscinny wpadł pod wpływem wyścigu Tour de France. Tak prostą ideę przekuł jednak w jeden z najlepszych komiksów serii, który w bezlitosny, ale jednak łagodny i zabawny sposób obnaża i obśmiewa wszelkiej maści francuskie stereotypy. Bo nie ma się co oszukiwać, najlepiej w tej serii Goscinnemu od zawsze wychodziło żonglowanie humorem opartym na stereotypach właśnie, a także zabaw historycznymi odniesieniami. A tych drugich – jak zawsze zresztą – jest w „Wyprawie dookoła Galii” dużo.


Oczywiście nie jest to humor, który mógłby kogokolwiek obrazić, pod warunkiem, że czytający ma dystans do siebie. Polaków to nie dotyczy, fabuła skupia się w końcu na terenach obecnej Francji, ale myślę, że niejedną przywarę odnieść można nie tylko do tego regionu. Przede wszystkim jednak ten tom „Asteriksa”, jak wszystkie pozostałe zresztą, to bardzo dobra, dynamiczna historia przygodowa, w której dzieje się wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Na dzieci czeka tu porzucająca historia o przyjaźni i zmaganiach z przeciwnościami losu, na dorosłych zaś satyryczna opowieść o życiu i ludzkich trudach, ukazanych w krzywym zwierciadle.


Wszystko to zaś tradycyjnie wieńczy urzekająca szata graficzna. Przepiękna w swej prostocie i cartoonowści kreska Uderzo, w której nie brak zarówno uroku, jak i bogactwa detali, uzupełniona została o znakomity, prosty, ale jednak nie przesadnie uproszczony kolor, a wszystko to uzupełnia nieodzownie bardzo dobre wydanie. Nic więcej chyba dodawać nie trzeba.


Chcecie dobrego komiksu dla całej rodziny? Czegoś, co każdemu zapewni rozrywkę na poziomie i jednocześnie rzeczy, do której będziecie wracać? Sięgnijcie w ciemno po ten, jak i pozostałe albumy, których wznowienie wciąż dostępne są wśród wydawniczych nowości. Nie zawiedziecie się na pewno.




Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.






poniedziałek, 28 września 2020

Rok 1984 - George Orwell, Fido Nesti

WHO WATCH THE BIG BROTHER?


Trudno do końca orzec, które z dzieł Orwella – czy „Folwark zwierzęcy”, czy może „Rok 1984” – jest tym najsłynniejszym. Oba jednak zapisały się złotymi zgłoskami nie tylko w dziejach literatury, ale i szeroko pojmowanej kultury. I oba też doczekały się udanych powieści graficznych. Pierwszy z tytułów niedawno gościł na polskim rynku, teraz na księgarskich półkach pojawia się komiksowa adaptacja „Roku 1984” i, co tu dużo mówić, jest to naprawdę znakomity komiks, który książki co prawda nie zastąpi (nie, że czegoś mu fabularnie brak, bo to nieprawda, po prostu taką klasykę każdy powinien poznać), niemniej to po prostu znakomita, skłaniająca do zastanowienia wersja, od której trudno jest się oderwać.


Witajcie w Oceanii roku 1984. Tutaj swobodne myślenie jest uznawane za zbrodnię, ludzie są zniewoleni, kłamstwo zostało zinstytucjonalizowane, a nad wszystkim czuwa Wielki Brat. Właśnie w takim świecie żyje Winston Smith, człowiek jakich wiele, który pewnego dnia postanawia się zbuntować. Zakochany w pięknej Julii, marzący o wolności mężczyzna podejmuje nierówną walkę z systemem…


Jeśli chodzi o powieści traktujące o zmaganiach ludzi z machiną wielkiej instytucji, która mieli każdego w swoich trybach, zniewoleniu względem siły wyższej i tym podobnych, antyutopijnych kwestii, największym dokonaniem pozostanie dla mnie „Proces” Franka Kafki. Pewnie powiedziałbym też, że od „Roku 1984” wolę „Fight Club”, gdyby ten wybitny twór Chucka Palahniuka rzeczywiście o tym traktował. Ale nie zmienia to faktu, że legendarna powieść Orwella to prawdziwe arcydzieło w swoim gatunku. Rzecz ponadczasowa, tak samo aktualna teraz, jak i w chwili premiery w 1949 roku i robiąca równie wielkie wrażenie. Wszystko dzięki zaangażowanej treści, wyśmienitemu stylowi, głębi, przesłaniu, ambicji – czyli tym rzeczom, których współczesnej literaturze tak bardzo brakuje.


I adaptacja dokonana przez Fido Nestiego dobrze wszystko to przenosi na język komiksu. Jak to było w przypadku powieści graficznej „Folwark zwierzęcy”, tak i tu treść wiernie trzyma się litery pierwowzoru. Owszem, Nesti musiał czasem pójść na skróty, a czasem skondensować opowieść, niemniej zrobił to w dobrym stylu. Treści jest tu dużo, na ponad dwustu stronach autor zmieścił sporo tekstu, ale i tak najważniejsze w przypadku powieści graficznych adaptujących inne utwory są ilustracje. I te też nie zawodzą. Kreska Nestiego jego prosta, utrzymana w cartoonowej niemalże estetyce, ale w połączeniu ze stonowanym, mrocznym kolorem (pod tym względem album kojarzy się z filmami i komiksami traktującymi o PRL-u, gdzie dominują szarości), znakomicie pasuje do treści.


Kto lubi Orwella i dobre komiksy z ambicjami, powinien „Rok 1984” poznać. Szczególnie jeśli ma na swojej półce takie komiksowe tytuły, jak „Folwark zwierzęcy” i „Orwell”. Ja ze swej strony polecam gorąco.


I dziękuję wydawnictwu Jaguar za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







niedziela, 27 września 2020

Luminous=Blue – Kiyoko Iwami

W OBIEKTYWIE APARATU


Jednotomówki Waneko to linia wydawnicza zdominowana głównie przez obyczajowe opowieści. Tutaj nawet, kiedy dostajemy fantastykę (jak w wydanym niedawno „Halu”), rządzą przede wszystkim życiowe elementy, a nieliczne odejście do tego schematu – jak choćby w znakomitej „Wypaczonej” – wydają się być tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę. Nie inaczej jest z „Luminous=Blue”, kolejnej opowieści typu okruchy życia, która może nie wszystkim przypadnie do gustu, niemniej swój urok ma i jeśli lubicie jednotomowe mangi, nie pożałujecie lektury.


Poznajcie Kou, licealistkę, która poza fotografowaniem nie widzi świata. Dosłownie. Kiedy poświęca się swojej pasji, potrafi tak bardzo zapomnieć o otaczającej ją rzeczywistości, że aż ją samą ten fakt martwi. Do tego w nowej szkole poznaje dwie dziewczyny – Amane i Nene –wydające się być idealnymi modelkami do jej zdjęć na konkurs fotograficzny, który Kou chciałaby wygrać. Nie wie jednak jeszcze co łączy obie dziewczyny…


Jednotomówki to najczęściej albo adaptacje filmów anime tudzież książek typu light novel, albo krótkie historie, które w magazynach zapewne się nie przyjęły na tyle dobrze, by przerodzić w pełnoprawne, wielotomowe serie. Nie zawsze znaczy to jednak odcinanie kuponików od kinowego czy telewizyjnego hitu bądź popularnej lektury, ani słabą opowieść. Tak to już w świecie wydawniczym bywa, że czasem nawet znakomita historia nie trafi na podatny grunt. A czasem po prostu autor ma konkretny zamysł stworzenia krótkiej historii i tak to już bywa.


Jak było z „Luminous=Blue”, nie wiem, ale czy naprawdę ma to znaczenie? Jest to w końcu typowa manga swojego gatunku, ani gorsza, od innych jego przedstawicieli, ani lepsza. Szkolne życie, tajemnica, obyczajowe wątki, nuta miłości… Wiecie doskonale jak to jest. Nie jest to wybitna opowieść, nie poruszyła mnie do łez, nie sprawiła, że bezwiednie zaciskałem pięści (co zdarzyło mi się ostatnio podczas oglądania „Weathering with You” Makoto Shinkaia), ale i tak bawiłem się dobrze.


Bo „Luminous-Blue” to po prostu lekka, prosta i sympatyczna manga gatunkowa. Łatwa i przystępna w odbiorze, nie szukająca ambitnych wątków ani przesłania, za to skupiona na dostarczeniu przyzwoitej rozrywki miłośnikom takich klimatów. I to oferuje, na dodatek podane z równie nieskomplikowaną, ale pasującą do treści szatą graficzna, która dobrze to wszystko uzupełnia i uzupełnione o tradycyjnie dobre wydanie.


Kto lubi jednotomówki w obyczajowych klimatach, nie zawiedzie się. Krótka, szybka rozrywka bliska życia zapewniona. Nic więcej chyba dodawać nie trzeba, prawda?


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








sobota, 26 września 2020

The X-Files: Complete Season 11 - Joe Harris, Matthew Dow Smith

OSTATECZNA ROZGRYWKA


Niniejszy tom to zbiór ośmiu zeszytów, które złożyły się na komiksową wersję jedenastego sezonu serialu „Z archiwum X”. Jedenastego i ostatniego. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że to adaptacja produkcji telewizyjnej. „The X-Files: Complete Season 11” powstał w czasach, kiedy ta była jedynie pieśnią przyszłości i miał (razem z komiksowym sezonem 10) dokończyć losy bohaterów. I robi to w sposób konsekwentny i pod wieloma względami lepszy od tego, co potem widzieliśmy na ekranach naszych telewizorów.


Fabuła tomu składa się z kilku krótkich opowieści, stanowiących tak naprawdę jedną długą historię mitologiczną. Po manipulacjach Gibsona, który stał za wszystkimi wydarzeniami, Mulder musiał uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. Teraz działa z pewną grupą, chcąc odzyskać rozbitego satelitę. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ten został zestrzelony przez coś z kosmosu.

Tymczasem Scully zmaga się zarówno z kolejnymi przesłuchaniami w sprawie swojego byłego już partnera, jak i pracą. Wkrótce losy obojga przetną się w ostatecznym starciu, gdy Gibson zacznie przygotowania do inwazji kosmitów. Jakie są jednak jego plany? I co z tego wszystkiego ostatecznie wyniknie?


Serialowy sezon 11 „Z archiwum X” miał zakończyć produkcję, a jednocześnie zostawić wiele otwartych furtek. Po finale widzowie nie wiedzieli już kto przeżył, a kto zginął, dlaczego William tak naprawdę był aż tak ważny zarówno dla planów Palacza, jak i Nowego Syndykatu (tropy, które dostaliśmy nie miały większego sensu), a cały spisek z kosmitami i związane z tym kwestie znów zaczęły rozchodzić się w szwach. Komiksowy sezon 11 jest inny. Też nie odpowiada na wszystkie pytania (wątek Williama jest tu nieobecny), ale za to finał jest tu bardziej konsekwentny i można rzec ostateczny.


Ale przez pierwszą połowę tomu wieje nudą. Nie ma tu miejsca na odcinki typu monster-of-the-week, więc fabuła pędzi w kierunku wielkiego finału, ale jest bez sensu przegadana i w zasadzie całe to wprowadzenie niewiele wnosi. Scenarzysta wraca tu do wątku kanibali z czwartego sezonu, zapowiadając powrót Gibsona do spraw, których Mulder nie zakończył, ale kończy się to na tej jednej, ukazanej czasem w śmieszny wręcz sposób. Dopiero finał przyspiesza, zaczyna być ciekawy i nadrabia wszystkie niedociągnięcia. I nawet satysfakcjonuje, czego się nie spodziewałem, szczególnie że wątek przesunięcia się w czasie inwazji pozostaje rozgrzebany i niewyjaśniony. Aż żal, że w Polsce wydawanie tej serii komiksowej przerwano po dwóch z sześciu tomów. Dla tych jednak, którzy chcieliby wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi i jak kończy się sezon 11, krótkie streszczenie poniżej:


Jak już wiecie, za wszystkim stał Gibson, który w finale przygotowuje inwazję, bo na Ziemi czuje się – nomen omen – wyalienowany. Dla kosmitów znajduje sposób zniwelowania działania zabójczego dla nich magnetytu i ściąga statki inwazyjne. Rzecz w tym, że wszystko to robi by ich zniszczyć. Dzięki swym mocom widzi przyszłość, dlatego też uczynił z Muldera wyrzutka, by przekonać obcych, że rzeczywiście działa po ich stronie. Wie też, że magnetyt znów zacznie działać. I zaczyna w chwili, gdy dochodzi do inwazji. Gibson najprawdopodobniej ginie wraz z kosmitami w rozbłysku światła, kiedy pierwiastek zaczyna oddziaływać. Inwazja zostaje powstrzymana – czy ostatecznie, czy nie, nie wiadomo – a Mulder, Scully i Skinner, obecni na miejscu, wykonują pierwszy krok na drodze do nowego rozdziału ich życia. I to tyle.


Nie jest to co prawda finał idealny, ale dobrze podsumowuje wszystko. Nie każda odpowiedź, która powinna padła, nie każdy wątek jest udany, ale po wszystkim cieszę się, że przeczytałem całość. Bo to dobry finał, dobrze, choć prosto narysowany, mający swój klimat i przypominający o wątkach, o których twórcy serialu najwyraźniej zapomnieli. Jeśli więc lubicie „Archiwum” i będziecie mieli kiedyś okazję przeczytać te komiksy, nie wahajcie się – nie zawiodą Was.

piątek, 25 września 2020

Zbudź się, śpiąca królewno #1 – Megumi Morino

ŚPIĄCA KRÓLEWNA Z NAWIEDZONEGO DOMU


Dawno nie czytałem żadnej nowej klasycznej szojki z tajemnicą w tle. „Zbudź się, śpiąca królewno” co prawda nie wydawało się opowieścią szczególnie intrygującą, bo już wiele podobnych do niej przewinęło się przez moje ręce – że wspomnę tylko „Strażnika domu Momochi” czy „Fruits Basket” – ale na szczęście okazała się bardzo sympatyczną propozycją. Kto więc lubi podobne klimaty będzie zadowolony.


Ale po kolei. Na początek kilka obowiązkowych słów o treści. A zatem:

Głównym bohaterem opowieści jest chodzący do liceum Tetsu Misato, który z pewnych przyczyn musi zarabiać pieniądze. Czym się zajmuje? Pomaga w rezydencji Karasawów, miejscu owianym złą sławą – nie przypadkiem doczekało się przecież miana „nawiedzonego domu na wzgórzu”. Ale to nie dom zdaje się skrywać największą tajemnicę, a córka jego właścicieli, mieszkająca w oddalonym od budynku domku dla gości Shizu, której melancholijny uśmiech oczarowuje Tetsu. Rzecz w tym, że dziewczyna dziwnie się zachowuje. Co się za tym kryje? Dlaczego nie mieszka w domu wraz z innymi? I co tu się właściwie dzieje?


Jak widzicie po powyższym, „Zbudź się, śpiąca królewno” to typowe shoujo jakich wiele. Młodzi bohaterowie, tajemnice, uczucia… Każdy fan gatunku zna to doskonale, widział nie raz w najróżniejszych konfiguracjach i wersjach… i jeśli lubi ten schemat, ma ochotę na więcej. I właśnie tym więcej jest manga Megumi Morino, która podąża jasno wytyczonymi ścieżkami gatunkowymi, ściśle trzymając się szojkowych prawideł.


Oczywiście nie tylko miłośnicy dziewczyńskich mang znajdą tu coś dla siebie. W końcu jednym z nośników samej fabuły jest tajemnica, a to już wątek znajdujący się ponad podziałami na płcie. Oczywiście i ona jest ukazana w kobiecym ujęciu, z pewną delikatnością, zwiewnością i w sposób pasujący do całej reszty. A ta reszta jest niespieszna, prosta, może i nie zaskakująca, bo i zaskakiwać nie ma czym, ale mająca swój urok, klimat i dostarczająca niezłej, lekkiej, nieskomplikowanej zabawy każdemu zainteresowanemu tematem.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to również ona jest ze wszech miar typowa dla gatunku. Proste ilustracje, brak nadmiaru czerni, lekkość kreski… Standard, ale w dobrym wykonaniu zawsze dobrze się sprawdza, a w przypadku tej serii grafiki są dobre. Momentami nawet bardzo.


Kto więc lubi szojki, na pewno się nie zawiedzie. Przeciwników co prawda „Śpiąca królewna” nie przekona, ale jak zawsze liczą się tylko fani. A że oni będą zadowoleni, cel został osiągnięty.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








czwartek, 24 września 2020

Raport W. Opowieść rotmistrza Pileckiego - Gaétan Nocq

INFILTRACJA AUSCHWITZ


Kiedy tylko w kalendarzu pojawiają się takie daty, jak rocznica powstania warszawskiego czy wybuchu drugiej wojny światowej, rynek wydawniczy zaczyna zapełniać się powiązanymi z nimi pozycjami. Jak widać jego komiksowa część też nie zostaje daleko w tyle. „Raport W” jednak to powieść graficzna, której warto się przejrzeć się nawet jeśli macie już dość tej tematyki, bo to naprawdę znakomity komiks. Co prawda jeśli chodzi o historie traktujące w ten czy inny sposób o czasach największego konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości nadal niepobity zostaje „Maus”, niemniej historia przedstawiona w tym albumie o wiele bardziej warta jest uwagi, niż można na pierwszy rzut oka sądzić.


Jest rok 1940. Witold Pilecki trafia do obozu koncentracyjnego w Auschwitz z misją zbudowania tam ruchu oporu i wywołania powstania. Jego dwu i pół letni pobyt nie kończy się wykonaniem misji, ale dzięki pisanym przez niego raportom świat będzie mógł dowiedzieć się o tym, co działo się za bramą z napisem „Arbeit macht frei”.


Większość pozycji traktujących o drugiej wojnie światowej to rzeczy, w których albo jednoznacznie pochwala się bohaterów, albo jednoznacznie potępia ludzi za nią odpowiedzialnych. Bardziej ludzkiego wymiaru, w którym dostrzec można by o wiele więcej barw człowieczej moralności brakuje – a przecież jak każdy wie dobro i zło istniało po obu stronach barykady. Czy inaczej jest z „Raportem W”? I tak, i nie. To po prostu relacja Witolda Pileckiego z zastanego stanu rzeczy. Szokującej rzeczywistości, która dla niezliczonych osób stała się piekieł zakończonym śmiercią. Koszmarem niezliczonych osób skazanych za nic na nieludzkie męczarnie.



I jest to relacja zarówno wciągająca i poruszająca, jak i wierna pierwowzorowi Pileckiego. Owszem są tu pewne zmiany względem pierwotnego tekstu, czasem autor coś ujął, czasem dodał, ale pozostał skupiony na jak najdokładniejszym oddaniu tego, co chciał – historii swojego bohatera. I zrobił to w sposób, który docenili czytelnicy i krytycy, tworząc solidnych rozmiarów powieść graficzną, od której trudno się oderwać, chociaż porusza tematy, jakich nie czyta się ani łatwo, ani lekko, ani tym bardziej przyjemnie.


Za to z przyjemnością ogląda. Grafiki nie są skomplikowane, ich kolorystyka w każdej z części opowieści jest stonowana, utrzymana w jednym, konkretnym odcieniu, ale same rysunki są realistyczne, kolor dobrze dobrany, a całość autentycznie wpada w oko i doskonale pasuje do opowieści. Wszystko to wieńczy bardzo dobre wydanie – duży format, dobra jakość papieru i dobra cena. Kto lubi historie wojenne, komiksy biograficzne albo po prostu dobre opowieści graficzne niezależnie od tematu, powinien „Raport W’ poznać.


Dziękuję wydawnictwu Marginesy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Spy×Family #3 - Tatsuya Endou

SPY X HARD


Trzeci tom „Spy x Family” pojawił się wreszcie na rynku. Wreszcie, bo seria ta, do której podchodziłem zresztą ze sporym sceptycyzmem, kupiła mnie do tego stopnia, że z tomiku na tomik coraz bardziej nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Nic w tym jednak dziwnego, bo rzecz jest tak pełna uroku i łagodnego humoru, że wprost nie mogę się od niej oderwać i potrafi rozbroić mnie tak bardzo, że po skończeniu kolejne części aż czuję żal, że to już koniec i teraz znów trzeba będzie czekać na kolejne rozdziały.


To się porobiło! Yor wzięła ślub, żeby móc ukryć przed innymi, że jest płatną zabójczynią. Wszystko szło dobrze, dopóki jej brat, Yuri, nie postanowił jej odwiedzić. Teraz zjawia się w domu jej i męża (agenta, który musiał znaleźć sobie „rodzinę” by wykonać misję), by zobaczyć co tam dzieje się u ukochanej siostry. Rzecz w tym, że nie dość, iż on sam ma sporo do ukrycia (jest w końcu członkiem tajnej policji, o czym nikt nie ma pojęcia!), to jeszcze kocha swoją siostrę aż za bardzo i zaczyna podejrzewać, że z jej związkiem jest coś nie tak. Nie podoba mu się szwagier, nie podoba co się dzieje, Yur i jej „rodzinka” będą musieli udowodnić, że rzeczywiście są tym, kim twierdzą. Jak wyjdą z tego nieoczekiwanego wyzwania, które może tak wiele skomplikować w ich i tak szalenie pokręconej sytuacji? A to przecież nie koniec, bo na córkę obojga czekają szkolne wyzwania…


Kiedy zaczynałem czytać „Spy x Family”, seria nie do końca mnie kupiła. Liczyłem na szaloną komedię, która z każdej strony będzie atakowała mnie najróżniejszymi gagami i parodiowała najważniejsze schematy opowieści sensacyjnych. Tymczasem okazało się, że rzecz jest bardzo łagodna pod tym względem, humor wręcz stonowany, podany niemalże z angielską flegmą… Co okazało się strzałem w dziesiątkę. Rzecz w końcu jest mocno osadzona w angielskich klimatach. Ubrany w garnitur, dystyngowany szpieg-dżentelmen niczym James Bond, świat rodem z jakiegoś europejskiego kraju… Jak na mangę jest to dość nietypowe podejście, na pewno inne niż oczekiwałem, ale jak się okazało lepsze niż mogłem sądzić.


Największą gwiazdą całości pozostaje jednak i tak „córka” pary głównych bohaterów. To adaptowane, trochę sepleniące dziecko potrafiące czytać w myślach autentycznie urzeka i rozbraja. Szczególnie, gdy wpada w swoje humorzaste zachowanie (foch za 3… 2… ;) ) albo na swój nieco nieogarnięty sposób odbiera świat. Oczywiście nie zawodzi też akcja, jej niespieszne tempo, spokojne podejście i… szaleństwo, które potrafi zaatakować znikąd.


Dodajcie do tego świetną szatę graficzną i znakomite wydanie i dostaniecie kolejną mangę komediową absolutnie wartą poznania. Poprawia humor, wciąga, rozbraja. Czego chcieć więcej? Chyba tylko jak najszybszego wydania kolejnego tomiku.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








środa, 23 września 2020

My Hero Academia: Akademia Bohaterów #22 - Kohei Horikoshi

WALKA KLAS


Nastoletni bohaterowie powracają by raz jeszcze pokazać, na co ich stać. Ani pierwszy to taki pokaz, ani tym bardziej ostatni… ale co z tego, skoro czyta się to znakomicie, jeszcze lepiej ogląda i chociaż tekstu jest dużo, nie ma tu miejsca na nudę. Za to zabawa jak zwykle jest przednia i przypomina czytelnikom raz po raz za co tak bardzo shouneny kocha się na całym świecie – nie tylko w grupach docelowych, czyli nastoletnich chłopców.


Przygotujcie się na walkę klas. Uczniowie z klasy A i B stają ze sobą do walki w trakcie wspólnego treningu. Każdy się udoskonalił, każdy opracował nowe techniki, każdy jest też bardziej wprawiony w swoim zawodzie. Co z tego wyniknie? Kto okaże się lepszy? I co takiego znów nawywija nasz drogi Bakugo?


„My Hero Academia” to typowy komiksowy bitewniak – nic dodać, nic ująć. Cała fabuła, cały główny motyw, siła nośna i największa atrakcja tej serii to kolejne starcia z wymyślanymi przeciwnikami, których nigdy nie brakuje. W odróżnieniu od wielu podobnych serii jednak ma tu konkretne umotywowanie, bo w końcu bohaterowie uczą się na superbohaterów, a w świecie, gdzie większość ludzi ma supermoce i nie każdy zamierza wykorzystywać je w szczytnym celu, przeciwników nie brakuje.


Ale i nie brakuje ich też w szkole. W końcu z kimś trzeba ćwiczyć, prawda? Z kimś trzeba mierzyć się, doskonalić, uczyć. Materiału do kolejnych starć nie brakuje, a że Kohei Horikoshi ma talent do ich ukazywania i bynajmniej nie brak mu pomysłowości, „My Hero Academia” trwa i trwa i ani na moment nie zawodzi czytelniczych oczekiwań. Oczywiście w każdym shounenie musi być też coś poza walkami, dlatego mamy tu i szkolne życie, i przyjaźnie, i problemy, i humor, i nutę erotyki także. A wszystko to znakomicie ze sobą skompilowane w jedną, świetną opowieść walki.


Opowieść wyśmienicie przy tym narysowaną, bo Horikoshi, chociaż upraszcza swoje ilustracje zgodnie z gatunkowymi wymogami, jednocześnie dba by były jak najbardziej realistyczne, dopracowane, pełne detali i dynamiczne. I właśnie to urzeka, momentami autentycznie zachwyca, buduje znakomity klimat i wpada w oko.


Kto zatem lubi dobre shouneny, a nie zna jeszcze „My Hero Academii” koniecznie powinien to zmienić. I to jak najszybciej. To w chwili obecnej jeden z najlepszych shounenów na rynku, który pokazuje jednocześnie, że wcale nie trzeba być oryginalnym, by stworzyć znakomite dzieło.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








wtorek, 22 września 2020

Czarolina #1: Pewnego dnia zostanę fantastykolożką! – Sylvia Douyé, Paola Antista

W MAGICZNYM ŚWIECIE


W cyklu „Komiksy są super” ukazuje się już wiele różnych, udanych opowieści. „Czarolina”, która właśnie pojawiła się na rynku, to kolejna z nich, doskonale wpasowująca się w ten schemat i jakość, do jakiej przyzwyczaiły nas poprzednie tytuły. Kto więc lubi zabawną fantastykę dla całej rodziny, będzie bardzo, bardzo zadowolony.


Poznajcie Czarolinę, dziewczynkę, która zjawia się na wyspie Vorn, gdzie ma wziąć udział w letnim kursie wiedzy o… fantastycznych istotach. Brzmi ciekawie i jest, ale jest też mrocznie – bo takie to miejsce – i tajemniczo, bo jedna z wychowawców, Madame C., jest jakże zagadkową postacią. Ale to przecież, jak się można domyślić, jedynie początek. Na wyspie zaczynają dziać się dziwne rzecz. Czarolina postanawia podjąć się własnego śledztwa, w czym pomaga jej przyjaciółka o imieniu Willa. Niestety obie nie mają pojęcia, że nie tylko czyha na nie wielkie niebezpieczeństwo, ale też i nasza bohaterka będzie miała okazję odkryć swoją przeszłość, o jakiej nie miała pojęcia!


„Czarolina” na polskim rynku miała pojawić się już dawno, bo w czerwcu. Pierwsze przykładowe strony czytelnicy mogli poznać w katalogu prezentującym rozpiętość tematyczną serii z linii „Komiksy są super”. Pandemia koronawirusa zweryfikowała jednak wiele planów wydawniczych i wiele tytułów zostało przeniesionych w czasie – i wciąż tak dzieje się z kolejnymi. Na szczęście jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze, i w końcu dostaliśmy „Czarolinę” i co właściwie można o tym tytule powiedzieć?


Na pewno to, że ma do zaoferowania bardzo atrakcyjną szatę graficzną. Jako dziecko uwielbiałem wszelkie komiksy Disneya (i nie tylko), które działy się w Halloween, bo uwielbiałem ten mroczny klimat, łagodną grozę pomieszaną z humorem i lekkością i to właśnie znalazłem tutaj. „Czarolina” to co prawda rzecz bardziej baśniowa, ale dzięki udanym ilustracjom, nabiera odrobinę mroku. Nie w samych rysunkach, które są cartoonowe i proste, ale w kolorze utrzymanym w dość ciemnej, granatowej tonacji. Nie przez cały czas, są tu o wiele bardziej barwne i delikatne grafiki, ale właśnie te ciemniejsze najbardziej przypadły mi do gustu tak, jak przypadłyby mi w czasach, kiedy jako dziecko ceniłem tego typu komiksy.


A co z fabułą? Ta, jak na serię dla dzieci przystało, jest prosta. Nie porywa już tak bardzo, przynajmniej starszych czytelników, ale też i ich nie zawodzi. To rzetelna gatunkowa robota, sympatyczna i pouczająca, a jednocześnie interesująca. Zresztą nie tylko dzieci znajdą tu coś dla siebie, chociaż to oni głownie będą zadowoleni z całości. Jako całość więc „Czarolina” to dobra pozycja dla młodych odbiorców, mająca zadatki na ciekawą serię.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.