sobota, 24 kwietnia 2021

Przygody wielkiego wezyra Iznoguda, tom 3 - René Goscinny, Jean Tabary

IZ MENI MOR GUD

 

„Iznogud” raz jeszcze przybywa na polski rynek w zbiorczym tomie swoich przygód. Tym razem na miłośników tej przez lata zapomnianej przez polskich wydawców serii czeka nie lada gratka, bo zebrane tu komiksy są materiałem dotąd czytelnikom nad Wisłą nieznanym. Najważniejsze jednak pozostaje to, że są to albumy absolutnie poznania warte, bo „Iznogud” to obok „Asteriksa” i „Mikołajka” najdoskonalsze z dzieł René Goscinnego.

 

Wezyr Iznogud, człek wzrostu może i niewielkiego, ale wielkich ambicji, ma w swoim życiu jedno marzenie: chce zostać kalifem w miejsce kalifa. A żeby tego dokonać zrobi dosłownie wszystko, chociaż przecież i tak zajmuje już wysokie stanowisko, a kalif to poczciwy człowiek. I tak samo jest w tym tomie. Rzucenie kalifa na pożarcie tygrysom? Próba wymazania jego pamięci? Zastawienie na niego pułapki? To tylko niektóre z szalonych – i jakże nieskutecznych – pomysłów, jakie przyjdą mu do głowy. Ale co z nich wszystkich wyniknie? I jak nasz Iznogud po raz kolejny ucierpi na tym wszystkim?

 

Historia wydawania „Iznoguda” na polskim rynku sięga niemal ćwierć wieku wstecz, gdy w krótkich formach publikowanych na łamach magazynu „Świat komiksu”. Dwa lata później zaczęto wydawać cykl w formie albumów – nie po kolei, ale ze względu na luźną formę całości, w niczym to nie przeszkadzało – ale po sześciu z nich, dziewiętnaście lat temu zarzucono publikację. Ale niedawno Egmont zaczął wznawiać całość w formie zbiorczych tomów, tym razem oferując komplet ułożonych chronologicznie części. Każdy z nich zawierał wiec opowieści wcześniej nieznane, ale dopiero trzeci  tom w całości jest z nich złożony.

 


Wracając jednak do samego komiksu, „Iznogud” to specyficzna, ale jakże charakterystyczna dla Goscinnego seria. Jak zawsze w swojej twórczości scenarzysta ten bawi się zarówno nazwami i nazwiskami, co tak urzekało choćby w „Asteriksie”, a także stereotypami odnośnie arabskich krajów. Żartuje też z „Baśni tysiąca i jednej nocy”. W konsekwencji dostajemy kawał doskonałej satyry, gdzie opowieści dla dzieci zyskują głębię, którą w pełni zrozumieją i docenią dopiero dorośli. Pozostaje przy tym ciekawa, pełna akcji, przygód i humoru dobranego tak, by można się nim było zachwycać nawet bez zagłębiania się w jego drugą warstwę.

 

Do tego mamy oczywiście zachwycającą szatę graficzną i doskonałe wydanie, o którym nie sposób nie wspomnieć. A po lekturze pozostaje nie tylko niedosyt, ale także żal, że na podstawie tej serii nie powstał film z Louisem de Funèsem, który nie tylko idealnie by pasował do tej roli, ale też i chciano by ją zgrał. Na szczęście mamy komiksy i możemy się nimi cieszyć i zachwycać. Pokolenie, które czytało je, gdy wychodziły po raz pierwszy dorosło teraz, skończyło już studia, pracuje, może zestarzało się, jeśli nie było wtedy tak młode, ale seria w niczym się nie zestarzała. Co więcej bawi tak samo i urzeka czytelników niezależnie od wieku. Dlatego polecam gorąco.

 

A wydawnictwu Egmont dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz