sobota, 31 października 2020

Halloween - Curtis Richards

NOC, KTÓREJ WRÓCIŁ DO DOMU


Dziś na mojej recenzenckiej tapecie pozycja stara, zapomniana już, a na dodatek w Polsce nie wydana. Kupić ją już raczej trudno, ale dla miłośników slasherów to lektura warta odnalezienia gdzieś na wyprzedażach. Bo o ile większość prozy opartej na filmach jest beznadziejną pod względem stylu tandetą, o tyle „Halloween” Curtisa Richardsa to kawał świetnej lektury, rozbudowującej filmową opowieść o nowe wątki i w dobrym stylu przenoszącej jej klimat na papier.


W Halloween roku 1963 dochodzi do tragedii. Chłopiec imieniem Michael Myers zabija swoją siostrę. Nie ucieka. Zostaje złapany, osadzony i…

…15 lat później ucieka ze szpitala psychiatrycznego. I tu na scenę wkracza licealistka Laurie Strode, która ma tego halloweenowego wieczoru pilnować dziecka sąsiadów. Nie wie jeszcze, jaka czeka ją tragedia. Michael, który wrócił w rodzinne strony, upatruje ją na swoją ofiarę, bo dziewczyna przypomina mu jego własną siostrę. Zaczyna się walka o przeżycie...


Chyba nie ma osoby, która nie widziałaby kultowego horroru Johan Carpentera, na podstawie którego powstała niniejsza powieść. Horroru, na którym wychowały się pokolenia spragnionych mocnych wrażeń dzieciaków. Film był jednym z największych dokonań w gatunku slasher (choć nie był wolny od błędów: do dziś śmieszy mnie scena, w której Michael jedzie samochodem po ucieczce ze szpitala, choć trafił tam jako dziecko i nie miał jak nauczyć się prowadzić pojazdu - widocznie w USA to talent wrodzony, jak zauważyła kiedyś moja lepsza połowa), bo bazował przede wszystkim na napięciu. Nie epatował bezsensowną rzezią i nie tryskał krwią na kamerę. Zachwycał, bo stopniował emocje, osaczając nas powoli genialnie zbudowanym klimatem, jakiego nie miały wówczas konkurencyjne dzieła. I przy okazji był świeży, bo dopiero tworzył zasady swego gatunku.


Jak więc na tym tle prezentuje się książka? Muszę przyznać to z czystym sumieniem, że jak na nowelizację to naprawdę świetna lektura. Nawet dla tych, którzy znają już film na pamięć. Autor bowiem nie pokusił się o jedynie napisanie powieści na podstawie filmu, ale przede wszystkim na przeniesienie całej historii na inne medium dodając masę szczegółów i smaczków wykorzystanych dopiero w późniejszych filmach, w tym w remake’u Roba Zombiego. To on bowiem nadał całości pewną nutkę mistycyzmu opisując stary celtycki rytuał Samhain, dodał powoli rozwijający się rozdział prezentujący cały dzień 31 października z perspektywy Michaela (jego codzienność, relacje z rodziną itp.) a wreszcie, to co działo się w jego głowie już po dokonaniu morderstwa.


Styl też jest świetny, lekki i przyjemny. Nie czuć w nim tego, co czułem przy okazji innych podobnych dzieł - że całość napisano (kolokwialnie mówiąc) tylko dla kasy. Ale kiedyś nawet powieści adaptujące kinowe hity trzymały pewien poziom, o czym świadczą najlepiej takie znane na polskim rynku dzieła, jak „Omen”. Poza tym Richards, choć wiernie trzyma się litery pierwowzoru, przemienił całość we własną opowieść, która niejednego fana oryginału zaskoczy, a zaburzenie chronologii finału, idealnie to podkreśla, lepiej sprawdzając się w formie powieściowej, niż zrobiłby to finał oryginalny.


Tak więc, kto kocha horrory, niech się nie waha. Tak samo, jak miłośnicy dobrych thrillerów. „Halloween” to kult i klasa sama w sobie – mimo wpadek, których samej opowieści nie brakuje – i ta powieść jedynie to potwierdziła.

Coda #3 - Matias Bergara, Simon Spurrier

 OSTATNI AKT CODY


„Coda” to ciekawie pomyślana seria fantasy, która mimo pewnych minusów, swój urok ma. Od samego początku był to cykl bardzo dynamiczny, by nie rzec czasem, że pospieszony, a teraz, zaledwie po trzech tomach, cała przygoda dobiega wreszcie końca. Trochę szkoda, z drugiej strony jednak można się cieszyć, że twórcy zakończyli opowieść zanim pożarła ją wtórność. A że zabawa nadal jest niezła, żaden fan nie będzie zawiedziony.

 

Witajcie w świecie fantasy, który przeżył apokalipsę i teraz po pustyniach biegają tu zmutowane magiczne zwierzęta. Dotąd życie w tym miejscu było trudne, teraz główny bohater przekonuje się, jak źle być może, kiedy osamotniony trafia na ziemie jałowe, gdzie czeka na niego prawdziwe szaleństwo. Wkrótce jednak pojawia się przyjaciel, ale… Właśnie, o kim mowa? Co ze sobą niesie? I co jeszcze na nas czeka? Jedno jest pewne, zanim nastąpi koniec, trzeba będzie pogodzić się ze stratą, na którą nikt nie jest gotowy…

 

Postapo to zazwyczaj gatunek przyszłościowy, futurystyczny, ukazując to, co może nas czekać. Oczywiście są też liczne teorie, podania i legendy, że przed wiekami na Ziemi doszło do kataklizmu – czy to była wielka powódź, atomowa zagłada, czy uderzenie meteorytu to już inna sprawa. Osadzenie opowieści postapokaliptycznej w świecie czy to normalnej, czy też alternatywnej przeszłości nie wydaje się niczym aż tak oryginalnym, jak na pierwszy rzut oka można by sądzić. Tym bardziej, że w literaturze też nie brak fantasy dziejących się w realiach upadłego świata („Mroczna wieża”).

 


Ale „Coda” to sympatyczna seria, w której dominuje akcja. Wydarzenia pędzą tu właściwie na złamanie karku, co czasem przekłada się na pewien chaos panujący na stronach, ale w tym tomie spotyka nas kilka spokojniejszych scen, co pozwala lepiej wgryźć się w życie bohaterów. Nieźle wypadają też same popisy wyobraźni, ale trochę brak w tym wszystkim tych zmutowanych baśniowych stworzeń, które zdają się być jedynie tłem. Mamy za to i humor, i bardziej mroczne, emocjonalne momenty, i są też wreszcie całkiem niezłe pomysły.

 

Najlepsza jednak w tym wszystkim jest sama szata graficzna. Proste, dość cartoonowe rysunki, w których nie brak dynamicznie brudnej kreski, w połączeniu z kolorem – bardzo wyrazistym, mocnym, barwnym, ale o dziwo pasującym do całości – daje bardzo dobry efekt. Rzecz ma swój klimat, niczym kino lat 80. XX wieku, ma też swój urok. Ogląd się ją bardzo przyjemnie i zdecydowanie lepiej, niż czyta, choć to lekka, nieskomplikowana lektura.

 

Jako całość „Coda” to rzecz warta polecenia miłośnikom fantasy i fantastyki, jako takiej. Nie wybitna, nie przełamująca schematów, ale całkiem udana i dostarczająca niezłej rozrywki. I chyba o to właśnie chodzi, prawda?





piątek, 30 października 2020

Last Man #4 - Bastien Vives, Michael Sanlaville, Yves Balak

LASTWOMAN AND SON

 

„Lastman” to kolejny europejski przedstawiciel tak zwanej „french mangi”. Z mangą oczywiście nie ma co go nawet porównywać, chyba że zrównać tu jedynie pewną samą koncepcję wydawniczą i estetyczną, ale w oderwaniu od nich, dzieło Vivesa, Sanlaville’a i Balaka to bardzo sympatyczna seria z gatunku szeroko pojmowanej fantastyki. Seria, którą czyta się lekko, szybko i przyjemnie, głównie dzięki udanemu żonglowaniu znanymi wszystkim motywami.

 

Podróż w pogoni za Richardem Aldanem trwa. W trakcie wyprawy Adrian i Marianne trafiają do Paxton. To jakże futurystyczne miejsce na pierwszy rzut oka wydaje się skrzyć bogactwem. Prawda jest jednak taka, że pod otoczką luksusu kryje się coś o wiele bardziej mrocznego, niż można by sądzić. Co tu czeka na bohaterów? Wśród nowych przygód i niebezpieczeństw powoli na jaw zaczyna wychodzić przeszłość Richarda…

 

„Lastman” to seria, która zaczęła się niczym typowy japoński bitewniak. Jak wiadomo najpopularniejszym typem mangi jest shounen, czyli opowieści dla nastoletnich chłopców, takie jak „Dragon Ball”, „Naruto” czy z nowszych tytułów „My Hero Academia”. Wśród nich dominują oczywiście bitewniaki, czyli historie, w których bohaterowie co i rusz wikłają się w pojedynki. Ich zasada jest prosta: mamy nastoletniego, niewyróżniającego się bohatera-wybrańca, z którym identyfikować się może czytelnik, dużo przygód, turnieje walk, humor, erotyka… I właśnie to wszystko mieliśmy okazję czytać w pierwszych dwóch tomach „Lastmana”. Potem jednak nastąpiła zmiana, która tylko podniosła jakość serii.

 


Zazwyczaj jednak jest inaczej. W Japonii kiedy shounen się zmienia to z komedii czy innego typu opowieści w bitewniaka. W „Lastmanie” bitewniak zmieniono w postapokalpityczne SF w klimatach „Mad Maxa”, za to z kobietą u steru. Bo dotychczasowi bohaterowie męscy zeszli na dalszy plan, dając szansę matce Adriana pokazać na co ją stać. A ta pokazać ma co i wcale nie chodzi tu tylko o obowiązkowo bujne kształty, które nie zawsze są okryte. Marianne bowiem to silna i charakterna kobieta, co zdecydowanie ma szansę przypaść do gustu zarówno czytelnikom, jak i czytelniczkom. Reszta zaś to kawał szybkiej akcji, uzupełnionej miksem motywów znanych z fantastyki i podanych  w lekki, prosty sposób.

 


I prosta, nawet bardzo, jest szata graficzna. Ma swój urok, ale daleko jej do mang, które przede wszystkim słyną nie z wielkich oczu (choć tak utarło się mówić), a dopracowanych grafik, fotorealistycznych teł i niesamowitych dynamiki oraz mimiki. Tu kreska jest prosta, pozbawiona czerni, bardzo powierzchowna, że niemal ocierająca się o szkic. Kadrowanie też się różni. Ale o dziwo pasuje to do „Lastmana”. A sam „Lastman” to kawał sympatycznej opowieści obrazkowej, którą warto poznać. Nie tego się po nim spodziewałem, ale to, co ostatecznie dostałem, przyniosła mi równie wiele satysfakcji.





czwartek, 29 października 2020

Człowiek do przeróbki - Alfred Bester

KLASYKA NIE WYMAGAJĄCA PRZERÓBKI

 

Alfred Bester to jedna z legend fantastyki naukowej, jego powieści nie mogły nie zagościć w ramach serii „Wehikuł czasu”. Najpierw padło na udaną, choć przeznaczoną bardziej dla mężczyzn, książkę „Gwiazdy moim przeznaczeniem”. Teraz nadszedł jednak czas na zaprezentowanie polskim czytelnikom najważniejszego dzieła z dorobku pisarza. I jak każda ceniona klasyk, tak i „Człowiek do przeróbki”, bo o nim mowa, to świetna lektura, wciąż pozostająca pełna świeżości i wysokiej jakości literackiej.

 

Wiek XXIV to nie najlepsze miejsce dla przestępców. Wszystko nadzorują bowiem telepaci, przed którymi niemal nie sposób jest uciec. Dlatego od siedemdziesięciu lat nie doszło tu do najcięższej zbrodni – morderstwa. Ale teraz może się to zmienić. Ben Reich planuje zabić swojego partnera w interesach. Tylko to może ocalić jego sypiące się życie, a także zdrowie psychiczne niszczone krok po kroku przez nękającego go w snach Człowieka bez Twarzy. I w końcu wciela w życie swoje zamiary. Dochodzi do zbrodni, Ben przekupuje telepatę, by pomógł mu zatrzeć ślady. Wszystko idzie dobrze, ale Lincoln Powell, policyjny telepata, wie co Ben zrobił. Problem w tym, że nie jest w stanie udowodnić mu winy. Ale czy aby na pewno? I czym mogą skończyć się te wydarzenia?

 

Mówi się, że gatunek cyberpunku stworzył William Gibson powieścią „Neuromancer”. Coraz częściej odzywają się także głosy uznające zasługi Franka Millera, który w komiksie „Roinin”, jeszcze przed Gibsonem, zawarł wszystkie gatunkowe prawidła. Wszystko to jednak było jedynie wynikiem powielania wcześniej znanych elementów, zintensyfikowane jednak i skondensowane – wystarczy sięgnąć tylko po takie legendy, jak „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” Dicka czy „Człowieka do przeróbki” właśnie, prawdziwych prekursorów cyberpunku.

 

Ale to tylko rozważania nad gatunkową szufladką, a to akurat najmniej istotna sprawa w przypadku omawiania lektury takiej, jak ta. Bo czytając dzieło Bestera zadowoleni będą zarówno miłośnicy tego odłamu science fiction, jak ci, którzy za nim nie przepadają. Ba, coś dla siebie znajdą tu nawet przeciwnicy fantastyki, bo mimo futurystyczne otoczki, - otoczki zresztą fascynującej zachwycająco ukazanej – to opowieść o ludziach. O człowieku przypartym do muru, zbrodni i próbach uniknięcia konsekwencji. Swoista cyberpunkowa wersja „Zbrodni i kary”. Jednocześnie to także kryminał, odwrócone noir i dobry thriller.

 

A wszystko to rozpisane na niecałe trzysta stron, podane językiem prostym, ale jakże żywym, literacko krwistym i trafiającym do serca i umysłu. W skrócie: kawał znakomitej literatury fantastycznej. Klimatycznej, świetnie pomyślanej i tak samo podanej. Warto – jak zresztą wszystkie książki z cyklu „Wehikuł czasu”.

 

Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



środa, 28 października 2020

Perfect World #9 - Rie Aruga

PERFECT END?

 

Śmiało można powiedzieć, że dziewiąty tom „Perfect World” to finał tej serii. Co prawda autorka zapowiada w nim kolejne wydarzenia, a łącznie na rynku ma się pojawić dwanaście części tej mangi, jednak to, co rozgrywa się na stronach tego komiksu można uznać za swoiste zakończenie. Czy jest to happy end? To już musicie odkryć sami – o ile oczywiście jakimś cudem jeszcze się tego nie spodziewacie – ale jeśli podobały się Wam poprzednie tomiki, na pewno nie pożałujecie.

 

Tsugumi i Itsuki rozstali się, próbowali poradzić sobie z własnymi uczuciami angażując się w inne związki, ale nie wyszło. Teraz znów wrócili do siebie i starają się na nowo poukładać własne relacje i odnaleźć w obecnej sytuacji. Największym problemem staje się tu ojciec dziewczyny, który – chociaż sam jest ciężko chory – sprzeciwia się związkowi jej i niepełnosprawnego, przekutego do wózka chłopaka. Oboje starają się przekonać go do zmiany zdania, ale wydaje się, że nic nie będzie w stanie tego zrobić. Jaka zatem przyszłość na nich czeka? Czy istnieje sposób, by ojciec dziewczyny zaakceptował chłopaka? I czy pogorszenie jego stanu zdrowia zmieni cokolwiek w całej sytuacji? A jeśli tak, to na lepsze, czy może gorsze…

 

„Perfect World” to typowy kobiecy romans. Shoujo, jakich wiele, może nieco dojrzalsze, może pozbawione humoru, którego w podobnych mangach nie brakuje (co wyszło serii na dobre), ale jednak shoujo. Dwoje ludzi spotyka się, zaczyna coś do siebie czuć tudzież przypomina sobie to, co czuła do siebie kiedyś tam, potem dochodzi spotykanie się, odkrywanie nawzajem, pojawiają się problemy życiowe i miłosne, kolejni kandydaci do serca obojga, potem się rozstają, potem znów schodzą. A wszystko na drodze do wielkiego finału.

 


Rie Aruga przełamała jednak to wszystko faktem, że ukochany głównej bohaterki jest niepełnosprawny. Nie byłoby to jednak tak dużym plusem serii, gdyby autorka nie skupiła się na jak najdokładniejszym oddaniu problemów osoby przykutej do wózka, jej uczuć i tego, jak odbiera ją społeczeństwo. Ta część na pewno trafi do każdego czytelnika, który w ten czy inny sposób ma problemy ze zdrowiem, cała reszta zaś to lektura w sam raz dla miłośników romansów, bo jest tu wszystko to, czego oczekuje się od podobnych opowieści. Jest też pewna nuta zaskoczenia, bo skoro to jeszcze nie finał, może istnieje nadzieja dla tych kibicujących innym relacjom? Ale to już pokażą przyszłe tomy.

 

Wszystko to wieńczy niezła szata graficzna. Ilustracje są proste, pozbawione nadmiaru czerni, zwiewne wręcz, ale kiedy trzeba detale techniczne, że tak to ujmę, są dopracowane i realistyczne. Wszystko to razem wzięte daje kolejny dobry, momentami nawet bardzo, komiks obyczajowo-romantyczny. Potrafi wzruszyć, potrafi zaangażować i nie nudzi. Fani podobnych opowieści będą więc bardzo zadowoleni.

 

Mangę kupicie tutaj:




Sinobrody - Kurt Vonnegut

W SPICHRZU ARTYSTY

 

„Sinobrody” to kolejna z mniej znanych powieści Kurta Vonneguta wznowiona na naszym rynku. I jednocześnie kolejna, którą absolutnie warto jest poznać – wcale nie mniej, niż jego czołowe dokonania. Bo powieść ta to nic innego, jak rewelacyjna satyra na artystów, ale też wciągający thriller z zagadką, która spodoba się też miłośnikom grozy. A wszystko to podane jak zawsze w wysmakowany w swej pozornej lekkości sposób.

 

To miała być autobiografia, a wyszedł dzienni z pewnych wydarzeń. Od tego właśnie zaczyna się niniejsza powieść. Rabo Karabekian jest artystą u kresu swego życia. Niegdyś malarz, potem porzucił swoje zajęcie na rzecz kolekcjonowania prac kolegów po fachu, których poznał, kiedy jeszcze nie byli gwiazdami. Tak oto rośnie jego kolekcja amerykańskich ekspresjonistów, ale nie to zdaje się być najważniejszą rzeczą w życiu Rabo. A co takiego? To ładnie próbuje odkryć pewna młoda i bogata wdowa, które zjawia się w jego życiu. Były malarz posiada bowiem niepozorny spichlerz na ziemniaki. Nic szczególnego, a jednak to właśnie tego pozbawionego okien budynku strzeże jak oka w głowie i zabrania kobiecie tam wchodzić. Wdowa postanawia jednak odkryć sekrety tego miejsca. Ale co się tam kryje? I co z tego wyniknie?

 

Nie powiem by ta powieść była szczególnie zaskakująca, ale i nie o zaskoczenie w niej chodzi. Chociaż trzeba też oddać, że udała się Vonnegutowi zagadka rodem  klasycznego kryminału / thrillera. Zagadka, która mogłaby się nawet ocierać o czystą grozę, gdyby autor tego zechciał. Swoim zwyczajem jednak ojciec „Rzeźni numer pięć” i „Kociej kołyski” uderzył w komediowy ton. Rzecz jest lekka, zabawna, pełna nonszalancji, która sprawia, że pochłania się ją szybko, ale to tylko jedna strona medalu. Bo pod tym pozornie humorystycznym ujęciem tematu pobrzmiewają ważkie pytania i równie ważkie kwestie, skłaniające nas do myślenia, ale i stanowiące dla samego autora formę rozliczenia się z artyzmem i artystami.

 

Dzięki temu w ręce czytelników trafia powieść, która z jednej strony jest rozrywkową lekturą, potrafiącą wywołać uśmiech na twarzy, a z drugiej satysfakcjonującą opowieścią z wyższej półki. Współczesną wersją legendy o Sinobrodym, a zarazem czymś osobistym i fascynującym swoim autorskim charakterem. Efekt finalny, jak zawsze jest bardzo udany i satysfakcjonujący. Pełen siły, która sprawia, że rzecz zapada w pamięć. Vonnegut swoim zwyczajem w prosty sposób wsącza w nas wyższe wartości i głębokie pytania, a my musimy się z nimi zmierzyć. I zawsze wychodzimy z nich zwycięsko, bo tak świetna lektura za każdym razem wnosi coś do naszego życia.

 

Dlatego tradycyjnie gorąco polecam i z niecierpliwością czekam na wznowienia kolejnych dzieł autora. Vonnegut to w końcu klasyk i klasa sama w sobie. Nie znać go nie tyle nie wypada, ile po prostu nie warto.

 

Dziękuję wydawnictwu Zysk za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



wtorek, 27 października 2020

Fibi i jednorożec #4: Galopem przez święta - Dana Simpson

FIBI I GWIAZDKOZA


„Fibi i jednorożec” to taka seria, który potrafi urzec mnie swoim dowcipem, jak i znużyć niewyszukanymi humoreskami, które nie mają w sobie wiele do zaoferowania. Być może zastanawiałbym się zatem, czy w ogóle sięgać po nowy tom, gdyby nie fakt, że tym razem mamy tu świąteczne epizody. A nie oszukujmy się, chociaż magia Świąt dawno w moim przypadku gdzieś wyprawowała, nadal uwielbiam ten okres i chętnie sięgam po dzieła z nim związane… Nawet jeśli te pojawiają się na rynku już w październiku. I nie żałuję, bo chociaż poziom całości jest taki sam, jak dotychczas, wciąż bawiłem się nieźle czytając przygody małej dziewczynki i zapatrzonego w siebie jednorożca płci żeńskiej.


Nasze bohaterki – Fibi i jednorożec Marigold Niebiańskie Chrapy – znów psocą! I znów naprawiają to, co wyszło źle. Ot choćby taki bałagan w pokoju pierwszej z nich. Znów także odkrywają kolejne różnice dzielące ludzi i jednorożce. Ale nie zabraknie świątecznych uniesień i emocji, kiedy Marigold zapadnie na… Gwiazdkozę! Ale nie tylko zima gości na łamach tego tomu, bo oto znów nadchodzi także czas letniego obozu muzycznego, a tam czeka… któżby inne, jak nie zwariowana, by nie rzec szalona Sue, a razem z nią smok z jeziora. A to przecież wcale nie koniec!


Od dziecka uwielbiam dwa typu komiksów okazjonalnych – Halloweenowe i Świąteczne. Te pierwsze, bo zawsze kochałem grozę i fantastykę, nieważne w lekkim to czy cięższym wydaniu – i kochałem też ten lekko mroczny, rozświetlony blaskiem tkwiących w wyciętych dyniach świec nastrój. Te drugie, bo wole zimę, niż lato, bo uwielbiam śnieg, którego teraz już nie ma, a najbardziej lubię, kiedy biały puch pada z oknem, w ciepłym domu kolorowymi światełkami żarzy się choinka, atmosfera pachnie piernikiem i wigilijnymi potrawami, a z telewizora Kevin wrzeszczy do mnie, jak do lustra, po tym, jak wklepał sobie w twarz płyn po goleniu.


Nic dziwnego, że świąteczny tom „Fibi i jednorożca” poznałem chętnie i chociaż akurat Świąt nie było tu wiele, bawiłem się nieźle. Całość jest prosta, posiada odpowiednie przesłanie, słodki, pełen uroku klimat i odpowiednią cartoonową szatę graficzną. Ale i starsi czytelnicy, jeśli zechcą w tym pogrzebać, znajdą coś dla siebie. Choćby momentami gorzką i trafną – czyli to, co najbardziej do mnie przemówiło - satyrę. Całość może także pochwalić się naprawdę znakomitym wydaniem. Format jest mniejszy, niż w przypadku pozostałych tytułów z linii „Komiksy są super”, ale za to całość ma zdecydowanie więcej stron. Reszta – papier kredowy, sztywna, ale nie twarda okładka – pozostały bez zmian.


Kto lubi podobne opowieści, nie zawiedzie się. Nie jest to wielkie dzieło, daleko mu do „Garfielda” czy „Fistaszków”, poziom też nie jest równy, ale nadal można się przy tym nieźle bawić. A są też i momenty, które autentycznie dostarczają dobrej rozrywki.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Wędrująca Ziemia – Cixin Liu

SŁOŃCE CHIN

 

Cixin Liu to nie tylko gwiazda chińskiej fantastyki (choć, odnosząc się do tytułu jednego z jego opowiadań, należałoby go nazwać Słońcem Chin), ale też – a raczej przede wszystkim – jeden z najlepszych współczesnych pisarzy uprawiających ten gatunek. Jego wyśmienita trylogia „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” i dwie udane powieści wydane na polskim rynku pokazywały na co go stać. Ale równie dobrze pokazuje to niniejsza antologia zbierająca opowiadania Liu, które prezentują nam całe spektrum jego możliwości.

 

Niniejsza książka składa się z dziesięciu opowiadań, w których autor porusza tematykę przyszłości. Globalna katastrofa, inwazja obcych czy spotkanie z kosmitami to najbardziej intersujące go elementy. Wybierzcie się na kosmiczną wędrówkę razem z… Ziemią. Poznajcie nowoczesną klątwę. Czy odkryjcie świat, w którym nie ma już zagrożenia nuklearnym konfliktem. A to tylko kilka z atrakcji, jakie czeka na Was w tym zbiorze.

 

Cixin Liu to pisarz, który miewa absolutnie fascynujące pomysły. Niby proste, ale w swej prostocie genialne. Niby czasem wtórne, ale jakże świetnie wykonane. Niby mocno oderwane od ziemi, rzucające bohaterów i nas w podróż do miejsc i rzeczywistości skrajnie dla wszystkich odległych, a jednak bliskie człowiekowi. I to właśnie jest największa siła jego literatury, którą docenią chyba nawet ci, stroniący od dobrej literatury.

 

Dla mnie fantastyka zawsze była czymś, co powinno pobudzać fantazję, ale i skłaniać do myślenia. Jednocześnie pragnąłem zawsze by jednak pozostawało to realistyczne, bo może i czasy się zmieniają, zmienia się mentalność, ale pewne punkty wspólne pozostają zawsze. I Liu zdołał mi dostarczyć to, jednocześnie oferując to na naprawdę znakomitym poziomie literackim. Jego książki były pełnymi epickości historiami, które fascynowały zarówno wielkimi sprawami, jak i dobrymi detalami (pamiętacie scenę z mrówką wędrującą po napisie?). bałem się, że zabraknie tego w krótkich tekstach, ale nic bardziej mylnego. Liu oferuje tutaj to, co w jego twórczości najlepsze. Nie ma co prawda tego rozbuchania, ale jest klimat, akcja, pomysły i bohaterowie, którzy są ludzcy, krwiści i zapadający w pamięć.

 

A wszystko to podane znakomitym stylem, który czyta się lekko, szybko i przyjemnie, ale ma też należytą wagę. I jest też przesłanie. A także pewnego rodzaju pociecha, bo nawet w ponurym tunelu mrocznych wizji tkwi światełko, które może być wybawieniem. Ale czy z niego skorzystamy? Takie zwrócenie nam uwagi na różne problemy, jakie serwuje nam Liu może być ku temu pierwszym krokiem. Przede wszystkim jednak jest to po prostu wyśmienita literatura science fiction i jeśli cenicie dobre lektury, koniecznie powinniście „Wędrującą Ziemię” poznać.

 

Dziękuję wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 26 października 2020

Smerfy #36: Smerfy i smok z jeziora - Alain Jost, Thierry Culliford, Jeroen De Coninck, Miguel Diaz

SMOCZA TAJEMNICA


„Smerfy” to jedna z tych komiksowych serii, których nie trzeba nikomu polecać. Każdy, nawet jeśli nie czytał żądnej z przygód małych niebieskich stworków, z pewnością je zna i miał z nimi jakiś kontakt. Warto jednak polecać kolejne jej odsłony, bo o ile nikt nie ma wątpliwości, ze klasykę Peyo absolutnie warto znać i mieć na swojej półce, to już w przypadku kontynuatorów jego spuścizny może uważać inaczej. A niesłusznie, bo nawet jeśli czasem zdarzają się słabsze tomy, to i tak „Smerfy” są dobrą rozrywką. I taką jest też najnowszy jej tom.


Są na tym świecie rzeczy, które się filozofom nie śniły. I są też rzeczy, które nawet tak odważne Smerfy, jak Osiłek potrafią wystraszyć, jak nic nigdy w życiu. A co takiego może przerazić naszego jakże silnego bohatera? Oczywiście tajemniczy potwór wyłaniający się z jeziora. Czym jest ta ogromna bestia, która najprawdopodobniej z łatwością mogłaby zniszczyć wioskę naszych niebieskich skrzatów? I jaki jest jej prawdziwy cel? Na Papę Smerfa i jego towarzyszy czeka nie lada wyzwanie, kiedy okaże się, że będą musieli wybrać się do ludzi, którzy tak bardzo zawsze unikają. Co jednak wyniknie z tej przygody? I czego nauczą się Smerfy tym razem?


Każdy wie, jakie są Smerfy. Małe, niebieskie, urocze… Czasem wykurzające, ale cóż, taki ich urok. Jest ich w końcu setka, każdy jest inny, każdy reprezentuje inną naszą cechę czy zainteresowanie. Fabuła, pełna przygód i niezwykłości, a także obowiązkowego humoru i dydaktycznego wymiaru, zawsze koncentruje się wokół naszych bohaterów, natomiast tak zwany czynnik ludzki rzadko jest na łamach serii ukazywany – poza Gargamelem oczywiście. Ten tom jednak dość mocno eksponuje człowieka, jako część świata małych niebieskich stworków, co stanowi pewne novum. Ale cała reszta jest taka sama.


Warto jednak nadmienić, że ten tom to nie tyle samodzielna opowieść, ile wariacja na temat legendy o Świętym Jerzym i smoku. Nie pierwsza w świecie komiksu, że wspomnę tylko ciekawą reinterpretację ze świata „Aliens”, gdzie smokiem był w rzeczywistości Obcy, ale udana, oferująca i przygody, i humor, i magię, i wreszcie obowiązkowe przesłanie także. I są też rysunki. Klasyczne, cartoonowe, znakomite. Na tym polu nowe komiksy nic się nie zmieniły. Nie poszły drogą filmów kinowych, nie szukały uwspółcześnienia, nawet ich kolor pozostał tradycyjny, tak samo jak metody wykonania, ale to właśnie Peyo robił to najlepiej. Dla oczu to wielka przyjemność, trącająca sentymentalną nutę w sercach czytelników na Smerfach wychowanych i intrygująca nowych odbiorców.


Dlatego też polecam gorąco. „Smerfy” tradycyjnie nie zawodzą. A na przyszłość pozostaje mieć nadzieję, że oprócz kontynuowania ich przygód Egmont pokusi się o więcej klasyki Peya, warto by nowe pokolenia poznały te nieśmiertelne komiksy, które po dziś dzień pozostają rewelacyjnymi historiami.


Ja natomiast dziękuję jeszcze wydawnictwu Egmont za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.


Pamiętniki Wisienki #3: Ostatni z pięciu skarbów - Joris Chamblain, Aurélie Neyret

ŚWIĄTECZNA WISIENKA


Pierwszy tom „Pamiętników Wisienki” był tylko albo aż niezłą, za to bardzo przyjemnie zilustrowaną rozrywką dla całej rodziny. Drugi już zdecydowanie bardziej urzekł mnie fabułą, dostarczając bardziej życiowej opowieści. Po trzeci sięgnąłem jednak głównie dlatego, że rzecz traktuje o Bożym Narodzeniu, jednym z moich ulubionych, jeśli nie ulubionym okresie roku. I nie żałuję, bo chociaż jeszcze daleko mi do wejścia w świąteczną atmosferę, przy „Ostatnim z pięciu skarbów” bawiłem się bardzo przyjemnie i poczułem nawet całkiem sporą dawkę sentymentu, który połaskotał tkwiące gdzieś we mnie struny, pamiętające odczuwaną tylko w dzieciństwie magię Świąt.


Jest zima, pada śnieg, rok powoli się kończy, a co za tym idzie zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i jak każde dzieci, tak i Wisienka, myśli już o choince, prezentach i tym, podobnych rzeczach. Ale oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie wpadała na trop jakiejś zagadki, którą należałoby rozwiązać. I rzeczywiście, a na dodatek jest to zagadka mocno z Gwiazdką związana.

Wszystko dotyczy niejakiej Sandry, młodej introligatorki o smutnych oczach, która wydaje się mieć problemy z pamięcią. Ale skąd się one biorą i co to właściwie oznacza? Skąd ten smutek? I dlaczego Sandra tak bardzo nie lubi Świąt Bożego Narodzenia? Wisienka i jej przyjaciółki znów zaangażują się w śledztwo, które pozwoli młodej kobiecie wrócić do dzieciństwa i zmierzyć się z traumami. Ale czy wyjdzie zwycięsko z tego starcia?


Należę do ludzi, którzy chociaż uwielbiają Święta Bożego Narodzenia, uważają, że jest dla nich czas tylko w konkretnej porze roku i niemal z alergiczną odrazą reagują na wszelkie próby wciskania gwiazdkowej atmosfery już w październiku czy listopadzie – a tak niestety robią sklepy na każdym niemal kroku. Alergią też powinienem reagować na wydawanie jesienią komiksów tego typu, ale tak nie jest. Z jednej strony dlatego, że wypuszczane w ciągu roku różne serie – czy to „Kaczogród”, czy „Garfield”, czy wreszcie „Fistaszki” – w ten czy inny sposób niemal za każdym razem oferują gwiazdkowe opowieści, więc już trochę przywykłem. Z drugiej strony zawsze mogę z takim albumem zaczekać do grudnia – nic mu się przecież nie stanie. Z trzeciej zaś wreszcie jeśli komiks jest dobry, nie ma znaczenia, kiedy toczy się akcja, i tak warto go poznać.


A „Pamiętniki Wisienki” są dobre. To po prostu miła, pouczająca lektura, dzieciom niosąca konkretne przesłanie i wartości, dorosłym zaś serwująca porcję sentymentów. Są tu przygody, jest akcja, tajemnice i wreszcie klimat, który jest naprawdę przyjemny i udany. Do tego dochodzi udana szata graficzna: prosta, cartoonowa kreska spotyka się tu z nastrojowym kolorem, dodającym jej realizmu. Wszystko zaś wieńczy świetne wydanie w twardej oprawie, na papierze kredowym i o dużym formacie. „Pamiętniki Wisienki” to po prostu dobry komiks dla dzieci. Warto go poznać, a i na świąteczny prezent dla młodych czytelników będzie, jak znalazł.


Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Ku twej wieczności #11 - Yoshitoki Oima

W DRODZE DO WIECZNOŚCI

 

Wieczność

Czysta forma

Cud i absolut to wieczność

(…)

Z haustem powietrza w wieczność

Wieczność na dachach świata

Ostateczne randez vous

Nie psuj mi snów

- Pidżama porno

 

Jedenasty tomik „Ku twej wieczności” to, najprościej rzecz ujmując, kolejna porcja tych samych wrażeń, emocji, przygód i akcji. Autorka swoim zwyczajem powiela schematy, do których nas przyzwyczaiła. I chociaż nie jest to tak świetna opowieść, jak poprzednie dokonanie Yoshitoki Oimy, „Kształt twego głosu”, wciąż dostajemy kawał dobrej rozrywki z gatunku szeroko pojmowanej fantastyki.

 

Nadszedł bardzo niespokojny czas. Czas bitwy o Renril, gdzie Niesio, Kai, Hairo i Messer muszą zmierzyć się z kołatnikami, którzy wydają się nie do pokonania. Walka trwa, ale niestety wykańcza ona zarówno psychicznie, jak i fizycznie i nic nie zapowiada zamiany na lepsze.

To jednak nie koniec wydarzeń. Wojna to jedno, ale w mieście pojawia się dziewczyna, która szuka… Niesia. Kim jest, czego od niego chce i co z tego wyniknie?

 

Co można powiedzieć o tej serii, jak nie to, że mamy tu do czynienia z fantastyką pełną gębą. A właściwie fantasy, bo „Ku twej wieczności” to rzecz dziejąca się w świecie wyglądającym, jak alternatywna wersja naszej przeszłości, osadzona gdzieś w realiach średniowiecza, gdzie żyją dziwne stworzenia, ludzie toczą wojny za pomocą prymitywnej dość broni, a i nie brak wszelkiej maści członków królewskich rodów. Między tym wszystkim zaś porusza się on, Niesio, dziwna istota nie z tego świata, która angażuje się w wydarzenia, gdzie przygoda i niebezpieczeństwo spotykają się z fantastyka.

 


Owszem, seria ma swoje minusy, jak nieustanne uśmiercanie kolejnych postaci, ale taki już jej urok. Oima ma swój stały zestaw chwytów i wykorzystuje je bez wahania. Ale nawet jeśli są czytelnicy, którym mogłoby to przeszkadzać, dynamika, akcja i klimat całej reszty, w połączeniu z nutą emocji i tym podobnymi elementami fabularnymi, rekompensują wszystko. I sprawiają, że kolejne tomiki czyta się z równie dużą przyjemnością.

 

Najlepsze jednak i tak pozostają ilustracje. Prace Oimy są dość jasne, pozbawione nadmiaru czerni i rastrów, za to bardzo szczegółowe, realistycznie oddające tła i budujące niesamowity nastrój. Kreska, jaką operuje autorka, jest czysta i precyzyjna, jednocześnie łączy w sobie typowo mangową stylistykę z grubymi liniami, nadającymi całości mocnych akcentów rodem z europejskich komiksów.

 

Wszystko to składa się na świetną, wartą polecenia serię. Każdy, kto lubi dobrą fantastykę, a fantasy w szczególności, będzie zadowolony. I to o wiele bardziej, niż to na pierwszy rzut oka może mu się wydawać.

 

Mangę możecie kupić tutaj:




niedziela, 25 października 2020

Stranger Things, sezon 1

COŚ DZIWNEGO SIĘ TU CZAI

 

Kiedy pierwszy raz obejrzałem „Stranger Things” na Netflixie, zrobił na mnie spore wrażenie, ale jednak mniejsze niż oczekiwałem. Jestem wielkim wielbicielem kina i popkultury lat 70. i 80. XX wieku, wciąż wracam do tamtych produkcji i szukam czegoś podobnego we współczesnym kinie. Najczęściej bezskutecznie. Dlatego też „Stranger Things” nie kupiło mnie tak bardzo, jak oczekiwałem, bo zabrakło w nim zarówno klimatu tamtych obrazów, jak i szaleństwa. Teraz postanowiłem odświeżyć serial i w końcu obejrzeć trzeci sezon. I chociaż na tle rewelacyjnego „American Horror Story: 1984”, serial ten nie wypada tak dobrze, jakby mógł, wciąż polecam go gorąco uwadze wszystkich miłośników horrorów i fantastyki.

 

Rok 1983. Grupka chłopców spędza czas na graniu w gry RPG. Kiedy po kolejnej sesji wracają do domów, rozdzielając się ze sobą, jeden z nich, Will, znika w tajemniczych okolicznościach. Matka chłopaka wpada w panikę, policja stara się znaleźć zaginionego, a jego koledzy postanawiają podjąć się własnego śledztwa. Wkrótce sytuacja komplikuje się coraz bardziej, kiedy Will zaczyna komunikować się z matką za pomocą… świateł, pojawia się tajemnicza istota, w okolicy zjawia się pewna dziewczynka z wytatuowanym numerem 11, a do tego na jaw wychodzi istnienie pewnych eksperymentów rządowych, które mogą mieć z tym wszystkim związek. Jaka jest jednak prawda? Co stało się z Willem? I co dzieje się w mieście? Odpowiedzi na te pytania mogą okazać nie tylko zaskakujące, ale też i śmiertelnie niebezpieczne…

 


Chociaż „Stranger Things” powstało z inspiracji filmem „Labirynt” i chęcią ukazania poszukiwania zaginionego dziecka rozpisanego na osiem, dziewięć odcinków, szybko przerodziło się w swoisty wór, do którego twórcy zaczęli wrzucać inspiracje dekadą, w której się urodzili – czyli kolorowymi latami 80. Ostatecznie powstała rzecz, która przypomina skrzyżowanie książek Stephena Kinga (w pewnym momencie nawet pada nazwisko mistrza horroru), z całą masą dzieł tamtego okresu. Inspiracje można by wymieniać godzinami: początek to połączenie „To” i „E.T.”, potem mamy sceny rodem ze „Stań przy mnie” czy „Goonies”, a wreszcie moment rodem z gier „Silent Hill”. Małe miasteczko, zamknięta społeczność, codzienne problemy, tajemnicze wydarzenia…

 


Ogląda się to znakomicie, mnóstwo w tym smaczków do wyłapywania, czy to w nazwiskach bohaterów, czy konkretnych scenach, świetny jest też klimat, dobrze zagrali młodzi aktorzy… Problem w tym, że nie czuć, iż to lata 80. Czasem są tu sceny rodem z tamtego okresu, czasem widać to w samych bohaterach, ale jest tego mało. Dominuje zwyczajność, brak jest tego nastroju, niby mrocznego a rozświetlonego, brak balansowania na granicy komedii i horroru, brak też tych kostiumów czy scenografii. Jak powinien wyglądać serial inspirowany przedostatnią dekadą dwudziestego wieku pokazali nam twórcy „American Horror Story: 1984”, gdzie wszystko było dobrane niemal idealnie. Tu tego nie ma i to trochę boli.

 

Ale jest dobra zabawa. Jest ciekawa fabuła. Są wszystkie te smaczki. I udana zagadka. W sam raz dla współczesnych miłośników seriali z fantastyką i dreszczykiem. Szczególnie, jeśli nie wymagają by realia epoki zostały uchwycone w dosadny i przekonujący sposób.

sobota, 24 października 2020

Lucky Luke #69: Artysta malarz - Bob de Groot, Morris

DZIKI ZACHÓD JAK MALOWANY

 

Egmont zmienił nieco swój plan wydawniczy i częstotliwość wypuszczania kolejnych tomów „Lucky Luke’a” także, ale fani tej serii nie powinni narzekać. Co prawda we wrześniu dostaliśmy tylko jeden album, ale był to klasyczny komiks do scenariusza Goscinnego. Teraz zaś, ledwie miesiąc później, w nasze ręce trafia kolejny komiks. Tym razem jest rzecz naprawdę nowa, stworzona przez innego scenarzystę – choć rysownik wciąż pozostał ten sam – ale nadal jest ona równie udana, jak stare komiksy o najszybszym kowboju świata.

 

Lukcy Luke już nieraz ochraniał ludzi. A to pilnował żydowskiej społeczności, to znów bronił kandydata na prezydenta, czy wreszcie zmagał się z zagrażającymi mieszkańcom różnych miasteczek czy zawodów niebezpieczeństwami. Teraz dostaje kolejne trudne zadanie: towarzyszyć podróżującemu malarzowi, którego obrazu przedstawiające Dziki Zachód i życie na nim się toczące są bardzo sławne. Teraz artysta chce namalować wodza Indian, Hiawathę, ale jego upodobanie do dobrego jedzenia i salonowych bojek nie ułatwia spokojnego przemieszczania się po kraju. Ale innych problemów także nie brakuje. Wojownicy, kowboje i rabusie to jedynie część z nich, a ze wszystkimi będzie musiał poradzić sobie nasz dzielny kowboj potrafiący strzelać szybciej, niż własny cień!

 

Chyba nikt nie zaprzeczy, że każdy tom „Lucky Luke’a” oparty jest właściwie na identycznym schemacie. Najpierw są oczywiście kłopoty, potem nasz dzielny rewolwerowiec strzelający szybciej niż jego cień pojawia się w samym ich środku tudzież daje się im znaleźć i – po obowiązkowych trudach, znojach, licznych perypetiach i pełnych niebezpieczeństw wyzwaniach – naprawia wszystko i odjeżdża samotnie w kierunku zachodzącego słońca -  tradycyjną piosenką na ustach. Mało atrakcyjne, prawda? Błąd. Wszystkie gatunki komiksowe są skazane na powtarzanie tych samych schematów, ważne jest by robić to w dobry sposób, a twórcy „Lucky Luke’a” robią to znakomicie.

 


Owszem, jak powszechnie wiadomo to przede wszystkim René Goscinny tworzył najlepsze opowieści o Lucky Luke’u. I to on, wraz z ojcem tego bohatera, czyli Morrisem, przeniósł je nawet na wielki ekran. Ale to nie znaczy, że inni autorzy radzą sobie gorzej. Niejeden twórca pokazał, jak znakomicie czuje się pracując nad tą serią i to samo widać w przypadku tego albumu. Jest tu humor, jest akcja, są przygody, zagrożenia i obowiązkowy urok połączony z przesłaniem także. Do tego dochodzi niezapomniana szata graficzna i dobre wydanie.

 

I nic więcej dodawać nie trzeba, prawda? Tyle wystarczy, by wszyscy miłośnicy serii i fani humorystycznych europejskich opowieści graficznych – byli zadowoleni. To w końcu rzecz do śmiechu, do zastanowienia się i przede wszystkim miłego spędzenia czasu. Jak zawsze polecam gorąco i czekam na kolejne tomy.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.