poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Liga Sprawiedliowości Zacka Snydera

SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA LIGI

 

„Liga Sprawiedliwości” to – obok beznadziejnej „Wonder Woman” i słabego „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – najgorszy film, jaki DCEU ma do zaoferowania. I jeden z najgorszych, jakie powstały na podstawie komiksów DC (tak, nawet „Batman” z lat 60. XX wieku czy gacki Schumachera były lepsze mimo swej tandety). Nie spodziewałem się więc, że Snyderowska wersja tego filmu okaże się lepsza, tym bardziej, że twórca ten w swojej karierze nie stworzył właściwie żadnego dobrego filmu. Tymczasem „Zack Snyder's Justice League” to produkcja całkiem udana, nie naprawiająca wszystkich błędów pierwowzoru, ale za to rozbudowująca opowieść, dodająca lepszego wroga i oferująca całkiem przyjemną, a na pewno nie nudzącą rozrywkę opartą na akcji i efektach.

 

Fabuła, choć z zasadniczymi zmianami, opowiada podobną historię. Po śmierci Supermana Batman zaczyna szukać metaludzi i werbować ich do Ligi Sprawiedliwości, ekipy mającej bronić Ziemi przed złem. A bronić będzie przed czym, bo oto po wiekach powraca wróg, który kiedyś chciał podbić tę planetę. Bez Supermana ocalenie ludzkości może jednak okazać się niemożliwe, nawet jeśli siły połączą Batman, Wonder Woman, Aquman, Cyborg i Flash…

 

W „Lidze Sprawiedliwości” szwankowało niemal wszystko. Swego czasu liczyłem na ten film, miałem też nadzieję, że podkradziony z Marvela Joss Whedon – mimo, iż zepsuł pierwsze dwa filmy o Avengers – ocali raczkujące wtedy, a już dogorywające uniwersum kinowe DC. Nie ocalił. Film był nudny, beznadziejne aktorstwo przyprawiało o zgrzytanie zębami (Flash był tragicznie zagrany), efekty specjalne nomen omen za specjalne nie były i momentami żenowały, a akcja nużyła, zamiast wciągać. Obawiałem się więc, że wersja Snydera, rozciągnięta do czterech godzin, okaże się jeszcze nudniejsza i pogrąży ten film, ale o dziwo okazała się pozytywnym zaskoczeniem i rozrywką lepszą od pierwowzoru.

 


Snyder przebudowuje tu całą opowieść i przydaje jej kontekstu – i to pierwsze, co rzuca się w oczy. Akcja na początku jest spokojniejsza, chociaż nie nudzi, bo przeplatają ją dynamiczne sceny epickich walk, a dzięki zwolnieniu tempa mamy okazję lepiej poznać bohaterów. Flash i Cyborg dostają więcej scen stricte z ich udziałem, ukazujących nam kim są i co potrafią i nawet mimo słabej gry obsadzonych w tych rolach aktorów, ogląda się je dobrze. Lepiej zbudowana jest tu mitologia, wątek wielkiego wroga został ciekawiej nakreślony, Snyder dorzucił też Darkseida, który naprawdę pasuje do produkcji – nieważne, że przypomina marvelowskiego Thanosa – a oprócz niego kilka innych postaci, których nie było w pierwotnej wersji, ale to już musicie zobaczyć sami. I poprawie uległy też efekty specjalne, może nie idealnie, ale przynajmniej lepiej się na nie patrzy.

 

Minusy? Na pewno można by było nieco skrócić zakończenie (zakończenia), bo ta część produkcji jest gorzej rozwleczona, niż finał „Powrotu króla”, chociaż i tu mamy wiele świetnych momentów i odniesień. Kilka rzewnych i patetycznych momentów a także parę efekciarskich sekwencji mogłoby śmiało wypaść bez straty dla produkcji, ale nie zmienia to faktu, że „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” to niezły film. Film oddający sprawiedliwość ekipie bohaterów i chociaż pozostaje poza kanonem, o wiele bardziej warto go poznać. Chociaż z jego kanonicznością też można by polemizować, bo twórcy „Wonder Woman” i „Aqumana” już uznali go za film, z którym powiązane są ich obrazy, odcinając się od wersji Whedona.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza