wtorek, 8 grudnia 2020

Księga Vanitasa #8 - Jun Mochizuki

KOBIECY HORROR KOSTIUMOWY

 

„Księga Vanitasa” powraca z nowym tomem. Siedem poprzednich odsłon oferowało kawał dobrej zabawy, nastrojowej i delikatnej, a zarazem pełnej akcji. I nie inaczej jest teraz, więc fani serii mogą już zacierać ręce z zadowolenia.

 

Mściwa melodia przypadku Bestii z Gevaudan rozproszyła się niczym płatki kwiatów. Co zmieniło się w Vanitasie i jego znajomych w tym świecie topniejącego śniegu…? Nadeszła chwila wyboru.

Proszę, niech to idealne wyjście splecie się w jedno z uczuciami, których nie potrafię wyrazić.

 

Tyle oficjalnego opisu tomiku. A co to wszystko właściwie znaczy? Jak już wcześniej nie raz pisałem, „Księga Vanitasa” to połączenie shounena z opowieścią grozy, gdzie wampiry, wilkołaki i tym podobne byty, żyją w świecie, w którym mrok spotyka się z delikatnością. Są tu krwawe sceny, są też sekrety i walki. Poza tym mangę tą zaludnia cała masa bohaterów nazwanych na cześć znanych postaci z klasyki grozy oraz jej autorów, co stanowi czasem miłe puszczanie oka do czytelnika. Ale to tylko jedna strona medalu.

 

Drugą zaś jest to, że znajdziemy tutaj najróżniejsze elementy, często jakże dziwne, ale ostatecznie sklejone w całkiem przekonującą całość. Autorka swój świat oparła na steampunkowej mechanice i dodała nieco gotyckiego klimatu. Do tego dochodzi sporo symboliki i przywiązania do wszelkiej maści detali i ozdobników – czyli tak, jak w kobiecej mandze kostiumowej (bo z taką mamy tu do czynienia) być powinno. A wszystko to razem wzięte daje bardzo udany efekt finalny, który bardziej czuje się, niż odkrywa umysłem i oczami.

 


A skoro o oczach mowa, „Księga Vanitasa” zilustrowała została w sposób prosty, ale nastrojowy. Czasem odrobinę brakuje tutaj ciemności czy bardziej krwawych scen, o które aż się prosi, niemniej taki już urok tej serii. W końcu to lekka, nastrojowa manga, a że przy okazji potrafi zaoferować nam bardziej mroczne, klimatyczne i zagadkowe momenty, na pewno żaden miłośnik grozy nie będzie zawiedziony.

 

Ja ze swej strony polecam, bo całość ma swój urok. I nie nudzi ani przez chwilę. Jeśli więc macie ochotę na taką estetykę, możecie sięgnąć w ciemno.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz