wtorek, 11 maja 2021

Skamieniałe sny – Satoshi Kon

W GŁOWIE SATOSHIEGO KONA

 

Satoshi Kon to bez dwóch zdań jeden z moich ukochanych twórców anime. Przedwcześnie zmarły mistrz nasyconych emocjami inteligentnych i nieoczywistych filmów, z którego dorobku czerpie teraz mocno Makoto Shinkai, był jednak nie tylko twórcą kinowym i telewizyjnym, ale także i mangaką. I to mangaką niemal równie znakomitym, jak scenarzystą i reżyserem, co wyraźnie pokazuje nam ten zbiór jego krótkich form.

 

Jeśli chodzi o fabułę, trudno w tym wypadku mówić o czymś takim. Mamy tu w końcu piętnaście krótkich mang, różnorodnych, choć jednocześnie bliskich sobie. Czasem dziwnych, czasem zwyczajnych, zawsze fascynujących i wciągających, nieważne czy autor opowiada o baseballu, praniu mózgu niegrzecznych dzieci, śledzeniu ucznia czy pomaganiu ładnej dziewczynie.

 

Filmy Satoshiego Kona uwielbiam, odkąd lata temu kupiłem na DVD „Millenium Actress”. Z miejsca pokochałem ten obraz, potem uzupełniłem domową filmotekę o pozostałe trzy filmy, jakie wyszły spod jego ręki (serialu „Paranoia Agent” jeszcze mi się nie udało) i każdym byłem zachwycony. Mniej lub bardziej, ale jednak. Potem jeszcze odkryłem twórczość wspomnianego już Makoto Shinkaia, ale to temat na zupełnie inne rozważania. Zmierzam tym wszystkim do tego, ze tak, jak pokochałem filmy Kona, tak i pokochałem tę jednotomówkę, która stanowi jedno z najlepszych jednotomowych dzieł, jakie wyszły nakładem Waneko.

 

Owszem, ponieważ rzecz składa się z krótkich opowieści, siłą rzeczy nie jest tak złożona, jak filmy Kona. To proste historie, ale intrygujące, emocjonalne i skupione na postaciach. Jest tu pewna akcja, jest klimat, jest też wiele pomysłów, które potem swoje odbicie znalazły w pełnych fabułach zmarłego mistrza (głównie w „Rodzicach chrzestnych z Tokio”). Największą siłą całości pozostaje nastrój panujący na stronach i wrażliwość artystyczna twórcy, niepodrabialna, charakterystyczna i autentycznie urzekająca nawet, jeśli w tych wczesnych przecież pracach pobrzmiewa czasem nuta niezdarności.


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to trzeba przyznać, ze jest zadziwiająco dopracowana i wręcz mistrzowska. Kona kojarzymy głównie, jako scenarzystę i reżysera, ale należy też pamiętać, że zanim zadebiutował filmem „Perfect Blue” był zarówno mangaką (debiutował już w latach 80., stworzył też wydaną także po polsku, choć nie dokończoną mangę „Opus”), jak animatorem („Roujin Z”, „Hashire Melos!”) a także asystentem pracującym pod Katsuhiro Otomo przy legendarnym „Akirze”(tu zresztą mamy wiele elementów podobnych do tamtej mangi a nawet kolorowy short ze świata Akiry).  I właśnie do prac Otomo najbardziej podobne są rysunki w „Skamieniałych snach”. Ale połączonych jednocześnie z estetyką mang Junjiego Ito. Daje to bardzo ciekawy, wpadający z miejsca w oko efekt, gdzie realizm i popisy wyobraźni splatają się w jedną spójną całość.

 

W skrócie, kawał wyśmienitej mangi dla miłośników dobrych, nieoczywistych opowieści. Po wszystkim zaś zostaje żal, że Kona nie ma już między nami i ani nie stworzy już więcej podobnych opowieści, ani filmów (jednego nawet nie dokończył i niestety, ale nikt nie chce dać funduszy na skończenie go). Ale zawsze możemy wrócić, tak do tego zbiorku, jak i wszystkich filmów mistrza. A jest, do czego.

 

Dziękuje wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







Autostopem przez galaktykę (edycja ilustrowana) – Douglas Adams

CZTERDZIEŚCI DWA LATA BŁĄKANIA SIĘ PO WSZECHŚWIECIE

 

Co prawda „Autostopem przez galaktykę” debiutowało już w roku 1978, jako słuchowisko radiowe, ale jego powieściowa wersja pojawiła się dopiero rok później, a co za tym idzie teraz świętuje swoją okrągła, czterdziestą drugą rocznicę powstania. Okrągłą? Czterdziestą drugą? Co to w ogóle ma być za jubileusz? Cóż, fanom serii nie musze mówić, dlaczego liczba ta jest szczególnie ważna dla cyklu, a cała reszta powinna z miejsca nadrobić nieznajomość opus magnum Douglasa Adamsa, bo to kawał wyśmienitej literatury. Nawet dla tych, którzy nie cierpią komediowej fantastyki.

 

W życiu czasem różnie bywa. Raz lepiej, raz gorzej, z tym, że lepiej to już tak często nie bywa. Przekonuje się o tym młody Brytyjczyk, Ziemianin, Arthur Dent, kiedy pewnego dnia odkrywa, że rada gminy chce burzyć mu dom, bo budowana jest obwodnica. A jak wiadomo, obwodnice trzeba budować. Nawet bez zgody i wiedzy mieszkańców. Ale to akurat najmniejszy problem, bo jednocześnie okazuje się, że trwa budowa kosmicznej obwodnicy, a planeta Ziemia leży na jej trasie i ją też trzeba będzie wyburzyć. Ziemianie mogli ją oprotestować, ale żaden z nich nie wybrał się do urzędu na planecie Alfa Centauri, więc cóż, dla naszego globu nie ma już ratunku. Jednak jest za to ratunek dla Arthura, bo jego przyjaciel, który okazuje się kosmitą, zabiera go w podróż w kosmos. W poszukiwaniu materiałów do najnowszego wydania arcypopularnego przewodnika „Autostopem przez galaktykę”, obaj przemierzają przestrzeń, odkrywając wszelkiej maści dziwy, a kto wie czy nie także największą zagadkę wszechświata…

 

Jak właściwie powstało „Autostopem przez galaktykę”, trudno do końca powiedzieć. Wersje podawane przez autora różniły się od siebie (we wstępie do tego wydania mamy incydent pijacki połączony z podróżowaniem z książką „Autostopem przez Europę”), jak różnią się kolejne wersje samej opowieści, kiedy Adams przerabiał je na potrzeby kolejnych adaptacji. Wszystko sprowadza się do dwóch rzeczy: wakacji w Grecji na początku lat 70., kiedy to wymyślił całą opowieść oraz pomysłu na sześcioodcinkowy serial radiowy klimatach SF, którego każdy odcinek kończyłby się inną wizją zniszczenia Ziemi. Jakkolwiek by się jednak wszystko nie zaczęło, czy w pijackim widzie, czy może pełnej świadomości, zrodziło się z tego wielkie dzieło, które mimo upływu ponad czterech dekad nadal jest równie doskonałe, jak w dniu powstania.

 


Co jest takiego niezwykłego w dziele Douglasa Adamsa? Jeśli widzieliście tylko film, jaki powstał na jego podstawie, macie pełne prawo zastanawiać się nad tym. O ile jednak kinowy hit miał jedynie nieliczne przebłyski tak humoru, jak i głębi, o tyle powieść – nomen omen adaptacja słuchowiska przecież – jest złożona właściwie z samych takich elementów. Z jednej strony autentycznie więc śmieszy, z drugiej potrafi skłonić do zadumy. A przy okazji wciąga akcja, zaskakuje pomysłami i ma swój klimat.

 

I mówi Wam to człowiek, który nie przepada za fantastyką w komediowym ujęciu. Ale „Autostopem przez galaktykę” to nie tyle komedia, ile czystej wody satyra. Lżejsza zdecydowanie od dzieł np. Kurta Vonneguta, który też pod płaszczykiem szalonych i zabawnych opowieści science fiction, przemycał ważkie treści, ale jednocześnie zaangażowana, filozofująca i satysfakcjonująca, jako opowieść z głębią. A że czytelnik w trakcie autentycznie potrafi wybuchnąć śmiechem, należy tylko zaliczyć całości in plus. Tak, jak naprawdę świetny styl czy mistrzowskie dobieranie słów tak, że śmieszą.

 

Największą atrakcją tego wydania pozostają jednak ilustracje Chrisa Riddella. Rysownik i autor książek dla dzieci serwuje nam tu naprawdę miłe dla oka, czarnobiałe grafiki z cartoonowymi, komiksowymi naleciałościami, które dobrze pasują do treści. I dobrze uzupełniają tę kultową opowieść, którą powinien poza każdy. Jeśli więc jeszcze tego nie zrobiliście, macie ku temu kolejną dobrą okazję. A jeśli już znacie „Autostopem przez galaktykę”, odświeżcie go sobie, warto. Szczególnie w czterdziestą drugą rocznicę powstania.

 

Dziękuję wydawnictwu Zysk za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 10 maja 2021

Die #2: Podzielona grupa – Kieron Gillen, Stephanie Hans

DIE TOGETHER

 

Pierwszy tom „Die” był niezłą, ale tylko niezłą wyprawą do świata rodem z lat 80. XX wieku, w którym odbijały się wszystkie growe i popkulturowe fascynacje jego scenarzysty. I śmiało by ten jeden tom wystarczył, jako pole do sentymentalnych wynurzeń. Tym bardziej, ze był zamkniętą opowieścią. Twórcy jednak postanowili kontynuować swoją opowieść i… Cóż, nadal jest nieźle. I nadal nie jest tak dobrze, jak mogłoby być. Chociaż jeśli lubicie gry RPG i chcecie komiksu zakorzenionego w ich klimatach, śmiało możecie sięgnąć.

 

Z krainy gry, do której trafili po latach bohaterowie nie tak łatwo jest uciec. Albo wszyscy zgodzą się wrócić, albo nie wróci nikt. Problem w tym, że drużyna jest podzielona, a co za tym idzie powrót nie jest możliwy. Ale czy aby na pewno? I czy uciekając przed tym światem bohaterowie czasem nie uciekają przed tym, kim sami są?

 

Gdyby „Dungeons and Dragons” były „Jumanji”, wyglądałyby mniej więcej tak, jak „Die”. Mniej więcej, bo mogła być to o wiele lepsza seria, bardziej czerpiąca z klimatów tamtych dzieł czy popkultury lat 80., mocniej przesycona sentymentem, bawiąc się konwencją, formułą, bardziej wkraczająca na metafikcyjne czy postmodernistyczne pole. Wtedy wszystko to sprawdziłoby się o wiele bardziej, bo potraktowanemu ze śmiertelną powagą tematowi zabrakło tej nonszalancji i lekkości, jaką mieć powinien. I jaką by miał, gdyby był tworem z lat 70. czy 80. XX wieku. Jest jednak, co jest. A co dokładniej?

 


Przede wszystkim potraktowana z powagą typowa opowieść fantasy. Jak pamiętacie z dodatków do pierwszego tomu, autor w bardzo dokładny sposób rozplanował swój świat, przygotował wszystko, przemyślał, rozpisał… Problem w tym, że kiedy czyta się „Die”, czytelnik tego nie widzi. Widzi za to prostą opowieść fantasy, gdzie bohaterowie mają do wykonania jaki quest i zmagają się z wrogami. Samo w sobie ma to pewien urok, czyta się też nieźle, ale nie ma w tym zachwytu, nawet jeśli w niektórych scenach aż prosi się o to, by zaatakowały nas emocjonalnie czy choćby po prostu epicką sceną.

 


Mimo to „Die” jest przyzwoitą lekturą. Już mniej pociągającą, niż na początku, kiedy to jako miłośnik podobnych dzieł, z jakich twórcy czerpali, dałem się na chwilę – krótką, ale jednak – uwieść samej idei, ale nadal całkiem niezłą. Nieźle nazrywaną i bardzo ładnie wydaną. Nie jest to komiks dla wszystkiego, trochę zabrakło ambicji, została rozrywka, niemniej jeśli ktoś taką rozrywkę lubi, może spróbować tej serii. Może akurat jego zachwyci.






niedziela, 9 maja 2021

Neon Genesis Evangelion #3 – Yoshiyuki Sadamoto

TAJEMNICE I SEKRETY

 

Trzeci tom „Neon Genesis Evangelion” to po prostu jeszcze jedna porcja tego samego, czyli opowieści, która nadal skupia się przede wszystkim na akcji. Ale jest to akcja, która naprawdę urzeka i wciąga. I ma swój znakomity klimat, dla którego po „NGE” się sięga.

 

Shinji zbuntował się i porzucił rolę pilota, a zatem służbę w Nerv. Szybko jednak zdołał pogodzić się z Misato i powrócić do działania. Zaczyna też wreszcie dogadywać się z rówieśnikami, ale im dłużej przebywa w tym mieście, tym więcej pytań kłębi się w jego głowie. Kim jest Rey Ayanami, dziewczyna o czerwonych oczach, która nigdy nie okazuje uczuć i emocji? I dlaczego ręce Gendo są poparzone? Jednocześnie Nerv zaczyna odkrywać intrygujące fakty na temat aniołów. Ale gdy w życiu osobistym zaczyna się dziać coraz więcej, także i na polu zawodowym pojawiają się kolejne wyzwania w postaci jeszcze jednego anioła atakującego Neo Tokio III. Problem w tym, że tego może nie być tak łatwo pokonać…

 

Pierwsza połowa serialu anime, na podstawie którego powstała ta manga, skupiona była przede wszystkim  na dość typowej rozrywce typu mecha. Wielkie roboty, wielcy przeciwnicy, szybka akcja… Każdy to zna. Tu jednak jest nieco odmienione. Same walki są krótkie, bo i krótki jest czas działania Evangelionów, więcej za to życia bohaterów, co doceniam. Tajemnice powoli są nawarstwiane, kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce, na razie jednak wciąż jest to dość prosta opowieść akcji z dozą SF, która uwodzi przede wszystkim klimatem.

 


Ten klimat budują rysunki. Proste, czasem brudne i niechlujne, ale jednak spójne, znakomicie wykonane i pełne dynamiki. Rastry potęgują nastrój, świetna mimika postaci dobrze oddaje ich emocje, a do tego mamy też czasem dziwny, rozbrajający humor – podkreślany ilustracjami – atakujący nas nawet w najpoważniejszych momentach.

 

W skrócie: kawał dobrego komiksu dla miłośników science fiction. Dobrze napisanego, świetnie zilustrowanego, czyta się go jednym tchem, nawet mimo pewnych wpadek tłumacza czy korekty. I chce więcej.

sobota, 8 maja 2021

Monstressa, tom 5: Dziecko wojny – Marjorie Liu, Sana Takeda

WOJNA WISI NA WŁOSKU

 

Nowy tom „Monstressy” właśnie pojawił się na rynku. Jeśli nie czytaliście poprzednich części, zaczynać opowieści w tym miejscu nie ma sensu. Ale jeśli jesteście fanami, powiedzieć mogę Wam tylko jedno: czeka tu na Was dokładnie jeszcze jedna porcja tego samego. Co to oznacza? Nie najgorzej napisaną, ale absolutnie świetnie zilustrowaną historię fantasy.

 

Wojna między Federacją a Arcanics zbliża się niebezpiecznie wielkimi krokami i nic nie zdoła jej chyba zatrzymać. Na Maikę czeka więc czas decyzji, które zaważą na przyszłych losach jej i jej przyjaciół. Na co się zdecyduje? I co z tego wyniknie?

 

„Monstressa” to jeszcze jedna seria na amerykańskim rynku, która mocno czerpie z mangowej estetyki, stylistyki i tym podobnych elementów. Na tym polu pod wieloma względami przypomina „Usagiego Yojimbo”. Co prawda w odróżnieniu od niego nie tylko jest bardziej realistyczna, skierowana do dojrzalszego czytelnika i oferuje w pełni kolorową szatę graficzną, niemniej oba tytuły stanowią przeniesienie azjatyckich wzorców na amerykański grunt. A przy okazji obie nie dorównują prawdziwym, podobnym im komiksom z Kraju Kwitnącej Wiśni.

 

Fabularnie „Monstressa” to dość prosta opowieść fantasy. Mamy bohaterów, niezwykły świat, popisy wyobraźni, akcję, wojenną zawieruchę, quest… Długo można by wymieniać, ale każdy to zna. I każdy zna też wiele dzieł, które treścią są lepsze od przygód naszej bohaterki. Bo to po prostu stricte rozrywkowa opowieść, nie ma tu większej głębi, nie ma też czegoś nowatorskiego. Mamy za to konsekwentnie snutą historię, którą czyta się nieźle. Czytelnik nie przeżywa zachwytów, postacie nie są zbyt złożone czy głębokie, ale za to nie ma też nudy.

 


Prawdziwą siłą cyklu pozostają jednak doskonałe ilustracje. Kreska z jednej strony jest dość uproszczona, ale pozostaje realistyczna, bogata w detale i dopracowana. Świetnie dobrany kolor, balansujący na krawędzi klasyki i współczesności, pomaga budować wyśmienity klimat, a czasem podkreśla dynamikę opowieści. I właśnie ta strona graficzna sprawia, że po „Monstressę” warto jest sięgnąć, nawet jeśli treść miałaby nie powalić nas na kolana.

 

Kto zatem lubi fantasy, niech sięgnie bez wahania. To niezła seria, typowa, ale chyba właśnie tego miłośnicy gatunku oczekują. A że „Monstressa” naprawdę wyróżnia się oprawą graficzną – i to in plus – warto zwrócić na nią uwagę.


piątek, 7 maja 2021

Mercy #2: Łowcy, kwiaty i krew – Mirka Andolfo

NO MERCY

 

Drugi tom drugiej serii (nie liczę gościnnych występów w „Ms Marvel”) Mirki Andolfo na polskim rynku to po prostu jeszcze jednak typowa dla autorki publikacja. Fanów urzeknie, przeciwników nie kupi. A komu jeszcze może się spodobać? Przede wszystkim miłośnikom prostych, przepełnionych erotyką i wątkami rodem z tanich romansów opowieści fantastycznych, gdzie nie brak pewnej dawki grozy.

 

Woodsborough w stanie Waszyngton stało się miejscem niepokojących i makabrycznych zdarzeń. Seria morderstw wstrząsnęła okolicą, a na scenie pojawia się piękna i tajemnicza Hellaine. Co jednak dzieje się w tym miasteczku? Jakie cele ma kobieta? I do czego może to doprowadzić?

 

Komiksy Mirki Andolfo są trochę, jak jednogarnkowe danie. Autorka bierze to, na co ma ochotę, wrzuca do środka, miesza i ma nadzieję, że wyjdzie smakowite. Trochę doprawia, trochę kombinuje. Szybko jednak okazuje się, że wrzuciła za dużo, składniki do siebie niezbyt pasują, a na dodatek nie były najlepszej jakości. Andolfo w „Mercy” postanowiła przestać bawić się w przesłanie, które wychodziło jej wcześniej strasznie łopatologicznie i bez głębi i postawiła na czystą rozrywkę. I jest to rozrywka, która ma swoje udane momenty, ale za bardzo wpasowuje się w klimaty choćby „Zmierzchu”, by naprawdę mogła urzec.

 

Jednocześnie, mimo pozbycia się ambicji poziom „Wbrew naturze” został zachowany. „Mercy” to po prostu starcie rozrywkowa opowieść, gdzie horror i western łączą się fantastyką, baśnią i erotyką (nadal mam wrażenie, że wymuszoną, jakby autorka w ogóle tego nie czuła, ale wrzuciła, bo to się sprzedaje) w komiksie, który czyta się szybko. Bezrefleksyjnie przy tym, ale i bez nudy, choć z dawką infantylności. Taki już jednak „urok” scenariuszy Andolfo, która chcąc tworzyć opowieści dla dojrzałych czytelników, zatrzymała się chyba w emocjonalnym rozwoju na okresie nastoletnich westchnień do książąt z bajek i zaczytywania się tanimi, pełnymi erotyki romansidłami.

 


Widać to też w rysunkach. Z jednej strony starają się być mroczne i krwawe, nie brak w nich nagości, ale całość jest kolorowa, bardzo mangowa w swoim wyglądzie i przepełniona wszelkiej maści dodatkami, które głównie do gustu przypadają nastoletnim dziewczynom. Ma to swój klimat, bo Mirka rysować potrafi, ale zdecydowanie mogłoby być bardziej brudne i mroczne, by podkreślić horrorową, wiodącą przecież stronę opowieści.

 

Dla kogo jest to komiks? Myślę, że głównie dla płci pięknej, która lubi grozę, ale niezbyt mocną, za to wciąż wzdycha do nastoletnich marzeń. Nie znaczy to jednak, że inni miłośnicy fantastyki z dreszczykiem nie znajdą tu nic dla siebie. Po prostu musza liczyć się w tym, że czeka tu na nich po prostu niewymagająca rozrywka.





czwartek, 6 maja 2021

The Goon: Kolekcja, tom 5 - Eric Powell

(Z)GOON

 

„The Goon”, „Zbir”, czy jak wolicie nazywać tę serię, właśnie dotarł do końca swojej drogi. Piąty zbiorczy tom to zarazem ostatni album serii. Serii, do której autor co prawda w ostatnim czasie powrócił, ale co będzie z nią dalej, to pieśń przyszłości. A póki co w nasze ręce trafia kolejny potężny, bo niemal pięćsetstronicowy wolumin, który warto jest poznać. Bo „Goon”, choć nie jest serią dla wszystkich, stanowi tytuł, który miłośników nieszablonowej grozy podanej z wulgarnością i humorem potrafi autentycznie zachwycić.

 

Kapłan Zombie powraca! A to dopiero początek Końca co prawda, ale jednak! Co tu robi Billy the Kid? Czym jest ta gadająca po łacińsku Godzilla? Gdy szaleństwo nabiera tempa, wydarzyć może się dosłownie wszystko! Czyli, jak zawsze…

 

„The Goon” to dziwna seria. Z jednej strony mamy tu do czynienia z nastrojowym horrorem, dziejącym się na terenach wiecznie zasnutych mgłą i zaludnionych przez wszelkiej maści stwory, z drugiej to opowieści noir, z trzeciej science fiction rodem ze złotej ery lat 50., z czwartej zaś komedia i to taka często metafikcyjna, żartująca z samej materii opowieści graficznych. Właściwie wiele jeszcze można by wymienić, bo seria Powella to dziecko, jakie mógłby począć Ed Wood, gdyby zapłodnił Mela Brooksa i razem wychowali je na cmentarzu, zabranym z planu filmowych horrorów z studia Universal, który potem trafił w ręce Tromy, by skończyć jako dekoracja tandetnych filmów grozy z lat 80. XX wieku.

 


Powell wziął w tej serii wszystko to, za co kochał beznadziejną fantastykę z okresu pierwszej dekady po drugiej wojnie światowej, horrory z lat 20. do 80., noir, groszowe opowieści z dreszczykiem czy wątkiem kryminalnym, komiksy wyklętej oficyny E.C. Comics i wiele więcej, wiedział jednak, że poważny hołd zabije tę serię kiczem i tandetą, więc podlał go jeszcze większą porcją kiczu i tandety i opakował w zabawne ciuszki. Nie zawsze super mu to wychodzi, są momenty, które mnie nie bawią, ale większość „The Goon” to kawał świetnych opowieści, w których torturowanie ludzi śmieszy do łez, lejąca się krew ma więcej uroku niż pole pełne pięknych kwiatów, a mgła, mrok, szaleńcy, zombie i wszelkie temu podobne kiczowate elementy i horrorowe tałatajstwo budzi więcej pozytywnych emocji, niż piękno świtu wstającego nad łanami pszenicy czy innego składnika bimbru, którym za chwile struje się cała wieś…

 


Ale co to ja chciałem… A, tak! „The Goon” jest dobry. Jest śmieszny. Jest nastrojowy. Jest też dynamiczny i pomysłowy, chociaż złożony został z niezliczonych klisz. No i jest wyśmienicie zilustrowany – mamy tu i realizm, i cartoonowość i wiele więcej – a przy okazji doskonale wydany. Tom gruby, niczym muskuły Zbira, oprawa twarda, jak jego głowa, do tego obwoluta, papier kredowy (trudno się takim podetrzeć, więc z miejsca już wiadomo, że nie jest to komiks do… wiecie, o co mi chodzi), dodatki… W skrócie, kto lubi horrory, powinien poznać. Może nie każdego „Zbir” kupi, ale warto by każdy spróbował czy to nie opowieść dla niego. W końcu nie przypadkiem jest to seria tak kultowa.







środa, 5 maja 2021

Thanos #2 – Donny Cates, Dylan Burnett, Geoff Shaw

PRZYSZŁOŚĆ THANOSA

 

Wydawnictwo Egmont właśnie zaserwowało nam drugi i zarazem ostatni tom serii Thanos (szukajcie go w księgarni TaniaKsiazka). Po pierwszej części, napisanej prze znakomitego Jeffa Lemiera, tytuł trafił w ręce Donny’ego Catesa. Ten zaś uczynił z niego iście eventową rozrywkę, czasem szaloną i zabawną, czasem poważną i widowiskową. I czyta się to naprawdę bardzo przyjemnie.

 

Thanos już prawie miał w rękach nieograniczoną władzę, kiedy niespodziewanie ją utracił. Jednak według niego jego ostateczne zwycięstwo jest nieuniknione – to tylko kwestia czasu. Po podporządkowaniu Chitauri wydaje mu się, że wreszcie wygrana jest już blisko. Wtedy jednak na scenę niespodziewanie wkracza szalony (i szalenie dowcipny) Cosmic Ghost Rider i zabiera Thanosa w przyszłość. Kto jest zleceniodawcą Ghost Ridera i jaki jest cel tej wyprawy? A może sam Ghost Rider potrzebuje Thanosa, żeby zrealizować swój plan? Scenariusz napisał Donny Cates („Venom”), a rysunki przygotowali Dylan Burnett („Ant-Man”) i Geoff Shaw („God Country”).

Album zawiera zeszyty „Thanos” (2016) #13–18, „Annual” #1 i „Cosmic Ghost Rider” #1–5.

 

Donny Cates to taki autor, o którym mówi się, ze napisze wszystko. Jednocześnie, jak pokazał w wydawanym po polsku Doktorze Strange’u, potrafi to robić. Na dodatek z lekkością, humorem i niekiedy eventowym zacięciem. I właśnie takim eventem jest ta historia o Thanosie, serwując nam epicką i widowiskową opowieść, która dzieje się nie tylko na łamach przygód tytułowego łotra, ale też i w pięciu zeszytach cyklu Cosmic Ghost Rider.

 


Poza tym Thanos w jego wykonaniu to połączenie superhero w realiach space opery z lekką historią, a także opowieścią o rodzinie, czym kontynuuje to, co zostawiło po sobie Lemire w poprzednim tomie. Dzięki temu mamy tutaj i typową akcję, pełną walk i popisów wyobraźni, mamy dynamikę i szybkie tempo, ale dostajemy także sporą dawkę spokojnych, scen. Owszem, autor nie robi tutaj nic wybitnego, ani nie odkrywa nowych komiksowych lądów, ale zapewnia nam naprawdę dobrą rozrywkę, która czasem potrafi zaskoczyć szaleństwem, a którą czyta się dosłownie jednym tchemm

 

Udane są tutaj także rysunki. Dylan Burnett i Geoff Shaw serwują nam tu bowiem wpadające w oko, nastrojowe i pełne komputerowych efektów ilustracje, pasujące do opowieści SF. Ogląda się to bardzo przyjemnie, oddające charakter całości i przydające jej tego, co przydawać powinny – posmaku rodem z epic movies i kinowych hitów Marvela.

 

W skrócie, każdy miłośnik Thanosa i Ghost Ridera powinien ten tom poznać. Tom solidnej grubości (288 stron) i dobrej jakości. A po wszystkim zostaje nam czekać już tylko na kolejny zapowiedziany właśnie, event od Marvela.


Recenzja ukazała się wcześniej na portalu Planeta Marvel.

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

wtorek, 4 maja 2021

Królowa żaru – Laura Sebastian

ZOSTANĄ TYLKO POPIOŁY?


„Królowa żaru”, zwieńczenie trylogii fantasy Laury Sebastian, to, podobnie jak dwa poprzednie tomy, niezła lektura rozrywkowa. Ma swój klimat, ma urok i chociaż nie przełamuje gatunkowego schematu, miłośnikom poprzednich części oferuje dobre zwieńczenie udanej opowieści. Cała trylogia zaś na pewno przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy lubią tego typu fantastykę i mają ochotę na kolejną opowieść osadzoną w takich klimatach.


Od znieważanej i prześladowanej księżniczki-więźniarki, do… Właśnie, dokąd los doprowadzi naszą dzielną Theodosię? Odzyskała wolność, ale czy mając ze sobą tylko armię niedoświadczonych rebeliantów, zdoła zaprowadzić zmiany w kraju? Czeka ją, bowiem nie tylko nie tylko walka o uwolnienie ludu, ale też i starcie z Kaiseriną! Czy ogień rewolucji zapłonie z pełną mocą? A może po wszystkim zostaną tylko popioły?

 

Pierwsze dwa tomy trylogii o Theodosii, „Księżniczka popiołu” i „Pani dymu”, były niezłą fantastyką. Ktoś powie, że tylko niezłą i będzie miał rację, patrząc jednak na rynek współczesnego fantasy, nawet niezłe książki zdarzają się coraz rzadziej, a co za tym idzie, tym bardziej warto je cenić. W gatunku w końcu powiedziano już niemal wszystko – dziesiątki, może setki nawet razy – coraz bardziej liczy się, więc dobre odtwórstwo, a w przypadku serii Sebastian, właśnie z takim mamy do czynienia. I to na tyle udanym, że po każdym tomie z chęcią sięgałem po ciąg dalszy. I chociaż autorka z kolejnymi częściami nie wzbiła się na wyższy poziom, zdołała zachować jakość i teraz, po raz trzeci dostarczyła mi przyjemnej rozrywki w świecie fantasy, do którego całkiem miło było wrócić.

 

„Królowa żaru” to po prostu kolejny tom kobiecego fantasy. Rozwija i prowadzi do finału wątki, oferuje akcję, jak i spokojniejsze momenty, ciekawie nakreśla realia wymyślonego świata i pozostaje lekka i przyjemna, więc nie ma tu właściwie miejsca na nudę. Do tego mamy tu typowe dla fantasy schematy, od walk w starym stylu zaczynając, na magii skończywszy, prosto, ale wyraziście nakreślone postacie i nieskomplikowaną akcję.

 

Prostota całości sprawia, że mamy tu do czynienia z lekturą stricte rozrywkową. Na głębię i przesłanie nie ma tu miejsca, niemniej, jako właśnie rozrywkowa opowieść tak ten tom, jak i cała seria Laury Sebastian, wypada przyjemnie. Dość niezobowiązująco, ale sympatycznie. I wystarczająco dobrze, bym nie żałował sięgnięcia po trylogię i bawił naprawdę sympatycznie.

 

Dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



poniedziałek, 3 maja 2021

Perfect World #11 - Rie Aruga

PERFECT LIFE? PERFECT FAMILY?

 

Jedenasty i docelowo przedostatni tomik „Perfect World” to jeszcze mocniejsze wniknięcie w życie bohaterów po ślubie. A właściwie w jeden konkretny jego aspekt: chęć posiadania potomka. Autorka dzięki temu ukazuje trudności z tym związane, szczególnie te dotykające osób niepełnosprawnych, a także podejmuje się zastanowienia nad tematem adopcji. A wszystko to w dobrej obyczajowej opowieści, w której nie brak emocji i prawdy.

 

Tsugumi i Itsuki chcą mieć dziecko, ale w ich sytuacji nie jest to wcale taki łatwe, jak mogłoby się wydawać. Dlatego też decydują się na adopcję. Niestety, jak się można domyślać, mają też wiele obaw z tym związanych. Dlatego wybierają się do ośrodka, ale i tam czekają na nich jedynie kolejne problemy. Bo żeby adoptować dziecko, muszą spełnić wiele warunków i rozwiązać kwestie pracy dziewczyny i niepełnosprawności chłopaka. Czy uda im się wygrać batalię o założenie rodziny?

 

Większość tomików „Perfect World” skupiała się nie tylko na dążeniu do spełnienia w miłości i pokonywaniu trudności z tym związanych, ale i na życiu osób niepełnosprawnych i problemach z tym związanych. I to nie tylko, jeśli chodzi o ludzi przykutych do wózka, chociaż to właśnie ten rodzaj niepełnosprawności zgłębiła autorka ze szczegółami, bo kryła się w tym uniwersalna prawda i jednocześnie siła przekonywania.

 

Potem mang dotarła do punktu, w którym bohaterowie są już razem, wzięli ślub… I co dalej? Żyli długo i szczęśliwie czy nie? Na razie nie odpowiada na to pytanie w jednoznaczny sposób, choć jak wiadomo wszystkie opowieści i tak kończą się tragicznie, bo ludzie nie żyją wiecznie i jedynie my nie obserwujemy tego końca, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Ale jednocześnie autorka ukazuje nam kolejne trudności w życiu niepełnosprawnych osób. Kwestie seksualności, płodności, chęci posiadania dziecka. Aż docieramy do tematu adopcji i związanych z tym rozważań, nad którymi warto się pochylić, nawet jeśli samemu nie musi się zastanawiać nad taką kwestią.

 


Jak widać po powyższym, autorka w różnej mierze skupia się w tej serii na stronie miłosnej, co i obyczajowej. Nie jest to jednak tandetna historyjka pseudo życiowa, a autentycznie poruszająca opowieść o ciężkim życiu i tym, co się z nim wiąże. Delikatnie przy tym narysowana, pełna jasności i zwiewnej kreski, nie atakuje może oczu czytelnika, ale w swej łagodności pełna jest uroku i udanego klimatu, pasującego do treści.

 

Kto lubi obyczajowe i romantyczne, ale nie naiwne opowieści, powinien „Perfect World” poznać. To dobra seria. I całkiem przy tym dojrzale podchodząca do tematu.

 

Mangę kupicie tutaj:




niedziela, 2 maja 2021

Neon Genesis Evangelion #2 – Yoshiyuki Sadamoto

WALKA Z ANIOŁAMI TRWA

 

Po raz pierwszy z tym tomem (jak i kilkoma kolejnymi) „Neon Genesis Evangelion” zetknąłem się ponad dwie dekady temu, kiedy to JPF z niejasnych powodów wydawało całość w formie zeszytów wydrukowanych w formacie amerykańskim. To był zresztą mój pierwszy kontakt z tą opowieścią – pierwszy i zachwycający. I ten zachwyt został mi po dziś dzień i nawet teraz, gdy odświeżam sobie całą serię, znów czuje się jak ten dzieciak, który z taką fascynując odkrywał niesamowity klimat „Ewangelii nowego stulecia”.

 

Po pokonaniu pierwszego w swojej karierze anioła Shinji zaczyna zadomawiać się w Neo Tokio III. Mieszka z Misato, w szkole zaczyna nawiązywać relacje z rówieśnikami, którzy nie zawsze są mu przychylni i stara się odnaleźć w świecie mimo depresji. Wkrótce jednak nadchodzi czas kolejnego wyzwania, gdy kolejny anioł przypuszcza atak na miasto. Czy tym razem Shinji też poradzi sobie z wrogiem?

 

Pierwsze tomy „Neon Genesis Evangelion”, najbliższe serialowej wersji tej opowieści, to jeszcze nie ta opowieść, która robi największe wrażenie. To, co tutaj mamy to klimatyczne – i to bardzo – ale dość typowe SF o wielkich robotach walczących z tajemniczym zagrożeniem rodem z kaiju. Owszem, mamy tu sporo świetnych scen, humoru, erotyki i codziennych spraw, podszytych dużą dawką depresji i nutą filozofowania, ale jeszcze te ostatnie elementy nie osiągają poziomu, za który tak kocham „NGE”. Tak samo, jak i tajemnice, które pobrzmiewają na razie gdzieś w tle i jeszcze trochę dzieli nas do tego by wybuchły z pełną mocą i powaliły nas na kolana.

 


Nie zmienia to jednak faktu, że rozrywka, jaką oferuje nam seria, jest iście rewelacyjna. Tempo jest szybkie, tomik pochłania się jednym tchem, walki robią spore wrażenie, a i dobrze rozwijana strona obyczajowa wypada naprawdę znakomicie. Do tego mamy świetne ilustracje, proste, czasem dość niechlujne, ale nastrojowe, wpadające w oko i budujące doskonały klimat. Bo chociaż to tylko adaptacja kultowego anime, a zatem dość uproszczona i maskująca wiele na polu graficznym mrokiem i rastrami, Sadamoto tak sprawnie wykonał swoją robotę, że to, co mogłoby być minusem, zmienia się w mocną stronę opowieści.

 

Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak polecić serię Waszej uwadze. To nie tylko kawał dobrego komiksu, ale też i po prostu jedna z najlepszych serii mangowych, jakie powstały. Może nie jest to opowieść dla wszystkich, ale na pewno warto ją poznać i przekonać się, czy do Was trafi. Bo jeśli trafi, będziecie zachwyceni i nigdy o „NGE” nie zapomniecie.

sobota, 1 maja 2021

Perfect World #10 - Rie Aruga

I ŻYLI… DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE?

 

Gdzie kończą się opowieści o miłości? W momencie, w którym bohaterowie w końcu schodzą się ze sobą, biorą ślub i najprawdopodobniej żyją długo i szczęśliwie. I o tym właśnie opowiadał poprzedni tomik serii „Perfect World”. Ale autorka nie zamierzała poprzestać na tym i wciąż serwuje nam kolejne części. Co w nich zawarła? Głównie codzienne życie po ślubie, ukazane z perspektywy związku zdrowej i niepełnosprawnej osoby, oferując wiele ciekawych spostrzeżeń w tym temacie.

 

Tsugumi i Itsuki mimo problemów i przeciwności losy, w końcu złączyli się na dobre, wzięli ślub, a teraz czeka na nich wspólne życie. Życie, które zaczyna się szczęśliwie, ale szybko pojawiają się pierwsze rysy na fasadzie idealnego związku. Gdy oboje zaczynają zastanawiać się nad przyszłością, zaczynają rozważać sprowadzenia na ten świat dziecka. Tylko czy w ich sytuacji powinni w ogóle rozważać ten temat? A jeśli zdecydują się spłodzić potomka, co to będzie dla nich oznaczało i z jakimi problemami się wiązało?

 

Dziesiąty tomik „Perfect World” pokazuje, że seria ta, choć mocno romantyczna, nie jest typowym romansem. Bo romans już by się zakończył, kiedy bohaterowie wzięli ślub, tu jednak opowieść trwa nadal i pokazuje nam wiele ciekawych rzeczy. Jak wygląda życie erotyczne osoby przykutej do wózka? Co z kwestią dzieci? I jak wygląda codzienne życie z niepełnosprawnym, bo dotąd bohaterka tak naprawdę jedynie liznęła temat…

 


Rie Aruga, tak jak dotąd, tak i teraz, skupia się na jak najdokładniejszym oddaniu problemów osoby przykutej do wózka, jej uczuć i tego, jak odbiera ją społeczeństwo i bliscy. Ta część trafi nie tylko do każdego czytelnika, który w ten czy inny sposób ma problemy ze zdrowiem, bo chyba każdy znajdzie tu coś fascynującego i przerażającego zarazem. Jednocześnie jest tu dużo momentów dla fanów obyczajowych opowieści i wzmiankowanych już romansów, a także opowieści psychologicznych. Więcej tu co prawda goryczy, niż radości, ale tak właśnie powinno być, bo życie nie oszczędza nikogo, a już na pewno nie osób niepełnosprawnych.

 


Jeśli chodzi o szatę graficzną, to od początku pozostaje taka sama. Ilustracje są więc proste, pozbawione nadmiaru czerni, zwiewne wręcz, by nie rzec po prostu, że kobiece, ale kiedy trzeba detale techniczne, są dopracowane i realistyczne. A razem z udaną treścią wszystko to składa się na dobrą serię, która porusza nietypowe, ale warte poruszania tematy, które chyba żadnego czytelnika nie pozostawią obojętnym.

 

Mangę kupicie tutaj:





piątek, 30 kwietnia 2021

Fire Force #9 - Atsushi Ohkubo

WALKA W NEITHERZE


Kolejny tomik „Fire Force” w moich rękach. Czyli kolejna porcja dobrej zabawy zapewniona. Bo nawet, jeśli seria ta nie grzeszy oryginalnością, za każdym razem, gdy sięgam po kolejne jej części, bawię się naprawdę dobrze i mam ochotę na więcej. I to chyba najlepsze, co mogę powiedzieć o przygodach dzielnych strażaków.

 

W poszukiwaniu Shou i Ewangelisty, Ósemka staje przed nie lada wyzwaniem: wdarciem się do Neitheru! Niestety wrogowie już na nich czekają i jest zdecydowanie za dużo. Rozdzielni bohaterowie muszą działać samodzielnie, a walka trwa i to na śmierć i życie. Kto przetrwa? I za jaką cenę?

 

Chociaż „Fire Force” przez czas, jaki minął od zaczęcia tej opowieści, stał się serią nieco bardziej autorską, wciąż jest to opowieść, która pełnymi garściami czerpie ze świetnego shounena „Ao no Exorcist”. Świat, gdzie nie brak dziwnych mocy, z którymi walczą oddziały służb władających mocami? Jest. Demony? Zagrożenia wewnętrzne? Też są. Do tego mamy głównego bohatera, podobnego z wyglądu do postaci wiodącej z tamtej serii, na dodatek jak tamten mającego w sobie demoniczne moce… Długo można by wymieniać…

 

… ale po co, skoro zabawa i tak jest udana? Tym bardziej, że mamy tu naprawdę udaną, konkretną treść. Szybka akcja, piękne dziewczyny, odrobina łagodnej erotyki, niezłe wykorzystanie strażackich klimatów, humor, fantastyka… Czyta się to wszystko szybko i przyjemnie. Ma też swój urok, a do moich ulubionych elementów serii należą erotyczne wypadki pewnej bohaterki, która wiecznie kończy zmolestowana (przypadkiem!) albo (również przypadkiem) odarta z odzienia.

 


Jeśli chodzi o rysunki, to szata graficzna, chociaż czasem nieporadna, również przypomina „Ao no Exporcist”. Jest tu też coś z „My Hero Academia”, nie brak również innych inspiracji, ale jednocześnie ma to swój charakter i nawet gdy jakieś elementy szwankują, pozostaje miłe dla oka. I pozostaje wyraziste, a to nie łatwo, przy tylu inspiracjach.

 

I chociaż „Fire Force” to taki shounenowy miszmasz, posklejany z gatunkowych schematów i elementów znanych każdemu, nikt kto lubi ten klimat nie będzie zawiedzony. To dobra, lekka, dynamiczna i nieskomplikowana manga z tajemnicami i dobrą akcją. A grupie docelowej nic więcej nie potrzeba.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.