piątek, 12 lutego 2021

Fire Force #7 - Atsushi Ohkubo

FIRE POWER

 

Shounen to bez dwóch zdań mój ulubiony typ mangi i anime. Nie stronię od innych typów, najważniejszą przesłanką do sięgnięcia przeze mnie po dane dzieło – nieważne komiks to, książka, film czy gra – stanowi jego jakość, ale i tak zawsze hasło shounen z miejsca mnie pociąga. Nic więc dziwnego, że sięgam z ochotą po kolejne tomy „Fire Force”. Bo nawet jeśli nie jest to najwybitniejsze dzieło w swoim gatunku, wciąż dostarcza mi porcji dobrej rozrywki i odprężenia.

 

W Ósemce zaczyna się dziać! Nie żeby dotąd było jakoś spokojnie, ale teraz, gdy ich działania eskalują coraz bardziej, ma do nich dołączyć pracownik badawczy, niejaki Licht. Ten tajemniczy osobnik ma kontakty z Jokerem. Co jego pojawienie się będzie oznaczać dla ekipy?

A to nie koniec zmian. Ósemka potrzebuje mechanika, który mógłby zając się ich sprzętem. Tu najlepiej nadałby się Vulcan, ale ten geniusz w swoim fachu nie cierpi SSP! Co gorsza, gdy Shinra i reszta starają się przekonać go do dołączenia do nich, na miejscy zjawia się kapitan Trzeciego Zastępu. Co z tego wyniknie? I jaką tajemnicę skrywa Vulcan?

 

Jako osoba urodzona na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, miałem to szczęście, że wychowałem się na mangowym boomie w naszym kraju. W dzieciństwie zachwycałem się anime „Muminki”, potem wsiąkłem w „Czarodziejkę z Księżyca” a jeszcze później stałem się fanem „Pokemonów” i „Dragon Balla”. Który z tych tytułów stał się dla mnie najważniejszy, nietrudno zgadnąć. Dlatego od tamtej pory tak cenię shouneny – nie tylko bitewniaki, chociaż, jak każdemu wiadomo, te dominują w owym gatunku.

 


„Fire Force” zaś  to typowy przedstawiciel gatunku. Typowy do tego stopnia, że wręcz pełnymi garściami czerpie z innych mang. Najbardziej w oczy rzucają się tu inspiracje „Ao no Exorcist” (bohater, fabuła, urządzenie świata, połączenie religii i organizacji niemalże paramilitarnej etc.), „Naruto” (bohater, świat i pewne konkretne elementy wyglądu od strony graficznej) itd., itd. Jednocześnie, o dziwo, bo akcja pędzi tu na złamanie karku, w „Fire Force” dzieje się niewiele, a i tak całość ma swój urok.

 

Jak na shounenowy bitewniak przystało, mamy tu szybkie tempo, walki, charakterystyczne postacie, humor, odrobinę erotyki, fantastykę i dużo lekkości. Czyta się to szybko i przyjemnie, choć – jak wiadomo – bezrefleksyjnie. Do tego mamy udaną szatę graficzną, która ma swój urok, nawet jeśli czasem wydaje się koślawa. Dlatego jeśli lubicie takie klimaty, sięgnijcie śmiało.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz