piątek, 30 kwietnia 2021

Fire Force #9 - Atsushi Ohkubo

WALKA W NEITHERZE


Kolejny tomik „Fire Force” w moich rękach. Czyli kolejna porcja dobrej zabawy zapewniona. Bo nawet, jeśli seria ta nie grzeszy oryginalnością, za każdym razem, gdy sięgam po kolejne jej części, bawię się naprawdę dobrze i mam ochotę na więcej. I to chyba najlepsze, co mogę powiedzieć o przygodach dzielnych strażaków.

 

W poszukiwaniu Shou i Ewangelisty, Ósemka staje przed nie lada wyzwaniem: wdarciem się do Neitheru! Niestety wrogowie już na nich czekają i jest zdecydowanie za dużo. Rozdzielni bohaterowie muszą działać samodzielnie, a walka trwa i to na śmierć i życie. Kto przetrwa? I za jaką cenę?

 

Chociaż „Fire Force” przez czas, jaki minął od zaczęcia tej opowieści, stał się serią nieco bardziej autorską, wciąż jest to opowieść, która pełnymi garściami czerpie ze świetnego shounena „Ao no Exorcist”. Świat, gdzie nie brak dziwnych mocy, z którymi walczą oddziały służb władających mocami? Jest. Demony? Zagrożenia wewnętrzne? Też są. Do tego mamy głównego bohatera, podobnego z wyglądu do postaci wiodącej z tamtej serii, na dodatek jak tamten mającego w sobie demoniczne moce… Długo można by wymieniać…

 

… ale po co, skoro zabawa i tak jest udana? Tym bardziej, że mamy tu naprawdę udaną, konkretną treść. Szybka akcja, piękne dziewczyny, odrobina łagodnej erotyki, niezłe wykorzystanie strażackich klimatów, humor, fantastyka… Czyta się to wszystko szybko i przyjemnie. Ma też swój urok, a do moich ulubionych elementów serii należą erotyczne wypadki pewnej bohaterki, która wiecznie kończy zmolestowana (przypadkiem!) albo (również przypadkiem) odarta z odzienia.

 


Jeśli chodzi o rysunki, to szata graficzna, chociaż czasem nieporadna, również przypomina „Ao no Exporcist”. Jest tu też coś z „My Hero Academia”, nie brak również innych inspiracji, ale jednocześnie ma to swój charakter i nawet gdy jakieś elementy szwankują, pozostaje miłe dla oka. I pozostaje wyraziste, a to nie łatwo, przy tylu inspiracjach.

 

I chociaż „Fire Force” to taki shounenowy miszmasz, posklejany z gatunkowych schematów i elementów znanych każdemu, nikt kto lubi ten klimat nie będzie zawiedzony. To dobra, lekka, dynamiczna i nieskomplikowana manga z tajemnicami i dobrą akcją. A grupie docelowej nic więcej nie potrzeba.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






czwartek, 29 kwietnia 2021

Strażnicy Galaktyki #3: Poszukiwanie nieskończoności – Gerry Duggan, Aaron Kuder, Marcus To

KONIEC POCZĄTKU CZY POCZĄTEK KOŃCA?

 

Ten tom „Strażników Galaktyki”, który trafił w moje ręce z księgarni TaniaKsiazka, to zarazem powrót serii do starej numeracji, co wiąże się ze świętowaniem jubileuszu 150. jej zeszytu, jak i zakończenie tego runu, jako takiego. Jednocześnie jednak to zaledwie koniec początku, wprowadzającego nas do wydarzeń, które już niedługo będziecie mogli czytać na polskim rynku, czyli eventu „Wojny Nieskończoności”. I chociaż album ten to tylko rozrywka pełnymi garściami czerpiąca z marvelowskiej klasyki, ale dla fanów postaci i kosmicznych komiksów superhero to rzecz warta poznania.

 

Strażnicy Galaktyki dotąd byli kosmicznymi wyrzutkami, którzy co prawda działali w słusznej sprawie, ale też nie zawsze. A raczej częściej pakowali się w jakieś tarapaty czy konflikty z prawem. Ale teraz nadchodzi zmiana i dołączają do Korpusu Nova, czyli swoistej kosmicznej policji! W tym wszystkim nie chodzi jednak tylko o zaprowadzenie ładu czy rozliczenie się ze szpiegami, ale i znalezienie potężnych Kamieni Nieskończoności. A przecież nie tylko oni ich szukają, a za przeciwników maja chociażby Ultrona. Na scenie pojawia się też sam Adam Warlock, ale jakie są jego zamiary?

 

Zarówno Marvel, jak i DC (a czasem także inni wydawcy), raz na jakiś czas serwują nam eventy, czyli wielkie opowieści łączące w sobie wydarzenia kilku serii i prowadzące do zmian w uniwersum. W przypadku DC najczęstsze są tzw. „Kryzysy”, których nazwa wzięła się od pierwszego takiego wydarzenia. W Marvelu pierwszym, eventem były „Tajne Wojny” (powielane potem, ale niezbyt często), ale największą sławą cieszą się opowieści spod szyldu „Nieskończoności”. W Polsce mogliśmy czytać część z nich („Rękawica nieskończoności”, „Wojna nieskończoności”, „Krucjata nieskończoności” czy „Nieskończoność”), a teraz nadchodzą „Wojny nieskończoności”, do których „Strażnicy Galaktyki” nas wprowadzają.

 


Wracając jednak do samej opowieści w wykonaniu znanego chociażby z „Deadpoola” Gerry’ego Duggana to niezły rozrywkowy komiks środka, który wypełniony jest akcją i – w mniejszym stopniu – żartami. Na kolana może nie powala, ale nie nudzi, bywa widowiskowy, na stronach dzieje się dużo, a miłośnicy Marvela odnajdą tu wiele nawiązań i puszczania oka (choćby w okładkach odnoszących się do „Rękawicy nieskończoności” czy „Krucjaty”). Owszem, to, co się tu dzieje, było już nie raz i w różnych konfiguracjach, ale scenarzysta stara się, by jego run „Strażników Galaktyki” był jak najbardziej lekki, dynamiczny i przyjemny i to mu się udaje.

 

Rysunkowo także jest to historia jest całkiem udana. Prosta, ale niepozbawiona pewnej dozy realizmu kreska i niezły kolor dają sympatyczny efekt końcowy, a dobre wydanie nieźle to uzupełnia. Miłośnikom „Strażników: i kosmicznych klimatów uniwersum Marvela polecać nie muszę, a reszta? Cóż, jeśli lubicie takie klimaty, sięgnijcie śmiało, ma swój urok.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




Atelier spiczastych kapeluszy #6 - Kamome Shirahama

DRUGA WERSJA DRUGIEGO TESTU

 

Jeśli chodzi o typowe mangi fantasy, „Atelier spiczastych kapeluszy” to zdecydowanie jedna z najlepszych serii na polskim rynku. A na pewno, jeśli chodzi o szatę graficzną, która w przypadku tego tytuły jest po prostu urzekająca. Ale treść też jest niczego sobie i potrafi wciągnąć miłośników tego typu opowieści.

 

Drugi test nie dobiegł końca. Przerwał go atak kapeluszy z rondami. Ale to dopiero początek.

Na dnie morza znajduje się centrum społeczności czarodziejów zwane Wielkim Audytorium. To właśnie tam trafia Quiferey ze swoimi uczennicami. Na Koko czeka tu spotkanie z mędrcem Beldaruitem. Wszystko po to, by dziewczynki mogły odbyć jego własną wersję testy, który im przerwano. Ale jak ona będzie wyglądała?

 

Jaka jest ta seria, każdy widzi na pierwszy rzuty oka. Czarodzieje, magia, zamki, fantastyczne istoty. Standard, prawda? Ale liczy się wykonanie, a to akurat „Atelier” jest udane. A momentami nawet bardzo. Bo przygody młodych czarodziejek to po prostu lekka, nastrojowa fantastyka. Trochę utrzymana w klimatach „Harry’ego Pottera”, ale świat w tej mandze bardziej przypomina klasyczne, średniowieczne realia niż cokolwiek współczesnego. Ale właśnie takie fantasy chyba najbardziej przemawia do miłośników gatunku, prawda?

 

Akcja jest tu dynamiczna i widowiskowa, ale nieprzesadnie szybka. Postacie skrojone są prosto i sympatycznie; może ich psychologia nie jest wybitna, ale pozostają zapamiętywane. Tempo wydarzeń nie jest zbyt szybkie, ale to akurat lepiej pasuje do „Atelier”, niż pędzenie na złamanie karku, atakowanie czarami na lewo i prawo i pokonywanie hord wrogów. Nie brak tu także bardziej życiowej, obyczajowej strony.

 


Ale najlepsze i tak pozostają ilustracje. Szczegółowe, realistyczne i bardzo nastrojowe. Niby nieskomplikowane, odarte z czerni i rastrów, ale jednocześnie dopracowane, świadome i nastrojowe. Wpadają w oko, dodają świeżości typowo mangowej estetyce, bo pobrzmiewają w nich echa europejskich komiksów i doskonale oddają każdy, nawet najdrobniejszy i najbardziej dziwny czy nietypowy element.

 

Czy trzeba dodawać coś jeszcze? Każdy, kto lubi dobrą, typową fantastykę, na pewno nie będzie zawiedziony. A nawet, jeśli nie przepada za takimi klimatami, grafiki są w stanie przekonać do całości każdego.

 

Tytuł dostępny tutaj:




Magi #36 – Shinobu Ohtaka

CZY WARTO RATOWAĆ ŚWIAT

 

Przedostatnim tomik „Magi” właśnie trafił do sprzedaży. I co tu dużo mówić w temacie… Fani na pewno sięgną w ciemno, bo kto przerywałby serię tuż przed wielkim finałem, przeciwników nie przekonam. Jednakże tych, którzy nie znają jeszcze tego tytułu a cenią sobie fantastykę, shouneny i historie przygodowe, koniecznie powinni zapoznać się tytułem i dać porwać do niezwykłego świata magii i niezwykłości.

 

Dzieje się coś dziwnego w Wielkim Kanionie. Gdy Święty Pałac nurza się w chaosie, na polu bitwy sytuacja komplikuje się coraz bardziej. Zaczyna się ostateczna walka o losy świata. Ale czy taki świat wart jest w ogóle ratowania?

 

„Magi” to seria, którą bardzo doceniłem. Za co? Na samym początku za ten shounenowy klimat, jej tempo, humor i bohaterów skrojonych według wzorców, które lubię. Bo jak tu nie lubić typowych niepozornych wybrańców, którzy śmieszą nas, bawią i którym kibicujemy? Problemem było to, że nie trawię arabskich klimatów „Baśni tysiąca i jednej nocy, ale szybko okazało się, że seria jest tak świetna, że nie ma to znaczenia. Do tego wszystkiego doszedł bowiem znakomity klimat, lekki, ale pełen mroku i świetne, dynamiczne i efektowne walki. Nuta erotyki. Humor. Tajemnice.

 

Kto jednak należy do miłośników bliskowschodnich baśni, podań i legend też znajdzie tu coś dla siebie. W „Magi” bowiem, doskonale znane każdemu postacie, miejsca i wydarzenia zyskują nowe życie i nową estetykę. Mieszając się z typowymi dla shounenowych bitewniaków schematami i elementami i spotykając się z solidną dawką fantasy, zyskują odświeżenie i otoczkę przydającą całości atrakcyjności dla tych, którzy się w tej estetyce nie odnajdują na co dzień.

 


A szata graficzna? Z jednej strony jest lekka, prosta i cartoonowa, typowa dla shounena. Z Drugiej zaś  nieco mroczniejsza i bardziej realistyczna, kiedy tego potrzeba, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Postaci, wyraziście nakreślone, są rozpoznawalne i mają swój charakter, świat jest tradycyjnie znakomicie oddany, do tego mamy dynamikę i widowiskowości walk, sporo popisów wyobraźni i naprawdę ciekawy nastrój.

 

W skrócie kawał dobrej zabawy. Zabawy, która już niedługo się skończy. Trochę żal, z drugiej strony nadal jest tyle świetnych serii na runku – i tyle jeszcze czeka na wydanie – że będzie czym otrzeć ewentualne łzy.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





środa, 28 kwietnia 2021

Authority, tom 2 – Paul Jenkins, Mark Millar, Warren Ellis, Tom Peyer, Joe Casey, Doselle Young, Chris Weston, Cully Hammer, Dustin Nguyen, Frank Quitely, Georges Jeanty, John McCrea, Arthur Adams, Gary Erskine

NAJLEPSZA WŁADZA

 

To, co Warren Ellis zrobił, jako bardzo dobrą serię, Mark Millar przemienił w iście rewelacyjną opowieść, która już nie tylko ociera się o coś więcej, ale od początku ma na celu zaserwowanie nam głębi, prawdy i wielkiej siły. I robi to w sposób, który zachwyca i skłania do zadumy. A przy okazji w końcu zostaje wykorzystany zarówno potencjał kontrowersji, jak i niektórych postaci (w szczególności Midnightera).

 

Jenny umarła. Była duchem XX wieku i wiedziała, że to nastąpi. Każdy jednak wie, że w przyrodzie energia nie ginie, tylko przechodzi w inną postać. Jasne jest więc, że gdzieś na świecie jej moc odrodziła się jako dziecko stanowiące wcielenie całego zaczynającego się właśnie wieku XXI. Authority chcą je przejąć, rząd USA zabić, bo wiek XX bardziej im odpowiada i lepsze jest stare zło, niż nowa niepewność. Authority muszą, więc stanąć do walki z grupą herosów wzorowanych na Avengers. Pytanie tylko, kto tu jest gorszy, kto jest herosem i czy w ogóle ktokolwiek na określenie bohatera może zasłużyć?

 

Swego czasu „Authority” (szukajcie ich w księgarni TaniaKsiazka) określano, jako najbardziej kontrowersyjną serię komiksową w dziejach, ale trudno się było z tym zgodzić, mając w pamięci chociażby wybitnego „Kaznodzieję”. Fakt jednak, że otoczka kontrowersyjności i tak towarzyszyła cyklowi, przekładał się na jej popularność. Ellis jednak chyba nie czuł do końca tej opowieści, bo nie wykorzystał w pełni jej potencjału. Millar, scenarzysta pasujący idealnie do tego tytułu, bo od lat uznawany za jednego z najbardziej kontrowersyjnych w branży, przejął cykl, kiedy Ellis uśmiercił dowodzącą grupą Jenny i kazał ekipie radzić sobie pod nowym przywództwem. I to przejął opowieścią tak mocną, że zagwarantował nią sobie miejsce na liście 100 najlepszych komiksów wszech czasów magazynu „Wizard”. Jak mu się to udało?

 


Millar to scenarzysta, którego albo się kocha (jeśli się szuka w komiksach środka wyższych wartości i mocnej treści), albo nienawidzi. Ja uwielbiam z kilku powodów:, bo w zalewie krwi i przemocy zawiera mnóstwo satyry i prawdy, bo kontrowersje, do których się ucieka pokazują mądrość autora i służą mu do przekazania czegoś więcej, i także, bo w mało oryginalnych pomysłach, w sztampie wręcz, Millar najczęściej znajduje coś, czego przez lata nie potrafił znaleźć nikt inny, wykorzystując wątki do maksimum. I dokładnie to robi w swoim runie „Authority” (w czym pomagają mu tacy scenarzyści, jak Paul Jenkins czy Tom Peyer), skupiając się na tym, co najważniejsze, czyli bohaterach, ukazując ich ludzką, zwyczajną i jakże wadliwą stronę. Ich ludzkie ułomności, błędy i gorsze cechy charakteru.

 

Millar nie zmienia ich charakterów, ale wydobywa z nich to, co najlepsze. A właściwie najgorsze. Dodatkowo tak, jak równocześnie z nim robił to Straczynski, a wcześniej Miller i Moore, konfrontuje wielkie moce i wielkie ideały z ustanowionym prawem i wielką polityką. I, oczywiście, ttym co uwielbia: popkulturą. W ten sposób w ręce czytelników trafia dzieło mocno, brutalne (jest i dzieciobójstwo, i okaleczenia i wiele więcej), ale na wskroś prawdziwe (po co ratować świat przed kosmicznymi zagrożeniami, kiedy ludzkość na to nie zasługuje, skoro nadal dopuszcza do tyrani czy ludobójstw?) i przez to jakże przejmujące. I bardzo dobrze zilustrowane, szczególnie przez Franka Quitelya, którego realizm i cartoonowość z miejsca wpadają w oko.

 


Lata temu początek tej opowieści ukazał się w czwartym tomie serii „Authorithy”. Przez ten czas jednak czytelnicy nie mieli okazji poznać całości rewelacyjnej wizji Millara. Teraz jednak się to zmieniło za sprawą tego ponad pięćsetstronicowego tomu, wieńczącego jednocześnie pierwszy volume wydawania cyklu. Czy będzie nam dane poznać resztę serii (pisanej już między innymi przez Granta Morrison czy Toma Tylora) nie wiem, wiem jednak, ze te dwa tomy, które wyszły do tej pory – a w szczególności drugi z nich – to rzecz, którą poznać powinni wszyscy miłośnicy dobrych, mocnych i ambitnych komiksów dla dojrzałych czytelników.

 

Sprawdźcie też inne komiksy i nowości w księgarni TaniaKsiazka.pl.




W tajemniczym ciemnym lesie – Winshluss

CZEROWNY KAPTUREK POKOCHAŁA TOMA GORDONA

 

Winschluss, autor m.in. „Pinokia”, powraca z nowym komiksem. I kolejnym swoim dziełem osadzonym w baśniowym klimacie. Tym razem na warsztat wziął bajkę o Czerwonym Kapturku, przemodelował ją zupełnie i stworzył zupełnie nową, intrygującą całość. Dziwną, szaloną, ale naprawdę uroczą i bardzo ładnie zilustrowaną.

 

Głównym bohaterem tej opowieści jest Angelo, dziecko uwielbiające przygody i zoologię. Teraz jednak ma na głowie inne sprawy, a dokładniej wyjazd z rodzicami do chorej babci. Tak się jednak składa, że w trakcie postoju rodzice w pospiechu zapominają o nim i w dalszą drogę ruszają już bez syna. Panika? Strach? Obawy? Tak, ale tylko przez chwilę. Angelo jednak szybko się otrząsa i postanawia samemu dotrzeć do babci. Droga wiedzie jednak przez las, w którym kryje się wiele rzeczy, z jakimi nasz chłopiec wolałby nie mieć do czynienia…

 

Mam wrażenie, że gdyby Stephen King zamiast swojej powieści „Pokochała Toma Gordona” chciał napisać nową wersję „Czerwonego Kapturka”, stworzył by coś podobnego do tego. Coś podobnego, bo jednak Winshluss ma nieco inną wrażliwość artystyczną i więcej szaleństwa, które nawet jeśli nie zawsze wychodzi tak, jakby mogło, dodaje całości pikanterii i sprawia, że naprawdę przyjemnie czyta się tę opartą przecież na zgranych schematach opowieść.

 


„W tajemniczym ciemnym lesie” to bajka. „W tajemniczym ciemnym lesie” to historia przygodowa. Jednocześnie „W tajemniczym ciemnym lesie” to także edukująca przypowieść o pokonywaniu strachu, słabości itp. Winshluss, który zaserwował nam przeznaczonego dla dorosłych „Pinokia”, dobrze odnajduje się tu w konwencji familijnej. Ale przełamuje ją wspomnianą już nutą szaleństwa i mniej typowego dla tematu podejścia.

 

I to też wychodzi mu dobrze, choć nie zawsze idealnie. W trakcie lektury czasem miałem wrażenie, że obcuję z głupkowatą komedia (na szczęście nie często), a czasem że to głębsza, poważna opowieść, która ma nam do powiedzenia – i to nie tylko tym najmłodszym – coś ważnego. Winshluss, balansując na krawędzi parodii i potraktowanej na serio fantastyki osadzonej w baśniowym świecie, zdołał wszystko to przekuć w intrygującą i całkiem spójną całość.

 


I świetnie przy tym zilustrowaną. Jego rysunki są może proste, czasem niechlujne, ale mają w sobie to coś. Przede wszystkim są nastrojowe i pasują do tej szalonej nuty opowieści. Całość wieńczy dobre, bardzo ładne wydanie. I tak w ręce czytelników trafia dobry komiks dla całej rodziny. Może nie zawsze do końca spełniony, ale i tak wart poznania.

 

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






Kakegurui: Szał hazardu #9 - Homura Kawamoto, Toru Naomura

UKŁADY

 

„Kakegurui” to najbardziej uzależniająca manga na rynku. Manga o hazardzie, która sama wciąga niczym rozgrywka pokera i dostarcza podobnych wyzwań. A wszystko to w dynamicznym, pełnym niebezpieczeństw i czasem jakże sadystycznego uroku shounenie, który oferuje wszystkie gatunkowe elementy, odświeżone jednak i przeniesione na grunt, który okazał się nieoczekiwanie być wręcz stworzony dla tego typu historii.

 

Gra o najwyższą stawkę, jaką są szkolne wybory, trwa. Czy w tej sytuacji można komuś zaufać? Zasady są jasne, ale czy na pewno nie można tego wykorzystać? Mary ma zastąpić Yumeko w walce z siostrami Inbami-Yobami, ale musi wejść w okład z Ririką. Co z tego wyniknie?

 

Z jednej strony „Kakegurui” może wydawać się dość nietypowym shounenem, ze względu na tematykę. Z drugiej jednak… Spójrzcie sami, co my tu właściwie mamy: schemat szkoła plus walki jest tak typowy dla tego typu mang, że już będący kliszą. Owszem, nie ma tu bohatera-wybrańca, a bohaterka, ale nie zmienia to faktu, że na stronach nie brak solidnej dawki erotyzujących scen i seksownych bohaterek, do tego mamy ciekawie nakreślonych wrogów, którzy wrogami tak do końca nie są, bo niewiele różnią się do głównej bohaterki. Najważniejsze jednak pozostaje to, że dzięki mistrzowskiemu budowaniu napięcia „Kakegurui” wciąga i angażuje czytelnika.

 


Nawet takiego, który za hazardem nie przepada. Bo ja jakimś fanem nie jestem. Lubię gry, ale dla rozrywki. Czasem niezobowiązująco pomęczę coś na komputerze (najczęściej „Worms”, „Tomb Raidera” albo „Serious Sama”), czasem zagram w jakąś karciankę czy planszówkę, czasem odprężę się przy pasjansie napoleońskim albo jakimś innym, skłaniającym do myślenia rozkładzie… Ale to tyle. A jednak „Kakegurui” mnie porwało, zachwyciło i zachwyca nadal. I zachwycać też będzie nadal, bo seria cały czas trzyma ten sam znakomity poziom.

 


Całość zaś wieńczą świetne ilustracje. Nieco bardziej realistyczne i mroczne, niż to zazwyczaj w shounenach bywa, ale wpadające w oko i doskonale oddające wszystkie aspekty opowieści, od brutalności, przez zwyczajność i słodycz, po łagodną erotykę. Do tego mamy świetne wydanie i dobrą cenę. Ja ze swej strony polecam i niecierpliwie czekam na kolejne części

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.





wtorek, 27 kwietnia 2021

Czarolina #3: Tajemnica mojego pochodzenia – Sylvia Douyé, Paola Antista

 ZAGROŻENIE NIE MIJA

 

Sympatyczna Czarolina powraca. Trzeci tom opowieści o niej wyjaśnia nam coraz więcej – jak wiele, nie zdradzam – i jak zwykle dostarcza niezłej rozrywki. A wszystko to robi w przyjemnym i niezobowiązujący, ale jednak udany sposób.

 

Wydarzenia na wyspie Vorn nabierają tempa. Pomimo tragicznych wydarzeń, jakie miały tam miejsce, konkurs fantastykologii wciąż trwa. Wydaje się, że teraz, kiedy zamienieni w szkło uczniowie odzyskali swoją dawną postać, a winowajca zniknął, wszystko wreszcie wróci do normy. Willa jednak jest innego zdania. Uważa, że zagadka nie została rozwiązana jak należy i problem wcale się nie zniknął…

Jeśli chodzi o Czarolinę, to i w jej przypadku nie brakuje problemów. Widzi bowiem tajemnicze zwierzę, którego zdaje się nie dostrzegać nikt poza nią samą. Ale czy rzeczywiście je widzi? A może ma jakieś omamy? A zagrożenie wcale nie minęło i czai się bliżej, niż wszyscy mogliby się spodziewać…

 

Przyglądając się tej serii, trudno nie stwierdzić, że „Czarolina” to prosta opowiastka, dedykowana głownie do dziewczyn wkraczających w okres nastoletniości. Na szczęście, poza skierowanymi do odbiorców w tym wieku tematami – baśniową fantastyką, szkolnymi problemami, przyjaźnią etc. – ma do zaoferowania coś o nieco więcej. A co dokładnie? A chociażby to, że pod całą tą fantastyczną otocz oczka można się doszukać analogii do dojrzewania. Do przemian zachodzących w młodych odbiorcach, obleczonych tu w szaty rodem z literatury fantasy, ale jednak bliskich czytelni(cz)kom. Czy to nie nadinterpretacja, nie wiem, ale warto chyba o tym pamiętać, sięgając po ten tytuł.

 


Przede wszystkim jednak „Czarolina” to stricte rozrywkowa lektura. Nie jest to seria pozbawiona swojego uroku i charakteru. Owszem, nie jest ona ani głęboka, ani ambitna, niemniej ma swój przyjemnie mroczny klimat, który ja sam ceniłem jako dziecko i na pewno bym docenił, gdybym był nim teraz, nieźle poprowadzoną, szybką akcję, przygody i tajemnice. Wszystko to może i przypomina trochę „Harry’ego Pottera”, tylko podanego w wersji dziewczyńskiej, na szczęście jednak ma swój własny charakter i nie za wiele czerpie z opowieści o młodym czarodzieju..

 

Graficznie „Czarolina” też jest udana. Lekkie, proste ale odpowiednio fantastyczne i nastrojowe ilustracje, dość bogata kolorystyka i tym podobne elementy sprawiają, że ogląda się to wszystko równie miło, co czyta. I to nie tylko, gdy czytelnik reprezentuje płeć piękną. Dlatego polecam, bo każdy mały miłośnik fantastyki może znaleźć tu coś dla siebie i dobrze się bawić.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.


Yotsuba! #14 - Kiyohiko Azuma

 JAK TU NIE KOCHAĆ YOTSUBY?

 

Kocha tę serię. Po prostu kocham. Nie ma na to lepszego określenia. Ale jak tu nie kochać opowieści, która zachwyca, śmieszy, rozbraja, a przy okazji potrafi poruszyć coś w sercu człowieka. A że wszystko to robi po prostu po mistrzowsku, trudno nie zachwycić się całością i za każdym razem nie mieć tylko ochoty na więcej.

 

Co tam tym razem słychać u naszej małej Yotsuby? A tak się składa, że Jumbo daje jej prezent. Jaki? Zestaw koralików do samodzielnego nawlekania i robienia takich rzeczy, jak naszyjniki i im podobne. Wyobrażacie sobie, co to będzie oznaczało? Poza tym Fuka i jej koleżanka zabierają naszą dziewczynkę z kucyczkami na jogę. A potem Yotusba dochodzi do wniosku, że chce zostać… księżniczką. Ale to wcale nie koniec, bo oto jeszcze czeka ją wyprawa z ojcem do samego Tokio. A co spotka ją w trakcie wyprawy do stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni? Na pewno sporo jedzenia, jak chociażby wata cukrowa (ale taka wielka!), naleśniki z truskawkami… I jest jeszcze park, w którym czekać będzie na nią… kosmita! Jednym słowem, znów będzie się działo!

 

Chyba każdy lubi komedie. Ja lubię, ale tak naprawdę ile stricte komediowych opowieści zrobiła na mnie takie wrażenie, żeby autentycznie mnie zachwycić? Niewiele. Jeśli już, były to podszyte tragedią, dramatem czy filozofowaniem filmy Woody’ego Allena czy wulgarne, ale jakże prawdziwe i trafiające do serca i umysły wczesne obrazy Kevina Smitha. Nie sądziłem, więc, że typowa komedia może mnie tak kupić, a… Właśnie, bo „Yotsuba!” to nie zwykła komedia, a idealna. Czytałem niejedną serię humorystyczną, czy to amerykańską, europejską, polską czy japońską, ale dzieło Azumy bije je na głowę.

 


Jednakże gdyby przypadki Yotusby jedynie śmieszyły, całość by tak zachwycała? Nie. Owszem, sama dobra komedia wystarczy, żeby odbiorca nie tylko dobrze się bawił, ale i chętnie do niej wracał, nawet jeśli jest bzdurna czy po prostu głupia. Ważniejsze jest jednak to, by jednocześnie niosła ze sobą coś więcej. Azuma tu nie filozofuje, nie porusza ciężkich kwestii, jedynie rzuca różne żarty, podkreślone intensywnie genialną mimiką Yotsuby, ale tkwi w nich jakaś siła, jakaś refleksja, czasem zaduma, która nie pozwala czytelnikowi jedynie niezobowiązująco się śmiać. Chociaż, oczywiście, można i tak podejść do całości.

 

Szata graficzna całości też jest równie doskonała, jak treść. Tu nawet sama mina Yotsuby potrafi rozśmieszyć, a jednocześnie mamy w tym dużo realizmu, świetnego klimatu i uroku. Ogląda się i czyta to wszystko rewelacyjnie, „Yotsuba” zachwyca i wciąga, a czytelni każ czuje żal, kiedy kończy ostatnią stronę.

 

Mangę kupicie tutaj:




Kulinarne pojedynki #26 - Tsukuda Yuuto, Saki Shun

CENTRALA KONTRA BUNTOWNICY RUNDA DRUGA

 

Najbardziej apetyczna manga na rynku wraca z nowym tomem. Na czytelników znów czeka więc nie tylko konkretna akcja, walki na dania i nuta obleczonego w bujne kształty dziewczęcego uroku, ale i dużo smaków, aromatów i toczenia śliny z ust.

 

Walka z zawodnikami Centrali trwa. Co prawda pierwszy etap udało się zakończyć zwycięstwem buntowników, którzy w pełnym składzie przeszli dalej, ale to przecież zaledwie początek. Z kim jednak teraz przyjdzie im się zmierzyć? I jakie będą wyniki tych starć? A przecież czeka nas jeszcze rewanżowa walka Kugi i Tsukasy…

 

Mangi typu shounen dość jasno kojarzą się przede wszystkim z bitewniakami pokroju „Dragon Balla" i sportowymi opowieściami. Jeśli jednak Wam kojarzą się tylko z nimi, jak najszybciej powinniście poznać jakieś mnie typowych przedstawicieli gatunku, by przekonać się, jak rozległy tematycznie on jest. Jedną z takich opowieści zdecydowanie jest „Bakuman", zakończony już (także na polskim rynku) komiks o tworzeniu mangi. Innym są „Kulinarne pojedynki", seria, jak się już domyślacie, poświęcona gotowaniu. Nie znaczy to jednak, że starcia na polu jedzeniowym są mniej dynamiczne i emocjonujące, niż walki na śmierć i życie o losy (wszech)świata.

 


Oczywiście nie samymi walkami przygody Soumy i jego kolegów stoją. Mamy tu zatem takie rzeczy, których wymagają fani shounenów, jak erotykę, bardzo łagodną, ale obecną. Poza tym jest tu sporo miejsca na humor, uniwersalną pochwałę przyjaźni, zaskoczenia, a dla fanów kulinariów także kuchenne ciekawostki i przepisy na konkretne dania serwowane przez bohaterów. A wszytko to znakomicie narysowane, w sposób lekki, ale realistyczny. Czasem do tego stopnia, że na widok dań aż brzuch zaczyna burczeć a do usta napływa ślina.

 


Reasumując, warto. Pisałem to już dwadzieścia pięć razy, recenzując poprzednie tomiki, piszę i dwudziesty szósty. Bo „Kulinarne pojedynki” to konkretna porcja dobrej, zabawnej i wciągającej mangi. Jeśli lubicie shouneny, jeść lub gotować, to seria dla Was. Seria mającą swój urok i klimat. Aż żal, że niedługo dotrze do finału.

 

Dziękuję wydawnictwu Waneko za udostępnienie egzemplarza do recenzji.






poniedziałek, 26 kwietnia 2021

101 dalmatyńczyków – Didier Le Bornec, Jose Ramon Bernardo

NA RATUNEK PIESKOM

 

Drugi tom serii „Disney klasyczne baśnie” to komiksowa wersja klasycznego, siedemnastego filmu Disneya z 1961 roku, „101 dalmatyńczyków”. Każdy z nas zna tę opowieść, choćby tylko ze słyszenia, a teraz znów jest o niej głośno dzięki zbliżającej się premierze filmu „Cruella”, przenoszącego baśniowy pierwowzór na dojrzalszy grunt. Ale zanim to nastąpi, możemy cieszyć się udaną lekturą dla całej rodziny, jaka jest ten album.

 

Pongo i Czika to dwójka dalmatyńczyków i zarazem rodzice piętnaściorga potomstwa. Ich życie można uznać za sielankowe, ale do czasu. Cruella De Mon porywa szczenięta – i osiemdziesiąt cztery inne, im podobne – do swojego zamku. W jakim celu? Cóż, wystarczy powiedzieć, że na psiaki nie czka tam nic dobrego. Ale ich rodzice mają sposób na to, by ruszyć im na ratunek. I nie będą w tym osamotnieni. Ale czy uda im się uratować dzieci?

 

„101 dalmatyńczyków” to jeden z tych filmów Disneya, który w ten czy inny sposób znają chyba wszyscy. Cała opowieść sowimi korzeniami sięga lat 50. XX wieku, kiedy to ukazała się książka Dodie Smith o takim samym tytule. Potem był film z 1961 roku, w 1996 powstał jego fabularny remake, który cztery lata później doczekał się sequela, a w 2003 roku nakręcono nawet kontynuację animowanej produkcji. Wszystkie te produkcje były hitami i po dziś dzień są coraz odświeżane przez telewizję czy wznawiane na nośnikach cyfrowych. A teraz dołącza do nich komiksowa wersja. I jest to wersja udana.

 


Czy mam do „Dalmatyńczyków” sentyment? Nie powiedziałbym. Ale lubię te opowieść, jak większość filmów Disneya posiadam na DVD i choć dawno nie odświeżyłem żadnej z powyższych wersji tej historii, ale czytając niniejszy komiks znów miałem okazję poczuć się, jak dziecko. Dziecko, które lubiło tego typu animacje, a czytając „Kaczora Donalda” i widząc w nim reklamy kolejnych kinowych produkcji, czekało, kiedy samo je obejrzy.

 

Poza tym to bardzo dobrze wykonana adaptacja. Prosta pod względem treści, ale dobrze oddająca samą fabułę, bardzo ładnie zilustrowana, dostosowana do gustu współczesnego odbiorcy, ale jednocześnie wierna klasyce. Wszystko to wygląda atrakcyjnie dla oka, a samo wydanie prezentuje się bardzo dobrze (sztywna okładka, papier kredowy, poza tym dostajemy też przedstawienie postaci czy galerię).

 


Kto lubi disnejowskie opowieści, może sięgnąć w ciemno. Warto. To dobra seria dla całej rodziny, sympatyczna, pouczająca, oczywista, ale taki są właśnie bajki.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.



Król lew – Bobbi JG Weiss, Sparky Moore

KRÓL LEW W KOMIKSIE

 

Wydawnictwo Egmont wystartowało właśnie z nową serią „Disney klasyczne baśnie”. Nazwa mówi już wszystko – znajdziecie tu bowiem nic innego, jak słynne kinowe hity w wersji komiksowej. Ale nawet, jeśli znacie już na pamięć takie opowieści, jak „Król lew”, który idzie tu na pierwszy ogień, dzięki znakomitemu wykonaniu i wydaniu dostaniecie coś, co naprawdę przypadnie Wam do gustu.

 

Każdy zna tę opowieść. Głównym bohaterem jest młody lew Simba, syn króla Lwiej Ziemi, który marzy by objąć w posiadanie tę krainę. Niestety nie tylko on. Zły wuj Skaza wciela w życie swój plan, doprowadzając do ucieczki młodego lwa. Od teraz na Simbę czeka jednak nieoczkiwane beztroskie życie, ale dziedzictwo ojca upominam się o niego, sprawiając, że będzie musiał dorosnąć i upomnieć się zarówno o swoje, jak i o sprawiedliwość…

 

„Król lew” to jeden z największych sukcesów Disneya. Wersja z 1994 roku zarobiła na całym świcie 763 miliony dolarów i stała się najlepiej zarabiającym filmem roku. Do dziś dzierży też tytuł najlepiej zarabiającej tradycyjnej animacji w dziejach, a także najlepiej sprzedającego się filmu na kasetach VHS (ponad 30 milionów kopii). Do tego jego remake z 2019 roku stał się najlepiej zarabiającą animacją w historii. Podobnych liczb można by mnożyć, ale po co. Chyba już widać, jak bardzo popularna jest to opowieść.

 

Ale jest to też opowieść, za którą nigdy jakoś specjalnie nieprzepadłemu. Lubię ją, jak lubię inne filmy Disneya, ale uważam za przereklamowaną. Nie poruszyła mnie, gdy oglądałem ją, jako dziecko (choć polubiłem Timona i Pumbę) i nie porusza też teraz. Na dodatek drażni w jej przypadku fakt dopuszczenia się niemal plagiatu wobec mangi „Janguru Taitei” Osamu Tezuki z lat 50. XX wieku (znanej pod tytułem „Kimba the White Lion” – już nawet imię bohatera aż bije po oczach podobieństwem, prawda?) i filmu oraz serialu nakręconych na jej podstawie.

 


Nadal jednak „Król lew” ma swój urok. I w wersji komiksowej także go nie zabrakło. Fabularnie to nieco skrótowo potraktowana, ale udana adaptacja. Graficznie wierna jest filmowi, chociaż ilustracje dostosowano do oczekiwań współczesnego czytelnika. Do tego mamy bardzo ładne wydanie, które przypadnie do gustu młodym odbiorcom.

 

W skrócie: sympatyczna pozycja dla dzieci i nie tylko. „Disney klasyczne baśnie” to ciekawa kolekcja, która każdemu dziecku da szansę poznania (po raz pierwszy czy na nowo) disnejowskiej klasyki, a w dorosłych obudzi wspomnienia, kiedy sami odkrywali ją, jako dziecko. Warto więc się jej przyjrzeć.

 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.