środa, 23 września 2020

Card Captor Sakura #10 - Clamp

MIŁOŚĆ SAKURY


Czytanie „Card Captor Sakury” jest jak patrzenie na obsypane kwieciem drzewo wiśni, w którym kłócą się ptaki. Jest słodko, mile dla oka, tak jakoś odprężająco, zabawnie, naiwnie wręcz, ale zarazem z dynamiką i nutą mroku. I to chyba najlepsze podsumowanie na temat tej serii i tego tomu, jakie mogę napisać.


Nikt się nie mógł spodziewać, że konkurs na najlepszą szkolną kawiarenkę okaże się wydarzeniem tak brzemiennym w skutki, a jednak! Gdy Yukito zjawia się w kawiarence klasy Sakury, dziewczynka zabiera go na oprowadzanie po budynku i… wszystko kończy się spontanicznym wyznaniem miłosnym! Ale niestety wkrótce pojawiają się problemy… Moc Clowa powraca i Sakura musi wkroczyć do akcji. Czym jednak to wszystko się zakończy?


Może i „Card Captor Sakura” jest serią dla młodszych czytelników, może i ma w sobie sporo infantylności, może też i jest przewidywalna i zbudowana na schematach gatunkowych… ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Wystarczy, że czytelnik zacznie czytać, od razy wpada w ten świat, angażuje się w życie bohaterów i nic już go nie interesuje. Nie ważne, że rzecz jest cukierkowa, przesłodzona i zatopiona w lukrze uroku – ważne, że wciąga, bawi, potrafi zaintrygować, a przede wszystkim zauroczyć czytelnika.


Gdyby trzeba było prosto scharakteryzować „CCS”, należałoby powiedzieć, że to taka dziewczyńska wersja „Pokemona”, osadzona w iście czarodziejkowych klimatach. Jest tu zbieractwo, są przygody, nie ma co prawda podróży po świecie, a wszystkie walki i magiczne problemy rozgrywają się w najbliższej okolicy naszej bohaterki (choć zdarzały się i dalsze lokacją tomy), do tego mamy tu dziecięcych bohaterów, magię, przebieranie się w niezwykłe stroje, korzystanie z niesamowitych zdolności magicznych kart itd., itd.


Znaczną część uroku i siły tej mangi buduje niezapomniana szata graficzna. Prosta, niemal pozbawiona czerni, momentami bardziej przypominająca szkic, niż pełnoprawne ilustracje, doskonale pasuje do opowieści, współtworzy klimat, ma w sobie sporo dynamiki, a przede wszystkim dużo słodyczy, lekkości i zwiewności.


Wszystko to razem wzięte daje nam naprawdę dobrą mangę. Pozornie dla dzieci, w sam raz na początek ich przygody z tym medium, ale i satysfakcjonującą dorosłych odbiorców, jeśli mają w sobie nutę sentymentu i wychowali się na „Sailor Moon” i „Pokemonie”. Ale i bez tego niejeden miłośnik komiksów znajdzie tu coś dla siebie – choćby pięknie malowane kolorowe grafiki, od których trudno jest oderwać wzrok.


Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.








Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza