czwartek, 31 grudnia 2020

Saga Winlandzka, tom 7 - Makoto Yukimura

LOS NIEWOLNIKÓW

 

Są takie mangi, których kolejnych tomów wyczekuje się z niecierpliwością. Bo porywają, bo zachwycają, bo wprowadzają nową, nieznaną dotąd jakość do skostniałego już schematu czy gatunku… Długo można by wymieniać. I długo można by wymieniać podobne tytuły, ale „Saga Winlandzka” to jedna z tych opowieści, które znalazłyby się w czołówce podobnych zestawień. Bo to, czego na stronach tego tytułu dokonał Makoto Yukimura, autentycznie zachwyca.

 

Dla niewolników z farmy Ketila nastały ciężkie czasy. Po tym, co wydarzyło się tu ostatnio, czeka na nich zarówno powrót pana i Leifa, jak i kara. Co gorsza, Kanut także kieruje się w tę samą stronę i gotów jest na wiele, by zdobyć tę żyzną ziemię…

 

O wielu seriach komiksowych mówi się, że są swoistymi epopejami. Do rzadko której jednak określenie to pasuje tak doskonale, jak do „Sagi Winlandzkiej”. Całość może i wydaje się niepozorna – przynajmniej dla tych, którzy do tematu podchodzą bez jakiekolwiek wiedzy na temat opowieści (a nie jest to łatwe, bo w świecie miłośników japońskiej popkultury to głośne dzieło) – ale robi wielkie wrażenie. Można oczywiście być sceptycznym, bo przecież ile już było komiksowych opowieści o wikingach, prawda? Najsłynniejsza z nich, „Thorgal”, nieprzerwanie od kilku dekad pojawia się na rynku z kolejnymi tomami. Amerykanie też próbowali swoich sił w temacie. Po co nam jeszcze jedna opowieść?

 



A choćby po to, że „Saga Winlandzka” bije je wszystkie na głowę. Nie jestem wielkim fanem „Thorgala”, choć znam rewelacyjne tomy z tej serii, wikingów też nie uwielbiam jakoś szczególnie, ale dzieło Yukimury kupiło mnie całkowicie. Tu nie ma słabszych i lepszych tomów – wszystko od początku do końca trzyma ten sam rewelacyjny poziom, jest konsekwentne i porywające. Mogłoby się wydawać, że skoro za wszystko odpowiada Japończyk, a Japończycy z każdego tematu potrafią zrobić coś śmiesznego, dziwnego czy, kolokwialnie mówiąc, zboczonego, także i „Saga” może być daleka od tego, czym być powinna, ale nic bardziej mylnego. Mamy tu do czynienia z pełną przygód opowieścią historyczną, która realia dawnych dni oddaje z pieczołowitością, jaka wręcz zachwyca.



Poza tym „Saga Winlandzka” pełna jest akcji, ale i bardziej spokojnych momentów. A zaludniają ją świetnie nakreśleni bohaterowie. Oczywiście już samo to wystarczyłoby, żeby czytelnicy pokochali serię, ale autor ubrał to jeszcze w przepiękne, zachwycające realizmem i pełne poetyzmu ilustracje, od których nie sposób oderwać oczu. Wszystko to, razem wzięte autentycznie zachwyca i poraża. I satysfakcjonuje zarówno miłośników takich klimatów, jak i ludzi, którzy od nich stronią, a to wielka sztuka. Dlatego poleca całość bardzo, bardzo gorąco.

 

A wydawnictwu Hanami dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz