niedziela, 28 lutego 2021

Silk: Grzech Pierworodny / Życie i czasy Cindy Moon – Dan Slott, Humberto Ramos, Robbie Thompson, Stacey Lee, Annapaola Martello, Tana Ford

SILK SOLO

 

Silk, jedna z najciekawszych (obok Spider-Gwen) nowych spidermanowych postaci, wymyślonych przez Dana Slotta w okolicach eventu „Spiderversum”, powraca. Dotychczas mogliśmy czytać jej losy w ramach regularnej serii o przygodach Spider-Mana i nawet, kiedy pojawiały się w niej jej solowe przygody, zawsze były mocno związane z tym, co się działo w serii (patrz. „Spisek klonów”). Teraz jednak w ramach kolekcji „Superbohaterowie Marvela” w końcu dostaliśmy album poświęcony jej losom w oderwaniu od reszty wydarzeń (przynajmniej mniej więcej, ale o tym potem) i jest to album dobry i warty polecenia każdemu miłośnikowi Pajęczaka, jak i kobiecych komiksów superhero.

 

Kiedy doszło do wydarzeń „Grzechu pierworodnego”, na jaw wyszły długo skrywane tajemnice bohaterów Marvela. Spider-Man dowiedział się wówczas, że ten sam pająk, który ukąsił jego, dając mu pajęcze moce, ugryzł jeszcze jedną osobę – dziewczynę o imieniu Cindy Moon. Kiedy oboje się spotkali, połączyło ich silne uczucie, ale teraz Silk działa samodzielnie. Dzieląc życie między pracę w Fact Channel, a życie superboahterki, stara się jednocześnie odkryć co stało się z jej rodziną podczas jej pobytu w bunkrze Ezekiela. Ale czy zdoła dowiedzieć się tego, nim świat skończy się w wyniku inkursji?

 

Akcja niniejszego albumu dzieje się tuż po evencie „Spiderversum”, a jeszcze przed „Tajnymi wojnami”. Właściwie finał tego albumu to jednocześnie wkroczenie na teren tajnowojennych wydarzeń. Co to oznacza dla fanów? Przede wszystkim wypełnienie luki w życiorysie Silk, odpowiedzi na kilka dotyczących niej pytań i domknięcie pewnego rozdziału jej losów. Ale jednocześnie to szansa poznania w całości pierwszej serii jej przygód, a zatem mamy tu zamkniętą opowieść, która nie wymaga od nas sięgania po nic więcej (chyba, że po „Spider-Verse”, które rozgrywa się pomiędzy zeszytem z jej debiutem, a pierwszym numerem jej serii).

 


Ale za to sięgnąć jest po co. Owszem, „Silk” ma swoje minusy, bo nowy scenarzysta zupełnie odmienił jej charakter, a grupa rysowników odebrała jej dawny look, zmieniając z dojrzałej postaci, w dziecinną jej wersję, niemniej zabawa jest udana. To opowieść w duchu takich serii, jak „Spider-Woman” Dennisa Hopelessa czy „Spider-Gwen”. Może nie ma tu tyle humoru, ale cieszy, ze zamiast nadmiaru superbohaterksich popisów mamy tu sporo codziennych, życiowych problemów, sporo lekkości, nonszalancji i emocji. Nie brakuje jednak też i popisów sprawności naszej bohaterki, gościnnych występów innych marvelowskich gwiazd i widowiskowych scen. Wszystko to wieńczy niezła szata graficzna. Niezła, bo nieco zbyt mangowa i uproszczona, niemniej nadal nienajgorsza (choć o wiele lepiej wypadałaby, gdyby wyglądała tak, jak okładkowa grafika).

 

Reasumując, warto. Jeśli lubicie komiksy tego typu, to rzecz dla Was. Ma swój charakter, ma klimat i dobrze się ją czyta. Chociaż znów przekład daleki jest od doskonałości.

sobota, 27 lutego 2021

Syberia (gra)

GDYBY „TOMB RAIDER” BYŁ POINT 'N' CLICKIEM

 

Pewnie nigdy nie zagrałbym w tę grę, gdyby nie darmówka od Indie Gala. Bywa. Kiedyś w swoje ręce dorwałem tani pakiet gier typu point 'n' click, trochę pograłem i… od tamtej pory omijałem gatunek z daleka. Owszem, graficznie „Syberia” wpadła mi w oko jakiś czas temu na promocji, ale widząc przynależność gatunkową, z miejsca ją skreśliłem, mimo świetnych ocen. Ale skoro w końcu trafiła w moje ręce darmowa kopia, postanowiłem spróbować i… Muszę powiedzieć, że to jest naprawdę dobre. Nie wybitne, moich ukochanych gier nie bije, ale w swoim gatunku okazuje się być jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą rozrywką. I naprawdę wciąga.

 

Główną bohaterką gry jest Kate Walker, amerykańska prawniczka, która przybywa do alpejskiego Valadilene aby dopilnować zakupu tutejszej fabryki zabawek. Pobyt jednak szybko się komplikuje, kiedy Kate natrafia najpierw na nieprzewidziane trudności, a potem zagadkę, którą postanawia rozwikłać. W świecie nakręcanych automatów udających ludzi i podobnych im machin, dzielna kobieta powoli odkrywa kolejne fakty, wędrując do coraz to nowych miejsc, by w końcu…

 

Plusy tej gry? Pierwsze, co rzuca się w oczy to piękna oprawa wizualna. Produkcja ma już na karku niemal dwadzieścia lat, a wciąż świetnie wygląda, jest bardzo różnorodna i dopieszczona w detalach, jak choćby płynąca woda. Szybko okazuje się też, że gra ma całkiem ciekawą fabułę, sporo emocji (głównie sceny z Momo), świetny klimat i dobrze zrobiony świat. Świat oparty w dużej mierze na clockworkpunkowych schematach, wizualnie łączący w sobie zarówno elementy teraźniejsze, jak i wiktoriańskie, w całkiem udaną całość – nawet jeśli nie przepada się za podobną estetyką. Sama rozgrywka i zagadki też są niczego sobie, a gracz wciąga się w to wszystko o wiele bardziej, niż mógłby sądzić. A że „Syberia” nie jest wcale krótką gierką, jest w co wniknąć.

 


A minusy? Cóż, na pewno typowe dla gatunku rozmowy, jak zwykle nie powalają. Podobnie jak spora ilość materiałów tekstowych, których treść zwyczajnie ignorowałem w trakcie. Niektóre zagadki są za bardzo wydumane i niepotrzebne (tu nawet z biletem trzeba się namęczyć), zmuszając nas do kilkukrotnego odwiedzania niektórych lokalizacji. Całość też nie zaskakuje, a i pojawiają się bugi widoczne szczególnie, gdy Kate wspina się na schody.

 

Wszystko to nie ma jednak większego znaczenia, bo zabawa jest świetna. Intrygująca, przyjemna dla oko, dobrze wykonana. Nie dla wszystkich, bo „Syberia” to gra wymagająca cierpliwości i poświęcenia jej sporej ilości czasu, ale nawet przeciwników rozgrywki typu wskaż i kliknij potrafi do siebie przekonać. A po wszystkim chce się od razu chwycić za ciąg dalszy i to chyba mówi wszystko, prawda? I warto też dodać, że produkcja ma coś ze starego dobrego „Tomb Raider’a”, nie tylko widoczne w wyglądzie bohaterki.

piątek, 26 lutego 2021

Horimiya #15 - HERO, Daisuke Hagiwara

MIŁOŚĆ I SZKOŁA

 

Po niemal roku doczekaliśmy się kolejnego tomiku „Horimiyi”. Przyznam, że przez ten czas zdążyłem zapomnieć już, co działo się poprzednio (tak właściwie sięgając pamięcią wstecz, przypominam sobie raczej konkretne sceny, niż ogół), ale nie ma to znaczenia. Jak zawsze, tak i tym razem tomik złożony jest z luźnych rozdziałów, w których dominują życiowo-zabawne perypetie, w których role wiodących postaci zmieniają się dość płynnie.

 

Nasi bohaterowie znów wracają by mierzyć się z problemami. Problemami szkolnymi, miłosnymi, życiowymi. Tajemniczy nauczyciel fizyki? Yuki musi go poznać bliżej, ale nie każdemu może się to spodobać… A co z pozostałymi? I co jeszcze na nich czeka?

 

„Horimiya” to taka seria, w której nic nie należy brać na serio i nie ma co szukać większej konsekwencji. Czytając ją łatwo się można przekonać, że autorka zapomniała zarówno o tym, co wyróżniało bohaterów (czasem jej się to przypomni i coś tam zostanie wspomniane, ale na krótko, przelotnie i w niezobowiązujący sposób) jak i o ich charakterach. Kilka postaci i wątków też gdzieś się zapodziało w trakcie, a nawet gdy wracały, wydawały się już odmienione. Na tym poziomie serii wiec bliżej do sitcomu, który możemy śledzić nie po kolei bez strat dla fabuły, a którego wewnętrzną logiką pozostaje to by głównie dobrze się bawić, bez dbania o spójność.

 


Tylko czy kogoś to obchodzi? Każdy chce się po prostu rozerwać, pośmiać, popatrzeć na kolejne miłosne perypetie i wpadki… Ten tom dodatkowo dobrze nadaje się na Walentynki (okej, minęły już, ale przecież za rok tez można go sobie przeczytać, prawda?). Bo „Horimiya”, choć bywa różnorodna, to przede wszystkim komedia romantyczna, zaludniona sporą ilością postaci, potrafiąca rozbawić i wciągnąć i pozostaje przy tym naprawdę przyjemnie zilustrowana. W sposób typowy dla shoujo, ale właśnie o to chodzi. Ma swój urok, ma klimat, potrafi wciągnąć, a nawet jeśli ma słabsze momenty, można trafić w nich na coś dobrego.

 


Do tego dochodzą udane, choć proste ilustracje i dobre wydanie. Jeśli oceniać ten tomik to po prostu kolejna porcja niezłych przypadków z życia naszych bohaterów. Nie ma tu tej mocy i inwencji, jakie miały najlepsze odsłony „Horimiyi”, ale nie ma też zawodu, bo zabawa nadal jest udana. Bardziej gatunkowa, bardziej lekka i prosta, niemniej nadal mająca swój urok.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





czwartek, 25 lutego 2021

KAJTEK I KOKO / KAJKO I KOKOSZ

Nie tylko „Kajko i Kokosz”, czyli dlaczego warto poznać inny duet stworzony przez Janusza Christę.

 

 

Janusz Christa, jeden z najważniejszych autorów w historii komiksu, stworzył tysiące stron i bohaterów rozpoznawanych przez miliony czytelników. Dziś, za sprawą planowanej przez Netflix na 28 lutego premiery pierwszego polskiego serialu animowanego - „Kajko i Kokosz” - twórczość Christy ma szansę dotrzeć do jeszcze większego grona odbiorców. Dlatego warto przypomnieć, że zanim powstały postaci Kajka i Kokosza, które przyniosły Autorowi największą sławę, stworzył on serię „Kajtek i Koko” - sensacyjno-przygodową opowieść, zgrabnie łączącą wątki kryminalne, sensacyjne i fantastyczne. W ostatniej części tego cyklu postanowił wysłać swoich bohaterów w kosmos i powstał z tej ekspedycji najdłuższy polski komiks, czyli „Kajtek i Koko w kosmosie”.

Liczący ponad 1200 pasków komiks „Kajtek i Koko w kosmosie” pierwotnie ukazywał się na łamach „Wieczoru Wybrzeża” w latach 1968–1972. Następnie wydawcy próbowali zebrać rozproszone fragmenty dzieła, lecz dopiero w albumie „Klasyka Komiksu Polskiego. Kajtek i Koko w kosmosie”, wydawnictwu Egmont Polska udało się odtworzyć z pierwodruków prasowych i uporządkować wszystkie kosmiczne perypetie Kajtka i Koka.

Komiks Janusza Christy w fascynujący sposób opowiada o przygodach tytułowych bohaterów uczestniczących w eksperymencie profesora Kosmosika. Zwariowany naukowiec wysyła ich z ekspedycją do gwiazdozbioru Oriona. W jej trakcie przyjaciele poznają mieszkańców odległych planet i ich zwyczaje, ryzykują życie, przeżywają odmienne stany świadomości, ale ostatecznie pozostają pełnymi humoru i optymizmu chłopakami z Ziemi.


„Kajtek i Koko w kosmosie” to najdłuższy polski komiks w historii, składający się, bagatela, z 1265 pasków! To tu zaprezentował Christa pełnię swych twórczych możliwości. Zachwyca ukształtowana już, elegancka kreska, dynamiczne kadrowanie, pełne szczegółów krajobrazy, projekty pojazdów kosmicznych, robotów i stworów z innych planet. Fabuła, zgodnie z mechaniką odcinkowej publikacji gazetowej, wartko przenosi bohaterów z planety na planetę, zsyła na nich różne kosmiczne przykrości (czarna dziura, bunt robotów, oręż dawno

wymarłych cywilizacji), wreszcie konfrontuje z licznymi pomysłami futurologicznymi (życie na zrobotyzowanej planecie-mieście, używanie kopii ludzi, kontakt między rasami na różnym poziomie rozwoju itp.). Dziś, z perspektywy czasu, możemy w pełni docenić ogrom pomysłów i graficznej pracy, jakiego podjął się samotnie Janusz Christa w czasach, gdy nie istniał w Polsce żaden komiksowy rynek czy fandom, żadne forum wymiany myśli i doświadczeń w dziedzinie komiksu i fantastyki. – podkreśla Tomasz Kołodziejczak, Dyrektor Działu Komiksów i Gier w Egmont Polska - Już w tej opowieści widać było, że twórca szuka nowych obszarów do eksploatacji. Spory fragment komiksu dzieje się na planecie, na której poziom technologiczny zatrzymał się na poziomie ziemskiego średniowiecza. To zapowiedź stylu, który przyniesie Chriście ogólnopolską sławę.

 

Po wysłaniu bohaterów w kosmos Christa uznał, że chce zmienić stylistykę swoich komiksów. W sierpniu 1972 roku, jeszcze na łamach „Wieczoru Wybrzeża”, zadebiutowali Kajko i Kokosz, przedstawieni przez autora jako przodkowie Kajtka i Koka.

 

W 2018 roku wydawnictwo Egmont Polska odtworzyło z pierwodruków prasowych i uporządkowało wszystkie galaktyczne perypetie Kajtka i Koka i powstała nowa, kolorowa edycja komiksu „Kajtek i Koko w kosmosie”. Całość składa się z 7 tomów, każdy o objętości 96 stron. Wszystkie albumy są dostępne w księgarni Egmont.pl

Bohaterowie stworzeni przez Janusza Christę są częścią polskiej kultury nie tylko za sprawą albumów komiksowych. Dzielni woje są bohaterami gier planszowych i komputerowych, a album „Kajko i Kokosz. Szkoła Latania” znalazł się na liście lektur szkolnych. Są również obecni na deskach teatrów – po sukcesie olsztyńskiego spektaklu w reżyserii Marty Ogrodzińskiej, nad kolejną adaptacją pracuje warszawski Teatr Syrena.

Dorobek Janusza Christy stał się również inspiracją dla znanych polskich scenarzystów i rysowników, którzy podjęli się kontynuacji kultowego komiksu. Od 2016 roku Egmont Polska publikuje zupełnie nowe przygody wojów z Mirmiłowa w cyklu „Kajko i Kokosz. Nowe przygody”.

W „Nowych Przygodach” fani serii znajdą wszystko to, za co kochali oryginalną serię – czary, bijatyki i humor. A także wiele nowych pomysłów, zarówno rozwijających stare wątki, jak i poszerzających świat znany z niezapomnianych opowieści Janusza Christy. Do dziś ukazały się 3 albumy nowej serii, a w przygotowaniu jest już kolejny tom. „Nowe Przygody” tworzą również artyści, którzy pracowali przy netflixowym serialu o przygodach Kajka i Kokosza

– Maciej Kur i Sławomir Kiełbus.

A gdybyście chcieli zapoznać się z recenzjami poszczególnych tomów serii, zapraszam! Tutaj znajdziecie recenzje wszystkich tomów serii „Kajtek i Koko w kosmosie”, którą gorąco polecam, bo niewiele jest rodzimych komiksów tak doskonałych, jak ten, a pod tym linkiem czekają na Was recenzje nowych przygód Kajtka i Kokosza.


Magi #35 - Shinobu Ohtaka

WALKA NA DEMONICZNE UZBROJENIA

 

Krok po kroku zbliżamy się już do wielkiego finału „Magi” – bardzo udanej serii, łączącej w sobie typowego shounenowgo bitewniaka z fantasy osadzonym w realiach „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Ów zbliżający koniec widać już wyraźnie też w samej opowieści. I chociaż cykl znacznie zmienił się na przestrzeni trzydziestu pięciu tomów, wciąż pozostaje bardzo sympatyczną rozrywką, po którą warto jest sięgnąć.

 

Sindbad, czekając w Świętym Pałacu, opowiada o przeszłości. Ale to nie jedyny temat, jaki porusza. Tymczasem czeka nas walka na demoniczne uzbrojenia, ale co z niej wyniknie? I czy w końcu padną odpowiedzi na niektóre pytania?

 

Na wstępie napisałem o zmianach, które nastąpiły na przestrzeni trzydziestu pięciu tomów „Magi”. Ponieważ zorientowałem się, że nigdy dotąd nie zagłębiałem się w ten temat, uznałem że to dobra okazja by to zrobić. Tym bardziej, że już za chwilę cykl dobiegnie końca. A zatem pamiętacie, jakie „Magi” było na początku? Powielając schematy znane z „Dragon Balla” (niepozorny dziecięcy bohater wygnaniec, który ma pociąg do piersi i niezniszczalny apetyt, walki, świat zamieszkany przez dziwne stworzenia, wrogowie, stający się przyjaciółmi etc., etc.), oferował nam sympatyczny lekki bitewniak, pełen humoru i nietypowego, jak na mangi klimatu.

 

Co stało się potem? Seria dorosła wraz z bohaterem, spoważniała… Ostatnie tomy zaś to już podzielenie jej na dwa typy tomów: te wypełnione akcją, kiedy strony wprost przerzucają się same, i te bardziej wyplenione treścią i rozmowami, mocno skręcające w kierunku politycznych tematów. Tomik trzydziesty piąty łączy w sobie obie te cechy, oferując dynamiczną rozrywkę zer sporą ilością tekstu. Na humor nie ma tu tyle miejsca, co na początku serii, ale i sama opowieść jakoś wiele go już nie wymaga.

 


Poza tym ta część „Magi” pełna jest widowiskowych scen (których nigdy w niej nie brakowało, ale warto to zauważyć i tak), znakomitej dynamiki i klimatu. Czyta się to szybko, lekko i przyjemnie i dokładnie tak samo ogląda, bo kresa, typowa dla gatunku, pozostaje bardzo miła dla oka, świetnie oddająca różne aspekty całości i budująca odpowiedni nastrój.

 

Fanom polecać nie muszę, bo i tak sięgną. Ale jeśli macie ochotę na dobrą opowieść, gdzie fantastyka i przygody łączą się w jedną, udaną całość i lubicie arabskie klimaty (ale to nie jest konieczne, bo ja osobiście ich nie trawię, a bawię się dobrze), „Magi” to rzecz dla Was. Nic więcej dodawać nie trzeba.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





środa, 24 lutego 2021

Karneval #26 - Touya Mikanagi

WALKA Z KAFUKĄ TRWA

 

„Karneval” jeszcze żyje! Oczekiwanie na kolejne tomiki może co prawda sprawić, że czytelnik zapomnie o tej serii – cóż poradzić, takie jest tępo powstawania kolejnych rozdziałów – ale prędzej czy później opowieść ta do nas wraca. A że zawsze wraca z porcją całkiem udanej treści, chyba nikt nie ma powodów do narzekań.

 

Yogi walczy z Munawią. W trakcie tego pojedynku udaje mu się osiągnąć nie lada cel: zniszczyć źródło energii, które wykorzystuje Kafuka. Ale kto tak naprawdę zwycięży w tym starciu? I co jeszcze się wydarzy?

 

Przy okazji recenzowania poprzednich tomów tej serii pisałem, że czasem dostajemy tu opowieść stricte kobiecą, czasem taką, która przemawia bardziej do facetów, a czasem i połączenie tych dwóch estetyk. Tomik dwudziesty szósty to powrót do tej męskiej strony „Karnevala”, której nie brakowało i w poprzednich częściach, a która teraz bierze górę nad historią.

 

Co to właściwie oznacza? Więcej akcji, walk, dynamiki… „Karneval” od początku skupiny był na konkretnej akcji właśnie i zagadkach, z tym że cały czas przeplatał je z momentami, gdzie królowały słodycz, urok, lekkość, zwiewność, kobiece przywiązanie do detali i dodatków, strojów, słodkich zwierzątek. Tym podobnych elementów było pełno, kontrastując z całą resztą. A tu dominuje właśnie ukazanie starć, epickie sceny i fantastyka. Ale i pod tym względem jest to wszystko mocno kobiece, bo utrzymane w estetyce najsłynniejszych mang pań z grupy Clamp, więc wszystko pozostaje skierowane do grupy docelowej.

 


Nieważne jednak czy szukać w tym kobiecej czy męskiej opowieści, „Karneval” jest udaną historią dla tych, którzy lubią fantastykę i urok. Fantastykę stonowaną, ale jednak mającą w sobie to coś, co przemawia do wyobraźni, pełną delikatności i zwiewności. Całość ma swój klimat i charakter, a przy okazji jest po prostu sympatyczną lekturą, nieco odmienną od typowych dzieł skupionych na podobnej tematyce, a przy okazji bardzo miło dla oka zilustrowaną.

 

Lubicie takie klimaty? To jest to rzecz dla Was. Nieskomplikowana, ale i nierozczarowująca, balansująca na granicy rozdzielającej różne gatunki i estetyki i robiąca to w udany sposób. Ja nadal dobrze się bawię sięgając po kolejne tomy i nie mam wątpliwości, że z Wami będzie tak samo.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 23 lutego 2021

Fire Force #8 - Atsushi Ohkubo

BRATOBÓJCZA WALKA

 

Gefährlich ist, wer Schmerzen kennt

Vom Feuer, das den Geist verbrennt (bang bang)

Gefährlich das gebrannte Kind

Mit Feuer, das vom Leben trennt

Ein heißer Schrei

Feuer frei

- Rammstein

 

„Fire Force” wypada coraz lepiej. Takie wrażenie mam po lekturze tomu ósmego. Przede wszystkim graficznie, bo więcej tu scen, które z miejsca wpadają w oko i mają swój klimat. Jeśli zaś chodzi o fabułę to ta trzyma dotychczasowy poziom. A więc taki, który usatysfakcjonuje miłośników shounenów.

 

Zaczyna się dziać.! Gdy dr Giovani, kapitan trójki, dopuszcza się z białymi szatami ataku na warsztat Vulcana, żeby zdobyć klucz do Amaterasu, dochodzi do spotkania Shou i Shiry. Dwaj bracia, stojący po przeciwnych stronach barykady będą musieli zmierzyć się ze sobą. Ale czy ta bratobójcza walka ma sens? Jeszcze gorsze jest to, że wróg ma przewagę liczebną i wszystko wskazuje na to, że nasi bohaterowie nie mają szans. A to przecież jedynie kolejny przystanek na drodze do osiągnięcia postawionego sobie celu!

 

„Fire Force” to seria prosta. To także seria złożona ze schematów typowych dla gatunku. Wreszcie to seria, która bazuje na powielaniu znanych i lubianych elementów. Ale co z tego, skoro nawet jeśli nie ma w niej oryginalności, wciąż chętnie po nią sięgam? Właśnie. Co w takim razie sprawia, że nadal z ochotą ją czytam?

 


Przede wszystkim to, że wciąż dostarcza naprawdę dobrej zabawy. jest tu akcja, są walki, tajemnice, fantastyka, nuta erotyki, humor, twardzi faceci, ładne kobiety, wrogowie do pokonania, wyzwania, którym trzeba stawiać czoło… Wszystko to podane jest w sposób lekki i dynamiczny, potrafi rozbawić (najlepsze w serii pozostają sceny z biedną bohaterką, która zawsze kończy przypadkowo zmolestowana) i ma swój urok. Co prawda ci, którzy znają już mnóstwo podobnych opowieści (a tych nie brakuje – weźmy na przykład podobne do „Fire Force” „Ao no Exorcist”) , nie dadzą się aż tak porwać, ale i oni się nie zawiodą.

 

Do tego mamy też niezłą szatę graficzną. Niezłą, bo przypominającą inne dzieła, a czasem oferującą dziwną perspektywę czy tym podobne zabiegi (choć już coraz rzadziej), ale przyjemną dla oka i dobrze pasującą do treści. Kto kocha shouneny i chce kolejnej dawki tego typu emocji, będzie bawił się naprawdę dobrze.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





poniedziałek, 22 lutego 2021

Czarna Góra - Andrzej Pilipiuk

TAJEMNICE PRZESZŁOŚCI

 

Jeden z najpopularniejszych opolskich pisarza powraca z tym, co wychodzi mu najlepiej… Nie, nie z kolejnym tomem przygód Jakuba Wędrowycza tylko z tym drugim, czyli opowiadaniami. Bądźmy więc zatem poważni, bo i treść do komediowych – mimo pewnej dozy humoru – nie należy. Ale za to właśnie cenię sobie krótkie formy Pilipiuka – za tę ich powagę połączoną z dobrymi pomysłami i równie dobrym wykonaniem. I taki jest właśnie ten zbiór.

 

Jak wszystkie zbiory z serii „Światy Pilipiuka”, tak i ten nie może obejść się bez dwóch bohaterów: Pawła Skórzewskiego i Roberta Storma. Teraz jednak czeka nas okazja odkrycia jak wyglądało życie tego pierwszego zanim został doktorem, którego tak doskonale znamy. Ten drugi zaś znów pakuje się w tarapaty i znów odkrywa przed nami fascynujące przygody. Nie ważne jednak czy rzecz dotyczy pewnej deski, czy polskiej bomby atomowej z lat 20., za każdym razem wciąga, zaskakuje i dostarcza dobrej rozrywki.

 

Pilipiuk nie potrafi pisać powieści. Wiele ich wydał w swojej karierze, ale rzadko która była naprawdę udana. Problem z długimi formami w jego przypadku jest taki, że mamy w ich przypadku do czynienia ze zlepkiem pomysłów, które nie do końca do siebie pasują. Pilipiuk bierze wszystko co przyjdzie mu do głowy i w formie przeładowanych pomysłami rozdziałów, które same w sobie stanowią bardziej opowiadania przekute na siłę w kolejny fragment większej całości, niż cokolwiek innego, próbuje posklejać to w jedną całość. I rzadko się to udaje.

 

Ale z krótkimi formami Pilipiuk sobie radzi i to jeszcze jak. W końcu to właśnie na opowiadaniach zbudował niemal całe swoje jakubowe uniwersum, a także zapełnił nimi już dwanaście tomów „Światów Pilipiuka”. I to one naprawdę mają w sobie to coś. Dobre, skończone pomysły, nie wymagające rozwinięcia w nic więcej ani też wiedzy o innych losach przedstawionych w nim postaci, dobry styl, ciekawy klimat… Owszem, są tu przeplatające się wątki, ale Pilipiuk swoją prozę konstruuje tak, by można było zacząć czytać od dowolnego tekstu i bawić się tak samo dobrze, jak wychwytując wszystkie te powiązania.

 

A zabawa jest udana, bo mamy tu tajemnice przeszłości, akcję, przygody… Czasem bliższe jest to literaturze historycznej, czasem iście detektywistycznej, podanej z pazurem i humorem, czasem awanturniczej, a czasem zahaczającej o oldschoolowy fantastykę. Wojny, archeologii i tym podobnych tematów, charakterystycznych dla Pilipiuka, także nie brakuje. Każdy więc, kto lubi powyższe gatunki czy estetyki, znajdzie tu coś dla siebie. Reszta to po prostu dobre wykonanie, pełne lekkości, swobody, ale i dobrze odmalowywanych realiów.

 

Kto lubi Pilipiuka, rekomendacji nie wymaga, bo i tak przeczyta. Kto nie lubi, przekonać się nie da. Ale jeśli nie znacie jeszcze jakimś cudem jego prozy, sięgnijcie i przekonajcie się, co ma do zaoferowania. Nie jest to głęboka, wybitna literatura, ale jako rozrywkowa lektura sprawdza się dobrze także dla nowych odbiorców. A stałym czytelnikom gwarantuje to, na co liczą: jeszcze jedną, równie udaną wyprawę do niezwykłego, a jednak bliskiego nam świata, w której towarzyszyć będą im doskonale znani bohaterowie. I fakt, że pomimo tylu tomów Pilipiuk wciąż trzyma poziom, także należy docenić.

 

Dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów za udostepnienie egzemplarza do recenzji.



Kulinarne pojedynki #25 - Tsukuda Yuuto, Saeki Shun

SOBA NA STÓŁ

 

W końcu jest! Dwudziesty piąty tomik „Kulinarnych pojedynków” pojawił się właśnie na polskim rynku i jak zwykle serwuje nam iście apetyczną lekturę. Lekturę potrafiącą wciągnąć, porwać, urzec napięciem, ale i pobudzić do pracy kubki smakowe i ślinianki. A że przy okazji także po prostu pięknie wygląda, chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że absolutnie warta jest poznania.

 

Pora na Régiment de Cuisine. Souma, Isshiki i Megishima stają do pierwszej rundy pojedynku. Od ich umiejętności zależy wszystko – nie tylko losy ich samych, ale także ich przyjaciół. Co gorsza wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko nim, kiedy Souma musi zmierzyć się na danie z soby z przeciwniczką, która jest specjalistką od gryczanego makaronu! Czy uda im się przetrwać? Czy ocalą skórę i to, w co wierzą?

 

„Kulinarne pojedynki” to seria, którą nie tylko czyta się i pochłania wzorkiem, ale przede wszystkim smakuje. Bo czytając tę opowieść nie da się przejść obojętnie obok wymyślnych, aż ociekających smakowitością dań, których aromat niemal wysącza się ze stron tomików. Tu nawet potrawy ze składników, których nie lubię wydają się wyglądać i smakować tak, że na pewno musiałyby być pyszne (czyli jak wtedy, gdy gotuje moja lepsza połowa). Jak tu nie docenić czegoś takiego? Ale właśnie na tym powinna zasadzać się manga kulinarna – tak jak na ukazaniu zapachów za pomocą słów czy obrazów (w zależności czy mówimy o wersji powieściowej, czy filmowej) zasadzało się całe „Pachnidło”.

 

Ale nie samymi daniami człowiek żyje. Jak się najemy, potrzebujemy trochę ruchu, a tu tym ruchem stają się iście energetyczne starcia na gotowanie i im podobne wyzwania. A że nie samymi daniami człowiek żyje, mamy tu śliczne, seksowne dziewczyny, przyjaźń, napięcie, emocje, rywalizację, szkolne życie… Długo można by wymieniać, ale każdy miłośnik shounenów znajdzie tu coś dla siebie, z humorem na czele.

 


Ale czym byłoby smakowite danie bez tego, jak wygląda? Owszem, pisałem już o wyglądzie tego wszystkiego, ale warto nadmienić, że ilustracje są szczegółowe i autentycznie doskonałe. Bywa, że są dynamiczne, bywa, że spokojne, czasem atakują nas soczystym, wyciskającym ślinę z naszych ust daniem, czasem dostajemy porcję kobiecego uroku, za każdym razem wszystko jest w punkt trafione i zachęca do brnięcia dalej, nawet jeśli jesteśmy już przejedzeni czy zmęczeni.

 

Dlatego ta seria jest taka świetna i tak doskonale się ją czyta. I również dlatego niezmiennie polecam ją gorąco Waszej uwadze. Jest tego warta.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






niedziela, 21 lutego 2021

My Hero Academia: Heroes Rising

ALL FOR ONE, ONE FOR ALL

 

Pierwszy film z serii „My Hero Academia” był dość prostą, zachowawczą rozrywką. Udaną, ale nie zachwycającą. Jego kontynuacja (dziejąca się po mangowym story arcu „Meta Liberation Army”) „My Hero Academia: Heroes Rising” to już o wiele lepsze kino. Niby to kolejny bitewniak, niby poza walkami jest tu niewiele, ale całość została tak wyśmienicie zrealizowana, że bije nie tylko pierwszą część, ale i okazuje się jedną z najlepszych nawalanek anime, jaką miałem okazję oglądać. Lepszą nawet od większości filmów kinowych „Dragon Balla” a to o czymś świadczy.

 

Fabuła, tradycyjnie, jest prosta. Nasi młodociani bohaterowie w końcu mogą sprawdzić się jako herosi, kiedy pod ich opiekę oddana zostaje wyspa Nabu. To spokojne miejsce ma sprawdzić jak poradzą sobie z pomaganiem ludziom, bez opieki dorosłych, bez pomocy nauczycieli i jakiegokolwiek wsparcia z zewnątrz. Nikt jednak nie spodziewał się, że na wyspie mieszka chłopiec, którego moce będą chcieli zdobyć przestępcy. Odcięci od świata młodzi herosi, nie mając jak uciec z wyspy ani nie mogąc nikogo powiadomić o swojej sytuacji, muszą stawić czoła grupie bandytów, z którą nie mają najmniejszych szans…

 

W przypadku pierwszego filmu z serii „My Hero Academia” narzekałem, że same walki są nijakie, jak w każdym właściwie filmie tego gatunku. W przypadku „Heroes Rising” jest zupełnie inaczej. O ile tam starć było niewiele, tu wypełniają one cały film, ale walczą najróżniejsi bohaterowie, korzystający z wszelkiej maści darów i robią to w naprawdę różnorodny sposób. Dzięki temu film nie nudzi ani przez chwilę, widzowie obserwują iście epicki popis mocy, a przy okazji całość robi spore wrażenie swoją widowiskowością.

 


Fabularnie rzecz też nie zawodzi. Niby treść jest prosta, ale udana, świetnie wpasowująca się w klimat mangi i oferująca wiele zaskakujących pomysłów. Najlepiej wypada ten z finału, którego nie chcę Wam zdradzać, a który ma zapewnić naszym bohaterom zwycięstwo. Widz ogląda i zastanawia się co z tego wyniknie, autentycznie ciekaw rozwoju wydarzeń, a chociaż rozwiązanie wszystkiego nieco kuleje, zabawa i tak jest znakomita.

 

Jeśli więc lubicie bitewniaki, poznajcie koniecznie. Co prawda bez znajomości ogółu wydarzeń z mangi i anime nie ma zbyt wielkiego sensu oglądać tej produkcji – owszem, można i to ze zrozumieniem wszystkiego, ale jednak wiele wtedy stracicie – ale nie zmienia to faktu, że „Heroes Rising” to świetne kino rozrywkowe. Dobrze, że twórcy, choć miała to być ostatnia część serii, zdecydowali się na nakręcenie kolejnego filmu. Oby tylko udało im się zachować ten sam, świetny poziom.


sobota, 20 lutego 2021

Asteriks #22: Wielka przeprawa - Rene Goscinny, Albert Uderzo

NIEZNANE LĄDY

 

Dwudziesty drugi tom serii „Asteriks”, zatytułowany „Wielka przeprawa” (szukajcie go w ofercie księgarni internetowej TaniaKsiazka),  to jeden z tych tomów, który ma w sobie najwięcej odniesień do kultury i historii. Dzięki temu każdy, kto kocha tę stronę opowieści o dzielnych Galach, będzie mógł zacierać recę i bawić się jeszcze lepiej. Ale nawet jeśli nie wychwycicie wszystkich tych smaczków i niuansów, „Wielka przeprawa” to wciąż bardzo, bardzo dobry komiks, który z czystym sercem polecam dosłownie każdemu.

 

Od zatrucia się rybą, do nowego kontynentu! Tak, tak, w szalonym świecie naszych Galów wszystko jest możliwe. Także to, co możliwe się nie wydaje.

Asterik i Obeliks, z powodu trudnej sytuacji w wiosce, wybierają się na połów ryb. Problem w tym, że nie mając pojęcia jak się to robi, szybko tracą sieci, a jakby tego było mało równie szybko trafiają na sztorm i zanim się obejrzą, zaczynają płynąc nie wiadomo dokąd! Wkrótce ich przygoda kończy się na nieznanym lądzie, gdzie biegają tubylcy w pióropuszach (czyżby jacyś Rzymianie?). Próba wyjaśnienia sytuacji w jakiej się znaleźli, kończy się wyswataniem Obeliksa za córkę wodza wioski! Salwując się ucieczką nasi dzielni bohaterowie nie wiedzą jeszcze, że to wcale nie koniec szaleństwa, jakie stało się ich udziałem…

 

W tym miejscu chciałem napisać o wszystkich tych kulturowych i historycznych odniesieniach, o których napomknąłem na początku, ale potem zadałem sobie pytanie po co właściwie to robić. Sednem tej opowieści, pełnej przygód i okrywania tego, co nieznane, jest właśnie samodzielne poznawanie wszystkich tych smaczków, wygrzebywanie ich, śmianie się z nich, niczym z dobrych żartów (bo tym przecież właśnie są), dlatego darowałem sobie. W końcu stanowią one najlepszą część tego albumu. Na szczęście dla tych, którym z historią Ameryki, Starożytnego Rzymu i Wikingów nie po drodze, wcale nie jest to jedyna przyjemność, jaką czerpiemy z lektury.

 


Drugą bowiem jest treść. Ta wypełniona przygodami i odkryciami akcja, która nie pozwala się nudzić ani przez moment. Wszystko tu wciąga i śmieszy, bawi i poucza, dostarcza morału z jednoczesnym brakiem nachalnego dydaktyzmu. Do tego mamy świetne, iście filmowe tempo, a także dobrze nakreślone różnice kulturowe. A wszystko to, jak zawsze, wyśmienicie zilustrowane i bardzo ładnie wydane.

 

Reasumując, „Wielka przeprawa”, choć to już dwudziesty drugi tom serii, stanowi jeden z najlepszych jej momentów. Zabawa z albumem jest przednia i nie ważne czy macie pięć, dziesięć, piętnaście, trzydzieści czy sześćdziesiąt i więcej lat, każdy znajdzie tu coś dla siebie.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




piątek, 19 lutego 2021

Dragon Ball Super #69: The Evolution of Planet Cereal – Akira Toriyama, Toyotarou

EWOLUCJA PLANETY CEREAL

 

Przyznam, że bardzo czekałem na ten rozdział. Właściwie od czasu, kiedy oczekiwałem na rozwiązanie wątku Merusa, nie czekałem tak na żaden epizod „Dragon Balla Super”. Ale warto było. Owszem, historia, jak zawsze, przebiega według utartego schematu i wielkich zaskoczeń tutaj nie ma, jednak zabawa znów jest znakomita, a przy okazji przypomina o czasach świetności smoczej sagi.

 

Pora na zaskoczenie! Gdy Granola wspomina losy swojego ludu, Vegeta zaczyna swój trening z Piwusem. Rzeczy w tym, że nasz saiyjański wojownik będzie musiał najpierw pogodzić się z przeszłością swoją i swojego ludu, by opanować nową technikę. Ale ważniejsze rzeczy dzieją się u Granoli. Kiedy na jaw wychodzą jego relacje z pewnym starcem, a jego szefowie dowiadują się o istnieniu smoczych kul, wszystko może się zmienić. Po co w ogóle powstały smocze kule? Jakie jeszcze ich odpowiedniki są w kosmosie? I co to będzie oznaczać dla przyszłości naszych bohaterów?

 

„Dragon Ball” to może nie najlepsza manga, jaką znam, ale na pewno najważniejsza. To – razem z „Pokemonami” – niemal cała część moje nastoletniości spędzonej z japońską popkulturą. „Dragon Balla” uwielbiałem, w moich rysowanych wówczas komiksach na „Dragon Ballu” się wzorowałem i seria ta jest ze mną po dziś dzień. Coraz wracam do starych tomów, na bieżąco śledzę aktualne wydarzenia – także z anime „Super Dragon Ball Heroes” – i wciąż mam ochotę na więcej. A po opowieściach takich, jak „Saga ocalałego Granoli”, jeszcze większą.

 


Opowieść o kosmicie, który chce się mścić za zagładę jego rodzimej planety to powrót do „Smoczych kul” jakie znaliśmy i kochaliśmy. Ciekawe postacie, humor, akcja, widowiskowe sceny i ciekawe perspektywy na przyszłość, spotykają się tu co prawda z oczywistościami, ale taki już urok shounenów. Ma to też swój urok, ma nutę sentymentu, ale przede wszystkim widać, że twórcy znów świetnie bawią się tym wszystkim. A my bawimy wraz z nimi. Nie wiem czy jest to zabawa dla nowych czytelników, lepiej docenia się ją z perspektywy minionych lat, kiedy na „Dragon Ballu” się wyrosło, kiedy żyło manią, jaką spowodował i kolekcjonowało gadżety, oglądając jednocześnie kolejne odcinki na RTL7 i wyczekując, aż w kioskach pojawi się kolejny tomik. Niemniej myślę, że i ci, którzy dopiero odkryli „DB” i dotarli do tego momentu, też docenią całość.

 


Bo „Smocze kule” to nie tylko wzorcowy shounen, ale i ponadczasowy. Coś, co opiera się wiatrom zmieniającym mody i pozostaje wiecznie atrakcyjne. Świetnie narysowane przez Toyotarou, człowieka, który zaczynał jako fan rysujący własne komiksy z Gokū (czyżby Toriyama, znany ze swego lenistwa, wziął go do pomocy, bo jemu rysować już się nie chciało? kto wie), bawi, śmieszy, podnosi na duchu i ciekawi. I pokazuje, że nawet wiele dekad po ostatecznym zakończeniu świetnej serii można z powodzeniem do niej wrócić i nie zawieść oczekiwań fanów.

Asteriks #21: Podarunek Cezara - Rene Goscinny, Albert Uderzo

PODAROWANA WIOSKA

 

Kolejny tom „Asteriksa”, tym razem „Podarunek Cezara”, który trafił w moje ręce z księgarni TaniaKsiazka, to kolejna porcja żelaznej klasyki. Co prawda nie pochodzi on z samego początku istnienia cyklu, ale wyszedł spod ręki Goscinnego i Uderzo, dwóch wybitnych artystów, którzy uczynili przygody dzielnych Galów arcydziełem. I to nie tylko w swoim gatunku.

 

Romeomontekus nie jest najlepszym żołnierzem, jakiego ma Rzym. Właściwie to daleko mu do kogoś, kogo można by określić tym mianem. Przez dwadzieścia lat swojej służby sprawiał problemy przełożonym, obrażał Cezara, a przy okazji pił na umór i z równie wielkim zapałem awanturował się. Teraz przechodzi na zasłużoną emeryturę, a to oznacza jedno – ma dostać od Cezara posiadłość w jednym z podbitych krajów. Czy ktoś taki jednak zasłużył na typową nagrodę? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. I tak oto Romeomontekus zostaje właścicielem wioski naszych dzielnych i niepokonanych Galów! Ten jednak, swoim zwyczajem, odsprzedaje mienie, nawet nie mając pojęcia co robi. Nowy właściwych wraz z rodziną przybywa na miejsce i… zaczyna się szaleństwo. Pytanie jednak jak to wpłynie na Asterika, Obeliksa i resztę mieszkańców!

 

„Asteriks” jest z nami od kilkudziesięciu lat, jego twórcy już nie żyją, a na rynku nie brakuje całej masy najróżniejszych doskonałych komiksów. Patrząc na to wszystko można by dojść do wniosku, że seria śmiało mogła już odejść w niebyt, robiąc miejsce dla nowych opowieści, bardziej dostosowanych do oczekiwań współczesnego odbiorcy, a przede wszystkim mogła się zestarzeć. Ale nic bardziej mylnego, bo tak, jak w czasach swej młodości cykl o Asteriksie, Obeliksie i reszcie ekipy robił wielkie wrażenie, tak robi i dziś. I pozostaje niemniej aktualny, niż kilka dekad temu. Dlaczego?

 


W latach, gdy seria się rodziła, komiksy na Zachodzie wyglądały, jak typowa rozrywka dla dzieci. Co gorsza były wykonane tak, że obrażały inteligencję czytelnika. Tymczasem popularne serie europejskie takie jak „Asteriks” (a także „Lucky Luke”, „Smerfy” i im podobne) pozostawały inteligentne i dobrze wykonane. Nikt nie musiał tu wyjaśniać czytelnikom niczego, jakby ci nie byli w stanie zrozumieć tego, co widzą i czytają, co stanowiło podstawowy problem klasycznych amerykańskich zeszytów komiksowych. I chociaż te europejskie tytuły były skierowane do młodych odbiorców, okazywały się o wiele mądrzejsze i dorosłe, niż tamte historie.

 

I tą mądrość i dojrzałość zachowały po dziś dzień, a najbardziej widać to w „Asteriksie”. Seria jest inteligentna, pełna satyry – a jednocześnie i humoru mniej wymagającego, który docenią dzieci – pozostając zarazem świetną opowieścią przygodową. Jest tu akcja, szybkie tempo, klimat, dużo pozytywnych emocji i lekkości. Ale jest też wyprzedzająca swoje czasy jakość, która nawet dziś pozostaje tak samo wyrazista, jaka kiedyś, a także doskonała szata graficzna, sprawiająca, że komiksy te tak przyjemnie się ogląda.

 

Dobrze więc, że na polskim rynku pojawiła się kolejna porcja wznowień „Asteriksa”. Nie raz już komiksy te były nam odświeżane, czy to samodzielnie, czy w ramach kolekcji, ale i tak wciąż warte są przypominania. Bo to prawdziwy skarb europejskich opowieści graficznych i znać je powinien każdy, kto ceni sobie to medium.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.