niedziela, 31 stycznia 2021

Wonder Woman 1984

LATA 80. BEZ LAT 80.

 

„Wonder Woman” to – obok tak niespełnionych fobrazów, jak słaby „Batman v Superman” czy beznadziejna „Liga sprawiedliwości” – jeden z najgorszych filmów kinowego uniwersum DC. Po „WW 1984” nie spodziewałem się więc wiele, choć jednocześnie widząc świetnego scenarzystę komiksowego Geoffa Johnsa wśród twórców, miałem cichą nadzieję, że będzie lepiej. I jest, chociaż nadal mamy tu do czynienia z kinem dalekim od spełnionego.

 

Jest rok 1984. Diana wiedzie w miarę normalne życie, wciąż tęskniąc za zmarłym Steve’em. W życiu prywatnym pracuje jako antropolożka w muzeum Smithsonian, czasem jednak wkracza na scenę jako superbohaterka Wonder Woman, starając się jednocześnie pozostać niezauważaną. Wkrótce jednak czeka ją prawdziwy test. Kiedy w niepowołane ręce wpada potężny artefakt, świat stanie na krawędzi zagłady, której nawet Diana może nie powstrzymać…

 

Co sprawiało, że pierwszy film o „Wonder Woman” z DCEU był tak kiepski? Dwie zasadnicze rzeczy: słaba, wtórna fabuła, która nie oferowała niemal niczego dobrego oraz kiepskie wykonanie. Twórcy wyszli chyba z założenia, że w dzisiejszych czasach wystarczy zrobić jakąś silną kobiecą bohaterkę, bo to modne, a na treść nikt nie zwróci już uwagi. Produkcję dobiły kiepskie efekty specjalne (na co poszedł budżet, nie mam pojęcia), nijaka reżyseria, której minusy najbardziej widać było w scenach walki czy epickich sekwencjach, a także przeciętne aktorstwo – o ile jednak Gal Gadot jakoś się jeszcze broniła, o tyle na grę Chrisa Pine’a wprost nie dało się patrzeć, zgrzytając zębami przy każdym jego żenującym „popisie”. Jako całość zaś film rozchodził się w szwach, nic w nim do siebie nie pasowało, był do bólu wtórny (kto oglądał „Kapitana Amerykę” wie o czym mówię), a co gorsza nudził.

 


Dwójka jest lepsza, choć początek tego nie zapowiada. Słaba sekwencja z zawodami, w których uczestniczy Diana jako dziecko, przeraża kiczem, naciąganymi elementami i efektami specjalnymi rodem z kręconych w domu filmikach na You Tube’a. Potem jest lepiej, bo sceny w supermarkecie mają klimat rodem z lat 80. XX wieku, co jeszcze potęguje typowy dla produkcji z tamtych czasów humor, ale potem twórcy zapominają o tym i „Wonder Woman 1984” zmienia się w typowo współczesną produkcję. Tylko, że z lekkiego superhero, staje się rzeczą skupioną na codziennym życiu Diany, w które wsącza się coś niezwykłego i złego. Byłoby dobrze, gdyby wątki te nie zostały potraktowane tak sztampowo i tak bardzo nie przypominały wstępów do kolejnych przygód Lary Croft. Z tym, że tutaj wstęp trwa niemal półtorej godziny, kiedy na ekranie nic się nie dzieje…

 


… a gdy zaczyna się dziać, nagle okazuje się, że chyba oglądamy „Indianę Jonesa i Królestwo kryształowej czaszki”. Dużo efektów, nieco lepsze ich wykonanie (choć sceny ze skakaniem z pioruna na pioruna przy pomocy lassa, loty bohaterki czy szybkie bieganie to żenada), a także całkiem niezła demolka ratują produkcję. O dziwo sceny ze Steve’em jakoś się bronią, choć są koszmarnie naciągane, a i sam finał dziejący się w Święta, choć oczywisty i sztampowy, ma swój urok. I tak jest też z całym tym filmem – niczym nie zaskakuje (nawet scena po napisach to coś banalnie oczywistego), ale ogląda się go nieźle. Szkoda tylko, że twórcy po trzech minutach zapomnieli o tym, co na początku produkcji było najlepsze: klimacie rodem z lat 80. XX wieku i humorze. Gdyby utrzymać je do końca, mielibyśmy naprawdę dobre kino. Na szczęście wciąż rzecz pozostaje lepsza od pierwszej części (której znajomość nie jest ani trochę wymagana przy seansie) i można całość obejrzeć bez bólu, a nawet z kilkoma przyjemnymi scenami.

Kobieta w czerni / Rączka – Susan Hill

WIKTORIAŃSKA GROZA W NOWEJ ODSŁONIE

 

W świecie horroru nazwisko Hill jest doskonale wszystkim znane, chociaż kojarzy się przede wszystkim z synem niekwestionowanego króla tego gatunku, Stephena Kinga, wydającym pod pseudonimem Joe Hill. Zanim jednak ten autor stał się gwiazdą, istniała już Susan Hill, która zdobyła niemałe uznanie. I teraz wydawnictwo Zysk przypomina nam jej najsłynniejsze dzieło, „Kobietę w czerni”, wzbogaconą o nowelę „Rączka”. I jeśli jeszcze nie znacie prozy tej autorki, a cenicie sobie opowieści z dreszczykiem, koniecznie po ten tom powinniście sięgnąć, bo to kawał świetnej lektury.

 

W „Kobiecie w czerni” Arthur Kipps, młody adwokat z Londynu, trafia do niewielkiej mieści na trzęsawiskach, na pogrzeb klientki i aby załatwić sprawy spadkowe. Nie wie jednak z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Dom na Węgorzowych Mokradłach kryje swoje upiorne tajemnice, a Kipps będzie musiał stawić czoła dziwnym wydarzeniom i… kobiecie w czerni!

W „Rączce” zaś antykwariusz Adam Snow przypadkiem zbacza z drogi i trafia w okolice tajemniczego białego domu. Co dziwniejsze czuje wówczas czyjąś jakby dziecięcą dłoń. Zaintrygowany, postanawia odkryć sekrety tego miejsca. Nie ma jeszcze pojęcia, jaki koszmar sprowadzi na niego widmowa rączka…

 

Co prawda po polsku ukazało się kilka powieści Susan Hill, w tym tak cenione tytuły, jak „Jestem królem zamku” czy seria kryminałów z Simonem Serraillerem, najprawdopodobniej jednak autorka pozostaje najbardziej kojarzona z ekranizacji „:Kobiety w czerni” z Danielem Radcliffem w roli głównej. Szkoda, bo to pisarka o wielkiej klasie, odznaczona nawet m.in. Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi na polu literackim, która na dodatek ma na koncie wiele najróżniejszych dzieł, w tym nawet dla dzieci. Nie wiem czy wydanie książki „Kobieta w czerni / Rączka” zmieni ten stan rzeczy, ale wiem jedno: że nawet jeśli tak się nie stanie, to lektura, po jaką warto sięgnąć.

 


Jeśli kochacie grozę, to jedna z tych publikacji, które znać powinniście koniecznie. Ale nawet jeśli z horrorami Wam nie po drodze, z dziełami Susan Hill jest, jak z prozą Daphne du Maurier – wykracza daleko poza gatunkowe ramy i oferuje solidną porcję dobrej literatury każdemu, kto ją ceni. Jako horror jednak, „Kobieta w czerni” to typowa ghost story, osadzona w okresie najważniejszych dla gatunku realiach wiktoriańskich. Tu nawet styl (chociaż teksty pochodzą kolejno z roku 1983 i 2010) przypomina dziewiętnastowieczne dzieła, które nawet, gdy proste, urzekały smakowaniem słów i klimatem.

 

I to tutaj mamy: krwiste pisarstwo, nieskomplikowane, ale przemawiające do serca i umysłu, połączone ze znakomicie budowanym nastrojem. Nieźle nakreśleni bohaterowie, dobre pomysły, lekkość połączona z odpowiednim ciężarem i trafne poprowadzenie akcji sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. Co prawda „Kobieta w czerni” w wersji książkowej, jak i filmowej, jest przewidywalna, ale nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z satysfakcjonującą lekturą, do jakiej chce się wracać. Jak więc już pisałem, jeśli jesteście fanami grozy albo po prostu dobrej literatury niezależnie od gatunku, sięgnijcie koniecznie. To książka na dwa leniwe wieczory, najlepiej spędzone przy kominku albo blasku świec (dla lepszego efektu), ale zapewnia niezapomniane przeżycia.

 

Dziękuję wydawnictwu Zysk za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



sobota, 30 stycznia 2021

Pamiętniki Wisienki #4: Bogini bez oblicza - Joris Chamblain, Aurélie Neyret

WISIENKA NA TROPIE

 

Pierwsze trzy tomy „Pamiętników Wisienki” okazały się zadziwiająco udaną, sympatyczną i pełną uroku rozrywką dla dzieci. Ostatni z nich, dzięki ujmującemu świątecznemu klimatowi, stał się moim ulubionym. Teraz nadszedł czas na ciąg dalszy i chociaż część czwarta już takiego klimatu nie ma, nadal trzyma poziom i dostarcza miłośnikom zabawy, która naprawdę wciąga.

 

Nadchodzą dwunaste urodziny Wisienki. Dziewczynka nie ma jednak najmniejszego pojęcia, jak niezwykłe będzie to wydarzenie. Przyjaciółki przygotowały dla niej album pełen opisów zauważonych ludzi, które sama wykonała. Mama zaś postanawia zabrać ją do Dworu Stu Tajemnic – miejsca, gdzie w ciągu tygodniowego pobytu Wisienka będzie miała za zadanie zająć się kryminalnymi zagadkami. To właśnie tu nasza bohaterka trafia na portret pewnej bogini bez twarzy, ale kim ona jest? Szybko okazuje się, że zagadek jest więcej. Tajemnice sprzed lat, do których rozwiązania wykorzystana zostaje Wisienka, tajemnicy „Zapowiadacz” i sekrety skrywane przez stary budynek łączą się tu z albumem, który dały jej przyjaciółki. Ale co tu właściwie się dzieje?

 

„Pamiętniki Wisienki” to seria, która łączy w sobie typowo dziecięce motywy – przyjaźń, wakacyjne czy zimowe przygody, codzienne problemy itd. – z tymi mniej oczywistymi, czyli detektywistyczną stroną tej serii. Bo Wisienka, chociaż jest zwyczajną dziewczynką, nie dość, że fascynuje się wszelkiej maści tajemnicami otaczających ją ludzi, to jeszcze ma niezwykły dar do pakowania się w tarapaty, które zmieniają się w śledztwa, odkrywające tajemnice przeszłości wszystkich wokoło i zmieniające przy okazji niejedno życie.

 


W tym tomie samo detektywistyczne wyzwanie dla naszej bohaterki jest lepiej umotywowane, ale nie brak tu też typowych dla serii przypadkowych elementów. Wszystko to jednak ewidentnie ma swój urok, nawet jeśli czasem bywa naciągane czy odrobinę infantylne. Bo jak na serię dla dzieci, „Pamiętniki Wisienki” są zadziwiająco udane, mają swój klimat i ujmujący urok. Rzecz jest prosta, ale nie przesadnie, przygody wciągają, bo są tak bliskie naszym codziennym sprawom, że łatwo jest uwierzyć, iż podobne zagadki mogą czaić się tuż za rogiem, w naszym sąsiedztwie a bohaterowie i ich problemy są nam bliskie.

 

A wszystko to zawsze wieńczy obowiązkowy morał, nauka wyciągnięta z wydarzeń i sporo emocji związanych z tym wszystkim. Oczywiście nie można też zapomnieć o znakomitej szacie graficznej. Rysunki same w sobie może i są proste, ale dzięki złożonej kolorystyce, która łączy w sobie współczesne komputerowe efekty z bardzo tradycyjnym podejściem. A wszystko to uzupełnia świetne wydanie w twardej oprawie.

 

Reasumując, „Pamiętniki Wisienki” to dobra, a momentami bardzo dobra seria komiksowa dla młodych i sentymentalnych dorosłych. Sympatycznie napisana, pełna ciekawych tajemnic i świetnie zilustrowana, gwarantuje dobrą rozrywkę. I na pewno czas poświęcony na lekturę nie będzie stracony.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Czarodziejki.net #13 - Kentarou Satou

KONIEC JEST BLISKI

 

Trzynasty tomik „Czarodziejek.net” to opowieść wypełniona akcją od pierwszej do ostatniej strony. Dosłownie. Jednocześnie na fanów czeka konkretna dawka zaskoczeń, które sprawiają, że kilka elementów całej opowieści wskakuje w końcu na swoje miejsce i nabiera sensu. A wszystko to w krwawym i wciągającym tomiku, który aż ocieka brudem i przemocą, a zarazem nie jest wolny od nadziei.

 

Walka Czarodziejek i Administratorów trwa. Ale niestety szybko okazuje się, że dziewczyny mogą nie mieć najmniejszych szans. Gdy Tempest zbliża się wielkimi krokami, a kolejne wojowniczki giną, do akcji wkracza Admin, który potrafi neutralizować moce różdżek, a na dodatek sam włada setką zdolności…

Tymczasem Asagiri musi poradzić sobie z władającym jedną z różdżek ojcem. Niestety w wyniku tych wydarzeń odkrywa wstrząsającą prawdę o sobie samej, a jednocześnie jeden z Administratorów powraca by zemścić się na jej bliskich. Zaczyna się walka o przetrwanie, którą trudno będzie wygrać naszej bohaterce...

 

„Czarodziejki.net” to manga brudna i brutalna, krwawa i odpychająca… I paradoksalnie właśnie dlatego tak pociągająca i wciągająca. Nie dla każdego, bo co wrażliwsi raczej nie maja tu czego szukać, skoro bohaterki padają rozczłonkowane, krew bryzga ludziom z odbytu (tak, mamy w tym tomie takie sceny), a postacie z tomu na tom są coraz bardziej poturbowane i jest ich coraz mniej. Ale w tym tkwi siła tej depresyjnej, choć nadal zawierającej przebłyski nadziei, historii.

 


Życie nikogo nie oszczędza i właśnie o tym traktuje manga Kentarou Satou. Autor serwuje nam tu mocne wątki, a wszystko po to, by wywołać emocje. By zadziałać na nas, poruszyć nas, zniesmaczyć – i to mu się udaje. Jednak jego opowieść to nie tylko lejąca się krew i seksownie ukazane nastolatki (bo i tego też nam nie żałuje), ale też i całkiem sporo prawdy, a przede wszystkim dobra historia z pogranicza urban fantasy i horroru. Jest tu akcja, są walki, zagadki i świetny klimat, który osobiście cenię w „Czarodziejkach” najbardziej.

 

I mamy też świetną szatę graficzną, prostą, charakterystyczną, pełną czerni i mroku. Rysunki są dynamiczne i nie szczędzą nam makabrycznych detali, a oto właśnie chodzi. Do tego są po prostu udane i mają swój urok. I tak jest z całą tą opowieścią. Ma swój szorstki, wulgarny, zadziorny urok, w którym tkwi naprawdę wysoka jakość. Jak tu tego nie docenić?

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





piątek, 29 stycznia 2021

Smerfetka - Peyo, Yvan Delporte

GDZIE GARGAMEL NIE MOŻE, TAM BABĘ POŚLE

 

Po chwilowej przerwie w wydawaniu klasycznych tomów „Smerfów”, w trakcie której mieliśmy okazję poznać najnowsze ich przygody, Egmont wraca do albumów tworzonych przez niezapomnianego Peyo (z pomocą współscenarzysty, Yvan Delporte). I jest się z czego cieszyć, bo wydany właśnie komiks „Smerfetka” to kolejna porcja świetnej rozrywki dla całej rodziny, która nic się nie zestarzała, a wręcz z czasem ceni się ją coraz bardziej.

 

Na niniejszy album składają się dwie opowieści. W głównej, tytułowej, Gargamel znów ma dość tego, jak Smerfom wszystko się układa i wychodzi. Znów chce je złapać w swoje ręce i wykorzystać do własnych celów. Tym razem jednak wpada na iście szatański plan i z gliny tworzy ją – Smerfetkę. Jego własny Smerf trafia do wioski małych, niebieskich stworków, by siać zamęt. Nikt jednak nie spodziewa się, co przyniesie pojawienie się dziewczyny w osadzie pełnej mężczyzn…

W drugiej opowieści, zatytułowanej „Głód u Smerfów” nadchodzi zima, więc Smerfy muszą przygotować zapasy na ten okres. Dochodzi jednak do wypadku, który sprawia, że czeka ich głodowanie. Jak w takiej sytuacji mają przetrwać? Czy uda im się znaleźć jedzenie? I co wyniknie z tej próby?

 

Chciałem w tym miejscu napisać, że „Smerfetka” to jeden z najlepszych tomów serii, ale… No właśnie, patrząc na moje recenzje poprzednich części, można by dojść do wniosku, że każdy tom stworzony przez Peyo jest jednym z najlepszych. Taka jest jednak prawda, ale właściwiej należałoby powiedzieć, że wszystkie komiksy tego autora trzymają taki sam, wysoki poziom i każdy równie mocno zachwyca. I nawet jeśli kontynuatorzy starali się, jak tylko mogli, żeby zbliżyć się do prac mistrza, wciąż to jego dzieła pozostają tymi najlepszymi.

 


„Smerfetka” to trzeci z kolei album „Smerfów”, czyli pochodzący z okresu, kiedy Peyo miał najlepsze i najświeższe pomysły. Każdy kto czytał choć jeden z tomów jego autorstwa – a trudno uwierzyć, by znalazły się osoby, które tego nie zrobiły – wie doskonale, jak świetne musi być to dzieło. Kto nie czytał, niech ma świadomość, że czeka tu na niego klasyczna, nieco baśniowa seria fantasy pełna przygód, akcji, niebezpieczeństw i trudów zwieńczonych zawsze morałem. Dodatkowo druga historia, która dzieje się w zimę, doskonale wpasowuje się w klimat jaki panuje – albo przynajmniej powinien panować – za naszymi oknami.

 

A wszystko to podane zostało w tradycyjnie wyśmienity sposób – zarówno pod względem fabularnym, graficznym, jak i edytorskim. I to cieszy. Na rynku nie brakuje komiksów dla dzieci. Pełno mamy zarówno klasyki, jak i współczesnych dzieł. „Smerfy” jednak to jedna z najlepszych propozycji w swoim gatunku i rzecz, którą poznać powinien każdy, dlatego zachęcam Was do zanurzenia się w ich szalony, zabawny, ale i pocieszający świat.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Lucky Luke #22: Daltonowie i zamieć - Morris, René Goscinny

KOWBOJ W ŚNIEGU

 

Jest zima, za oknem niedawno pojawiło się nawet trochę śniegu, co w Polsce zdarza się niestety coraz rzadziej, a zatem nadszedł czas, żeby pojawiła się kolejna porcja komiksów utrzymanych w tym klimacie. Jednym z nich jest świetny, klasyczny album „Daltonowie i zamieć”, który jak zawsze bawi i zapewnia inteligentną rozrywkę czytelnikom w każdym wieku. Ale czego innego spodziewać się po komiksie napisanym przez René Goscinnego?

 

Kowboj i śnieg? A nawet zamieć śnieżna? Jeśli rzecz dotyczy Lucky Luke’a, to jak najbardziej prawdopodobne!

Daltonowie znów uciekli i znów trzeba ich ścigać. Rzecz w tym, że tym razem zdecydowali się udać do mroźnej Kanady, gdzie zamierzają wzbogacić się… nie na poszukiwaniu złota, ale na okradaniu jego poszukiwaczy. Nie mają jednak jeszcze pojęcia, jak specyficzne to miejsce i co tam na nich czeka. Tym razem Lucky Luke może nie być wcale potrzebny by schwytać przestępców…

 

Kiedy byłem dzieckiem, czytałem mnóstwo komiksów, w szczególności tych disnejowskich. Z nich jednak zawsze najbardziej czekałem na te sezonowe, kiedy atmosfera panująca w domu czy na dworze mogła korespondować z tym, co działo się na stronach, dzięki czemu mogłem jeszcze intensywniej odczuć lekturę. Z owych sezonowych komiksów, których obecnie jest niestety coraz mniej (pamiętacie czasy świątecznych wydań „Kaczora Donalda”, kiedy to przez kilka numerów mieliśmy zimowo-gwiazdkowe opowieści?), zawsze najbardziej lubiłem halloweenowe (z racji mojej fascynacji horrorami już od najmłodszych lat) i świąteczne (jako, że uwielbiałem Boże Narodzenie i zimę w ogóle). A najnowszy „Lukcy Lyke” w pewnym sensie przypomniał mi o tamtych czasach.

 


Nie jest to historia gwiazdkowa, ale swój śnieżno-zimowy klimat posiada. Ale posiada także wszystko to, co „Lucky Luke” powinien. Co to oznacza, nie muszę mówić nikomu, kto miał z serią do czynienia. Kto nie miał, powinien wiedzieć, że to przede wszystkim nie western – więc doskonale bawić się będą ci, którzy opowieści o Dzikim Zachodzie zwyczajnie nie trawią – a opowieść komediowa dla całej rodziny. Jest więc dużo akcji, przygód i dowcipów, a jako familijne dzieło całość sprawdza się wprost doskonale, zapewniając obowiązkowe przesłanie. Ale i miłośnicy westernów znajdą tu coś dla siebie, bo autorzy starają się bawić schematami gatunku, ośmieszać je, a przy okazji w przystępny sposób oferować nam wiedzę na temat tamtych czasów.

 

Do tego mamy tradycyjnie świetne ilustracje Morrisa, które z miejsca wpadają w oko i świetne wydanie. Wszystko to razem wzięte daje nam kawał wyśmienitego, ponadczasowego komiksu, który czyta się znakomicie niezależnie od wieku. Ja ze swej strony polecam gorąco, bo to klasyka i klasa sama w sobie.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Children - Miu Miura

DZIECI I SADYZM


Odkąd tylko zobaczyłem tę okładkę, wiedziałem że to będzie manga dla mnie. I od tamtej pory czekałem na wydanie „Children”, jak od dawna nie czekałem na żadną Jednotomówkę Waneko. Ale czekać było warto. Ba, to chyba najlepsza jednotomowa manga, jaka trafiła w moje ręce od czasu „Wypaczonej” (klasyki Tezuki nie wliczam, bo to zupełnie inna kategoria) i aż żal, że opowieść ta nie jest dłuższą serią, którą można by się cieszyć z tomiku na tomik.

 

Główny bohater, Tooru, znalazł idealną pracę. Za pół roku pilnowania dzieci w odludnym ośrodku miał dostać trzy miliony jenów. To miała być łatwa praca, relaks, niestety szybko okazuje się, że coś tu jest nie tak. Dzieci mieszkają tu same, zachowują się dziwacznie (fakt, że bez skrępowania myją się przy dorosłym mężczyźnie to najmniejszy z dziwów), a także… Właśnie, jaką tajemnicę skrywają? Nieświadomy niczego Tooru trafia w sam środek sadystycznego, ociekającego krwią koszmaru, którego może nie przeżyć…

 

Są tacy, którzy uwielbiają ekstremalne horrory, i są tacy, którzy odżegnują je od czci i wiary. Ci pierwsi bronią swoich zainteresowań, twierdząc że to po prostu bezpieczna adrenalina – i trudno się z tym nie zgodzić. Ci drudzy, dość wrażliwi, by nawet na wyimaginowaną przemoc reagować odrazą i niechęcią, nie są w stanie pojąć jak można oglądać, czytać czy grać w coś takiego – i równie ż ich nie trudno jest zrozumieć. Na którym końcu tej skali znajduję się ja, łatwo się domyślić. Jestem fanem horroru i próbuję najróżniejszych jego odmian, a od wszelkiej maści krwawych podgatunków, od splatterpunku zaczynając, na tortue porn skończywszy, bynajmniej nie unikam. Bo lubię, kiedy sztuka wywołuje emocje czy pewne odczucia, a gdy oglądanie horroru aż boli albo zniesmacza, spełnia ten warunek.

 


Dlatego „Children” tak bardzo przypadło mi do gustu. To kolejny mangowy horror łączący makabrę z urokiem i słodyczą. Z tym, że mamy tu do czynienia ze zdecydowanie mocniejszą rzeczą, niż np. „The Promised Neverland” czy „Gdy zapłaczą cykady”. Dzieło Miu Miury to mocna, sadystyczna rozrywka, która atakuje zmysły czytelnika. Jest tu krew, jest wiele drastycznych scen, jest mrok, ale na tym wcale nie koniec. „Children” czerpie bowiem z estetyk wielu gatunków opowieści grozy, nie obce mu więc bardziej klimatyczne sceny i kadry, jakby rodem wzięte z „Wioski przeklętych”. Dodanie do tego słodyczy i uroku, widocznego głownie w designie postaci, tylko jeszcze mocniej podkręca wrażenie, jakie robi całość.

 


A nie byłoby tak, gdyby nie świetna szata graficzna. Okładka mówi nam wiele, wiele obiecuje, ale nie oszukujmy się, w środku jest jeszcze lepiej. Mamy tu i delikatność, i urok, i mocne, pełne mroku akcenty… Ogląda się to z przyjemnością, rysunki budują nastrój, a całość pochłania się dosłownie z wielką przyjemnością.

 

Jeśli zatem należycie do miłośników horrorów, jesteście dorośli i nie odrzuca Was ostra, brutalna rozrywka, stanowiąca taki komiksowy odpowiednik muzyki metalowej, poznajcie „Children”. To kawał świetnego horroru i przy okazji także jedna z lepszych Jednotomówek Waneko.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







czwartek, 28 stycznia 2021

Szninkiel - Jean Van Hamme, Grzegorz Rosiński

POKÓJ ZAPANUJE, KIEDY TRÓJKA SIĘ ZJEDNOCZY

 

„Szninkiel” (kupicie go w ofercie księgarni TaniaKsiazka) to komiks legenda. Może nie w ogólnoświatowym pojęciu, ale na rynku europejskim, a w Polsce chyba w szczególności, darzony jest swoistym kultem. Nic w tym jednak dziwnego, bo Jean Van Hamme, jak w żadnym innym ze swoich dzieł, wspomina się tu na wyżyny swojego talentu, serwując nam jedną z nielicznych w swej karierze ambitnych fabuł. Od strony graficznej zaś, nasz rodzimy artysta Grzegorz Rosiński, oferuje tradycyjnie urzekające realizmem i dopracowaniem grafiki. Jako całość zaś „Szninkiel” to po prostu rewelacyjne dzieło, które poznać powinien każdy dorosły (album przesycony jest mocną erotyką) miłośnik opowieści graficznych.

 

Akcja „Szninkla” dzieje się na planecie Daar, miejscu rozdartym konfliktem trzech potęg. Jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, najbardziej cierpią ci, którzy nie powinni. Wśród nich są Szninkle, niepozorne także pod względem wzrostu istoty, które nie mają szans w starciu z wojną. A może jednak? Tak się bowiem składa, że to właśnie jeden z nich staje się wybrańcem O’na – boga. Wybrańcem mającym zażegnać konflikt i ocalić świat i niezliczone istoty. J’on, bo tak ma na imię, wyrusza więc w podróż, ale im dłużej wędruje i im większych cierpień i prób doświadcza, tym bardziej wątpi, że jest w stanie zjednoczyć trójkę i zmienić wojnę w pokój. Czy rzeczywiście jego misja będzie miała jakikolwiek sens?

 

„Szninkiel” o komik, którego nikomu w Polsce nie trzeba prezentować. Grzegorz Rosiński – całkiem słusznie zresztą – chociaż tworzy za granicą, jest darzony w naszym kraju kultem i uwielbieniem. Wielkim hitem od zawsze był też cykl „Thorgal”, nad którym on i scenarzysta Van Hamme pracowali latami. O ile jednak „Throgal” prezentował bardzo nierówny poziom, czasem nużąc i rozczarowując, o tyle „Szninkiel”, opowieść która powstała przecież jako forma wytchnienia od przygód dzielnego wikinga, autentycznie zachwyca. A przecież oparta została na mieszance podobnych, co tam motywów. Mamy bohatera wybrańca, wielki quest, miłość, świat fantasy, a jednak mocno połączony z typowym SF, przygody, erotyka, nuta humoru… Co sprawia, że „Szninkiel” jest wielkim dziełem?

 


Po pierwsze należałoby powiedzieć, że jego głębia. „Thorgal” był prostą opowiastką dla nastolatków, którzy chcieli kolejnego stricte dobrego wojownika pokonującego następne przeciwności losu. „Szninkiel”, choć wciśnięty w te same ramy, idzie inną drogą. J’on nie jest herosem, nie jest też wcale taki dobry. Wątpi, ulega pokusom, złości się. Thorgal był nieskazitelnym człowiekiem o jednotorowym umyśle, mały Szninkiel zaś to człowiek z krwi i kości. Człowiek (bez cudzysłowu, mimo jego pochodzenia), z jakim śmiało możemy się identyfikować. Ale nie miałoby to takiej mocy, gdyby nie ponury ton całości. Niby jest tu humor, niby są przygody, niby możemy podziwiać niezwykłe widoki i tym podobne elementy, ale część mocy całej opowieści wynika z jej przygnębiającego charakteru. Poczucia beznadziejności, opuszczenia, pozostawienia samemu sobie.

 

A to jeszcze nie koniec. Van Hamme traktuje „Sznikla” trochę, jak worek, do którego wrzuca najróżniejsze popkulturowe elementy. Ale ma świadomość tego, co powinno się w nim znaleźć. Czasem może i brzmi to osobliwie (pomyślcie o połączeniu „Biblii”, „Hobbita” i „Władcy Pierścieni” z „Odyseją kosmiczną”), ale jednak efekt finalny jest wyśmienity. Van Hamme nie raz zresztą pokazał, że jest dobrym scenarzystą, ale nigdy wcześniej i nigdy potem nie wspiął się na takie wyżyny, jak w tym komiksie. A wszystko to perfekcyjnie zwieńczył Rosiński, którego realistyczna, pełna detali kreska wyśmienicie oddaje każdy aspekt całej opowieści, od pełnych namiętności i wulgarności scen erotycznych, przez plenery fantasy, po sceny batalistyczne i apokaliptyczne.

 

Kiedy lata temu po raz pierwszy przeczytałem ten komiks (a była to pierwsza kolorowa edycja – „Szninkiel” debiutował bowiem najpierw jako czarnobiała trzyczęściowa opowieść), zrobił na mnie duże wrażenie. Ale jeszcze większe robi teraz, po latach, kiedy zdobyłem więcej doświadczeń, wiem więcej, więcej dzieł popkultury i legend znam. Ten album to bowiem nie jednorazowa lektura, a rzecz do której powinno się wracać raz na jakiś czas by odkrywać od nowa. Dobrze, więc że pojawiło się kolejne jej wznowienie, bo to dzieło, które na swej półce powinien mieć każdy szanujący się fan komiksu.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.

Wujek Sknerus i Kaczor Donald #6: Rozpuszczalnik uniwersalny - Don Rosa

KACZKI, PRZYGODY I NAUKA

 

Poprzednie dwa tomy serii „Wujek Sknerus i Kaczor Donald”, zbierającej chronologicznie ułożone wszystkie prace mistrza Dona Rosy, były genialną rozrywką dla czytelników w każdym wieku. Oferowały bowiem dzieło życia autora, a zarazem najwybitniejszy komiks o kaczkach – i jeden z najwybitniejszych w dziejach – czyli „Życie i czasy Sknerusa McKwacza”. Po czymś takim można by sądzić, że każdy kolejny tom wypadnie już blado, ale nic bardziej mylnego. Rosa ani na moment nie przestaje zachwycać i każdy komiks znajdujący się w „Rozpuszczalniku uniwersalnym” to prawdziwa perełka. A na tych, którym mało życia i czasów Sknerusa, czekają kolejne opowieści przybliżające nam nieznane dotąd epizody z jego młodości.

 

W tytułowej opowieści, Diodak wynajduje ciecz zdolną rozpuści wszystko. Dosłownie. Z planetą Ziemią włącznie. Kaczki, by zapobiec katastrofie, którą same wywołały chcąc szybko drążyć kopalnie, będą musiały odbyć podróż do samego jądra naszego globu. Ale czy zdołają?

Potem nasi bohaterowie podejmą się poszukiwania skarbu samego Krezusa, stawią czoła niekontrolowanemu zmniejszaniu się, a Sknerus odkryje przed nami nieco kulisów jego znajomości ze Złotką O’Gilt. Jakby tego było mało, czekają nas urodziny Donalda i… Wiele, wiele więcej.

 

Jakie powinny być komiksy dla dzieci, wie każdy – lekkie, proste, przystępne, ponadczasowe i najlepiej jakby uczyły poprzez zabawę. Komiksy Dona Rosy są takie, chociaż autor złamał tyle gatunkowych prawideł, ile tylko mógł. Odrzucił część ponadczasowości, umieszczając ich akcję w latach 50. XX wieku (czyli wtedy, kiedy ukazywały się najważniejsze komiksy Carla Barksa, autora uwielbianego przez Rosę), a i wypełnił je wieloma skomplikowanymi detalami czy pomysłami, zrozumiałymi głównie dla dorosłych czytelników. Ale nie zapomina, że całość ma być lekka, zabawna, pełna przygód (i to utrzymanych w klimatach filmów o Indianie Jonesie), ciekawostek i świetnych pomysłów. A i nie zapomina też o nauce poprzez zabawę.

 


Rosa fascynuje się naukową stroną życia, ma bogatą wiedzę – szczególnie z nauk ścisłych – i się nią bawi, co widać najbardziej w tytułowej opowieści czy historii o zmniejszaniu się. U niego nauka potrafi być fascynująca i porywająca do tego stopnia, że chce się ją zgłębić samemu. A wszystko dlatego, że wplata ją w porywające fabuły, w których przygody i fantastyka łączą się w prawdziwie genialną całość, która bawi i porusza tak dzieci, jak i dorosłych.

 

A wszystko to w przepięknie zilustrowanych – żaden z autorów kaczek nie dbał nigdy tak o realizm i detale, jak Rosa – komiksach zebranych w rewelacyjny album. Album pełen dodatkowych grafik, informacji zza kulis czy życia samego autora, a także wszelkiej maści ciekawostek. Dodajcie do tego świetne wydanie (kredowy papier, twarda oprawa), dobry przekład i dbałość (jakże słuszna w przypadku tak świetnych prac), by przekazać je nam w jak najbliższej samemu autorowi formie i dostaniecie rzecz, którą powinniście mieć na swojej półce. Jak całą kolekcję Dona Rosy (a najlepiej i Carla Barksa, do komiksów którego Rosa nieprzerwanie się odnosi).

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Garfield: Tłusty koci trójpak #8 - Jim Davis

 ZWIERCIADŁO NASZYCH CECH

 

Długo kazał na siebie czekać ten tom „Garfielda”, oj długo. Po 10 miesiącach, jakie minęły od wydania ostatniego „Tłustego kociego trójpaka”, zacząłem obawiać się, że kolejne przygody mojego ulubionego kota już nie trafią w moje ręce, ale nie traciłem wiary w Egmont i oto w końcu jest. I jak zawsze jest rewelacyjnie, a całość bawi, uczy, drażni nasze sumienie i wytyka nam błędy, nie pozwalając się ani na moment oderwać od lektury.

 

Jest gruby, jest leniwy, kocha jeść, nienawidzi listonoszy i powraca by śmieszyć. By gnębić swojego właściciela, walczyć z dietami i dogryzać psu. Gotowi mu w tym towarzyszyć?

 

Paski prasowe to taki specyficzny rodzaj komiksu, który – jak każda rzecz dostępna bez ograniczeń wiekowych – musi być dla każdego. Co więcej ma za zadanie dostarczyć rozrywki najmłodszym, jeśli trafi w ich ręce, jak i zagwarantować odpowiednią dozę satyry dojrzałemu czytelnikowi, który natrafi na niego pomiędzy kolejnymi relacjami z poważnych wydarzeń i nie mniej poważnymi artykułami. Trudno uzyskać takie wyważenie, ale największym mistrzom prasowych komiksów codziennych udawało się to i to na dodatek na rewelacyjnym poziomie, a „Garfield” to – obok „Fistaszków” – najwybitniejszy przedstawiciel swojego gatunku.

 


Przygody tłustego, leniwego kota to nie tylko świetna komedia, komentująca w bezlitosny sposób naszą codzienność (kolejne paski ukazywały się w gazetach codziennie, więc Garfield komentuje wszelkie święta i okazje, pojawiające się po drodze), ale i zwierciadło, w którym się przeglądamy. Kto z nas nie ma znienawidzonego dania? Kto z nas nie chciałby bezkarnie opychać się ulubionym jedzeniem? Kto nie chciałby móc nic nie robić, choćby tylko przez krótki czas, kiedy dość ma już pracy? Móc powiedzieć w twarz to, co myśli o innych? Żyć po swojemu? Garfield reprezentuje sobą nie tylko nasze najgorsze cechy (lenistwo, pychę, brak konsekwencji etc.), ale i nasze pragnienia – zdumiewająco zbieżne z tymi cechami. Do tego jest świetnym obserwatorem rzeczywistości, ale nie tej jasno skupionej na konkretnym punkcie, a ogólnej, ponadczasowej i pasującej do wszystkich, dla wszystkich wspólnej. Każdy z nas chciałby być jak on – nawet jeśli nie w każdej cesze – nikt nie chce być jak jego pan John, który symbolizuje wszystkie nasze porażki, z którymi w odróżnieniu od jego kota, nie umie sobie poradzić. On staje się naszą pociechą, bo w końcu ma gorzej, a skoro ktoś tak słaby to znosi, mu musimy znieść to, co gnębi nas.

 


Całość uzupełnia fakt, że wszystkie paski można czytać bez analizowania, doszukiwania się w nich głębi czy satyry. I bawić tak samo rewelacyjnie, bo „Garfield” śmieszy na każdym polu i każdego, łącznie z czytelnikami, którzy ani nie mają ambicji doszukiwania się czegoś poza kolejnymi żartami albo są zbyt młodzi by zrozumieć aluzje i przesłanie. Do tego dochodzą genialne w swej prostocie ilustracje i rewelacyjne wydanie. Czy trzeba dodawać nic więcej? Właśnie. Dlatego jeśli jeszcze nie znacie tej serii, poznajcie. Kupcie, przeczytajcie, postawcie na półce i wracajcie do niej raz po raz. Nie tylko na nowo odkryjecie paski, które z czasem wypadom z Waszej pamięci, ale tez i w tych doskonale zapamiętanych zobaczycie zupełnie nowe rzeczy, których nauczyły Was wiek i doświadczenie.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Jestem Życie – Elisabeth Helland Larsen, Marine Schneider

CZYM JEST ŻYCIE?

 

Druga z ilustrowanych książeczek wypuszczonych właśnie na rynek przez Kulturę Gniewu to dzieło przypatrujące się dla odmiany życiu, a nie śmierci. I chociaż z pozoru jest to temat łatwiejszy, niż opowiadanie o umieraniu i odchodzeniu, zadanie stojące przed autorkami nie było wcale takie łatwe. Choć trzeba przyznać, ze wybrnęły z niego dobrze i zaserwowały nam druga, równie przyjemną część, uzupełniającą „Jestem Śmierć” na takim samym poziomie, jak „Jestem Śmierć” uzupełnia ją.

 

Życie unosi się nad światem. Tak zaczyna się ta książka. Ale kim albo czym właściwie jest? Jakie jest jego miejsce na tym świecie i co niesie ze sobą?

 

„Jestem Życie” i towarzysząca jej książeczka „Jestem Śmierć”, to dwie nierozerwalnie ze sobą związane lektury. Lektury połączone wzajemnie tak, jak połączone są ze sobą prawdziwe życie i prawdziwa śmierć. Obie też, co ważne, trzymają ten sam poziom, a także wyglądają podobnie olsdchoolowo. Bo dzieło Elisabeth Helland Larsen i Marine Schneider mocno w swym designie nawiązuje do klasyki bajek dla dzieci. Bajek, na jakich sam się wychowałem i do których mam sentyment, który pobudziły te lektury.

 

Jeśli chodzi o treść i samo literackie wykonanie, „Jestem Życie”, identycznie jak „Jestem Śmierć” to bardzo ascetyczna pozycja. Tekstu jest tu niewiele, a ten podany został na dodatek w formie króciutkich zwrotek, a jednak trafia on w sedno tematu, podchodząc do niego w sposób delikatny, ale konkretny. Jest tu bajkowość, jest urok, ale jest też i prawda.

 


Największą atrakcją całości są jednak ilustracje. Grafiki, chociaż to one uzupełniają tekst, a nie na odwrót, dominują na stronach. Wszystkie są kolorowe, proste, bardzo klasyczne w swym wyglądzie i wykonaniu. Można by zastanawiać się, czy współczesnemu dziecku, przyzwyczajonemu do aż bijącej po oczach kolorystyki i jaskrawości, się to spodoba, ale ja nie mam wątpliwości. Dobra klasyka nigdy się nie starzeje, a te książeczki tak właśnie wyglądają. A w starszych odbiorcach, które będą czytać je i pokazywać swoim dzieciom, obudzą pewnie sporo sentymentów.

 

W skrócie: udana, sympatyczna lektura, przybliżająca dzieciom zagadnienie tego czym jest życie, co ze sobą niesie i z czym się to wiąże. Nie wyczerpuje tematu, a raczej wprowadza do niego, dając pole do odkrywania tej kwestii samemu, ale robi to w bardzo udany sposób. Dzieci będą więc zadowolone.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.







środa, 27 stycznia 2021

Ultimate Spider-Man, tom 8 - Brian Michael Bendis, Mark Bagley, Mark Brooks

SREBRO I NAWIJKA

 

„Ultimate Spider-Man” powraca z kolejnym zbiorczym tomem. Tradycyjnie już czekają tu na nas dwie długie opowieści (plus kilka krótszych) rozpisane na wiele zeszytów. I tradycyjnie są to świetne, momentami iście rewelacyjne historie, które odświeżają najważniejsze motywy z przygód Pająka, ale i nie tylko. W tym albumie bowiem akcja tak mocno łączy się z losami marvelowskich mutantów, a nawet Deadpoola, że każdy miłośnik tych postaci znajdzie tu coś dla siebie. I będzie nie raz zaskoczony. Oczywiście jak najbardziej pozytywnie.

 

W pierwszej historii, po kolejnym zwycięstwie nad wrogiem, Spider-Man wydaje się wieść w miarę ustabilizowane życie, ale wtedy powraca Kitty Pride, rzucona właśnie przez Bobby’ego. Czyżby pojawiła się szansa na przyjaźń, a może i coś więcej? Szczególnie, że oboje są sobą zainteresowani, a nade wszystko Parker w jej przypadku nie będzie musiał się obawiać o bezpieczeństwo mutantki, co nie dawało mu spokoju, kiedy chodził z Mary Jane. Niestety wkrótce pojawiają się nowe problemy. Tajemniczy człowiek wynajmuje Silver Sable by sprowadziła do niego Spider-Mana. Jednak ofiarą jej i towarzyszącej jej ekipy pada… Flash, który po ucieczce staje się medialną gwiazdą… Jak nasi bohaterowie poradzą sobie z tym wszystkim? I co kryje się za tymi wydarzeniami?

W drugiej historii związek Petera i Kitty Pride kwitnie. Młoda mutantka to dziewczyna ideał dla Spider-Mana. Ładna, potrafiąca o siebie zadbać, a na dodatek nic nie może jej zranić, więc nie wpakuje się w żadne niebezpieczeństwo. Czy na pewno? Oto nagle X-Men zostają uprowadzeni ze szkoły, a Peter przypadkiem wraz z nimi. Kto za tym stoi? Deadpool. Niegdyś wojskowy, obecnie gwiazda psychopatycznego show, gdzie na wyjętej spod prawa wyspie morduje wraz ze swoimi ludźmi mutantów na potrzeby internetowej telewizji. Dla naszych bohaterów zaczyna się walka o przetrwanie. A co potem? Cóż, skoro są ludzie z mocami, kogo może zaskoczyć pojawienie się… wampira?

 


Ten tom „Ultimate Spider-Mana” nie jest równy i nie ma się co oszukiwać. Są tu zeszyty rewelacyjne, są tylko dobre. Złe? Takich w serii nie uświadczycie, za to jako całość album to kawał wyśmienitej zabawy, która znów wkracza momentami na metafikcyjny grunt. Spider-Man trafia tu bowiem do telewizji – w obu przypadkach w innej, ale zawsze fascynującej formie – dzięki czemu scenarzysta serii, Brian Michael Bendis, może przemycić nieco satyry, komentarza społecznego i przesłania. Do tego mamy wyśmienitą akcją, świetne tempo, żywe dialogi, dokonali nakreślone postacie…

 

A i tak najlepsza pozostaje zabawa schematami, motywami i postaciami. Weźmy choćby takiego Deadpoola, którego przez lata nie cierpiałem, bo to nic innego, jak kopia Lobo (i nie ma co też porównywać do Deathstrike’a, który także był inspiracją). A jednak to właśnie Bendis, kiedy po raz pierwszy lata temu czytałem te zeszyty, przekonał mnie do niego. Dlaczego? Bo pokazał go w znakomity sposób, odzierając z dotychczasowego wizerunku na rzecz brutalnego, iście przerażającego najemnika, który skrywa własne tajemnice. Tajemnice, jakie zaskoczą nawet jego długoletnich fanów. A na tym nie koniec, bo Bendis bawi się motywami mitologii Spider-Mana i X-Men, czerpiąc z tego niemalże dziecięcą radość, która udziela się nam.

 


Owszem, są tu pewne minusy, jak choćby sam design ekipy Deadpoola (kojarzącej się z jednorazowymi postaciami pojawiającymi się czasem w serii „Spawn”) czy pewne spowolnienia akcji, ale nie jest to nic, co wpłynęłoby na odbiór opowieści. Do tego mamy bardzo udane ilustracje (chociaż Bagleya wolę w klasycznych numerach „Amazing Spider-Mana”, które rysował w latach 90.) i świetne wydanie. Szukacie dobrego komiksu superhero? Macie ochotę na porywającą opowieść o Spider-Manie albo X-Men? Pragniecie spędzić nieco czasu z widowiskowym, pełnym akcji albumem? A przy okazji macie ochotę na coś ponad to? Jakąś prawdę, siłę wymowy, satyrę i przesłanie? Sięgnijcie koniecznie i pamiętajcie – w kolejnym tomie zacznie się „Saga klonów”, bodajże najlepsza fabuła, jaką dla „Ultimate Spider-Mana” stworzył Bendis, więc jest na co czekać. I to jeszcze jak.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.