niedziela, 20 grudnia 2020

Shazam

W DUŻYM CIELE MAŁY DUCH

 

Kinowe uniwersum DC Comics to próba powtórzenia sukcesu marvelowskiego MCU. Próba nieudana. Po całkiem niezłym „Człowieku ze Stali”, kolejne produkcje były albo złe („Batman v Superman”, „Liga sprawiedliwości”), albo mocno przeciętne łamane przez nijakie („Suicide Squad”, „Wonder Woman”). Dlatego do „Shazama” podchodziłem z wielką ostrożnością. Tym bardziej, że zwiastun nieszczególnie zachęcał do obejrzenia tego filmu. Na szczęście w końcu zabrałem się za oglądanie i… muszę przyznać, że to pierwszy naprawdę dobry film z DCEU i obok „Jokera” najlepsze, co w adaptacji komiksów tego giganta wydarzyło się od czasu „Mrocznego Rycerza” Nolana. Nawet jeśli – a może właśnie dlatego – film ten mocno przypomina kinowe dokonania Marvela.

 

Fabuła, jak zawsze jest prosta. Oto mały Billy Batson w dzieciństwie zagubił się w tłumie i nigdy nie odnalazł matki. Teraz, jako nastolatek, sprawia wieczne problemy uciekając z kolejnych rodzin zastępczych i próbując odnaleźć rodzicielkę. Wkrótce jednak trafia pod skrzydła kolejnych opiekunów, którzy okazują się być wyjątkowo kochającą rodziną, w której nasz bohater wreszcie będzie miał okazję zaznać to, czego w życiu mu brakuje. Ale prawdziwa rewolucja dopiero przed nim. Tajemniczy czarodziej puszkujący spadkobiercy dla pradawnych mocy to właśnie Billy’ego uznaje godnym i obdarza niezwykłymi zdolnościami. Teraz, kiedy tylko chłopak powie magiczne słowo Shazam zmienia się w dorosłego superbohatera. Niestety, choć jego ciało dorasta, umysł pozostaje umysłem dziecka. A nie dość, że Billy nie radzi sobie z darem, jaki otrzymał, to jeszcze będzie musiał stoczyć bój z potężnym i złym Sivaną, którym włada siedem grzechów…

 

Ckliwa historyka o sierocie, który znajduje miłość i akceptację nowych krewnych mogła zabić ten film. Zabić go też mogły wszystkie te żarty serwowane z skrajnie przerysowany sposób przez Zachary’ego Leviego, który wciela się w postać dorosłego Billy’ego. Wreszcie ten film mógł być po prostu nudny i rozwleczony – jak wszystkie poprzednie filmy z DCEU. Co go uratowało?

 


Humor. Humor pełnymi garściami czerpany z kinowych obrazów Marvela. To i świadomość, że nie ma co tworzyć kina poważnego czy wzruszającego, bo na takich schematach podobnego obrazu nie da się już zrobić. Trzeba więc z nich żartować, trzeba je obśmiać, choć jednocześnie zapewnić odbiorcom obowiązkowy dydaktyzm – tyle tylko, żeby nie był on podany nachalnie. I to się twórcom udało. I udało się też stworzyć lekką atmosferę, która w najlepszych momentach przypomina szalone kino lat 80. XX wieku. I to właśnie ocaliło „Shazama”. Prosta, zabawna historyjka. Schematyczna, ale podana z dowcipem ów schemat przełamującym. Widać to najlepiej w scenie ostatecznej walki Shazama i Sivany, kiedy unoszą się w  powietrzu, z dala od siebie i nasz badass zaczyna przemowę o swej motywacji, o tym co zrobi itd. A tymczasem Shazam patrzy na niego i krzyczy, że nic nie słyszy, więc niech od razu przejdą do walki. I walka się zaczyna

 

A my docieramy do kolejnego pozytywu – dynamiki całego obrazu. Bo większość filmu to tak naprawdę historia, gdzie bohaterowie chodzą i gadają, ale sceny akcji pojawiają się w odpowiednich momentach, dzięki czemu film, kiedy już miałby zacząć nużyć, znów wciąga. Do tego dochodzą dobre efekty specjalne i niezłe aktorstwo. Levi zawodzi, bo gra w tak przerysowany sposób, że nie przystaje to do wizerunku jego młodszej wersji, ale da się to znieść. Całe show kradnie jednak pamiętany z „To” Jack Dylan Grazer, który znów udowadnia, że jest jednym z lepszych aktorów młodego pokolenia. Do tego dochodzi świetna atmosfera, bo film dzieje się w okresie Gwiazdki – DC i okres świąteczny się lubią, w końcu wtedy rozgrywał się też najlepszy z „Batmanów”, czyli burtonowski „Powrót”. Efektu dopełniają liczne odniesienia (kula rozbijająca się o oko Supermana to chyba najbardziej oczywisty z podobnych smaczków) i metafikcyjna nuta – w końcu nowy przyrodni brat Billy’ego jest fanem komiksów i na komiksach właśnie uczy go bohaterstwa.

 

Oczywiście mogło być lepiej. Aktorzy mogli bardziej się postarać (Tom Hanks pokazał w „Dużym”, jak należy grać dzieci  w ciele dorosłego), można też było wyeliminować sztampę… Ale to nie ważne, na to przyjdzie jeszcze czas wraz z kolejnymi filmami, w końcu sequel jest już zapowiedziany. W tym momencie liczy się jedno: że „Shazam” to kawał bardzo dobrej rozrywki, która bawi, nie nudzi i pozostawia uczucie niedosytu. Aż szkoda, że w świecie filmów DC to tylko wyjątek potwierdzający regułę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz